poniedziałek, 20 czerwca 2011

Podmorska wyspa - Isabel Allende




Moja przygoda z literaturą iberoamerykańską rozpoczęła się kilka lat temu, kiedy w moje łapki trafiło "Sto lat samotności" Marqueza. Historia oczarowała mnie i długo nie pozwalała o sobie zapomnieć. Później moja wiedza poszerzyła się o pojęcie realizmu magicznego, które to okazało się spoiwem dla literatury z tej części świata. O Isabel Allende słyszałam wcześniej, jednak dopiero "Podmorska wyspa" jest moim (wstyd!) pierwszym z nią spotkaniem. I jak na randkę w ciemno -wypadło nadspodziewanie zachęcająco.

Historię poznajemy z ust Zarite, niewolnicy, która jako mała dziewczynka trafia do domu francuskiego plantatora -Valmoraine'a . Jest ona prezentem ślubnym dla jego hiszpańskiej małżonki. Dziewczyna, nie bez problemów, przystosowuje się do warunków w jakich przyszło jej żyć i dość szybko zajmuje uprzywilejowane miejsce w hierarchii Valmorain - jej pana. Widocznym efektem ich zażyłości jest dwójka dzieci - chłopiec, który został odebrany niewolnicy w dniu narodzin oraz dziewczynka - Rosette, którą pozwolono jej wychować.  Losy Zarite i jej dzieci przeplatają się z historią powstań niewolniczych na Saint-Domingue (dzisiejsza wyspa Haiti), hiszpańskiej supremacji nad Nowym Orleanem, jak i kiełkowaniem myśli abolicjonistycznej  w Stanach Zjednoczonych. Postaci drugoplanowe takie jak Violette Boiser - kokota, don Sancho - szwagier Valmoraine, doktor Parmentier (a to tylko niektórzy) - mają niemały wkład w żywotność historii.

Powieść napisana jest bardzo sprawnie - bohaterowie, przemyślana konstrukcja, niebanalne rozwiązania akcji mimo sprawdzonych tematów- to bardzo dobrze połączone składniki, które utworzyły ciekawą historię. Kilkaset stron umyka niepostrzeżenie, gdyż opowieść jest smakowita, pełna doskonałych przypraw, takich jak opisy wierzeń vodou,  emocji, ekspresyjności, które towarzyszą bohaterom. Imponuje lekkość z jaką autorka serwuje nam fakty historyczne. Gdzieś w tyle głowy mam cały czas książki Barbary Wood, która też para się powieścią "historyczną", jednak robi to tak topornie, że czytając Isabel Allende poczułam jak moje czytelnicze "ja" oddycha pełną piersią (zdaję sobie sprawę, że porównanie tych pań jest sporym nietaktem z mojej strony). Duża w tym zasługa narracji - prowadzonej naprzemiennie przez wszechwiedzącego narratora oraz Zarite, która z prostotą i "kolorowym" pojmowaniem świata popełnia dopowiedzenia. 

Całość idealnie dopełnia tytuł, którego prostota i oczywistość dotarła do mnie dopiero po przeczytaniu całej książki. Podmorska wyspa to według wyznawców vodou mityczne miejsca, gdzie mieszkają bóstwa. Po śmierci człowieka to tam właśnie trafia jego "dusza". Informacje o religii vodou zostały bardzo zgrabnie wplecione w historię, ciekawość nasyca również słowniczek umieszczony u końca książki. 

"Tańcz, tańcz, Zarite, bo niewolnik, który tańczy, jest wolny ... dopóki tańczy" - to hasło umieszczone z tyłu okładki pięknie oddaje charakter głównej bohaterki. Jej spokój, ciche pogodzenie się z losem, a jednocześnie niema zawziętość, która sprawia, że osiąga cel - wolność, to coś, co tworzy postać z krwi i kości. Bohatera niepapierowego. A to chyba największy komplement dla autora.

Książkę polecam z czystym sumieniem. Dla mnie kolejne potwierdzenie faktu, że coś musi być dobrego w językach hiszpańskim i portugalskim, że literatura tworzona w tych językach ma w sobie coś niezwykłego, przyciągającego i magnetycznego. A co do pani Isabel Allende - to zdecydowanie nasze nieostatnie spotkanie.


Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Muza 2011, s. 528
Biblionetka: 5,10/6
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.

niedziela, 12 czerwca 2011

Tu, gdzie spadł grad większy od jabłka - Krystyna Habrat





Czy niepozorna okładka i lakoniczny opis na niej mogą przyciągnąć do książki? Mogą. A czy taki eksperyment może zakończyć się powodzeniem? Ależ owszem i "Tu, gdzie spadł.." jest tego żywym dowodem.

"Tu, gdzie spadł ..." to historia mieszkańców miejsca niewymienionego z nazwy - gdzieś w Małopolsce, położonego przy trasie kolejowej do Krakowa (236 km od). Pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Każdy zna każdego. Wieści niosą się z szybkością błyskawicy. Znacie takie miejsca? Ja tak.

Co uwodzi w tej powieści? Mnie przede wszystkim urzekł język, jakim posługuje się autorka. Przypomina mi on stare książki, które czytałam będąc młodszą, a które były pisane przez autorów tworzących w PRL-u. Nostalgia i stary szyk pisarski - przebija to z każdego zdania. Nie jestem w stanie podać nazwiska, do którego mogłabym porównać język pani Habrat. Poczułam się z pierwszym zdaniem przeniesiona w przeszłość, której co prawda nie mam prawa pamiętać, ale którą znam z opowieści. Wzrusza też fakt, że do Miasteczka nie dotarły nowinki techniczne - nikt nie goni, nie wydzwania do siebie poprzez telefony komórkowe, nie ma sms-ów. Dziewczyna, która wraca z Krakowa po studiach czeka na ... list od swojego chłopaka. Jest to tak bardzo retro, że moja dusza nie potrafi się z tego nie cieszyć.

Przyznam się z miejsca, że bardzo lubię historie zwykłe. Zwykłe - o zwykłych ludziach, takich jak Agnieszka Gawrońska - której nie udało się zagrzać miejsca w Krakowie i musiała wrócić do rodzinnego miasteczka. Takich jak Jasiu Derbisz - właściciel lokalnej księgarni "Pod Pegazem", który próbuje przekonać współmieszkańców do czytania. Takich jak Celina Rumianówna - która pracuje w świetlicy na dworcu kolejowym i zakochuje się w Andrzeju - chłopaku, który podsuwa jej swoje wiersze i opowiadania. Bohaterów - zwykłych zjadaczy chleba jest w "Tu, gdzie ..." mnóstwo i wszyscy wzruszają, zmuszają do zastanowienia się.

Mimo tego, że w niektórych miejscach jest dość jasno określone, że akcja umieszczona jest w czasach nam jak najbardziej współczesnych mam wrażenie, że czas zatrzymał się tam dawno temu. Ludzie w Miasteczku Bez Nazwy żyją tak, jak to miało miejsce 30-40 lat temu. I nie jest to zarzut z mojej strony - być może to okładka swoją tonacją sepii wprowadziła mnie w takie myślenie, ale .... czułam, że czytając tę książkę wszystko wokół mnie zwalnia. I jest tak jakby ... spokojniej i ... bardziej swojsko.

Głównym przesłaniem, które jest zawarte w samym tytule, jest to, że każdy z nas - czy pochodzi z dużego miasta czy też z Miasteczka Bez Nazwy może dokonywać rzeczy wielkich i ważnych dla swojego otoczenia. I miejsce pochodzenia tego nie determinuje.  Nigdy nie jest za późno, aby naprawić swoje krzywdy. Wcześniejsze wydarzenia nie muszą mieć wpływu na to, co dzieje się obecnie. Czy polecam? Polecam z całego serca, chociaż mam świadomość, że nie każdemu taki rodzaj pisania może się spodobać. Piękna polszczyzna z drobnym nalotem czasu. Dla mnie piękna sprawa. Historia z pozoru o niczym, bo wydaje się, że w Miasteczku nic się nie dzieje i każdy z mieszkańców żyje swoim życiem. Jednak nawet z banalnych historii może płynąć morał. I on nie jest już banalny.


Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Novae Res 2010, s. 362
Biblionetka: 5/6
Lubimy czytać: 4/5
Moja ocena: 5/6


Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

środa, 8 czerwca 2011

Bikini - Janusz L. Wiśniewski





Od bardzo dawna nie podchodziłam do książki z takim sceptycyzmem. Naczytałam się recenzji wychwalających książkę pana Wiśniewskiego pod niebiosa, jak i takich, które ową z błotem mieszają. Był mętlik. A jakie odczucia po przeczytaniu? No przysłowiowy kotlet mielony, gdyż mętlik jak był - tak pozostał. 

Pana Wiśniewskiego czytałam "S@motność w sieci" lata temu, gdym młoda i nieco mniej o życiu wiedziałam - stąd pewnie moje entuzjastyczne przyjęcie i "acho-ocho-wanie" na temat tejże. Czy "Bikini" aż tak mnie poruszyła? Raczej nie ...

Nie lubię przegadanych książek. Nie lubię książek z bohaterami, którzy sami dla siebie nie są realni. I nie lubię nie wiedzieć co autor miał na myśli. Pan Wiśniewski zaserwował mi zgrabny miks wszystkich trzech składników.

Śmiem zarzucić, że książka jest przegadana. Zamysł historii jest niezły - przykuwa uwagę, sprawia wrażenie dobrze przemyślanej, jednak... w trakcie czytania zgrzytało mi mocno. Początkowo miałam problemy z wbiciem się w historię, drażniła mnie wstawkami eroto-porno. Do szału doprowadzały mnie retrospekcje retrospekcji. Zabieg z literackiego punktu widzenia jak najbardziej ciekawy, jednak nie pomaga wbić się w historię. Zresztą może to kwestia dość nieporęcznego wydania - książka wielkościowo nie sprzyja czytaniu latem na leżaczku. A i czcionka robi swoje... na niekorzyść. Poza tym - drażniły mnie uporczywe powtórzenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że był to zabieg zamierzony, jednak ... w takim wykonaniu raczej odstręcza niż zachwyca. Co należy jednak oddać autorowi to zadbanie o szczegóły i realistyczne opisy. Raziło jednak zbyt nachalne wplatanie wątków bohaterów w wielkie wydarzenia.

Postaci postaci... Mocno drażniła mnie główna bohaterka - Anna. Swoim rozchwianiem, rozemocjonowaniem ... Reszta postaci też, jak na mój gust, zbyt mocno przerysowana, przez co straciła w moich oczach jakikolwiek rys autentyczności. Najciekawiej wypadali bohaterowie drugoplanowe, których oszczędne opisy intrygowały i interesowały bardziej niż panna Anna. Interesującym zabiegiem dla mnie było osadzenie rozedrganej uczuciowo Anny w bezdusznym i brutalnym świecie ostatnich dni II wojny światowej. Ten kontrast wypadł ciekawie i to zdecydowanie w moich oczach podnosi ocenę książki. Śmieszne (i to nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jest to, że główna bohaterka co rusz napotyka jakieś znane osoby bądź też zjawia się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Einstein, Patton, historia ze zdjęciem V-E-day - marynarz pielęgniarkę całujący. Takie to jakieś - banalne.

Czy książka jest niezapomniana? Nie wydaje mi się - nic nowego, stary utarty schemat. Relacja głównej bohaterki ze Stanleyem, a później jego bratem - banał, banał, banał. Maniera robienia z siebie przez bohaterkę małej, zagubionej dziewczynki - kiczowate do bólu. Próba umieszczenia bohaterki na tle wielkich wydarzeń - pomysł niezły, ale ... nie przemawia do mnie forma w jakiej zrobił to pan Wiśniewski. Być może moje nastawienie wynika z tego, że styl pisania JLW mocno przypomina mi Coelho, którego totalnie nie trawię i unikam jak ognia. Schematyczność, naszpikowanie tekstu sentencjami - to coś, co Tygrysy niespecjalnie lubią.

Czy polecam? Nie wiem. Ja już raczej po JLW nie sięgnę, gdyż to po prostu nie moja estetyka. Gdybym jednak powiedziała, że to kiepska książka zdecydowanie bym ją skrzywdziła. Nie jest to literatura w moim guście. Osobom, które lubią zanurzać się w bajkowym i nierealistycznym świecie, w którym wszystko jest czarne bądź białe, bohaterowie dobrzy albo źli - polecam. Natomiast jeśli ktoś lubi szarości - w życiu i w literaturze - zdecydowanie odradzam. 


Kategoria: literatura piękna współczesna polska
Świat Książki 2009, s. 432
Biblionetka: 4,72/6
Lubimy czytać: 4,07/5
Moja ocena: 3+/6

niedziela, 29 maja 2011

Minaret - Leila Aboulela



Tematyka muzułmańska nie opuszcza mnie już od dłuższego czasu. Sięgając po tę książkę byłam przekonana, że dostanę love story z islamem w tle. Rozczarowałam się. Bardzo pozytywnie się rozczarowałam. Książka jest głęboko poruszającą przypowieścią.

Książka została podzielona na części – lata 80., 90., i lata 2003-2004, które przeplatają się ze sobą. Główną bohaterką jest Najwa, pochodząca z wysoko postawionej rodziny Sudanka, która w wyniku przewrotu otrzymuje azyl polityczny w Londynie. Opowiada ona historię swojej młodości, która  była bardzo kolorowa – beztroska zabawa, bananowa młodzież, bogactwo, służba. Wszystko zmienia się w mgnieniu oka – socjaliści dokonują przewrotu i Najwa wraz z bratem i matką muszą uciekać do Londynu. Pieniądze szybko się kończą, brat zaczyna mieć problemy z prawem, a matka ze zdrowiem. Najwa musi rozpocząć pracę – nie posiada żadnych kwalifikacji, więc jest zmuszona pracować jako pomoc domowa. Trudny czas skłania ją ku refleksji nad samą sobą i zaczyna uczęszczać  na wykłady do meczetu – na wykłady oraz modlitwy.
Tak w ogromnym skrócie, bez spoilerów. Powiem szczerze, po opisie z okładki byłam przekonana, że dostałam klasycznego harlequina, tylko że wtłoczonego w realia islamu. Książka porusza głęboko – jest spokojna, słowa płyną, Najwa rozważa swoje życie. Nie jest wyegzaltowana, nic z tych rzeczy. Wzrusza swoim spokojem i pokorą. Rodzaj wiary, który opisuje L. Aboulela to właśnie ten rodzaj, który urzeka – mówiąc za autorką świadomością istnienia Boga i instynktownemu zawierzaniu mu siebie. Po wejściu na tę ścieżkę główna bohaterka odnajduje wewnętrzny spokój.

Mimo, że historia nie jest autobiografią, ma wiele wątków biograficznych. Tak jak główna bohaterka Leila Aboulela pochodzi z Sudanu, gdzie studiowała, a
„nawrócenie” (o ile można użyć takiego słowa) nastąpiło po jej wyjeździe do Wielkiej Brytanii. Sudan, zarówno we wspomnieniach Najwy, jak i ten o którym opowiada autorka w wywiadach, był bardzo liberalny i pro-zachodni. Sama Najwa podkreślała, że jej religijność ograniczała się do przestrzegania ramadanu – kiedy w Londynie pewnego roku umknęło jej to, że czas postu się rozpoczął – był to dla niej punkt zwrotny.

Osobom zainteresowanym islamem polecam książkę podwójnie – zawiera ona mnóstwo informacji dotyczących religii. Szczerze przyznam jednak, że laicy w tej kwestii mogą czuć się zagubieni – trzeba posiadać troszkę więcej niż podstawową wiedzę, aby w pełni cieszyć się treścią. „Minaret” pokazuje islam od tej dobrej strony – od strony, która była zamysłem Proroka. Nie jest to fundamentalny islam, wojujący – tylko religia dobra i wiary w Allaha. Polecam osobom, którym wydaje się, że islam to religia nakłaniająca do walki z niewiernymi. Szczególnie wzruszające dla mnie były opisy spotkań kobiet w meczecie, sposób w jaki tworzyły komitywę, w której czuły się bezpiecznie. Kobiety, którym wydaje się, że muzułmanki są pokrzywdzone, gdyż muszą nosić hidżab – polecam również tę książkę. Najwa, która jako studentka nosiła kuse spódniczki, zakłada hidżab z ulgą – stał się on dla niej synonimem bezpieczeństwa.  

Okładka książki nie czyni – to hasło powinno paradoksalnie reklamować ten tytuł. Piękna, wzruszająca powieść. Uwielbiam być tak zaskakiwana przez książki i polecam gorąco.  Warto, warto, warto!

Kategoria: współczesna literatura piękna 
Wydawnictwo REMI 2010, s. 336
Biblionetka: 4,37/6
Moja ocena: 5/6

Kto zabił Inmaculadę de Silva? - Marina Mayoral





To moje pierwsze spotkanie z panią Mayoral i już na wstępie lojalnie uprzedzę, że pani Marina totalnie mnie uwiodła swoim pisarstwem. Początki były trudne - nie mogłam się przebić przez pierwsze kilkanaście stron tej książeczki (dotyczy objętości, a nie wartości czytelniczej) i tak sobie po cichu myślałam, że chyba się z panią nie polubimy. A potem poszło jak z płatka ...

Historia opowiedziana jest ustami młodziutkiej Etelviny, pochodzącej z tej samej rodziny co tytułowa bohaterka. Dziewczyna wychowywana przez wuja, przyjeżdża na wakacje do rodzinnej miejscowości i wprowadza w czyn, to co postanowiła sobie nieco wcześniej. A co postanowiła, a mianowicie to, że zostanie pisarką. Początkowo zamierzała jedynie opisać historię swojej ciotki Inmaculady, jednak podczas zbierania notatek okazuje się, że poznawanie  perypetii pięknej kobiety prowadzi ją do przemyśleń na temat swojej rodziny, a przede wszystkim jej samej i jej relacji z zakochanym w niej Juanchu. 

Etelvina próbuje rozwikłać zagadkę - jak to się stało, że jej ciotka zginęła w tym samym miejscu i tym samym czasie co lokalny Robin Hood - Anton del Canote? Czy byli kochankami? Kto kogo zabił? Odpowiedzi na to pytanie w książce nie uzyskamy. A przynajmniej nie otrzymamy odpowiedzi jednoznacznej. Członkowie rodziny, mieszkańcy wioski - osoby te przedstawiają swoją wersję wydarzeń. Wersje odmienne od siebie. Dlatego pani Mayoral zastosowała ciekawe rozwiązanie - czytelnik może przyjąć jedną z wersji, bądź dopowiedzieć coś od siebie. Historia pozostaje otwarta. Jak w życiu...

Zastosowanie zabiegu dopuszczenia do głosu różnych osób wypadł wyjątkowo smacznie. Opowieść nabiera przy tym autentyczności, jest naszpikowana emocjami, czujemy się w niej totalnie osadzeni. Gawędziarski styl prowadzenia narracji sprawił, że czułam się w tej historii bardziej swojsko. Autorka dostosowała również styl wypowiadania się do postaci - kiedy nastolatkowie wymieniają się poglądami, przebija w ich rozmowie jeszcze typowa dla ich wieku naiwność, kiedy słyszymy wersję wydarzeń z ust lokalnego stolarza - opowieść prowadzona jest zdawkowo, po męsku. Kiedy wypowiada się była pokojówka, prosta dziewczyna - sposób prowadzenia narracji jest bardzo realistyczny. 

Początkowo miałam problem, aby połapać się kto jest kim dla kogo - pomocne jest tutaj zdecydowane drzewo genealogiczne umieszczone na końcu książki. Jednak z małą ściągą można z powodzeniem i dużą przyjemnością zapoznać się z opowieściami rodzinnymi. Było to również moje pierwsze literackie spotkanie z Hiszpanią na tle dyktatury Franco, co zdecydowanie rozbudziło mój apetyt historyczny.

Podsumowując - bardzo udane spotkanie z panią Mayoral. Sprawnie napisana historia, która zostawia nas w niedosycie czytelniczym. Jeśli ktoś nie lubi otrzymywać zakończenia na tacy - zdecydowanie książka dla niego. 

A tak na zupełnym marginesie - piękna okładka... po prostu piękna

Kategoria: literatura piękna współczesna
Wydawnictwo Muza 2011, s. 168
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC