sobota, 10 listopada 2012

Aleja Bzów - Aleksandra Tyl




Po "Drodze 66" w moim czytelniczym życiu otworzyła się nowa furtka - audiobooki. Nie doceniałam, przyznaję. Myślałam, że nie jestem w stanie skupić się nad treścią, że podobnie, jak w przypadku słuchania radia - słowa będą przemykać przez głowę niezanotowane. Jednak tylko świnia(krowa?!?) nie zmienia poglądów, więc książki "mówione" okazały się być dla mnie rewolucją. Podczas porannej krzątaniny, czynności okołodomowych lub innych mechanicznych odtwórczości mogę przecież słuchać, a co za tym idzie - poznawać kolejne historie! Jak mówi stare powiedzenie druidów - Kubacka uczy się całe życie, więc po wysłuchaniu reportażu Doroty Warakomskiej na ruszcik wrzuciłam coś lżejszego treściowo.

"Aleja Bzów" to niemal klasyczna obyczajówka. Dziewczę w okolicach trzydziestki, zapracowane, nieomijane przez trywialne kłopoty, samotne - znam ten scenariusz aż za dobrze (wyjątkowo - nie ironizuję ;) ). Gdzieś w okolicach trzeciego rozdziału zaczęłam w duchu szydzić z fabuły i dopowiadać dalszy scenariusz, który jak się spodziewałam, zostanie co do joty spełniony.  A tu, masz ci babo placek, w pewnym momencie historia wciągnęła mnie na tyle, że końcówkę przesiedziałam ze słuchawkami w uszach i wzrokiem wbitym w ścianę ;) I tyle zostało z mojego zacięcia i krytyki wobec audiobooków. Historia jest normalna, nawet momentami realna (porównując z innymi, podobnymi książkami adresowanymi do kobiet), zabawna, czuła, no i sympatyczna. Główna bohaterka, Izabela, akurat mocno mnie drażniła, bo w niczym nie przypomina znanych mi Izabel (♥), które aż kipią od energii - tutaj mamy raczej rozemocjonowaną mimozę. Jednak postaci drugoplanowe wzbudzają tyle emocji i pozytywnych myśli, że trudno nie zakochać się w tej historii. Moją ulubioną jest oczywiście babcia Izabeli - Nowakowa, która zyskuje wiele dzięki - świetnej w tej akurat roli - lektorce.

Autorka w miły sposób opisuje okolicę, życie mieszkańców Skotnik, z których pochodzi Iza i jej babcia. Występuje tu tyle postaci i wątków, że aż trudno uwierzyć, że w wersji papierowej historia zajmuje nieco ponad trzysta stron. Są wątki klasyczne, zakończenie raczej nie zaskakuje, jednak przyznaję, że nie poczułam się oszukana przez autorkę. Spędziłam przy historii naprawdę miły czas i z czystym sumieniem polecam.

Co do lektorki - Joanny Lissner - doskonale nadawała się do roli babci i jej sąsiadek. Słowa Izabeli i jej rówieśniczek w ustach pani Joanny brzmiały jednak sztucznie. Irytujące było błędne wymawianie nazw pochodzących z angielskiego czy francuskiego - z całym szacunkiem, takich uchybień raczej być nie powinno. Lektorka interpretowała jednak historię na tyle barwnie i emocjonalnie, że wspomniane błędy ginęły w całokształcie - jak najbardziej pozytywnym.

Kategoria: współczesna literatura polska
Nagrane przez Lissner Studio na podstawie edycji książkowej Prozami 2011.
czas nagrania: 12 godz 47 min.
Biblionetka: 4,42/6
Lubimy czytać: 7,31/10
Moja ocena: 5-/6

Angielska choroba - Magdalena Samozwaniec



Od dawna miałam chętkę na coś, co wyszło spod pióra Magdaleny Samozwaniec. Jako, że ostatnio sugeruję się dość mocno polecankami innych blogerów, tym razem poszłam za radą Skarletki i mój pierwszy kontakt z autorką został poczyniony. Wybór padł na "Angielską chorobę" - mówiąc krótko - książkę pod psem ;)

Zdecydowanie należę do psolubów - moja Kala w domu zajmuje bezsprzecznie pierwsze miejsce, traktowana jest jako pełnoprawny członek rodziny, co więcej - i na tym blogu niejednokrotnie mi pomagała (a to ogrzewając stopy podczas pisania notek, a to biorąc czynny udział w losowaniu). Dlatego też przygody jamnika-podróżnika z perspektywy samego psa musiały mi przypaść do gustu. I dokładnie tak było!

Przy okazji dzielenia się opinią o powieści T. Gulbranssena utyskiwałam nieco na moje odcięcie się od polszczyzny w wydaniu retro. Przeproszę się jednak ze swoimi poglądami, bo język polski w wydaniu Magdaleny Samozwaniec to maestria. Zupełnie poważnie - tak już się ani nie pisze, ani nie mówi, a ja uwielbiam soczyste, może nieco kurtuazyjne słowa. Sposób budowania zdań i samej narracji spowodował, że nieświadomie cofnęłam się kilkadziesiąt lat wstecz i poczułam się kompletnie osadzona w czasie, o którym pisałam autorka. Czas wrócić do "starych lektur" - zdecydowanie można wzbogacić swój język!

A sama historia? Zabawna i z morałem. Jamnik Florek opowiada jak to jego pani - Róża zabiera go w podróż do Anglii. Przemycony w torbie, podróżuje statkiem wzbudzając sympatię swoim nieco nieporadnym wyglądem. Sam siebie uważa za jamnika, ale prawda jest dość brutalna - jest wielorasowcem. Zabawne kwestie włożone w ... pyszczek psa są zapewne zrozumiałe w sporej mierze właścicielom psów, przyznam szczerze - dawno nic mnie tak nie rozbawiło, jak ta właśnie mała książeczka. Jednak to nie tylko historia o psie, który podróżował - to również opowieść o emigrantach londyńskich, ludzkiej naturze. Z morałem - nienachalnym, nieco żartobliwym, mądrym.

Bardzo, ale to bardzo polecam - szczególnie psiarzom, bo oni wychwycą więcej, jednak zapewniam, że książeczka spodoba się wszystkim. Aż żal bierze, że jest tak krótka. I sama do siebie apeluję - więcej starszych książek na półce - piękniejszy język,  zapach (kocham aromat starych, bibliotecznych egzemplarzy!) i ... posłowie. Dlaczego tak rzadko teraz pisze się posłowia czy wstępy?!?

Kategoria: literatura polska
Wydawnictwo Iskry 1983, s. 94.
Biblionetka: 3,98/6
Lubimy czytać: 5,77/10
Moja ocena: 5/6

czwartek, 8 listopada 2012

A lasy wiecznie śpiewają, Dziedzictwo na Björndal - Trygve Gulbranssen




Nie oceniajcie książki po okładce. Niejednokrotnie podnosiłam to hasło, jednak wydawcy stale zakładają na mnie sidła i testują czytelniczą czujność. Przyznam się bez bicia, gdyby nie polecanka Padmy, za nic w świecie (serio, przenigdy!) nie zwróciłabym uwagi na tę powieść. Okładka krzyczy z daleka - "romans dziedzica z nobliwą panną okraszony wieloma dość naiwnymi opisami". Przetrząsając biblioteczne półki, poszukując czegoś niekoniecznie nowego, koniecznie godnego uwagi natrafiłam na "A lasy wiecznie śpiewają" i dałam jej szansę. I tak oto zawędrowałam do mroźnej, skutej lodem dziewiętnastowiecznej Norwegii.

Powieść została napisana w latach 30. XX-go wieku, co mnie, jako osobie czytającej ostatnio niemal same nowości, sprawiło niemały kłopot. Napisana w starym (lecz dobrym!) stylu, w którym sporo uwagi poświęca się formie, a zdania są piękne, kwieciste i długie. Niemało jest opisów surowej norweskiej przyrody, autor soczyście opisuje emocje i uczucia postaci. Bohaterowie to ponadto ludzie szlachetni, odważni, niezłomni, silni. Mężczyźni polują, dbają o gospodarstwo, kobiety są mądre, wspomagają swoich mężów z ukrycia, są ich wsparciem. Niemniej jednak potrzebowałam dużo więcej stron niż zazwyczaj, aby wgryźć się w fabułę. I troszkę mnie to norweskie zimno wymęczyło. 

A sama historia napisana z rozmachem i jednoczesną prostotą. Bardzo przypomina mi w klimacie sagę o Ludziach Lodu (rzecz jasna pozbawioną co pikantniejszych fragmentów - tutaj jest bardzo po bożemu) - i tutaj poznajemy dzieje rodziny na przestrzeni lat. Czyta się może nieco trudniej niż powieści M. Sandemo, jednak odniosłam wrażenie, że Gulbranssen więcej uwagi poświęcił emocjom i życiu wewnętrznemu bohaterów. Całościowo powieść jest głębsza i mniej serialowa niż "Ludzie Lodu", sporo ukazuje ze zwyczajów panujących w XIX wieku na dalekiej Północy. Natura ludzka nie uległa aż tak wielkiej zmianie - i wtedy mocno w cenie była gra pozorów, układność i tak zwana "grzeczność". Autor sprawnie opisuje życie towarzyskie, jakie prowadzono na początku XIX wieku w Skandynawii. Ciekawe to i warte uwagi.

Zachwytu jednak, jak widać powyżej, nie uświadczyłam. Zabrakło mi jakiegoś tąpnięcia w akcji, bomby fabularnej czy jak to tam nazwać. Przez ponad pięćset stron życie rodziny  na Bjorndal toczyło się raczej sielankowo - bogacili się, podejmowali mądre decyzje, byli szlachetni. I tak dalej, i tak dalej. To bardzo dobra powieść, idealna nadająca się chociażby do klubów dyskusyjnych. Jednak przyzwyczajony do czytelniczych trzęsień ziemi mól książkowy poczuł się z lekka niedopieszczony. I kręci nosem. 

P.S. Osobom, które na Lubimy czytać zdradzają najważniejsze wątki pourywam kończyny pewnego dnia. Przyrzekam!

Kategoria: klasyka literatury pięknej
Wydawnictwo Rebis 1994, s. 548.
Biblionetka: cz. I - 4,85/6, cz. II - 4,82/6
Lubimy czytać: cz. I - 7,45/10, cz. II - 7/10
Moja ocena: 4+/6

wtorek, 30 października 2012

Droga 66 - Dorota Warakomska





"Droga 66" Doroty Warakomskiej była dla mnie przełamaniem uprzedzeń. I to nawet podwójnym. Po pierwsze - moje zainteresowania natury reporterskiej są raczej skierowane na wschód, a po kolejne zapierałam się wszelkimi kończynami (i zmysłami też!) przed przesłuchaniem audiobooka. Efekt okazał się interesujący, zaskakujący i ... chyba dość mocno polubiłam książki czytane. Jednak do rzeczy ...

Dorotę Warakomską kojarzę z "Wiadomości" w Programie Pierwszym Telewizji Polskiej, najpierw jako prowadzącą główne wydanie, później jako korespondentkę z USA. Nie do końca byłam świadoma jej działalności pozareporterskiej, ale pani miała konotacje jak najbardziej pozytywne, więc większych oporów, aby posłuchać jej przygody z Drogą 66 nie miałam. Idea była w miarę prosta - rusza z Chicago, gdzie droga się zaczyna, podążając jej historycznym szlakiem, po drodze odwiedzając kultowe knajpki, bary, hoteliki. I w tej wyprawie miał jej towarzyszyć czytelnik. Fajne?  No pewnie, szczególnie, że i ja uwielbiam być w drodze.


"Droga 66" to tak naprawdę kopalnia wiadomości o Drodze Matce, jak również o samych Stanach Zjednoczonych. Route 66 ciągnie się przez niemal cztery tysiące kilometrów, łącząc Los Angeles z Chicago. Przebiega przez sześć stanów, które stanowią jednocześnie tytuły, a co za tym idzie tematy rozdziałów książki. Bohaterów kolejnych minireportaży Dorota Warakomska nie wybiera przypadkowo - to przeważnie osoby zasłużone dla lokalnej społeczności, mające czynny wpływ na rozpropagowanie i ożywienie głównej drogi Ameryki. W i na drodze spędziła pół roku, przejechała ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów. 


Sama Route 66 to spory kawałek amerykańskiej historii. Oficjalnie otwarta w 1926 roku stała się główną trasą Stanów Zjednoczonych. Tętniła życiem, stanowiła tło dla powstania popularnych seriali, piosenek, nawet powieści, takich jak chociażby "Grona gniewu" Steinbecka. W 1985 roku jej los stanął pod ogromnym znakiem zapytania - skreślona z listy szos krajowych powoli odchodziła w zapomnienie. Znaleźli się jednak ludzie, których starania doprowadziły do wpisania Route 66 na listę zabytków. Jest wiele zaniedbanych odcinków, ale są też takie, przy których infrastruktura turystyczna działa wyjątkowo prężnie, dzięki ogromnym staraniom Towarzystwa Drogi 66. I jedne i drugie miałam okazję odwiedzić dzięki Dorocie Warakomskiej. 


Dziennikarka przemierza kolejne stany - Illinois, Missouri, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię. Często czytelnik jest zabierany do znanych knajpek, restauracji, barów czy klasycznych amerykańskich "diner", jak chociażby do Lou Mitchells z najlepszymi na świecie omletami, Cozy Dog Drive In z parówkami w cieście z mąki kukurydzianej, Eat-Rite z podawanymi przez całą dobę śniadaniami, lodziarnią Teda Drewesa w St. Louise z najlepszymi deserami lodowymi w Stanach. Dla lubiących jeść ta lektura może być małą męczarnią - opisy są wyjątkowo obrazowe i niestety smakowite. "Droga 66" to również spotkania z wieloma ciekawymi ludźmi, jak chociażby Ronem Jonesem, który na swoim ciele ma wytatuowane charakterystyczne dla Drogi Matki znaki, neony i atrakcje turystyczne, Dawn Welch, pierwowzorem głównej kobiecej postaci w kreskówce "Auta", Stanleyem Marchem 3., ekscentrycznym multimilionerem, fundatorem słynnego Rancza Cadillaców czy też Andree Pruett, właścicielką kultowej knajpki Bagdad Cafe w Kalifornii. Nie sposób wymienić tutaj wszystkich miejsc i ludzi, których odwiedziła autorka. Opowieść jest barwna, naszpikowana informacjami, inspiruje do dalszego poszukiwania informacji. "Drodze 66" bliżej do dobrego przewodnika - nie jest to typowy reportaż. Mocna wyczuwa się jednak ogromny sentyment i miłość Doroty Warakomskiej do samej Drogi, jak i Stanów Zjednoczonych. Przyznam szczerze - kupuję Stany w takim wydaniu. 


Moje pierwsze spotkanie z audiobookiem przebiegło równie pomyślnie. Być może i książka została przeczytana nieco jak wiadomości, niemniej jednak nie przeszkadzało to w odbiorze. Ciepły, przyjemny głos autorki nie nużył, a przykuwał uwagę. Bałam się, że nie będę mogła się skupić na treści, a finalnie musiałam dawkować sobie kolejne rozdziały, bo nadmiar informacji najzwyczajniej w świecie mnie przytłaczał. Gdybym przeczytała książkę, pewnie mniej emocjonalnie podeszłabym do tekstu, a słuchając jak Dorota Warakomska czyta o Stanach, poczułam się jakbym przebyła tę trasę razem z nią, na siedzeniu pasażera. Polecam gorąco, amerykanofilom, jak również tym, którzy najzwyczajniej są ciekawi świata. Bardzo przyzwoita propozycja.


Kategoria: literatura faktu

Nagrane przez Bibliotekę Akustyczną na podstawie edycji książkowej W.A.B. , 2012
czas nagrania: 10 godz. 35 min.
Biblionetka: 4,81/6
Lubimy czytać: 7,73/10
Moja ocena: 5/6

Audiobook wysłuchałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej.

czwartek, 25 października 2012

Piaskowa Góra - Joanna Bator




Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Joannie Bator i jej powieści "Piaskowa Góra". Trwało spotkanie autorskie z Olgą Rudnicką, które miałam zaszczyt i przyjemność prowadzić. Szybko przemieniło się ono w sympatyczną pogawędkę o wszystkim, w tym o literaturze. Dyskusja dryfowała wokół tematu "siły słów" i jeden z uczestników przywołał nazwisko "Bator" i wyrzucił z siebie kilka, nic mi niemówiących, tytułów. Zachwyt, który towarzyszył tej wypowiedzi, zapamiętałam sobie bardzo dobrze. Dzisiaj, kiedy jestem już po lekturze "Piaskowej Góry" mogę podpisać się wszelkimi kończynami pod tym, co mówił sympatyczny uczestnik spotkania. Powieść genialna, doskonała, totalna. 

Tytułowa Piaskowa Góra to dzielnica Wałbrzycha. Jakie miasto jest - niektórzy pewnie widzieli. Przez Joannę Bator przedstawione z jednej strony jako miasto upadłe, przecież blokowisko z żadnej perspektywy nie brzmi zachęcająco. Autorka stosuje jednak na tyle plastyczny opis, aby w niektórych fragmentach Piaskowa Góra jawiła się niczym miejsce wyjęte z wyjątkowo kolorowych i fantastycznych snów. Na osiedlu mieszka małżeństwo - Jadzia i Stefan Chmura. Mają córkę Dominikę. On - górnik, ona - urzędniczka. Dziecko jakieś nie takie, włosy niezbyt idealne i w głowie fiksum dyrdum. Jadzia do Wałbrzycha przyjechała ze wsi spod Skierniewic, Stefan to dziecko wysiedleńców spod Grodna. Mamy lata głębokiego PRL-u, kiedy to szczytem marzeń jest M3 w bloku z wielkiej płyty, kryształowa bomboniera z czekoladowymi cukierkami, kafelki w łazience, no i jak się poszczęści, to może i mały fiat w losowaniu padnie. I tak oto, skrawek po skraweczku dowiadujemy się niemal wszystkiego ...

Warstwa językowa i narracyjna to absolutna maestria. Fabuła wije się w odmętach pamięci narratorów, którzy na zmianę relacjonują losy rodzin Maślak i Chmura. Poszarpane, chaotyczne strzępki opowieści z licznymi dopowiedzeniami i retrospekcjami - tak właśnie działa ludzki umysł i w taki sam sposób została poprowadzona narracja. Sama autorka w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej powiedziała, że samo życie również nie jest linearne i trudno się z tym nie zgodzić. Język każdej postaci jest spersonalizowany - raz mądry i przemyślany, kiedy mówi inteligent, prostacki, dosadny, niedbały, kiedy historia wychodzi z ust Jadzi Chmury. Całościowo - język soczysty, kompletny, plastyczny, niesamowity, totalny i mogłabym tak wymieniać przymiotniki jeszcze długo. Powieść jest -  mówiąc krótko - doskonała. Przemyślana od początku do końca, angażująca, odrywająca od codzienności. Trudno jest mi wyrazić to, co czułam czytając ją - nie brak tutaj rozwiązań banalnych, oczywistych. Ludzkich! Całość tworzy jednak totalnie magiczne wrażenie, bez gloryfikowania PRLu, z całą dawką naturalizmu, brzydoty i bylejakości. Na bazgradełkowym fanpage'u napisałam kilka dni temu "Tak sytej (o! to dobre słowo), naturalistycznej, a jednocześnie magicznej, rozpasanej i doskonałej powieści nie czytałam chyba nigdy ... ". Obawiam się, że chyba nigdy nie przeczytam równie dobrej.

Bohaterowie są żywi, pełnokrwiści, charakterni. Jadzia Chmura i jej prosty światopogląd, wujek Kaziu z jakże polskim cwaniactwem i odnajdywaniem się w każdej (dosłownie) rzeczywistości. Każda postać to inna historia, wszystkie losy łączą się jednak bardzo zgrabnie w jedną, urokliwą i urzekającą całość. Kobiety u Joanny Bator są silne, mężczyźni natomiast słabi, zagubieni i zakompleksieni. To właściwie saga o kobietach, które prowadzą pospolite życie, ale każda z nich pielęgnuje przynajmniej jedno piękne Wspomnienie. 

Co ja Wam tu będę gadać (czyt. pisać) - powieść jest świetna, ma diabelnie przemyślaną konstrukcję. Swojska polskość ukazana we wszelkich odcieniach, inteligentna ironia, sprawiedliwość wobec bohaterów, którym nieobce są wzloty i upadki, marzenia oraz fobie. Sporo tu domorosłej filozofii, której często można posłuchać u panów pilnujących wiat przystankowych czy przestrzeni przedsklepowych. Doskonała proza. Po prostu doskonała. Polecam jak nigdy dotąd!

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo W.A.B. 2009, s. 448.
Biblionetka: 5,02/6
Moja ocena: 6/6 
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC