niedziela, 8 maja 2011

Szamanka z nawiedzonego kanionu - Barbara Wood




Z Barbarą Wood mam pewien problem. Nie tyle z samą Barbarą, co ze stylem, który Pani reprezentuje. Jak to pisałam kilka notek wstecz - troszkę wysypkowo reaguję na literaturę tzw. kobiecą. Wspominałam też, że Barbarę do domu przemyciła moja mama. Krzywiłam się i nosem kręciłam, ale zachęcona pochlebną opinią sięgnęłam po jej książkę. Potem po drugą, która mnie zdenerwowała niebywale. No i przyszedł czas na trzecią odsłonę Barbary Wood. I co? I ja już sama nie wiem co mam myśleć o jej pisaniu ...
Z jednej strony autorka przykłada się diabelnie do pisania. Szydziłam troszkę z jej opisów w "Kobiecie tysiąca tajemnic", gdzie opisywała rozgrywki piłki nożnej u Majów. I kara przyszła szybko - w poznańskim Muzeum Archeologicznym jest sobie nadal wystawa dot. Majów i ... no można obejrzeć piłkę, którą grali w przysłowiową "nogę". Głupia sprawa, bo myślałam, że to był wymysł wyobraźni pani Wood. A jednak nie :) Wracając do tematu - autorka przygotowuje się merytorycznie do pisania - z jej książek można wynieść sporo wiedzy dotyczącej przeróżnych tematów. Polemizowałam co prawda z jej zachodnim sposobem patrzenia na islam w "Ulicy Rajskich Dziewic", ale nie można odmówić jej tego, że bzdur wierutnych nie pisze. Pisze ciekawie, wiedza w takim opakowaniu sama wchodzi do głowy ... tak, teraz padnie "ale".
Zastanawiam się czy to tylko klątwa "Szamanki ..." czy generalnie pisarstwa pani Wood. Mianowicie - pomysł jest dobry. Pierwszy rozdział to wprowadzenie do historii - poznajemy antropolog Ericę Tyler, która jest w drodze do miejsca, w którym nastąpiło trzęsienie ziemi, które z kolei ukazało jaskinię na ścianach której odnaleziono malowidło. Erica specjalizuje się w historii rdzennych mieszkańców kontynentu amerykańskiego, więc otrzymuje przydział do prowadzenia badań w tym miejscu. W kolejnym rozdziale poznajemy historię legendarnej założycielki plemienia Topaa. I tak przeplatają się wydarzenia współczesne - Erica w kolejnych warstwach znajduje przedmioty, któych historię odnajdziemy w kolejnych rozdziałach. Ciekawy zabieg  i -  powiem szczerze - czytanie wciąga diabelnie. Miało być "ale" - "ale" jest takie, że ten fajny pomysł i całkiem niezła fabuła zostają wtłoczone w scenariusz rodem z Hollywoodu. I to scenariusz raczej kiepskawy. Czy u pani Wood wszystko musi się ułożyć w cukierkowe love story, które kończy się happy endem, który o zgrozo! zaczynamy węszyć gdzieś w połowie książki?
I tu pojawia się mój dylemat - czy nie wymawiam czasem pani Wood, że białe jest białe? O to przecież chodzi w literaturze kobiecej? Żeby się dobrze, do cholery, kończyło. A ja tu się czepiam. Jednak (to też mój odwieczny argument;) ) - literatura, a już w szczególności "kobieca", ma służyć też rozrywce. Czy otrzymałam to od "Szamanki ..."? Ano - mimo wszystko tak. Nie zachwyciłam się, ale ... nie mogę powiedzieć, że to gniot i ma ręka tego nie tknie. Fajnie się czytało, zrelaksowałam się ... poznałam przy tym nieco historię Indian, współczesne ich problemy. Nowa tematyka, która troszkę mnie zaintrygowała. Jednak czuję się, jako czytelnik, niedopieszczona - ckliwe zakończenie, naprawdę mogła sobie autorka podarować.

Kategoria: Literatura piękna współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Muza 2003, s. 416 (wznowienie wydane przez Książnicę)
Biblionetka4,47/6
Lubimy czytać3,61/5
Moja ocena: 4-/6

czwartek, 5 maja 2011

Absolwent - Charles Webb




W ramach przygotowań do zmierzenia się z listą "1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią"* przeczytałam dzisiaj w ekspresowym tempie "Absolwenta". 
Od razu i bez bicia przyznam się, że filmu nie oglądałam. Znam oczywiście kultowe sceny, doskonale znam muzykę z filmu, poprawiłam troszkę stan wiedzy na You Tube, ale skażona filmem nie byłam. 
Książka to raczej przypowiastka, nowelka. 20 letni Benjamin kończy studia, otrzymuje intratne propozycje stanowiska wykładowcy na prestiżowych amerykańskich uczelniach. Jest on jednak zblazowany, nie ma pomysłu - ani na siebie, ani na życie. Pewnego dnia postanawia wybrać się na "wycieczkę" - znika na kilka tygodni z domu, poznając "zwykłych" ludzi. Po powrocie stwierdza, że zmarnował czas, gdyż niczego nowego się nie nauczył, a wręcz uważa wyprawę za nudną. I z tej nudy rozpoczyna romans z żoną wspólnika ojca - Panią Robinson. 
Główny bohater drażni. Swoją nonszalancją, cynizmem, naiwnością życiową. Powtarza slogany w które sam nie wierzy - twierdzi, że został wychowany na człowieka, który odróżnia dobro od zła. Nie potrafi jednak sytuacji, w której się znalazł jednoznacznie ocenić. 
Czytając tę krótką historię cały czas miałam wrażenie, jakbym za chwilę miała zostać na czymś przyłapana. Że to o czym czytam jest złe. Autor stosuje głównie dialogi, które są właściwie serią krótkich pytań i odpowiedzi. Pytań o nic i odpowiedzi o niczym. Mam wrażenie, że obecne - moje pokolenie - ma w sobie troszkę z Bena. Kończymy dobre uczelnie, nie za bardzo wiemy co zrobić z naszym życiem i pakujemy się w patowe sytuacje, których potem żałujemy. Liczymy, że to wzbudzi w nas jakiekolwiek uczucia, a okazuje się, że to - jak wszystko - pop-papka.
Chętnie skonfrontuję to, co przeczytałam z kultowym obrazem. Przyznam szczerze, że byłam troszkę zaskoczoną faktem, że jednak był pierwowzór literacki. Spotkałam się z opiniami, że scenarzyści i reżyser wycisnęli dużo więcej z tekstu, niż on sam na to zasługiwał. 


Kategoria: Literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Proinfo-Atut 1991, s. 191
Biblionetka3,84/6
Lubimy czytać3,52/5
Moja ocena: 3/6

wtorek, 3 maja 2011

Tajemnice greckiej Madonny - Bożena Gałczyńska-Szurek




Coś mam ostatnio rękę do książek - co się za którąś wezmę to albo jest dobra, albo bardzo się podoba albo jedno i drugie. Co do "Tajemnic ..." od początku miałam dobre przeczucia i ... zdecydowanie się nie zawiodłam.
W myśl cyklu "Czy okładka książkę czyni?" pozwolę sobie i tutaj skomentować ową. Okładka jest nienachalna, ale bardzo przyciągająca uwagę. Niby banalna, ale doskonale oddaje ducha książki. No i jest przede wszystkim bardzo ładna. U nas co prawda maj, ale dzisiejsza aura pozostawia wiele do życzenia, także przeniesienie się myślami do ciepłej Grecji dobrze nam robi.
Jako zapalona turkofilka, powinnam być zapaloną przeciwniczką Greków i wszystkiego, co greckie. Dlaczego - zainteresowanych odsyłam do historii. Nie czuję się jednak uprzedzona, bo dla mnie wszystko co w basenie Morza Śródziemnego złym być nie może. Czytając "Tajemnice ..." poczułam, jak mało wiem o samych Grekach i greckiej historii. Wśród moich znajomych są dwie dziewczyny, które ukończyły filologię nowogrecką, jedna z nich przeniosła się na stałe do Aten, także zupełną ignorantką nie jestem, ale jednak - wiele ciekawych faktów doczytałam. No ale - do rzeczy!
O czym książka? O tajemniczej historii. Na spokojnej (fikcyjnej) wyspie dokonują się straszne dla mieszkańców czyny, a "areną" na której się rozgrywają - jest miejscowa cerkwia z cudowną ikoną Madonny Płaczącej. Wątków kryminalnych zdradzać nie będę, gdyż trudno byłoby mi pewnie oddać ducha książki bez zdradzenia kluczowych wątków. Jest to kryminał, w bardzo dobrym stylu. Napisany sprawnie, bez naiwności i wątków na siłę. Powieść została dobrze przemyślana i zupełnie wierzę w deklarację autorki, że wzorowała się na klasykach - to po prostu czuć. 
Sporym atutem jest piękny język. Zdania nie kłują w oczy, ciekawie oddają akcję. Czasami raziły błędy redaktorskie - dziwne przeniesienia wyrazów, niepotrzebne akapity. Troszkę wybijało to z rytmu, ale nie wpływało destrukcyjnie na całość. Dużo wtrąceń w oryginalnej grece nadawało pewnego smaczku historii, jednak mnie jako osobę nie znającą ni słowa po grecku, raczej wytrącały z rytmu (inna sprawa, że gdyby akcja działa się w Turcji i byłyby to wtrącenia po turecku, pewnie byłabym prze-zachwycona ;), także nie należy odbierac tego jako zarzutu). 
Postaci opisane są sprawne, stają nam przed oczami. Czasami brakowało mi głębszych odniesień narratorki pierwszoosobowej do siebie. Mimo, że Klara jest głównym aktorem w tej rozgrywce - wiemy o niej bardzo mało. Sporą rolę odgrywają w książce psy głównej bohaterki - Tyberiusz i Klaudiusz. Autorka oddała naturę psiaków w wyjątkowo interesujący sposób.
Jeśli ktoś czuje się helladofilem, to polecam mu skonfrontowanie swojej wiedzy o Grecji z tą właśnie książką. Sporo się dowiedziałam o samych zwyczajach Greków, ich życiu codziennym, ich mentalności, sposobie bycia, historii. Wszystkie te fakty są na tyle swobodnie wplecione w fabułę, że nie rażą ani trochę, a wręcz mogłoby być ich więcej. Autorka jest hellenistką i czytelnik nie ma żadnych wątpliwości, że jej zawód to ogromna pasja. Jako turkofilka odnalazłam w Grekach opisywanych przez autorkę wiele cech wspólnych (pewnie nabytych przez lata najazdów) od Turków - ot, choćby to przesiadywanie mężczyzn w kawiarniach (w Turcji w herbaciarniach) i pogrywanie w odmianę w trik-traka (w Turcji jest to ekstremalnie popularne, gra nazywa się tavla), zabawianie się mini-różańcem (w Turcji jest to "gadżet religijny" - nazywa się tespih, mylnie nazywa się go muzułmańskim różańcem - zawiera on 10 koralików, służy do modlitwy w której wymienia się kolejno przydomki Boga, przydomków jest 99 a ostatni - setny to Allah; w Grecji - jak twierdzi pani Szurek, a nie mam podstaw żeby jej nie wierzyć - był używany jako przedmiot denerwujący tureckich najeźdźców, którzy prawdopodobnie odbierali to jako profanację; a dziś Grecy używają tego po prostu jako "uspokajacza", co czynią też mniej pobożni Turcy).
Książka wydana jest bardzo estetycznie - papier jest grubszy, przez co czytanie jest baaardzo przyjemne. Troszkę rażą literówki, błędy korektorskie, ale nie jest ich aż tak przerażająco dużo. 
Czy polecam? Polecam i to bardzo. Ciekawa historia, którą zapamiętam na długo. Sprawnie opisana, skłania do myślenia. Więcej takich książek.


Kategoria: literatura polska kryminał
Wydawnictwo Novae Res 2010, s. 404
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać4,38/5
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

sobota, 30 kwietnia 2011

Natalii 5 - Olga Rudnicka




Od czego by tu zacząć?!? aaaaa...
Od autorki. Olga Rudnicka, przesympatyczna dziewczyna, która uśmiecha się ze zdjęcia (szkoda, że nie umieszczono nigdzie w książce). Młoda, pewnie diablo oczytana. Dziewczyna z moich stron (niedaleko pada Śrem od przedmieść Poznania). Młoda. No właśnie. Jest to moje pierwsze spotkanie z Olgą Rudnicką i ... jak dla mnie - dziewczyna jest świetna.
Co dalej? Okładka. Hmm.. tu się doczepię - okładka co prawda wizualnie nawiązuje do poprzednich książek autorki, ale ... taka jakaś... nie oddaje ducha książki. Coś weselszego by się przydało, bo akurat tej książce okładka może zaszkodzić.
Przyznam się bez bicia, że do książki podeszłam bardzo sceptycznie. Bo autorka młoda (tak! przeżywam kryzys :p), i kolejna książka i takie wielkie "halo" wokół niej. Sobie pomyślałam, że to co przeczytam raczej słabawe będzie. I po trzykroć w pierś się teraz uderzam i wszem i wobec oznajmiam - Olga Rudnicka jest świetna!
Kryminały lub twory kryminopodobne lubię i to bardzo. Wychowałam się na klasyce gatunku, czyli na Agacie Christie. To kryminały wytworne, takie pt. "strzepnij pyłek". Uwielbiałam opisy spożywania posiłków przez Herculesa Poirot. No i zawsze dawałam się nabrać i typowałam nie tą osobę jako mordercę. Potem poczytałam sobie troszkę Joanny Chmielewskiej i ... lubię to! Niejednokrotnie płakałam ze śmiechu nad jej książkami. I (tu koniec dygresji) Olga Rudnicka stylem, humorem bardzo mi panią Chmielewską przypomina. I to nie jest zarzut.
O czym historia? Jarosław Sucharski popełnia samobójstwo. W liście pożegnalnym do policji prosi o przekazanie informacji notariuszowi. Ten z kolei wzywa do siebie pięć pań z których każda nazywa się Natalia Sucharska. Okazuje się, że nie wiedziały one o swoim istnieniu, a ich wyjątkowo krnąbrny (ale wspólny!) ojciec każdej z nich nadał to samo imię. Panie otrzymują w spadku dom i ... tajemnicę z nim związaną. I tyle o fabule, bo jeszcze coś chlapnę.
Intryga zgrabna. Zaskakująco, bo - jak wspominałam - obawiałam się czegoś wyjątkowo topornego (niczym nieszczęsne "Los numeros" - kto skazał się na obejrzenie tego ... ekhm.. filmu, ten wie o czym mówię). A tu historyjka zgrabna i niebanalna, i fajnie osadzona w wielkopolskich realiach.
Postaci. To jest - moim skromnym zdaniem - zdecydowanie największa siła książki. Wspólne perypetie sióstr, ich rozmowy, sposób opisywania... Zabawnie i znowu nietopornie, z przymrużeniem oka, z ironią. No po prostu - baaardzo fajnie. Fajnie Olga pisze o babkach. I bardzo mi się podoba to, że nie boi się napisać o tym, jakie szaleństwa w kobietach drzemią. Nieźle się ubawiłam przy opisach "dziur" i przy ustalaniu regulaminów. Bardzo fajnie pokazane są odmienne charaktery sióstr - tak plastycznie, że niemal widziałam te pięć wariatek.
Ogromny plus za miejsce akcji. Wielkopolska, Poznań i Śrem. Co prawda, ze Śremu nie jestem i swojego czasu pozwalałam sobie na niewybredne żarty z tej miejscowości, ale bardzo bardzo podoba mi się fakt, że autorka zdecydowała się osadzić akcję w tym miejscu. Ze szczególnym upodobaniem czytałam fragmenty o poznańskim Starym Rynku, na którym niejedna z nas Poznanianek niemalże wykręciła sobie kostkę.
Podsumowując tę entuzjastyczną recenzję - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu (nastawiałam się raczej negatywnie) bardzo mile się rozczarowałam. Zazdroszczę przeokropnie autorce, że taką zgrabną historyjkę ułożyła. I polecam - szczególnie na majówkę, na lekturkę leżaczkową. Bo to fajna historia jest, o!


Kategoria: Literatura polska - kryminał
Biblionetka4,83/6
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Polactwo - Rafał A. Ziemkiewicz




Niezwykle trudno jest mi wyrazić opinię o tym, co przed paroma minutami skończyłam czytać. Polityką i wszystkim, co dotyczy mojego kraju, interesuję się od dawna. Dyplom politologa nie daje mi żadnych uprawnień do ferowania opinii o stanie polityki, gospodarki itp. Moje zainteresowanie osłabło z wielu przyczyn - studia zakończone, polityka zrobiła się na tyle agresywna i emocjonalna, że nie mam ochoty podniecać się tego typu tematami. Podniet w życiu zwykłego zjadacza chleba mam aż nadto.
Pan Rafał Ziemkiewicz nie jest człowiekiem bliskim mi w poglądach politycznych. Wręcz drażnił mnie niejednokrotnie w swoich opiniach. Przyznam szczerze, że poziom mojego rozdrażnienia jego słowami rósł i malał w miarę czytania książki. Klasyczna sinusoida. Wkurzałam się, odkładałam książkę psiocząc pod nosem, po czym po paru chwilach ponownie po nią sięgałam, aby zmierzyć się z kolejnymi opiniami. Nie twierdzę, że to to, co można w "Polactwie" wyczytać to jakaś prawda osławiona, absolutna i coś odkrywczego. Wbrew temu, co twierdzi pan Ziemkiewicz statystyczny czytelnik Gazety Wyborczej potrafi swoje zdanie wypowiedzieć i to nie jest tak, że GW czyta się żeby wiedzieć jak myśleć w danym tygodniu.
Nie można jednak odebrać jednego - szczerości. Książka jest szczera do bólu (żeby nie powiedzieć dosadniej). Skłania do myślenia. Nie twierdzę, że "trzeba" ją koniecznie przeczytać, żeby uzmysłowić sobie w jakiej zgniliźnie żyjemy. Nie! Przeczytać i dojść do własnych wniosków. Bez niepotrzebnego cynizmu i jadu.


Kategoria: publicystyka literacka
Wydawnictwo Red Horse 2007, s. 408
Biblionetka4,73/6
Lubimy czytać3,83/5
Moja ocena: 4/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC