środa, 12 grudnia 2012

Biblionetka czy Lubimy czytać?

Czytam dużo. Kupuję sporo książek. Chaos na moich półkach osiągnął poziom, który niebezpiecznie zbliża się do "nie ogarniam". Przyznam szczerze, że nie opanowałabym mojego książkowego świata, gdyby nie te dwa serwisy. Który lepszy? Co wyróżnia moim zdaniem każdy z nich?


BIBLIONETKA



Był to prawdopodobnie pierwszy tego typu portal w naszym kraju. Wygląd portalu nie uległ zmianie od lat, nie on jednak stanowi o jego jakości. Jest prosto, bardzo użytkowo i mocno molowo. Oprócz oczywistości - możliwość oceny oraz zrecenzowania książki, dyskusji na jej temat, najważniejsza moim zdaniem funkcja portalu to "Poleć mi książki", czyli system rekomendacji. Jak to działa? Na podstawie ocen, które użytkownik wystawia przeczytanym książkom system wskazuje lektury, które mogą również przypaść do gustu. Od lat działa to dobrze, rzadko kiedy portal myli się w swoich przypuszczeniach. Sami twórcy portalu chwalą się, że system jest unikatowy. Oczywiście - im więcej ocenionych książek i bardziej spójny gust - tym bardziej trafne polecenia. 

Co ponad to? Biblionetka to świetnie rozwinięta platforma wymiany myśli pomiędzy molami książkowymi - forum biblionetkowe chyba nie ma sobie równych. Wymienisz książkę, pogadasz, umówisz się na mały zlocik - wszystko w jednym miejscu. Biblionetka regularnie prowadzi zestawienia najpopularniejszych czy też najlepszych książek (możliwości wyselekcjonowania informacji więcej niż piachu na pustyni).

Podsumowując - jest prosto, nie jest topornie, szkoda jednak, że wizualnie portal nie idzie do przodu. Jednak poziom merytoryczny wynagradza wszystko - jest tutaj po prostu doskonale. I tak, śmiem twierdzić po raz kolejny, że system rekomendacji jest najlepszy. 

LUBIMY CZYTAĆ



Portal powstał dwa lata temu. Pozycjonują się jako opiniotwórczy serwis książkowy. Z tym określeniem nieco bym polemizowała, ale zacznijmy od pozytywów, bo tych jest niemało.


Wygląd i funkcjonalność - dwie, niezaprzeczalne zalety. Portal jest lekki, ma ciekawą grafikę. Będę szczera - gdyby (odpukać, odchuchać i w ogóle) piorun trzasnął w ich bazę - ginę. Zostaję w sekundę pozbawiona listy książek do przeczytania, inwentaryzacji mojej biblioteki. Klasyczne leżę i kwiczę. System wirtualnych półek jest absolutnie fenomenalną funkcją. Owszem, Lubimy czytać nie jest jedynym portalem, który to ma, ale tutaj jest łatwo, intuicyjnie. Paskudnie się do tego przyzwyczaiłam. 

Podobnie jak Biblionetka i tutaj jest prężnie działające forum. Dyskusje ciekawe, rozwiązane lepiej technicznie, niż w przypadku wyżej opisywanego portalu. Lubimy czytać to również nieco społecznościowy portal dla miłośników książek - dodajemy się do znajomych, obserwujemy, nagradzamy plusikami swoje opinie. Interesujące teksty o charakterze publicystycznym  to magnes dla czytelnika. Aktualności, nowości wydawnicze - tak wygląda moja poranna prasówka. Ogromne plusy za ukłon w stronę blogerów, którzy zawsze byli i miejmy nadzieję nadal będą bliscy ekipie z LC - prosty gadżet na bloga prezentujący wirtualne półki to ciekawe i przydatne narzędzie. 

No a teraz nieco gorzkich słów - większość recenzji na portalu to krótkie wzmianki (często mocno trafne, ale jednak o charakterze mocno hasłowym) bądź mniej lub bardziej fragmentaryczne przeklejki z blogów. To stawia pod ogromnym znakiem zapytania opiniotwórczość portalu. Z ręką na sercu - recenzje na Biblionetce stoją na bardzo wysokim poziomie - to przeważnie przemyślane, spójne teksty. Na LC opinie są pobieżne, chaotyczne i jakościowo słabsze. Na LC pojawiło się ostatnio sporo reklam, co prawda mocno spersonalizowanych i na szczęście dotyczących tylko książkowego świata, ale jednak strona mruga, świeci się, banneruje. Jak zawsze - coś za coś - portal rozwija się intensywnie, miesiąc temu wypuścili aplikację mobilną (czekam na wersję dla Nokia Windows Phone, aby wyrazić opinię), patronują wielu wydarzeniom czytelniczym czy wydawniczym. Śmiem twierdzić, że to obecnie najpopularniejszy polski serwis o książkach. Troszkę w wydaniu popowym, ale nadal trzymający dobry poziom.


Podsumowując - starałam się wymienić cechy obu portali. Każdy z nich wykorzystuję do czegoś innego. LC to dla mnie system zarządzania książkami i doskonale się w tym temacie sprawdza - kompletnie natomiast kuleje u nich system rekomendacji. Ten biblionetkowy jest naprawdę świetnie dopracowany i nigdy mnie nie zawiódł. Nie zamierzam więc wskazywać tego lepszego - doskonale się uzupełniają. Ostatnio mocno eksploruję GOODREADS - odnoszę  wstępne wrażenie, że to idealne połączenie tego, czego taki wariat książkowy jak ja potrzebuje. Wgryzienie się w kolejny serwis zajmuje nieco czasu, jednak postaram się podzielić z Wami wrażeniami w późniejszym terminie. 

A Wy korzystacie z serwisów książkowych? Do czego są Wam przydatne? Czego Wam w nich brakuje? 

sobota, 8 grudnia 2012

81:1. Opowieści z Wysp Owczych - Marcin Michalski, Maciej Wasielewski


Wszystko, co wydaje Czarne łykam bez zastrzeżeń. Nie mam pojęcia, co takiego ma w sobie to wydawnictwo, ale nawet nie muszę doprecyzować tematyki danej książki - ja po prostu wiem, że jeśli Czarne, to trafi w moje gusta. Przynajmniej w jakimś stopniu. A jeśli reportaż - to procent usatysfakcjonowania czytelnika (mnie czyli) będzie wysoki. 

Moje serce i dusza są wschodnie. Dlatego sporo na moim blogu tego, co arabskie, tureckie, orientalne. Jednak moja dusza i głowa zawsze łakną spokoju. Pod tym względem miejsce, które obrali sobie autorzy reportażu "81:1. Opowieści z Wysp Owczych", wydaje się być wręcz stworzone dla mnie. Archipelag o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic, stanowiący terytorium zależne od Danii. Tubylcy posługują się językiem farerskim, w którym jest około dwieście pięćdziesiąt wyrazów na określenie deszczu. Lepiej opisany jest tylko wiatr - dotyczy go niemal trzysta pięćdziesiąt słówek w języku, którym posługują się mieszkańcy Wysp Owczych. Sto kilkanaście miejscowości, największa Thorshavn to raptem kilkanaście tysięcy mieszkańców. Wszyscy się znają. Klimat surowy, ludzie raczej introwertywni, ale mimo to serdeczni. Spokój, cisza, przestrzeń, natura. Tak dla mnie brzmi definicja raju. 

Autorzy reportażu żyli tak, jak typowi Farerczycy. Pracowali w przetwórni ryb, starając się zwiedzać w międzyczasie jak najwięcej. A zwiedzać w klasycznym, turystycznym wydaniu nie za bardzo jest co. Natura zadbała jednak, aby Wyspy Owcze zachwycały swoim surowym, naturalnym, nieskalanym przez człowieka pięknem. Górzysta powierzchnia, klifowe wybrzeże, mało przyjazny klimat, a do tego dość niefortunne położenie na mapie Europy powodują, że hordy turystów pewnie nigdy tu nie dotrą. Marcina Michalskiego i Macieja Wasielewskiego zainteresowała sama natura Farerczyków, co stanowi znaczną część reportażu. 

Sposób w jaki snuta jest opowieść jest dość specyficzny. Reguła to  brak owych - raz mamy do czynienia z niemal klasycznym ujęciem reportażowym, w innym przypadku to luźne myśli, strzępy notatek, urywki rozmów. W pierwszym odbiorze pachnie chaosem z daleka, ale po przeczytaniu całej książki, stwierdzam, że tworzy to jej klimat. Popełniłam błąd czytając ją szybko, rozdział po rozdziale - to kompletnie złe podejście do tego tytułu. Powoli, smakując, przetrawiając - tak należy czytać o Wyspach Owczych. Jak wszystkie opowieści o charakterze reportażowym są lepsze i gorsze fragmenty - mój ulubiony to zdecydowanie opowieść o Agnieszce, Polce mieszkającej od lat na Wyspach. Każda historia to człowiek bądź miejsce. Często autorzy stosują technikę wyliczania, która dodatkowo wbija w farerski świat.

Miejsce lekceważone przez wielu, niedoceniane przez rzesze, ma w sobie magię. Czas płynie tam inaczej, globalizacja nie odcisnęła niszczycielskiego piętna. I tam dotarł Internet, telefonia komórkowa, Facebook czy inne oznaki tak zwanej cywilizacji, nadal jednak Farerowie żyją jako mała, znająca się doskonale społeczność. 

Polecam z kilku względów. Po pierwsze i oczywiste - to kompendium wiedzy o Wyspach Owczych - chaotyczne, drobiazgowe, ale jednak kompletne. Po drugie, to świetna opowieść o ludziach, którzy żyją inaczej, wolniej, spokojniej. Mocno budująca jest myśl, że dobrobyt może iść w parze z brakiem wyścigu szczurów i przemocy. Po kolejne - czytając "81:1" zdałam sobie sprawę ile problemów cywilizacyjno-społecznych tworzymy sobie sami. Wyspy Owcze trafiają na listę poważnych planów podróżniczych, a reportaż o nich pewnie długo pozostanie w pamięci. 

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Czarne 2011, s. 328.
Biblionetka: 4,93/6
Lubimy czytać: 7,48/10
Moja ocena: 5-/6

sobota, 1 grudnia 2012

Pokonani - Irina Gołowkina


Swojego rusofilstwa specjalnie udowadniać nie muszę. Niejednokrotnie przy okazji recenzowania literatury rosyjskiej udowadniałam dlaczego czytanie o Rosji i Rosjanach wyjątkowo mnie porusza. Bo dusza szeroka jak stąd na Syberię, bo autoironia, bo szyk, klasa i wielowymiarowość. I zawsze pięć kilo emocji. 

Przy okazji polecanek wszelakich wyłowiłam u Kasi.eire "Pokonanych". Powieść niemożliwa do kupienia (cena wyjściowa, o ile się już pojawi,  w serwisie aukcyjnym na pierwszą literę alfabetu - 90 złotych polskich), dość zakurzona na bibliotecznej półce. Moje oczekiwania wysokie jak góry Kaukazu, bo co opinia to łzy, płacze, piękności i cudowności. No i co? No i to, że dołączam do chóru pochwalnego ku czci Gołowkiny. Z maleńkimi zarzutami.

Lata 20., Petersburg, tfu! Leningrad. "Biali", arystokracja, szlachta to element wysoce niepożądany na ścieżce światłego rozwoju Związku Radzieckiego. Komunizm sam się nie zbuduje, należy pomóc, najlepiej element ów depcząc, niszcząc, unicestwiając. Dawni panowie na włościach ubożeją wyprzedając obrazy, klejnoty i inne kosztowności, za które kupią później ziemniaki, kaszę jaglaną czy kawę. O ile kartki pozwolą. O ile zdążą, zanim zostaną wysłani w tajgę czy do dalekiego Uzbekistanu. Irina Gołowkina w historii umieściła postaci fikcyjne wzorowane na autentycznych. Jak to w klasycznej sadze bywa - losy kilku rodzin nieustannie się przeplatają. Kolejne prześladowania uskutecznianie przez GPU, codzienność radziecka w latach 20., donosy, uwłaczająca walka o kolejny dzień - tego można spodziewać się w fabule "Pokonanych".  Nie ma sensu opowiadać Wam kolejnych wątków - stron jest jak widać mnóstwo, jako i wątków. Jest również pięknie i realistycznie odmalowany obraz ówczesnej,  coraz bardziej ubożejącej szlachty, tęsknoty za carskimi czasami, doprawiony emocjami, podsycany nienawiścią do socjalistycznej władzy. Irina Gołowkina zajęła bezkompromisowe stanowisko. Poznając losy bohaterów i mając na uwadze fakt, iż inspiracją były autentyczne historie - nie można się temu dziwić.

Czytałam już powieści w tym klimacie - o podobnych czasach pisał chociażby Wasilij Aksjonow. Znając jego sagę moskiewską nie sposób się do niej nie odnieść przy omawianiu "Pokonanych". Aksjonow przybrał bardziej reporterski, a może po prostu męski styl narracji. Jest twardo, krótko, nieco ironicznie. Gołowkina nie kryje się ze swoją goryczą, tęsknotą za tym, co nie wróci i pogardą wobec bolszewików. Przy niemal dziewięćsetstronicowej lekturze zaczyna to w pewnym momencie nieco irytować. Postaci u Aksjonowa są pełnokrwiste, wielowymiarowe, myślące (!) - tego nie można powiedzieć o żadnym bohaterze Gołowkiny. Niemal wszyscy (poza Elżbietą, która po prostu pracuje) żyją ideałami, starymi zwyczajami, wydają się być kompletnie nieprzystosowani do życia, w którym nie ma służby, szlachectwa i cara. Ponadto są rozkapryszeni, puści i ... pozbawieni instynktu samozachowawczego. W warstwie literackiej - kompletnie papierowi, czarno-biali, niezmieniający poglądów, krystaliczni. Przy całym okrucieństwie i bestialstwie, któremu zostali poddani - jako czytelnika trafiał mnie przysłowiowy szlag. Biorąc jednak pod uwagę historię "Pokonanych", losy powieści w drugim obiegu - jest to hołd złożony klasie po której w obecnej Rosji nie został ślad. 

A cóż poza tym? Ocean emocji, któremu i ja nie byłam w stanie się oprzeć. No, chwyciło mnie za serducho jak diabli. Co więcej, o mały włos przegapiłabym swoją stację, tak się zaczytałam podczas podróży pociągiem. Czyta się wyśmienicie, nie wiadomo kiedy to tomiszcze zostaje połknięte, wzdycha się, prycha, denerwuje. Cały czas miałam z tyłu głowy pewną myśl. No i co z tego, że bohaterowie są tacy nieskazitelni i wierni swoim ideałom, a mnie to denerwuje, skoro nie mogłam się od powieści oderwać? Co z tego, że jest gorzko i tragicznie, skoro nie zważając na otoczenie komentowałam na głos rozwój akcji, wprawiając w osłupienie współtowarzyszy podróży? To nie zdarza się przy każdej powieści, oj nie!

Nie jest to literatura wysokich lotów i porównania do klasyki wydają się być mocno na wyrost. To doskonałe czytadło, wzbudzające pełen wachlarz emocji, przykuwające uwagę, odrywające kompletnie od rzeczywistości. Dlatego polecam, podsycając ogień podniecenia wokół tej powieści. Warto, koniecznie w pakiecie z Aksjonowem! 

Kategoria: literatura piękna
Czytelnik 1966, 872 s.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 9,31/10
Moja ocena: 5 + (ale ten plusik malutki) /6 

środa, 21 listopada 2012

Jednoroczna wdowa - John Irving



"Mężczyzna powinien szanować moją niezależność - uważała Ruth. Nigdy nie kryła się z tym, że jej stosunek do małżeństwa, a w jeszcze większym stopniu do macierzyństwa, nacechowany jest niepewnością. Ale mężczyźni, którzy uznawali jej tak zwaną niezależność, często wykazywali przy tym niemożliwy do przyjęcia brak zainteresowania trwałym związkiem."*

U Irvinga zawsze to samo. Motywy przeplatane i zestawiane ze sobą we wszelkich konfiguracjach. Tak samo, a jednak za każdym razem inaczej. Rozpoczynając lekturę wiem czego się spodziewać, jestem jednak każdorazowo zaskakiwana historią -  doskonałą, dopracowaną, absurdalną. "Jednoroczna wdowa" to kolejny przykład. Paskudnie dobry przykład.

Dlaczego ze wszystkich powieści, które szczerzą się do Ciebie z półki wybrać właśnie "Jednoroczną wdowę"? Bohaterowie niedoskonali, potłuczeni przez życie - oto znak firmowy Johna Irvinga. Przeważnie wychowywani w niepełnej rodzinie (tu: Ruth opuszczona w wieku czterech lat przez matkę), który to fakt dość istotnie wpływa na ich dalsze losy. Często mniej lub bardziej skrzywieni seksualnie (tu: Eddie - obsesja na punkcie kontaktów seksualnych z kobietami znacznie starszymi od niego). Nierzadko niedoskonali, dziwni, budzący politowanie pomieszane z niedowierzaniem (tu: Ted - autor książek dla dzieci, lubujący się w pornograficznych portretach matek fanów swojego pisania). Postaci dopracowane, przerysowane w typowo irvingowski sposób, zapamiętywalne i mające wszelkie znamiona realizmu. 

Irvinga warto poznać dla cudownych, absurdalnych scen, które tworzą klimat całej powieści i stają się kluczowe dla rozwoju fabuły. W przypadku "Jednorocznej wdowy" mistrzostwem absolutnym jest scena porzucenia Pani Vaughn. W skrajności i czarnym humorze dorównuje jedynie jasełkom z udziałem Owena.  Teatralność, groteska, mocne gesty - tego właśnie należy się spodziewać. A jeśli komuś potrzeba mniej farsy, a więcej tragedii szczerze rekomenduję rozdziały z Amsterdamem w tle oraz naukę jazdy. Proza Irvinga składa się z wielu małych, pozornych epizodów, które  robią efekt WOW.  

Czytający Irvinga namiętnie i w nadmiarze z lubością doszukują się  toposów, których jest niemało. W "Jednorocznej wdowie" znajdziecie więc fascynację seksualną kobietami starszymi od bohatera (to było również w "Hotelu New Hampshire", "W jednej osobie", "Czwartej ręce", "Ostatniej nocy w Twisted River"), motyw nagłego, śmiertelnego wypadku (podobnie jak dosłownie we wszystkich powieściach autorstwa Johna Irvinga). W każdej jego powieści któryś z bohaterów jest pisarzem - w przypadku "Jednorocznej wdowy" - cała rodzina Cole'ów uprawia pisarstwo. Fakt bohatera-pisarza ma swoje skutki w fabule - często jeden z rozdziałów to część fikcyjnej, pisanej przez bohatera książki. W  rekomendowanej "Wdowie" są to bardzo dobre fragmenty, wprowadzające kolejne postaci, znacznie ożywiające fabułę. Co ciekawe, na bazie fikcyjnej historii dla dzieci, napisanej przez bohatera Teda Cole'a, John Irving napisał opowiastkę dla najmłodszych "Odgłos, jaki wydaje ktoś, kto stara się nie wydawać żadnych odgłosów".

Mówi się, że "Jednoroczna wdowa" to najbardziej emanująca erotyzmem powieść Irvinga. U tego autora "momentów" nigdy nie brakuje. Po przeczytaniu kilku jego książek, nie poczujecie się przytłoczeni tym tematem. Irving po prostu tak ma - w absurdalny, nieco odjechany sposób, pisze o tym, co dla niektórych naturalne. Ma to swój niezaprzeczalny urok. A wszyscy jesteśmy, jak pisał w "Hotelu New Hampshire", szajbnięci. 

"To po prostu powieść. (...) nie jest "o czymś". To tylko ciekawa historia". **  Polecam nieco paradoksalnie, troszkę nachalnie, jak każdą powieść Irvinga. To niebanalny pisarz, świetnie łączący stałe motywy, układając je za każdym razem w inną historię. Niezmiennie fascynującą i nieszablonową. 

* J. Irving, "Jednoroczna wdowa", Prószyński i S-ka 2001, s. 241.
** tamże, s. 245.

Kategoria: powieść obyczajowa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2001, s. 616.
Biblionetka: 4,58/6
Lubimy czytać: 6,71/10
Moja ocena: 5/6

środa, 14 listopada 2012

Karuzela z Madonnami - Tomasz Raczek





Tomasz Raczek nigdy nie był dla mnie postacią kultową. Owszem - kojarzyłam z telewizji, doceniałam wiedzę, jednak nigdy nie potrafiłam przekonać się do sposobu myślenia i formułowania osądów i stylu bycia. Jako, że lubię się mierzyć ze swoimi uprzedzeniami - postanowiłam dać szansę jego książkom. Na pierwszy ogień poszła "Karuzela z Madonnami".

Trudno jednoznacznie określić jej formę  - sam autor gęsto tłumaczy się z drogi, jaką obrał we wstępie. Materiał, jak i zapewne pomysł, powstawał i był zbierany latami. Czytelnik ma więc do czynienia tutaj z klasycznym miszmaszem - są wywiady, eseje krótsze i dłuższe czy niemal standardowe noty biograficzne. Wprowadza to pewien chaos - przy redagowaniu można było się przecież pokusić o pewne ujednolicenie. Jednak taka była wola autora, należy to uszanować. Moim zdaniem należy też wziąć pod uwagę fakt, iż "Karuzela ..." powstała w erze przedwikipediowej, a co za tym idzie dostęp do biografii, wiadomości, wywiadów nie był tak powszechny i łatwy jak teraz. Być może książka w formie, jaką obrał sobie autor mocno się zdezaktualizowała. Co więcej odnoszę wrażenie, że większość notek dostępnych obecnie w internecie, a dotyczących biografii kobiet, które opisywał Tomasz Raczek,  opiera się właśnie na jego słowach, bądź są nawet cytatami z "Karuzeli z Madonnami".

Kryterium wyboru pięćdziesięciu siedmiu kobiet opisanych w książce był wpływ ich osobowości na osobę Tomasza Raczka. Czasem pośredni, czasem mocno bezpośredni, niekiedy czysto ideologiczny, nierzadko mocno kurtuazyjny. Wszystkie to postaci niestereotypowe, silne, niezależne, o wyjątkowym talencie. Przekrój jest imponujący - piosenkarki, dziennikarki, aktorki, reżyserki. Są kobiety, których życiorysy większość zna bardzo dobrze, bo ich kariera rozgrywa(ła) się na naszych oczach - Edyta Górniak, Grażyna Szapołowska, Kasia Figura. Beata Kozidrak czy Kora. Inne znamy raczej z opowiadań czy relacji, jak chociażby Irenę Dziedzic, Edytę Wojtczak, Magdę Umer czy Małgorzatę Braunek. A mamy też do czynienia z perełkami - kobietami, o których istnieniu nie do końca miałam wiedzę - Sissel, Zarah Leander czy Ute Lemper. Co cieszy, sporo tutaj dam z dawnych lat, takich jak Irena Kwiatkowska, Stefania Grodzieńska czy Hanka Bielicka.

Jak pisałam powyżej - książka jest bardzo nierówna. Niektóre notki to wywiady, niekiedy mocno osobiste, a w innym przypadku raczej powierzchowne, nawet naiwne. Jednego nie można odmówić autorowi jednego - polszczyzna, którą się posługuje jest dbała, poprawna, czasem mocno egzaltowana,  jednak czyta się mocno przyjemnie. Przy próbach opisu gwiazd zagranicznych zostajemy poczęstowani krótkim esejem biograficznym ze sporym ładunkiem emocjonalnym. Ma to swój urok, niemniej jednak "Karuzela z madonnami" wydaje się być niczym więcej niż zbiorem refleksji, raczej ogólnych i niekiedy doprawionych nieco natrętnym moralizowaniem. Ciekawa książka, raczej początek do dalszych poszukiwań, niż mocno odkrywcza lektura - pozostawia niedosyt i małe rozczarowanie. 

Kategoria: zbiór esejów (biografii)
Instytut Wydawniczy Latarnik 2003, s. 376.
Biblionetka: 3,94/6
Lubimy czytać: 6,03/10
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam w formie e-booka dzięki uprzejmości portalu Woblink.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC