Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2013

Matrioszka Rosja i Jastrząb - Maciej Jastrzębski



Była tam zawsze. W kartonie pełnym zabawek. Intensywnie kolorowa, interesująca. Moja pierwsza matrioszka.

Wydaje mi się, że poznawanie Rosji w jakimś sensie przypomina otwieranie matrioszki. Pierwsza lalka jest duża, kolorowa i przykuwa naszą uwagę. Druga jest nieco mniejsza, widać subtelne zmiany różniące ją od tej pierwszej. Trzecia może wydawać nam się brzydka, a czwarta zachwyci nas urodą. Na piątą nie zwrócimy uwagi, ale szóstą będziemy oglądać z wielkim zainteresowaniem. I tak, aż do ostatniej najmniejszej laleczki, która jest naga, bez wizerunków i ozdób. Niektórzy nazywają ją „duszą matrioszki”. Poznając Rosję, również odkrywamy jej kolejne warstwy. Nie każda z odsłon wywołuje nasz entuzjazm.

Książkę Macieja Jastrzębskiego miałam okazję zrecenzować dla portalu podróżniczego Peron4. Całą recenzję przeczytacie TUTAJ.

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Helios 2013, s. 280.
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu PERON4.

piątek, 1 lutego 2013

Czarnobylska modlitwa: Kronika przyszłości - Swietłana Aleksijewicz




Mogłabym tak siedzieć przed ekranem z migającym kursorem jeszcze kilka dobrych tygodni. "Czarnobylska modlitwa" odsłuchana już kilkanaście dni temu, a ja nadal nie wiem - co napisać, jak to zrobić, jakich użyć słów, żeby przekazać chociaż cząstkę z emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury.

Na wspomnienie tego wszystkiego, co wtłoczone zostało brutalnie do mojej głowy mam ściśnięty żołądek. Czarnobyl był dla mnie awarią reaktora jądrowego, skażeniem środowiska, ekstremalnymi wyprawami do Zony. Dość pobieżnie i hasłowo takie właśnie skojarzenia miałam do tej pory. Zanim zapoznałam się z reportażem Swietłany Aleksijewicz. 

Wraca ona po dwudziestu latach od katastrofy i rozmawia z ludźmi, których awaria dotknęła bezpośrednio. Naukowcami, żonami robotników, przesiedleńcami, partyjnymi. Autorka przypisała sobie rolę marginalną - wysłuchuje. Na kilkuset stronach niemal jej nie ma - we wstępie szybko tłumaczy swoją motywację i milknie, oddając głos bohaterom. Nie wtrąca się w to, co mówią - monologi płyną nieprzerwanie. Czytelnik nie usłyszy komentarza czy podsumowania, na wszelkie pytania musi odpowiedzieć sobie sam. 

Każdy monolog to opowieść z innego punktu widzenia. Rozpoczyna się mocnym akcentem - o swoim ukochanym opowiada żona. Był strażakiem, jednym z zastępu, który przybył na miejsce awarii jako pierwszy. Proste słowa, żadnych dramatycznych gestów i przerysowanych metafor - opowieść płynie, zdanie za zdaniem, a ja miałam wrażenie, że słuchając jej rozpadnę się na kawałki. Tyle bólu, rezygnacji, cierpienia. Byłam szczerze wstrząśnięta tą historią. Każda kolejna jest równie mocna, żadna nie pozostawiła mnie obojętną. Niektóre z nich były tak intensywne, tak intymne, że ich słuchanie sprawiało niemal fizyczny ból. 

Jedna z bohaterek mówi: "Nie powinnam o tym, ale opowiem ..." i właśnie te słowa wrzucają czytelnika z pełnym impetem w świat ludzi zwanych homo sovieticus. Określenie stworzone przez Aleksandra Zinowjewa, rosyjskiego pisarza i socjologa precyzuje człowieka niezdolnego do samodzielnego myślenia, czy podejmowania decyzji, całkowicie podporządkowanego władzy, zniewolonego intelektualnie. Krystyna Kurczab-Redlich, dziennikarka i chodzące źródło wiedzy o współczesnej Rosji, podkreśliła w recenzji książki Aleksijewicz, że homo sovieticus był tak bezgranicznie oddany państwu i lekceważył siebie, iż bardziej przerażała go reakcja zwierzchnika niż promieniowanie jądrowe. I monologi większości to boleśnie potwierdzają. KGB w elektrowni poszukujące szpiegów, wojskowi pilnujący terenów wokół obiektu, broń - jeden z rozmówców pyta "Przed czym nas bronili? Przed fizyką?!?". Inny bohater nazywa zbiorowym samobójstwem to, co się ówcześnie działo - strażacy gaszący pożar w zwykłych kurtkach, absurdalne dozymetry, które służyły jedynie uspokojeniu sumienia, bo i tak nie działały, wręczanie umierającym na chorobę popromienną medali i listów gratulacyjnych. ZSRR w pełnej krasie. Na szczęście u schyłku.

Ogromne wyrazy uszanowania należą się lektorce - Krystynie Czubównie. Tajemnicą nie jest, że jest to interpretatorka doskonała. Wyczucie, empatia, stopniowanie emocji - to zdecydowanie czyniło lekturę głębszą i bardziej intensywną. I chociażby dlatego warto poznać książkę S. Aleksijewicz w tej formie.

Reportaże przeważnie są z gatunku tych ciężkich kalibrem lektur. "Czarnobylska modlitwa" nie jest wyjątkiem. Przyznam szczerze, że  czytelniczo nie za bardzo jestem w stanie przyjąć po niej cokolwiek. Nic nie będzie tak prawdziwe, istotne, potrzebne. Bo reportaż ten jest pomnikiem wystawionym wszystkim, którzy zginęli w tej wojnie. Wojnie człowieka z fizyką i własną ignorancją.  Zdecydowanie bardzo mocna rzecz.

Kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Czarne 2012
czas nagrania: 14 godz. 59 min.
Moja ocena: 6/6

Audiobook wysłuchałam dzięki uprzejmości Audeo.pl

sobota, 1 grudnia 2012

Pokonani - Irina Gołowkina


Swojego rusofilstwa specjalnie udowadniać nie muszę. Niejednokrotnie przy okazji recenzowania literatury rosyjskiej udowadniałam dlaczego czytanie o Rosji i Rosjanach wyjątkowo mnie porusza. Bo dusza szeroka jak stąd na Syberię, bo autoironia, bo szyk, klasa i wielowymiarowość. I zawsze pięć kilo emocji. 

Przy okazji polecanek wszelakich wyłowiłam u Kasi.eire "Pokonanych". Powieść niemożliwa do kupienia (cena wyjściowa, o ile się już pojawi,  w serwisie aukcyjnym na pierwszą literę alfabetu - 90 złotych polskich), dość zakurzona na bibliotecznej półce. Moje oczekiwania wysokie jak góry Kaukazu, bo co opinia to łzy, płacze, piękności i cudowności. No i co? No i to, że dołączam do chóru pochwalnego ku czci Gołowkiny. Z maleńkimi zarzutami.

Lata 20., Petersburg, tfu! Leningrad. "Biali", arystokracja, szlachta to element wysoce niepożądany na ścieżce światłego rozwoju Związku Radzieckiego. Komunizm sam się nie zbuduje, należy pomóc, najlepiej element ów depcząc, niszcząc, unicestwiając. Dawni panowie na włościach ubożeją wyprzedając obrazy, klejnoty i inne kosztowności, za które kupią później ziemniaki, kaszę jaglaną czy kawę. O ile kartki pozwolą. O ile zdążą, zanim zostaną wysłani w tajgę czy do dalekiego Uzbekistanu. Irina Gołowkina w historii umieściła postaci fikcyjne wzorowane na autentycznych. Jak to w klasycznej sadze bywa - losy kilku rodzin nieustannie się przeplatają. Kolejne prześladowania uskutecznianie przez GPU, codzienność radziecka w latach 20., donosy, uwłaczająca walka o kolejny dzień - tego można spodziewać się w fabule "Pokonanych".  Nie ma sensu opowiadać Wam kolejnych wątków - stron jest jak widać mnóstwo, jako i wątków. Jest również pięknie i realistycznie odmalowany obraz ówczesnej,  coraz bardziej ubożejącej szlachty, tęsknoty za carskimi czasami, doprawiony emocjami, podsycany nienawiścią do socjalistycznej władzy. Irina Gołowkina zajęła bezkompromisowe stanowisko. Poznając losy bohaterów i mając na uwadze fakt, iż inspiracją były autentyczne historie - nie można się temu dziwić.

Czytałam już powieści w tym klimacie - o podobnych czasach pisał chociażby Wasilij Aksjonow. Znając jego sagę moskiewską nie sposób się do niej nie odnieść przy omawianiu "Pokonanych". Aksjonow przybrał bardziej reporterski, a może po prostu męski styl narracji. Jest twardo, krótko, nieco ironicznie. Gołowkina nie kryje się ze swoją goryczą, tęsknotą za tym, co nie wróci i pogardą wobec bolszewików. Przy niemal dziewięćsetstronicowej lekturze zaczyna to w pewnym momencie nieco irytować. Postaci u Aksjonowa są pełnokrwiste, wielowymiarowe, myślące (!) - tego nie można powiedzieć o żadnym bohaterze Gołowkiny. Niemal wszyscy (poza Elżbietą, która po prostu pracuje) żyją ideałami, starymi zwyczajami, wydają się być kompletnie nieprzystosowani do życia, w którym nie ma służby, szlachectwa i cara. Ponadto są rozkapryszeni, puści i ... pozbawieni instynktu samozachowawczego. W warstwie literackiej - kompletnie papierowi, czarno-biali, niezmieniający poglądów, krystaliczni. Przy całym okrucieństwie i bestialstwie, któremu zostali poddani - jako czytelnika trafiał mnie przysłowiowy szlag. Biorąc jednak pod uwagę historię "Pokonanych", losy powieści w drugim obiegu - jest to hołd złożony klasie po której w obecnej Rosji nie został ślad. 

A cóż poza tym? Ocean emocji, któremu i ja nie byłam w stanie się oprzeć. No, chwyciło mnie za serducho jak diabli. Co więcej, o mały włos przegapiłabym swoją stację, tak się zaczytałam podczas podróży pociągiem. Czyta się wyśmienicie, nie wiadomo kiedy to tomiszcze zostaje połknięte, wzdycha się, prycha, denerwuje. Cały czas miałam z tyłu głowy pewną myśl. No i co z tego, że bohaterowie są tacy nieskazitelni i wierni swoim ideałom, a mnie to denerwuje, skoro nie mogłam się od powieści oderwać? Co z tego, że jest gorzko i tragicznie, skoro nie zważając na otoczenie komentowałam na głos rozwój akcji, wprawiając w osłupienie współtowarzyszy podróży? To nie zdarza się przy każdej powieści, oj nie!

Nie jest to literatura wysokich lotów i porównania do klasyki wydają się być mocno na wyrost. To doskonałe czytadło, wzbudzające pełen wachlarz emocji, przykuwające uwagę, odrywające kompletnie od rzeczywistości. Dlatego polecam, podsycając ogień podniecenia wokół tej powieści. Warto, koniecznie w pakiecie z Aksjonowem! 

Kategoria: literatura piękna
Czytelnik 1966, 872 s.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 9,31/10
Moja ocena: 5 + (ale ten plusik malutki) /6 

niedziela, 17 czerwca 2012

Rok 1984 - George Orwell



UWAGA - OPINIA ZAWIERA SPOILERY

Nie jestem pewna, czy dzieliłam się tym przemyśleniem na tymże blogu, ale często dopada mnie pewna refleksja - mam za mało czasu na czytanie, a co dopiero na czytanie książek po raz któryś z kolei. Szkoda, wielka szkoda, bo niektóre powieści powinno się odświeżać co pewien czas. "Rok 1984" Georga Orwella czytałam po raz pierwszy pewnie z dziesięć lat temu - jakoś jeszcze w liceum. Oprócz pewnych strzępów fabuły, pamiętam jedno - powieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i wpędziła mnie w swoisty pesymizm (z którego pewnie nieco we mnie zostało). Do rzeczy, do rzeczy ...

Mam wrażenie, że wśród czytających lub przeglądających ten blog nie znajdzie się chociaż jedna osoba, która "Roku 1984" nie czytała. O ile mała szansa jest, to chyba naprawdę nie ma osoby, która by o tej powieści nie słyszała. Streszczenie w kilku słowach - antyutopijna wizja totalitarnego świata widzianego oczyma Winstona Smitha. Świat,  w którym przyszło mu żyć podzielony jest pomiędzy trzy mocarstwa - Oceanię (której jest obywatelem), zajmującą tereny obu Ameryk, Wielkiej Brytanii, południowej Afryki, Australii oraz Oceanii, w której panuje ideologia angsocu. Przywództwo dzierży Partia pod wodzą Wielkiego Brata. Sojusznikiem/wrogiem (odpowiednie w danym czasie skreślić) są Eurazja oraz Wschódazja. Eurazja to z grubsza rzecz biorąc poszerzone tereny Związku Radzieckiego, gdzie szerzy się neobolszewizm, natomiast drugie mocarstwo to tereny Chin oraz pobliskich krajów, traktowane przez Oceanię jako możliwość nabycia taniej siły roboczej. 

W Oceanii panuje totalitaryzm zupełny - państwo kontroluje wszystkie obszary życia, nawet myśli bohaterów. W każdym z mieszkań zainstalowany jest teleekran, który służy do obserwowania i komunikowania się z ludnością. Obywatele poddawani się ciągłej inwigilacji - mikrofony zainstalowane są nawet w krzakach na bezludziu poza miastem. Nad ogólnym porządkiem czuwa Policja Myśli, gdyż człowieka może zdradzić wszystko - mówienie przez sen, bezwiedny tik, jakakolwiek czynność odbiegająca od normy, albo co gorsza myślenie. Myślozbrodnia jest bowiem najcięższym przestępstwem, jakie można popełnić. Osoba podejrzana jest zawsze winna, a kara może być tylko jedna - ewaporacja. Jest to wyższa forma unicestwienia, gdyż człowiek znika nie tylko fizycznie, ale również zostają zatarte wszelkie ślady jego istnienia (scena w Ministerstwie Pracy, kiedy to ewaporowany pracownik został usunięty z listy uczestników kółka szachowego). 

Społeczeństwo w Oceanii podzielone jest na trzy warstwy - najwyższa, najbardziej uprzywilejowana to Partia Wewnętrzna. Absolutna śmietanka, najważniejsi funkcjonariusze - mimo tego, że większość obywateli zdaje się nie wiedzieć, kto tak naprawdę do tej kasty należy. Stanowią raptem dwie setne wszystkich mieszkańców - oprócz "spożywczych" przywilejów, takich jak dostęp do lepszych produktów (prawdziwa kawa, alkohol, czekolada), mogą sobie pozwolić na wyłączanie teleekranów. Drugą, pod względem liczebności, grupą społeczną są niżsi funkcjonariusze partyjni. To oni pracują nad produkcją książek, filmów, słowników, prasy. Rozpoznać ich można po mundurach, nawiązujących do kombinezonów robotniczych. Najliczniejszą grupę stanowią prole, czyli proletariat. Nie są poddawani takim obostrzeniom, jak szeregowi członkowie partii - mogą poruszać się po kraju bez specjalnych pozwoleń, upijać się, w ich mieszkaniach nie są instalowane teleekrany. Są jednak uważani za podludzi.

W Oceanii dąży się do wyplenienia języka angielskiego i zastąpienia go nowomową. Jednym z jej osiągnięć jest redukcja zasobu słownictwa. Pozbawienie niepotrzebnych części mowy (takich jak chociażby przymiotniki czy przysłówki) ma lepiej oddawać ideę dwójmyślenia. Ma to być zdolność do jednoczesnego wyrażania dwóch odmiennych poglądów , co więcej - wierzenie w oba jednocześnie.

Podczas czytania, podobnie jak te kilka dobrych lat temu, stale towarzyszył mi rosnący niepokój. To, że historię poznajemy z perspektywy Winstona Smitha, nie ułatwia sprawy. Zwykły pracownik partii, wydaje się być ostatnim myślącym, buntującym się człowiekiem w Oceanii. Prowadzi pamiętnik, w którym ośmiela się pisać "Precz z Wielkim Bratem", spotyka się z kobietą i uprawia (zabroniony w Oceanii) z nią seks. Co gorsza, obydwoje czerpią z tego przyjemność. Przez większą część powieści mocno kibicowałam Winstonowi, aby w tym świecie przepełnionym beznadzieją, monotonią i bylejakością zwyciężył, chociażby wewnętrznie. Ostatni rozdział powieści zburzył jednak moje nadzieje, a ostatnie zdanie powieści sprawiło, że mentalnie i fizycznie opadły mi ręce. Bohater ponosi moralną porażkę - Partia zmusiła go nie tylko do zdradzenia wszystkich, których znał, ale wyparcia się osoby, której kochał, a także zmiany myślenia. 

Orwell opublikował powieść w 1949 roku - wtedy już świat był po doświadczeniach nazizmu, bolszewizmu czy komunizmu w ZSRR. Cały czas jednak był przed Koreą Północną i innymi reżimami. Świat Wielkiego Brata nadal istnieje. George Orwell napisał "Rok 1984" pod wpływem wydarzeń, jakich był świadkiem podczas wojny domowej w Hiszpanii, sporo jednak inspiracji przyniosły doniesienia ze Związku Radzieckiego. Slogan "2+2=5" pochodził właśnie stamtąd i miał być matematyczną ilustracją, by niemożliwe stało się możliwe - i w cztery lata osiągnąć zamierzenia planu pięcioletniego. Ciągłe zmiany sojuszów w Oceanii - w jednym tygodniu wrogiem była Wschódazja i wojna z nią toczona była od zawsze, aby w kolejnym stała się sojusznikiem. Wiązało się to z ciągłą ingerencją w przeszłość - należało przecież skorygować wszelkie wzmianki w prasie, literaturze, radiu i telewizji. Podobnie miała się sytuacja w Związku Radzieckim, kiedy to należało z dnia na dzień przemianować sojusznika, jakim była III Rzesza, na wroga, z którym należy walczyć do ostatniej kropli krwi. Sam Wielki Brat z twarzy wydaje się być podobny do Józefa Stalina. Opisy tortur stosowanych przez Ministerstwo Miłości są bardzo tożsame z działaniami NKWD, która z kolei mogła być pierwowzorem dla Policji Myśli. Szczególnie znamienny jest wątek zdjęcia z trzema towarzyszami. Winston Smith pewnego dnia w pracy przypadkowo otrzymuje wycinek z gazety, gdzie na zdjęciu widnieją ewaporowani towarzysze. Staje się to dla niego dowód na istnienie przeszłości, gdyż później to zdjęcie było modyfikowane. Podobny zabieg miał miejsce w ZSRR w czasie czystki stalinowskiej - najsłynniejsze jest zdjęcie z Nikołajem Jeżowem. Kiedy został on rozkazem Józefa Stalina zgładzony - usunięto go ze zdjęć, na których widniał w towarzystwie Wodza.


Powieść zmusza do myślenia. Nie jest łatwa, mimo, że czyta się ją bardzo dobrze. Ogromnie obciąża jednak umysł - próba ułożenia sobie w głowie tego, nie do końca niemożliwego świata, przytłacza. Ideały tutaj nie istnieją, nie ma dobrego, pozytywnego zakończenia. Kiedy dociera się do jakiegokolwiek człowieka na poziomie najniższych instynktów - znikają miłość i inne wartości. Strach tylko on zdaje się być prawdziwy, naturalny. George Orwell stawia hipotezę, w której łamie przekonanie, że ludzie są czymś więcej niż kłębkiem instynktów. Czy tak naprawdę jesteśmy niezdolni do trwałych, wyższych uczuć takich jak oddanie, przyjaźń czy miłość? W końcu i ona tutaj przegrywa - w kulminacyjnym momencie powieści Julia i Winston spotykają się i okazuje się, że miłości, która zdawała się trzymać Winstona przy człowieczeństwie, już nie ma. Umknęła w momencie zdrady drugiej osoby celem uratowania własnej skóry. Niezmiernie smutny fragment, który wbił mnie czytelniczo w fotel. Nie pamiętałam go z poprzedniego "czytania" - widocznie byłam zbyt młoda i doświadczona, aby ten fragment zrobił na mnie wrażenie.

Powieść absolutnie doskonała. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i literackiej. Wielowarstwowa, uniwersalna, ponadczasowa. Nadal pozostaje jedną z ulubionych powieści. Nabrałam ochoty na więcej Orwella. Absolutny i totalny "must read".

Kategoria: współczesna literatura piękna
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA 2008, s. 360.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 8,08/10 
Moja ocena: 6/6

niedziela, 8 stycznia 2012

Imperium - Ryszard Kapuściński




Ryszard Kapuściński to bez wątpienia najwybitniejszy polski reportażysta. Mimo, że od paru lat jego postać budzi kontrowersje, ja cenię sobie niezwykle jego warsztat, odcinając się poniekąd od oceny jego jako człowieka. Nic mi do tego, co robił, komu i jak. Kocham (!) czytać jego książki i za każdym razem przyjemność temu towarzysząca jest niezmierna. Tym razem odświeżyłam sobie "Imperium", czyli studium Związku Radzieckiego. 

"Imperium" składa się z trzech części - pierwsza obejmuje lata 1939-1967 i opisuje podróże po Związku Radzieckim głównie w latach 50.-60., jak również pierwsze spotkanie Ryszarda Kapuścińskiego z Imperium, mianowicie wkroczenie Armii Czerwonej do Pińska, w którym się urodził i dorastał. Druga część to obserwacja rozkładającego się organizmu komunistycznego, mianowicie wyprawy w latach 1989-1991 po punktach skrajnych ZSRR. Część trzecia to impresje dziennikarza dotyczące upadku bloku wschodniego i związanych z tym konsekwencjami.

Być na miejscu i obserwować wydarzenia z pierwszej linii - to jedno. Opisać je jednak w sposób zrozumiały dla czytelnika, wtłoczyć w konwencję literacką - to drugie. Ryszard Kapuściński zdecydowanie jest mistrzem słowa. Sposób w jaki buduje wypowiedź - zwiększanie napięcia wypowiedzi, naznaczanie emocjami - czyta się to z ogromną przyjemnością. Imponuje erudycja i oczytanie Kapuścińskiego - liczne odwołania nie tylko do klasyków rosyjskich jak F. Dostojewski, ale również teksty odnoszące się do terenów po których podróżuje, jak i współczesne mu opracowania tematów, którymi się zajmuje, ubarwiają opowieść i ją uzupełniają. Zawsze ogromną uwagę zwracał Kapuściński na kontekst kulturowy danego miejsca, który jest niezbędny do dobrego zrozumienia. Ponadto wiedzę o kraju czerpał z samego dołu - od zwykłych mieszkańców, ludzi, na których pozornie nikt nie zwracał uwagi. 

Uderzyło mnie ogromne podobieństwo do książki Tiziano Terzaniego "Dobranoc, panie Lenin!". Zarówno Kapuściński, jak i Terzani podróżowali po Związku Radzieckim w tym samym czasie. Co ciekawe, wiele z miejsc odwiedzili niemal równocześnie. I co najciekawsze - opisali je bardzo podobnie. Być może jest to wynikiem podobnego stylu myślenia - czy chcemy czy nie, dużo bliżej nam do kręgu kulturowego Europy Zachodniej niż do Wschodu. Co zrozumiałe, Kapuściński inaczej patrzy na socjalizm. Jednak warto porównać obie relacje - polecam gorąco.

Nie sposób w tym miejscu streścić "Imperium"  - można jedynie wymienić poruszane tematy. Kapuściński odwiedził Armenię, Gruzję, Azerbejdżan, Uzbekistan, Turkmenię, Tadżykistan, Kirgizję - bardzo "nierosyjskie" republiki. Starał się w nich uchwycić sowieckiego ducha, zrozumieć w jaki sposób bezduszny system opanował narody, których historia sięga zamierzchłych czasów. ZSRR został zamieniony na kraj ateistów, cerkwie przemianowano na magazyny, czy paradoksalnie - utworzono w nich muzea ateizmu, które miały pokazywać, jak zgubna jest wiara w życie duchowe. Szacuje się, że od rewolucji październikowej w 1917 r. do początku lat 90. na terenie Związku Radzieckiego zniszczono około 20-30 milionów ikon. Służyły jako tarcze na strzelnicach, chodniki w kopalnianych korytarzach zalewanych wodą, materiał do robienia skrzynek na ziemniaki na targach czy jako deski do krojenia warzyw i mięsa. 

Człowiek radziecki nie protestował - zawsze w milczeniu i bez pytań egzystował. W rosyjskim duchu Kapuściński zauważa wieczne dążenie do cierpienia. Zniewolenie takiej masy ludzkiej nie udałoby się, gdyby nie wpajany przez wieki respekt wobec władzy. Car był pomazańcem bożym, jego ikony wisiały w cerkwiach na miejscu przeznaczonym dla świętych. Później, mimo zapanowania laickiego systemu jakim był socjalizm, Rosjanie nadal traktowali przedstawicieli władzy jako nadludzi. W tym kraju nigdy żadna rewolucja nie wyszła od ludu - zawsze reformy miały charakter odgórny. Sam car  w połowie XIX w. wydał ukaz, w którym odwoływał nakaz wieszania ikon z jego wizerunkiem. Niemal sakralny charakter władzy to kanon kultury politycznej Rosjan.

Kapuściński pisze również sporo o Kołymie. Warto skonfrontować obraz przez niego przedstawiony z książką Jacka Hugo-Badera "Dzienniki kołymskie". Magadan, miasto położone nad Morzem Ochockim, jest największym na świecie cmentarzyskiem. To na tych terenach od lat 20. XX wieku utworzono sieć ponad 160 arktycznych obozów śmierci. Skazańcy zmieniali się, lecz jednocześnie przebywało tutaj na zesłaniu około 500 tys. skazańców. Z tych, którzy przybywali niemal połowa ginęła w drodze. Łagier - obóz pracy przymusowej, został pomyślany tak, aby człowiek przed śmiercią doznał największych upokorzeń, cierpień i męczarni. Wrogiem dla człowieka były tu zimno, głód (na wyżywienie składał się kawałek chleba oraz woda), katorżnicza praca, brak snu, brud, robactwo, sadyzm NKWD oraz terror kryminalistów, którzy stanowili najniższy szczebel władzy obozowej. W głównej mierze osobami zesłanymi byli więźniowie polityczni, czyli osoby o odmiennych poglądach, lub po prostu - innej narodowości. Wyroki sięgały 25 lat. Demografowie szacują, że w latach 1915-1958 zginęło od 54 do 110,7 milionów (!!!) obywateli ZSRR. Ginęli na frontach obu wojen, w więzieniach i również łagrach.

"Imperium" należy do tych książek, o których długo nie można zapomnieć. Czy warto przeczytać - rzecz jasna! I to nie tylko ze względu na swoje zainteresowania dotyczące Rosji czy obszarów byłego ZSRR, ale również aby poznać doskonały warsztat dziennikarski Ryszarda Kapuścińskiego. Bardzo polecam!

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Czytelnik 2008, s. 336.
Biblionetka: 5,20/6
Lubimy czytać: 7,76/10
Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 1 stycznia 2012

Wojna i więzienie - Wasilij Aksionow




Kiedy nie czytam nowości książkowych, to jak widać po moich notkach, najchętniej sięgam po literaturę okołorosyjską. Po dość entuzjastycznym podejściu do pierwszej części Moskiewskiej sagi, szybko rozpoczęłam lekturę drugiego tomu. I tak minęło pół roku ... Aksionowa podczytywałam pomiędzy różnymi innymi książkami. I traktowałam po macoszemu. Mocno. W międzyczasie popełniłam jeszcze "Jeźdźca miedzianego". Czy nasyciłam swoje rusofilstwo? Kręcę głową z dezaprobatą.

"Wojna i więzienie" to kontynuacja losów rodziny Gradowów. Akcja rozpoczyna się w 1941 roku. Niemal wszyscy męscy członkowie rodziny Gradow uczestniczą w działaniach wojennych. Kobiety czekają na nich w domach, bądź tak jak Weronika trafiają do łagrów. Nie chciałabym przytaczać wszystkich wątków, gdyż po pierwsze było ich sporo. Po drugie - książkę czytałam prawie pół roku i wiele epizodów zatarło się w mojej pamięci. Także opinię tą potraktujcie z lekkim przymrużeniem oka, gdyż będzie ona mocno impresjonistyczna ;)

Co mnie uderzyło najmocniej - "Wojnę i więzienie" kończyłam czytać już po lekturze "Jeźdźca miedzianego". Kilka wątków jest na tyle podobnych do siebie, że nie mogłam sobie przypomnieć, który należał do konkretnej powieści. Nie sposób przez to nie porównać obydwu książek. "Jeździec miedziany" P. Simmons to jednak w głównej mierze romans z elementami soft-porno i lekko podanym rysem społeczno-historycznym. Saga Aksionowa to przede wszystkim solidne odwzorowanie historyczne z lekkim rysem postaci, bardzo zgrabnie wplecionych w autentyczne wydarzenia wojenne. Aksionowa czyta się trudniej, bo i więcej trzeba pamiętać z historii (co prawda leniwym sam autor uzupełnia wiedzę poprzez rozdziały "intermedium", które stanowią zgrabną mieszankę nagłówków prasowych z całego świata), jednak - lektura ta sprawia więcej satysfakcji. Imponuje przygotowanie merytoryczne autora, gdyż jest on twórcą współczesnym.

W "Wojnie i więzieniu" pojawiają się również wątki polskie, co nieco szokuje biorąc pod uwagę rok powstania książki (początek lat 90.). Być może wpływ na to miał życiorys autora (emigrował do Stanów Zjednoczonych). Dość jasno jest tutaj powiedziane, że żołnierze radzieccy z założonymi rękoma czekali, aż Warszawa wykrwawi się w powstaniu (scena z synem marszałka Gradowowa, Borysem - trzecim pokoleniem rodziny w sadze), jak również mowa jest o sprawie katyńskiej. Interesuje mnie, jak rosyjski czytelnik odebrał zatem tę powieść.

Poszukując informacji o autorze, często natykałam się na opinie, że moskiewska saga jest "Wojną i pokojem" XX wieku. W notce wikipedyjnej czytamy o porównaniu z "Doktorem Żywago". Niestety (moje wielokrotne narzekanie pt. "klasyki nie znamy, nowości czytamy") żadnej z powieści nie czytałam, ale poziom moskiewskiej sagi jest dla mnie na tyle zadowalający, że sama siebie zmobilizuję do nadrobienia zaległości. 

Podsumowując - polecam. Rusofilom i nierusofilom. Ciekawa powieść z Rosją Radziecką w tle. Dużo mocnych, typowo rosyjskich akcentów, co dodaje lekturze smaczku. Zachęcam naprawdę gorąco. 

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo AMBER 1999, s. 318
Biblionetka: 5,13/6
Moja ocena: 4+/6

niedziela, 4 grudnia 2011

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader




Kiedy kończę czytać książki takie jak ta, zawsze mam ochotę wykrzyczeć prosto w notkę: "Musicie to przeczytać!". O Jacku H-B słyszałam wiele, polecano mi jego książki, no ale, jak to bywa w przyrodzie - nie przekonasz się, dopóki nie przeczytasz. Pochłonęłam i mówię z pełną odpowiedzialnością - uwielbiam! A książka trafia na listę "zdecydowanie ulubionych".

Moje nieco awangardowe umiłowanie klimatu radziecko-rosyjskiego stałym czytelnikom bloga i moim znajomym jest doskonale znane. Prace naukowe (sic!), które wyszły spod moich łapek dotyczyły tej tematyki i po pracy magisterskiej zrobiłam sobie naukową przerwę od tematu. Obawiam się, że po "Białej gorączce" mogę wpaść w ciąg. Bo kiedy reportaż czytasz jednym tchem, a emocje, które pojawiają się w Twojej głowie to mieszanka zachwytu, obrzydzenia, bólu i smutku, to znaczy jedno. Jacek Hugo-Bader stworzył reportaż. I wiedział, skubany wiedział, że to było dobre. Co zresztą potwierdził w ostatnich dniach brytyjski dziennik The Independent. 

No dobrze - do konkretów. "Biała gorączka" to zbiór reportaży, przemyśleń, wniosków z wielokrotnych pobytów J. Hugo-Badera w krajach WNP. Mamy tu historię pierwszej i jedynej Miss Rosji HIV Pozytywnej, grupy pasterzy stada reniferów z Syberii, kloszardki (bomży) z Moskwy, rodzin górników, którzy zginęli podczas katastrofy w 2007 roku w kopalni im. Zasiadki w Doniecku. Autor próbował pojąć fenomen najbiedniejszego kraju w Europie, jakim jest Mołdawia, jak również wniknął w hippisowskie środowisko współczesnej Rosji. Wszystkie tematy, których podjął się J.H.-B. łączy jedno - dla statystycznego człowieka z dużego miasta w zachodniej, czy nawet środkowej Europie, są one skrajnie odrzucające. Jacek Hugo-Bader podchodzi do kotła z zupą zwaną Rosją i wyławia z niej szumowiny, nie obawiając się tego, że sam się przy tym pobrudzi.

Inspiracją dla takiego kształtu książki była publikacja naukowców radzieckich "Reportaże z XXI wieku". W latach 50. naukowcy opisali, jak będzie wyglądać świat za kolejne pięćdziesiąt lat. Jako, że tworzyli dzieło w takich, a nie innych warunkach - gwałtowny rozwój socjalizmu, a następnie komunizmu miał zapewnić szczęśliwe, pozbawione chorób, głodu i wojen w życie. W jedynym słusznym kraju rzecz jasna. Jacek Hugo-Bader konfrontuje (hipo)tezy wysunięte przez naukowców z XXI-wieczną rzeczywistością. 

Sporo miejsca autor poświęca duszy mieszkańców dzisiejszej Rosji. Wysłuchuje ich historii, nie ocenia, miejsce na komentarz pozostawia czytelnikowi. Obraz, który przedstawia jest brutalny, prawdziwy, niejednokrotnie powoduje szok czy nawet niedowierzanie. Ilość alkoholu, który przetacza się przez strony "Białej gorączki" powoduje, że sama niemal wpadłam w delirium tremens. Wielokrotnie autor podkreślał, że życia tam, nie da się przeżyć na trzeźwo. Jedna z terapeutek, z którą Jacek Hugo-Bader rozmawiał, stwierdziła nawet, że ludzie Północy przyjmowanie alkoholu w zatrważających ilościach mają we krwi. Doprowadza ich to do białej gorączki, czyli jednej z najczęstszych psychoz alkoholowych, która może pojawić się już po dwóch, trzech dniach po przerwaniu ciągu pijackiego. W Rosji piją i ćpają wszyscy - kobiety, mężczyźni, biedni, bogatsi, wykształceni i analfabeci, nawet dzieciaki, które nie skończyły jeszcze dziesiątego roku życia. O białej gorączce w syberyjskiej tajdze autor napisał, że to opowieść o śmierci, płacz bez łez. Wstrząsające!

Nie chciałabym nawet podejmować próby streszczenia, chociażby jednego z reportaży z "Białej gorączki" - spłaszczę je tylko nieznośnie. Jeśli interesujecie się Rosją, ZSRR i nie boicie się trudnych tematów - nie możecie ominąć tej książki. Jeśli macie tendencje do głoszenie stereotypów na temat Rosjan i innych nacji zamieszkujących byłe ZSRR - sięgnijcie po "Białą gorączkę", a potem kolejne książki, które odzierają ten obraz i pokazują prawdę. Bolesną, przerażającą, trudną. Za nadmierne emocjonowanie przepraszam, lecz i tak polecam przegorąco!

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Czarne 2009, s. 396
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 7,78/10
Moja ocena: 5+/6

P.S. Czy tylko mnie wkurza nowy system oceny na Lubimy czytać

wtorek, 29 listopada 2011

Jeździec miedziany - Paulina Simmons




Ochów i achów na temat tej książki naczytałam się tak wiele, że ... nabrałam ogromnej ochoty, aby się z nią zmierzyć. Jako, że ostatnio jakoś tak niefajnie i na bakier z książkami i niestety moim blogiem, to odstraszała mnie objętość. 720 stron i kategoria romans? Uprzedzenia w mojej głowie, aż huczały. 

"Jeździec miedziany" to historia Tatiany Mietanowej - 17-letniej Rosjanki, mieszkającej w Leningradzie oraz Aleksandra - żołnierza Armii Czerwonej, z pochodzenia Amerykanina. Historia jest dość banalna i schematyczna. Poznają się przypadkiem, w dniu ataku III Rzeszy na ZSRR, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Los rzuca im wyzwania i kłody - Aleksander wcześniej spotykał się z siostrą Tatiany - Daszą, jego przyjaciel zadurza się w Tanii. Leningrad zostaje oblężony, a na mieszkańców pada widmo śmierci głodowej. I w tej mocno dramatycznej otoczce miłość Tanii i Aleksandra rozkwita.

Postaci są zbudowane w myśl zasady "czarny charakter-biały charakter". Tatiana to dziewczyna bez wad - niewinna, naiwna, zakochana, pełna poświęcenia i uwielbienia wobec Aleksandra. Zrobi wszystko i za każdą cenę (nawet przetoczy mu swoją krew). On - tu autorka prawdopodobnie próbowała troszkę skomplikować rys charakterologiczny. Z jednej strony to porządny mężczyzna - dba o Tanię i jej rodzinę, stara się zapewnić jej jak najlepszy byt, z drugiej miotają nim sprzeczne uczucia i bywa mocno powściągliwy. Dasza i Dmitrij - siostra Tanii oraz przyjaciel Aleksandra, to czarne charaktery tej historii. Motyw Dmitrija trąci sporym banałem i ostatnie sceny książki powodują jedynie uniesienie brwi i ironiczne prychnięcie. 

Fabuła i rozwój akcji to schemat znany, nieco oklepany, raczej mocno przewidywalny. To, że losy Tanii i Aleksandra muszą być mocno zawiłe - jest oczywiste. Jednak rozwiązania stosowane przez autorkę nie są rażące na tyle, żeby zabijały czystą przyjemność czytania. A to jest główny atut tej książki - czyta się ją, tak jak głosi większość recenzji i opinii, jednym tchem. Wynika to w dużej mierze z ogromnej wręcz ilości dialogów, ale przy ubywających stronach ... czego chcieć więcej. Owszem jest banalnie, przewidywalnie, ale jak na romans poziom jest dość przyzwoity.

Ciekawie autorka opisuje również Leningrad - z tego co wyczytałam, historia opiera się na losach bodajże jej dziadków, którzy opowiadali o oblężeniu St. Petersburga. Fragmenty (szkoda, że jest ich stosunkowo mało) o życiu w oblężonym mieście, historie sąsiadów, znajomych Tanii i Aleksandra, sam wątek Amerykanina w sowieckiej Rosji, realia komunizmu - dla mnie, jako rusofilki, spora wartość dodana "Jeźdźca ...". Siłą rzeczy przyszło mi do głowy porównanie z książką Aksjonowa. "Pokolenie zimy" i kontynuacja - to bardziej ambitne potraktowanie tematu i ... czuć mocno rosyjską duszę. "Jeździec ..." jest pisany przez Amerykankę i to powoduje, że akcja jest bardziej hollywoodzka i brawurowa. "Pokolenie zimy" i kolejne tomy to surowe, rosyjskie postrzeganie świata.

Jeśli oczekujecie literatury ambitnej, na miarę klasyki rosyjskiej - raczej omijajcie tę książkę z daleka. Jednak jeśli potrzeba Wam odprężenia, nieskomplikowanej historii miłosnej, kobiet o wielkim sercu i mężczyzn jak z obrazka - zdecydowanie sięgnijcie po "Jeźdźca miedzianego". 

Kategoria: romans
Wydawnictwo Świat Książki 2010, s. 720
Biblionetka: 5,16/6
Lubimy czytać: 7,94/10
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam w formacie EPUB dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki oraz portalu WOBLINK.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Pokolenie zimy - Wasilij Aksionow




O tym, że od dawna interesuję się Rosją, jej historią, ludźmi, językiem warto w tym miejscu wspomnieć. Gdyby nie rusofilstwo (powoli, powoli w odwrocie) - nie natrafiłabym na tę książkę. Miałam też taki czas w mojej karierze studenckiej, kiedy to życiorys Stalina był obiektem moich wzmożonych zainteresowań. Nie mylić z fascynacją. Kiedy pobieżnie przejrzałam opis książki, wiedziałam, że przypadnie mi do gustu. Nie obyło się jednak bez potknięć ...

Historia rodziny Gradowów - chirurga Borysa, jego żony Mary oraz ich dzieci - Cyryla, Nikity i Niny. Opowieść rozpoczyna się w połowie lat 20., a kończy pod koniec lat 30. Co to oznacza z punktu historycznego - przypominać (mam nadzieję!) nie muszę. Represje dotykają tę znakomitą rodzinę. Poznajemy tutaj również takie postaci jak Ławrientij Beria, Lew Trocki, jest i Józef W. Stalin. Nie brakuje opisów brutalnych przesłuchań, mocnych słów, przekleństw - budują one atmosferę książki. Ówcześni mieszkańcy Moskwy, zamieszkujący wielopiętrowe budynki, budzą się na dźwięk wznoszącej windy. Można być aresztowanym dosłownie za wszystko. Kuriozalnym przypadkiem jest osoba wesołego taksówkarza, na którego doniósł współtowarzysz biesiady, na której to spierali się który z przywódców Związku Radzieckiego jest bardziej przystojny.

Pisałam o potknięciach. Miałam problem z panem Aksionowem. Nie mogłam się przebić przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Dużo faktów historycznych, pseudo-socjalistycznego bełkotu, wiele postaci wprowadzonych jedna za drugą - zapanował we mnie totalny mętlik. Poradziłam sobie - krótka powtórka z historii, proste a jakże ułatwiające życie odręcznie rozrysowane drzewko genealogiczne, odrobina samodyscypliny, samoskarcenie za leniwe czytelnictwo i ... poszło jak z płatka. Im dalej w książkę, tym historia bardziej się rozwija i czytanie jest samą przyjemnością. Pseudo-socjalistyczny bełkot pomaga zbudować klimat ówczesnej Moskwy. Wprowadza nas, dość brutalnie, w realia początkowych lat Związku Radzieckiego.

Sporą zaletą powieści są postaci. Z krwi i kości. Rosyjskie do cna. Uwielbiam (powtórzę: uwielbiam) sposób w jaki Rosjanie opisują siebie samych. Lekka autoironia, mocny rys psychologiczny i wielowymiarowość postaci - tak piszą chyba tylko Rosjanie. I to jest przeogromna siła "Pokolenia zimy". A sposób w jaki Wasilij Aksionow opisał Stalina - w całej swojej przekomiczności - mistrzostwo. Przypominają mi się w tym momencie słowa Tiziano Terzaniego : "jak to możliwe, że przez tyle lat Zachód obawiał się tego kraju?".

Powieść nie mija się z prawdą historyczną (o ile możemy mówić o czymś takim w przypadku obszaru zwanego dzisiaj Rosją), gdzieniegdzie fakty są z lekka naginane, ale z grubsza nic nie zgrzyta. Jednak - bez powtórki faktów trudniej będzie przebrnąć przez tę historię. Dużo nazwisk, postaci prawdziwe mieszają się z fikcyjnymi, i tak jak pisałam wcześniej - trudno jest się w tym początkowo połapać.

Książkę polecam przeogromnie. Dla rusofilów i nierusofilów. Dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o tym niesamowitym kraju. Dla tych, którzy chcą zrozumieć dlaczego tak sztuczny twór jak socjalizm przetrwał tyle lat i dlaczego wytworzył tak specyficzny sposób bycia Rosjan.   Historia momentami brutalna, ale zdecydowania warta przeczytania. Chociaż zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego.

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Amber 1999, s. 320
Biblionetka: 5,10/6
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 14 sierpnia 2011

Dobranoc, panie Lenin! - Tiziano Terzani




O Tiziano Terzanim usłyszałam całkiem niedawno. Rzecz jasna w kontekście porównań z Ryszardem Kapuścińskim. RK uwielbiam - postanowiłam spróbować z brodatym Włochem. Jako, że tematyka "Dobranoc, panie Lenin!" również oscyluje wokół moich prywatnych zainteresowań - ZSRR, moment upadku komunizmu pokazany od środka. Powiem szczerze - książkę potraktowałam jako przesmakowity kąsek i troszkę świadomie odsuwałam moment jej przeczytania - lubię czekać na to, co sprawia przyjemność. Jak najdłużej się da. Książkę przeczytałam. I co? I oficjalnie stwierdzam - Tiziano Terzani jest fenomenalnym reporterem. 

"Dobranoc ..." to dziennik prowadzony przez Terzaniego w momencie jego podróży po Azji Środkowej - rozpoczyna on swoją wędrówkę 16 sierpnia 1991 roku w Chabarowsku i przez następny miesiąc przemierza kolejno chińsko-radziecką granicę, Syberię, Kazachstan, Kirgizję, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenię, Azerbejdżan, Gruzję oraz Armenię, aby podróż swą zakończyć w Moskwie, w Mauzoleum Lenina. Terzani opisuję swoją wyprawę dzień po dniu. Jego pióro jest lekkie, skrzy się od dobrego gatunkowo poczucia humoru przyprawionego ironią. Skupia się na ludziach i historii miejsc w których dane mu było przebywać. Wnioski, które wysnuwa są trafne. Być może fakt pochodzenia pozwalał mu spojrzeć na komunistyczny, upadający światek.

Terzani wielokrotnie opisuje absurdy życia codziennego w ZSRR. Groteskowe rozmieszczenie fabryk produkujących artykuły pierwszej potrzeby, który przestaje działać w momencie ogłaszania niepodległości przez kolejne republiki Związku Radzieckiego. W Gruzji brakuje żarówek, gdyż były one produkowane w Armenii, z kolei Armenia nie ma dostępu do ropy naftowej, która znajduje się w sąsiednim Azerbejdżanie, ale z przyczyn politycznych nie może jej zakupić. Na terenie całego byłego ZSRR brakuje prozaicznej rzeczy, jaką jest mydło do golenia. 

Autor zwraca uwagę na kontrast jaki maluje się pomiędzy zwykłymi obywatelami a tymi przedstawionymi na pomnikach, których nie brakuje w każdym mieście. Przodownicy pracy, prężni młodzieńcy to osoby uśmiechnięte, szczęśliwe, pełne energii, spoglądające z cokołów czy też płaskorzeźb na budynkach. Pod cokołami można było zauważyć twarze smutne, zaniedbane, pełne narastającej rezygnacji. Codzienność komunizmu to zdaniem Terzaniego oczekiwanie: na autobus, na otwarcie sklepów, na dostawę towaru. Oczekiwanie mieszkańcy mają we krwi i wykazują się w tym wyjątkową cierpliwością. Terzani zwraca też uwagę na sztuczność i brutalność procesu wcielania w ZSRR terenów takich jak Uzbekistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. Dotknął też problemu rodzących się radykalizmów na tle islamskich w republikach Azji Środkowej. 

Terzaniego wydarzenia zmieniające historię spotykają podczas rejsu po rzece Amur - granicznej pomiędzy ZSRR a ChRL. Przemierzając kolejne republiki dochodzi on do wniosku, że rewolucja na "prowincji" to przede wszystkim burzenie pomników - głównie Lenina oraz lokalnych przywódców komunistycznych. Poza tym nic się nie zmienia - partia komunistyczna zmienia swoją nazwę, ale członkowie pozostają ci sami. Co najwyżej zamykano muzea, gdyż należało je "zreorganizować". "Przez całe lata przekazywaliśmy same kłamstwa i niełatwo jest zacząć opowiadać prawdę. Potrzebujemy czasu, żeby się do tego przyzwyczaić."*

Książka pisana jest fenomenalnym językiem - kolejne rozdziały czyta się jednym tchem. Dobry warsztat reporterski to jedno. Drugie to mnóstwo ciekawostek historycznych zgrabnie wplecionych w tekst. Znajdziecie tutaj legendę o czadorze, historię starożytnych perskich miast. Historie kolejnych narodów podane w bardzo lekki, ale nie uproszczony sposób. Postaci, które Terzani spotyka na swojej drodze są wyjątkowo dobrymi komentatorami wydarzeń, którym przyszło im świadkować. Niech za dowód wyjątkowego kunsztu dziennikarskiego posłuży niniejszy przykład - Terzani opowiada o rzezi Ormian na dwóch stronach. Czytałam o tym sporo, ale nikt nie ujął sedna tematu w tak zwięzły, sugestywny i emocjonalny sposób. Zainteresowanych odsyłam do lektury.

Kto dobrnął do tego miejsca wie, że lekturę zdecydowanie polecam. Lubię literaturę reporterską, ale zdarzają się lepsi i gorsi przedstawiciele tego gatunku. Terzani jest mistrzem. Zacieram ręce na fakt, że sporo jego książek można już przeczytać po polsku. Polecam każdemu zainteresowanemu tematyką ZSRR. Kogo interesuje islam w zupełnie niearabskim wydaniu - po "Dobranoc..." marsz! Kogo interesuje historia tych terenów - jak wyżej. Świetny język, interesujące historie, worek ciekawostek historycznych, a wszystko na najwyższym poziomie. Zdecydowanie i wręcz nachalnie polecam!


* T. Terzani, "Dobranoc, panie Lenin!", Poznań 2011, s. 260. 

kategoria: literatura faktu - zbiór reportaży
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011, s. 576
Biblionetka: 5,5/6
Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka. Dziękuję!
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC