środa, 29 sierpnia 2012

Madonna. Królowa muzyki pop - E. Fiegel, D. Easlea




Muzykolub ze mnie nadprzeciętny. Słucham dużo, różnie, maniakalnie. Jednak nie zawsze słuchałam tylko muzyki alternatywnej - dawno, dawno temu za siedmioma wsiami, kiedy to byłam dziewczęciem młodym i dźwiękochłonnym, oglądałam MTV. A kochani, musicie wiedzieć, że ówcześnie Music Television nadawała zgodnie ze swoją nazwą - dyktowała trendy muzyczne, karmiła widza prawdziwymi hitami, a dla dzieciaka w raczkującej kapitalistycznie Polsce - godzina styczności z MTV równała się kontaktowi z Wielkim Światem. I wtedy oto moimi największymi muzycznymi idolami stali się Michael Jackson i Madonna. Od tamtych dni upłynęło sporo czasu i wody w Warcie, jednak do dzisiaj jednym z moich filarów muzycznych zostały te dwa gigantyczne nazwiska. 

Lubię biografie. Ten gatunek literacki robi się na szczęście coraz bardziej popularny w naszym kraju - wydaje się w tej tematyce dużo i co najważniejsze - ciekawie. Coraz więcej pojawia się również biografii muzyków (chociażby Boba Dylana). O tym, że Madonna jest niekwestionowaną królową muzyki pop nie trzeba chyba nikomu przypominać. Na okładce "Madonny. Królowej muzyki pop" umieszczono słowa Marka Niedźwieckiego: "Gdyby nagrała tylko Like a prayer, Vogue, Frozen i Time Stood Still, to i tak miałaby już stałe miejsce w historii muzyki rozrywkowej". Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem - jej utwory znajdują się we wszystkich zestawieniach najważniejszych piosenek XX. wieku, a albumy w tożsamych listach zajmują najwyższe miejsca. 


"Madonna. Królowa muzyki pop" to biografia przygotowana przez E. Fiegela oraz D. Easlea - dziennikarzy muzycznych piszących dla "The Guardian", "The Sunday Times"  czy "The Daily Telegraph". Chronologicznie przeprowadzają czytelnika przez życiorys Madonny Louise Ciccone - od początków stawianych w rodzinnym stanie Michigan, poprzez pierwsze single ciepło przyjęte w klubach Nowego Jorku, na wielkich sukcesach skończywszy. Biografia została podzielona na dwie części: "Material Girl" oraz "Ray Light", których to tytuły odnosiły się do utworów, które zdaniem autorów były kamieniami milowymi dla piosenkarki. Czytelnik jest przeprowadzany dokładnie i wnikliwie, poznaje szczegóły każdego albumu. Ponadto każdy utwór umieszczony na wydawnictwie został przez autorów omówiony i zrecenzowany. 


Bardziej niż biografią "Madonna" jest mocno rozbudowaną recenzją muzyczną - lwią część książki stanowią fachowe opisy jej utworów, informacje o jej producentach i ich dokonaniach, jak i szczegółowe opisy tras koncertowych. Oczywiście - to muzyka stanowi o Madonnie, jednak po biografii spodziewałam się czegoś więcej - chociażby próby postawienia jakichkolwiek pytań i uzyskania na nie odpowiedzi. Książka przypomina nieco w swojej formie dobrze przygotowaną pracę magisterską - nie zabraknie tu wielu interesujących faktów, jednak nadal będzie to tylko sucha rozprawa naukowa, bez odniesień do tak zwanych "czynników ludzkich". Można przecież napisać biografię fabularyzowaną, którą będzie się ciekawe czytać - przykładami niech będą chociażby "Open. Autobiografia tenisisty" A. Agassiego czy "Ostatni taki Amerykanin" E. Gillbert. Zabrakło mi bardzo tego ludzkiego aspektu w historii o Madonnie. Ogrom wiedzy i pracy autorów jest niezaprzeczalny, jednak przeciętny czytelnik (za jakiego się przecież uważam) będzie przytłoczony natłokiem szczegółowych informacji o działalności producenckiej Madonny czy też inspiracjami, którymi kierowała się przy tworzeniu kolejnych albumów.


Na temat życia prywatnego nie dowiemy się więcej niż z opisu na Wikipedii. Należy to jednak zapisać jako plus - omijając szerokim łukiem pikantne szczegóły skandalistki (za jaką Madonna nieraz uchodziła), autorzy skupili się na tym, co najważniejsze - czyli muzyce. Z przytoczonych przez nich opisów dowiedziałam się jak wiele pracy i serca artystka wkładała w każdy kolejny album, przygotowanie koncertów, jak wiele pomysłów rodziło się w jej głowie. Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, jak wielu artystów wypromowała poprzez swoją wytwórnię - wystarczy wymienić chociażby Alanis Morissette czy Me'shell Ndegeocello. Sporo miejsca autorzy poświęcają ponadto działalności filmowej i filantropijnej Madonny. Wszystko podparte datami, nazwiskami i szczegółowym opisem.


Zastanawiałam się komu zarekomendować tę biografię - to, że fani piosenkarki sięgną po nią, to pewne. Polecam książkę gorąco osobom piszącym o muzyce tudzież aspirującym do tego - szczególnie takim, które chcą być postrzegane za profesjonalistów. Autorzy dają lekcję fachowego opowiadania o artyście z ogromnym dorobkiem - dawka wiedzy została odmierzona w odpowiedniej proporcji i zachęca do dalszych poszukiwań. Mnie skłoniła do starcia kurzu ze starych kompaktów Madonny i odsłuchiwania jej największych hitów - "Like a prayer" nigdy się dla mnie nie zestarzeje.


Kategoria: biografia

Wydawnictwo Pascal 2012, s. 288.
Biblionetka: 4/6
Lubimy czytać: 6,5/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.

sobota, 25 sierpnia 2012

Poszukiwacze marzeń - Patricia Shaw




Patricia Shaw to jedna z pierwszych autorek, które odkryłam dzięki blogom książkowym. Cała moja przygoda rozpoczęła się cztery lata temu, nie istniał wtedy jeszcze serwis pozwalający umieszczać książki na wirtualnych półkach, zdana więc byłam jedynie na zwykły notes. I wynotowana tam Patricia Shaw czekała na swoją kolej. Kiedy przyuważyłam jej książkę na bibliotecznej półce pomyślałam, że warto przystopować z pędem za nowościami i sięgnąć po coś starszego. Coś, co chciałam kiedyś bardzo przeczytać. 

Przyznam się od razu - uwielbiam historię podawaną w fabularyzowanej postaci. Historię, jako dyscyplinę naukową, kocham samą w sobie, jednak przedstawianie jej w lżejszej formie ubóstwiam. Dlatego wszelkie powieści z przymiotnikiem "historyczna" biorę w ciemno. W przypadku "Poszukiwaczy marzeń" mamy do czynienia z historią Australii - pod koniec XIX wieku do wybrzeży Australii przybywają imigranci z ówczesnych Prus. Pod przywództwem pastora Beitza zasiedlają okolice rozwijającej się osady Bundaberg. Mimo trudności walczą z naturą i uprzedzeniami, zakładają misję, budują zbór protestancki. 

Gdybym miała przyrównać z czym skojarzyli mi się "Poszukiwacze marzeń" bez wątpienia przywołuję powieści Barbary Wood. Podobnie jak u niej - fabuła osadzona w historii, ciekawe postaci, stylistyka serialowo-obyczajowa. Lekko, łatwo i nieskomplikowanie. Tutaj również nie brakuje wydarzeń nadnaturalnych oraz rozwiązań nieco odbiegających od rzeczywistości. Przyjmuję jednak tego typu powieści jak balsam - czyta się szybko, jest ciekawie, przy okazji można poznać dzieje i historie z których wcześniej nie do końca zdawałam sobie sprawę. Bardzo na plus w "Poszukiwaczach ..." są właśnie opisy początków osadnictwa w stanie Queensland w Australii. Sugestywnie, ciekawie i interesująco można podać historię, która w podręcznikach pewnie wyglądałaby nudno.


Trudno jest mi jednoznacznie ocenić postaci. Z jednej strony ich mnogość nadaje kolorytu powieści. Ciekawe zostały zarysowane ich charaktery - różnią się między sobą, wzbudzają sympatię, bądź antypatię. A skoro pojawiły się takie odczucia, to oznacza, że zostały nakreślone nieco papierowo, bo ktoś jest albo bardzo dobry, albo bardzo zły. A to już takie fajne nie jest. Odniosłam wrażenie, że autorce zabrakło pomysłu na dokończenie losów - fabuła rozwijała się bardzo interesująco i gdzieś na kilkudziesięciu ostatnich stronach te idee się ulotniły. Wątki zostały wykończone prosto i naiwnie. I to zostawiło we mnie jakiś taki niesmak. 


"Poszukiwacze marzeń" to lekkie czytadło z solidną podbudową historyczną. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale czyta się sprawnie, szybko i ma się z tego czytania sporą frajdę. Polecam na leżaczki, do pociągu i fotela. Miłośnicy Barbary Wood nie zawiodą się pisarstwem Patricii Shaw.


Kategoria: współczesna literatura piękna

Wydawnictwo Książnica 2007, s. 556.
Biblionetka: 4,31/6
Lubimy czytać: 6,47/10
Moja ocena: 4/6

piątek, 24 sierpnia 2012

Facet na telefon - A. J. Gabryel




Zupełnie nie wiem jak, kiedy i dlaczego tak szybko, ale rynek nowości książkowych erotykami stoi. Jeszcze kilka miesięcy temu było cicho o owym nurcie, a teraz mam wrażenie, że niemal nic innego się nie wydaje i o innych książkach się nie mówi. Wystarczy wymienić "Wilgotne miejsca" Ch. Roche czy "Pięćdziesiąt twarzy Greya" E. Leonard. Te dwa tytuły niemal już wyskakują z lodówki - wszyscy o nich piszą, brać recenzencka (ta bardziej i mniej profesjonalna) podzieliła się na dwa fronty - ostra krytyka bądź doszukiwanie się nowego zjawiska socjologicznego. Obiektywnie jednak - powieści z pieprzykiem są na fali. W ten trend doskonale wstrzelił się A. J. Gabryel i jego "Facet na telefon".

Wymienionych przeze mnie powyżej powieści nie czytałam (jeszcze), jednak pozwolę sobie przytoczyć opinie mądrzejszych ode mnie, iż do kanonu raczej nie wejdą. Podobnie będzie z "Facetem na telefon" - literatura wysokich lotów to moim zdaniem nie jest. Fabuła jest prosta - poznajemy losy Adama, który opowiada o spotkaniach z klientkami, korzystającymi z jego usług. Usług niebagatelnych bo tytułowy facet jest panem do towarzystwa. W każdym tego słowa znaczeniu. Literacko owszem  poprawnie, język niepokaleczony, ale polotu tutaj nie znajdziemy. Narratorem jest Adam, bądź osobnik wszechwiedzący czytający w myślach kobiet korzystających z usług żigolaka. Całość sprawia wrażenie dość prostej historyjki, jest mieszanką mocno oklepanych elementów rodem z opowiadań erotycznych ze znośną dawką filozofii życiowej uprawianej przez Adama. Powieści za gniot mimo tego, co napisałam jednak nie uznaję. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

Czyta się sprawnie, szybko i bardzo przyjemnie. Wciąga, po prostu wciąga. Mimo, że momentami jest naiwnie i raczej stereotypowo, to nie można odmówić autorowi subtelności, namiętności i po takiego jakiegoś zdrowego erotyzmu. Przyczepiłam się w recenzji "Życia w tropikach" do niesmacznych, nieciekawych, nierealnych i wyolbrzymionych opisów podbojów łóżkowych autora - w przypadku "Faceta na telefon" jest w porządku. Seks tutaj jest smaczny, nęcący, niemal skrojony na potrzeby kobiety-czytelniczki. Jednak jest i druga strona medalu - tytułowy bohater jest  w gruncie rzeczy smutnym człowiekiem i seks nie smakuje mu tak, jak (moim zdaniem) powinien. Chociaż pod koniec lektury pojawiła się w mojej głowie refleksja - czy ten smutek to jest wynikiem spojrzenia na problem z mojej perspektywy?

Ponadto panuje w tej powieści swoisty chaos. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że książka powstała na fali popularności bloga autora. Mnogość bohaterek-klientek wprowadza spore zamieszanie, jednak z drugiej strony wrzuca w dość ciekawy stan ducha - tyle kobiet, ciał, zachcianek, pragnień. Na minus zapisuję również mocno snobistyczne product-placement - te wszystkie Gucci, Armani, Gaultiery, Belvedere i inne to mocno niepotrzebne dodatki. Rozumiem ich funkcję, jednak uważam je za zbędne.

W trakcie czytania w mojej głowie pojawiło się pytanie - czym "Facet na telefon" różni się od jakiegoś tam harlequina czy innego romansu, w którym przecież znajdę równie pikantne opowieści? Może jest to próba nieco głębszego potraktowania tematu? Powieści o kurtyzanach nie brakuje, wiele z nich weszło do kanonu, a temat męskich prostytutek to nadal swoista niewiadoma, a nawet tabu. I to było dla mnie największą wartością - możliwość spojrzenia na profesję z odmiennego punktu widzenia. Co więcej - autor wyliczył sporo przyczyn dla których kobiety decydowały się skorzystać z usług Adama i wierzcie mi - przekrój jest naprawdę imponujący. I mocno niejednoznaczny.

Idzie nowe w literaturze. Erotyka zdecydowanie będzie królować na półkach księgarskich w ciągu najbliższych miesięcy. Chic lit wkracza w nowy wymiar. Dobrze czy źle? Nie mnie oceniać. Zachęcam do wyrobienia własnej opinii - czytając zarówno nowości, jak i poznając  klasykę gatunku.  "Facet na telefon" skłonił mnie do przemyśleń, pytań, zdefiniowania swoich poglądów. Nie każda powieść ma taką moc. I chociażby dlatego warto ją przeczytać.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Wielka Litera 2012, s. 336.
Lubimy czytać: 6,79/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

środa, 15 sierpnia 2012

Fanaberie - Jolanta Wrońska




Lubię tak zwaną literaturę kobiecą. Naprawdę. Co rozumiem przez takie określenie gatunku - ano literaturę o kobietach i dla kobiet. Lekką, wesołą, motywującą. Bardzo lubię. Czytadła - pewnie tak. Niewymagające - może też. Ale nic tak nie odpręża, jak dobre babskie pisarstwo. Bez konotacji negatywnych. Uwielbiam babskie pogaduchy, chaos i hałas temu towarzyszący, tą całą damską komitywę i solidarność jajników. Dlatego takie książki cieszą mnie niezmiernie.

"Fanaberie" kuszą okładką. Jest przecudnie smakowita. Zachęca i wabi tytułem. Obiecuje pyszną historię, która pozwoli oderwać się od dnia codziennego. Prawda? Ano czcigodni - prawda. Historia skrojona na miarę dobrego, dynamicznego filmu. Klara Werner - rozwódka z trójką dzieci i głową na karku, staje przed niemałym problemem. Rekin finansowy zamierza zemścić się za odrzucenie jego zalotów i postanawia wysadzić Klarę z jej własnoręcznie utworzonej firmy. Biznes jest niebagatelny, gdyż mówimy o sieci cukierni z babeczkami i pralinkami o wyszukanych smakach. Arnold Lejman zamierza przejąć interes i zemścić się na Klarze za odrzucone zaloty, jak również zadawnione urazy natury biznesowej. Do akcji wkraczają rezolutne dzieci oraz tajemniczy i przystojny przedstawiciel NIK-u. Tego NIK-u.

W przypadku "Fanaberii" autorka skorzystała ze sprawdzonego scenariusza. Po pierwsze dużo się dzieje, co naturalnie pchało mnie do dalszego poznawania losów bohaterów. Oni z kolei to mocny punkt historii - są wyraziści, bystrzy, bez skazy - każdy chciałby mieć takie dzieciaki jakimi są Zuza, Matylda i Jonatan, taką matkę jak Klara, przyjaciółkę jak Agata, faceta jak Jakub. No i rzecz jasna wroga jak Arnold (czyt. niby groźny, ale rozłożyć go można dwoma sprawnymi ruchami. Skutecznie!). Sytuacja kryzysowa zostaje zażegnana wspólnymi siłami, wszyscy znajdują miłość, szczęście, powodzenie finansowe. I autentycznie - żyją długo i szczęśliwie. 

Troszkę ironizuję, ale nie bierzcie mi tego za złe. Ja naprawdę lubię takie gładkie historie. Rzecz jasna w ramach rozsądku - nic tak nie drażni, jak autorka, która ma czytelniczkę za naiwną trzpiotkę, która bez problemu przełknie największe bzdury. Nie znoszę też, kiedy do fabuły zostają wplecione historie rodem z "Mody na sukces" (czyt. żona porwana przez UFO, pasierb zaatakowany przez zombie, czy siostra bliźniaczka wracająca z zaświatów). Tego w "Fanaberiach" na całe szczęście nie znajdziecie. Owszem jest raczej prosto i niczym po maśle, ale nie miałam takich momentów, kiedy zżymałabym się nad brakiem wyobraźni autorki. Bardziej irytowały mnie fragmenty dotyczące rozgrywek giełdowo-biznesowych, z których nie zrozumiałam niczego. Nie było ich aż tak wiele, jednak nieco przynudzały i odniosłam wrażenie, że autorka raczej przekazała nabytą wiedzę, niż ją tak naprawdę czuła. Jestem jednak osobą totalnie zieloną w tej tematyce, więc osoby, które fascynują się akcjami, dywidendami i innymi WIGami będą ukontentowane. Totalną nowością jest również product placement w literaturze (przynajmniej to moja taka pierwsze lektura). W przypadku "Fanaberii" mowa o grze planszowej "Stock Game", przygotowanej przez dzieci Klary, a gra taka istnieje naprawdę (niestety brak źródeł internetowych, Wujek Google nie pomaga).

Bardzo ciekawym elementem były retrospekcje dotyczące dzieciństwa Klary. Uwielbiam historie osadzone lata temu, przeplatana wspomnieniami, czasem niemal onirycznymi. Mocno cenię sobie rady starszych i mądrości ludowe. Śląsk Klary, jej dziadkowie, cała otoczka włącznie z gwarą - bardzo mocna strona powieści. Szkoda, że autorka nie pociągnęła tego wątku, ale może będzie to pomysł na kolejną książkę - szczerze tej idei kibicuję, gdyż "śląskie fragmenty" uważam za zdecydowanie najlepsze.

Mocnym punktem są też bohaterowie - pisałam wyżej, że niemal idealni. Nie był to zarzut - postaci, przynajmniej te pozytywne, zostały wykreowane na dusze towarzystwa, "dziewczyny z sąsiedztwa". Przyjemnie się czyta o takich osobach i podświadomie kibicowałam, aby ich losy ułożyły się jak najpomyślniej. Wszyscy są młodzi, piękni, inteligentni, odważni, stanowczy, przyjacielscy, rodzinni. W rozsądnej dawce, ale jednak nieco cukierkowo. 

Szukacie lekkiej lektury na wczesne jesienne popołudnio-wieczory? We wrześniu marsz do księgarni po "Fanaberie" J. Wrońskiej. Przyjemnie, ciekawe z interesującymi bohaterami. Czego chcieć więcej od literatury kobiecej?

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 304.
Biblionetka: 4,5/6
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Tajski epizod z dreszczykiem - Marek Lenarcik




Uwielbiam książki podróżnicze. Szczerze, z niekłamanym zachwytem i ciekawością czytam relacje z wypraw, pobytów, życia w innym kraju. Wszystkie historyjki oparte na schemacie nudna praca - odwrócenie wszystkiego do góry nogami - Toskania/Prowansja/Tajlandia/cokolwiek łykam gładko. Lubię i już. Popieram wszystkimi kończynami spełnianie marzeń, wyjeżdżanie na dłuższy czas do miejsc, w których czujemy się dobrze. Sama tak zrobiłam i nie żałuję. Miałam nadzieję, że książka Marka Lenarcika narobi mi apetytu na Tajlandię. Zawiodłam się. 

"Tajski epizod z dreszczykiem" to historia młodego Polaka, który porzucił korporacyjne biurko w Irlandii i postanowił zadomowić się w Tajlandii. Przygotował się do zawodu nauczyciela, spakował manatki i wyniósł się na drugą półkulę. "Tajski epizod ..." to po trosze relacja z tego fragmentu życia Marka. Zamieszkał w Bangkoku, uczył młodych Tajów angielskiego i próbował ułożyć sobie tam życie. W historii nie brakuje sporych rozmiarów wtrętów autobiograficzno-filozoficznych, a sama książka jest swoistą spowiedzią i oczyszczeniem, z tego czego tam doznał.

Przyznam szczerze - naprawdę myślałam, że będzie to książka stricte podróżnicza. Na taką została wykreowana i to obiecywał opis z okładki. Sporo informacji o Tajlandii jest - byłabym skłamała, gdybym twierdziła inaczej, jednak odebrałam ją bardziej jako przewodnik dla amatorów seksturystyki niż próbę przedstawienia kraju, o którym jednak wiadomo mało. Informacje o kulturze, miastach, historii stanowią blade tło dla opowieści o erotycznych podbojach autora, które potem przechodzą w smutną dość historię jego związku z Tajką. Dodatkowe informacje o wszelkich przybytkach z Amorem w tle oraz relacje mocnych imprez - tego tu naprawdę nie brakuje.

Marek Lenarcik pisze dobrze. Naprawdę. Jego styl jest zabawny, może nieco cwaniacki, ale czyta się jego relację sprawnie. Być może to zasługa redaktora, że zdania nie są kwadratowe, wszystko trzyma się całości i nie ma, typowej dla debiutantów, merdaniny wszelakiej. Jest przyzwoicie i ciekawie. "Tajski epizod" może też być dobrą lekturą dla osób, którym brakuje motywacji do zmiany życia - na końcu pojawia się swoisty FAQ, który odpowiada na większość pytań. Rady, przedstawione przez autora, można równie dobrze zastosować do każdego innego kraju na świecie, więc walor edukacyjno-motywujący jest tutaj spory. Masz dość swojego nudnego życia - dostaniesz gotową, a do tego sprawdzoną receptę na zmianę na lepsze. Napisane fajnie, z tupetem, ale czuć mocny charakter autora. I to zdecydowanie na plus.

Tajlandii, o której bardzo chciałam przeczytać nie uświadczy się niestety zbyt wiele. Więcej informacji o krajach tego regionu uzyskałam z powieści Marka R. Litmanowicza "Apsara", gdzie Tajlandia jawiła się jako kraj egzotyczny, odmienny, nęcący. Nie było tam lukru - było inaczej. Być może oczekiwałam innego rodzaju informacji. Faktem jest, że "Apsara" to powieść, natomiast "Tajski epizod ..." aspiruje do miana reportażu. Moim, skromnym i subiektywnym zdaniem, reportażem nie jest. Relacja, mocno autobiograficzna, osadzona na tle kraju, w którym zdecydował się żyć autor. Mocno drażniły mnie wszelkie okołoerotyczne wstawki - naprawdę nie interesowało mnie ile razy zadowolił swoją partnerkę w nocy i od czego tak naprawdę rozbolała ją głowa. Odniosłam wrażenie, że były nieco przesadzone,  rozdmuchane i trącały przechwałkami mającymi mało wspólnego z rzeczywistością, którymi częstują się chłopaczki po dyskotece. Mogę współczuć autorowi trudnego związku z dziewczyną z odmiennej kultury, niemniej jednak - fragmenty dotyczące podbojów i związku były dla mnie kompletnie niepotrzebne i momentami wręcz niesmaczne. 

Na początku mocno frustrowałam się, gdyż brakowało mi mapy, wstępu o samym kraju, jednak im dalej w lekturę, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie są one tak naprawdę potrzebne. Szkoda, że autor nie umieścił więcej zdjęć, ale jest to pewnie konsekwencja takiego, a nie innego sposobu poprowadzenia wywodu.

Niestety - "Tajski epizod" nie spodobał mi się. Znajdą się osoby, które będą miały ochotę poczytać o innym, bardziej hulaszczym życiu w egzotycznej scenerii. Odniosłam wrażenie, że książka skierowana jest bardziej dla mężczyzn i to takich, którzy nie lubią, kiedy ich partnerka realizuje się, ma swoje zdanie i chce czegoś więcej od życia niż bycia czyjąś dziewczyną. Wielokrotne narzekanie bądź krytykowanie feministek i Europejek przez autora było pewnie potwierdzeniem takiego punktu widzenia. Poprawcie mnie jeśli się mylę. Od przeczytania "Tajskiego epizodu" nikomu krzywda się nie stanie, bo jeśli chodzi o walory literackie - jest naprawdę w porządku. A to, jak odebrałam autora, to już chyba mój prywatny problem. Was zachęcam do samodzielnej oceny.

Kategoria: literatura podróżnica
Wydawnictwo Bezdroża 2012, s. 272.
Moja ocena: 3/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bezdroża. Dziękuję!
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC