Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane w 2014. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 listopada 2014

Jaskółki z Kabulu - Yasmina Khadra



Pewien etap w moim (również) książkowym życiu charakteryzował się tym, że wybierałam lektury głównie o tematyce islamskiej. Nadal interesują mnie te klimaty, sporo się naczytałam, wiem na ten temat dużo - mogę się mądrować. "Jaskółki z Kabulu" to z jednej strony to, co niemal sztampowe w literaturze z tych rejonów. Jest kobieta o zupełnie innej pozycji społecznej niż ta, którą znamy. Są sposoby rozwiązywania konfliktów zupełnie odmienne od naszych - europejskich. Z drugiej strony powieść pozwala nam wejść głębiej, zrozumieć odmienną kulturę. I pod tym względem jest odmienna i wyjątkowa w porównaniu z tym, co do tej pory czytałam.

Już sam fakt, że autor, z pochodzenia Algierczyk, publikował pod pseudonimem chcąc uniknąć cenzury wojskowej, sprawia, że trzeba przygotować się na literaturę trudniejszą. Powieść jest minimalistyczna, niemal teatralna w swojej budowie. Tylko czterech bohaterów, dwa małżeństwa, które zostały połączone serią wydarzeń. Cztery indywidualności z mocno zarysowanymi portretami psychologicznymi przedstawione są na tle zniszczonego wojną ze Związkiem Radzieckim Afganistanu. Społeczeństwo zastraszone przez talibów żyje w cieniu terroru religijnego. Dla europejskiego czytelnika będzie to trudna lektura, bo zwyczaje fundamentalistycznej grupy są dla niego niepojęte. 

Kabul jest przedstawiony jako miasto bez nadziei, ludzkich odczuć. Publiczne egzekucje za jakiekolwiek naruszenie "kodeksu" talibów przyciągają tłumy gapiów, którzy chętnie włączają się w "karę". Dzieci obserwujące z daleka wydarzenie, chętnie powtarzają je potem w swoim gronie. Kamieniowaniem kara się za publiczne pokazanie twarzy przez kobietę, jak również podejrzenie o to, że mogą wykonywać pracę lub uczyć się. Jest to dotkliwe szczególnie dla Zunairy, która przed rewolucją publicznie udzielała się w sprawie ochrony kobiet. Autor wprowadza nas jednak w intymny świat małżeństwa w islamie w sposób rzadko prezentowany w innych powieściach.

Lektura, która jest historią smutną i pełną cierpienia jest trudna do polecania. W tym przesłaniu wszystko może być grzechem i występkiem. Losy bohaterów są przedstawione w pewnym odcinku, niedopowiedzenia powodują, że nie wiemy jak skończyła się ich historia. Niełatwa, ale intrygująca rzecz.

Kategoria: literatura piękna współczesna
Nagranie na podstawie edycji książkowej, AMBER 2005.
Moja ocena: 4/6

niedziela, 9 listopada 2014

Siedem dobrych lat - Etgar Keret




Nazwisko Keret obijało się o moje czytelnicze uszy od dawna. Charakterystyczne są też okładki jego książek - kolorowe, przyciągające wzrok. Łase oko mola książkowego wyłapuje takie niuanse od razu. Ale do tej pory nie było mi z nim po drodze. A szkoda wielka, bo okazało się, że ma spore szanse zostać jednym z moich ulubionych autorów.

Etgar Keret nazywany jest mistrzem krótkiej formy, czym popisuje się również w "Siedmiu dobrych latach". Żartobliwa, eseistyczna konwencja, swobodnie i lekko opowiadane historie, często o trudnych sytuacjach życiowych, rodzinie, religii. Autor przedstawia przebieg siedmiu lat od narodzin syna do śmierci ojca. Klimat opowiadań słusznie porównywany jest do filmów braci Coen - również tutaj uświadczymy nieco surrealizmu i nonsensu. Sporo tu refleksji, ciepłych i gorzkich słów, obserwacji niekoniecznie banalnych.

Punktem wyjścia do snucia fabuły są przeważnie sytuacje z życia codziennego. Tak jak u wspomnianego duetu reżyserskiego przybierają niebywałą formę, na co wpływa nie tylko sposób prowadzenia opowieści, ale również doprowadzenie do wyrazistej puenty. Historie są niestety nierówne - niektóre przyciągają uwagę i pochłaniają, inne wydają się być pisanie nieco na siłę. Całościowe wrażenie jest jednak bardzo pozytywne i na pewno sięgnę po kolejne opowiadania Kereta.

Podoba mi się co Etgar Keret powiedział na temat pisania w wywiadzie dla radiowej Dwójki: "Gdy piszę książki nie mam intencji zmiany rzeczywistości. Uważam jednak, że literatura i sztuka mogą mieć wpływ na ludzi, o ile oni sami tego chcą. To jest jak z szeptem - jeśli ktoś chce się w niego wsłuchać, na pewno usłyszy to, co zostało powiedziane." Czuję bardzo to jak postrzega bycie pisarzem, o czym wspomniał podczas rozmowy z miesięcznikiem Playboy: "Pisarz to człowiek, który ma problemy z życiem. To nie jest absolutnie naturalny wybór. Dziwnie jest siedzieć i wymyślać historie, które nigdy nie zaistniały. Szczególnie te moje. Wydaje mi się, że pisanie to koncentrat tego, czego nie możemy w życiu osiągnąć."

Polecam "Siedem dobrych lat", bo to kawał dobrej, skompresowanej literatury. Polecam Etgara Kereta, bo to inteligentny pisarz z ciekawymi i intrygującymi obserwacjami. 

Kategoria: literatura współczesna, opowiadania
Nagranie na podstawie edycji książkowej, W.A.B. 2014.
Moja ocena: 5/6

Audiobooka wysłuchałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej.


wtorek, 7 października 2014

Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika - Jerzy Stypułkowski




Jako blogerka ze sporym stażem powinnam nauczyć się wreszcie jednej ważnej prawdy. Recenzowanie powieści przesłanej osobiście przez autora zawsze kończy się źle, szczególnie, kiedy kompletnie nie przypadła do gustu. Nieelegancko jest napisać mało pochlebnie o książce, którą zaproponował sam piszący, lepiej zareklamować ją w wcale zgrabnych słowach. Fatalnie wobec siebie jest napisać o niej dobrze, w końcu ktoś czytuje tego bloga i ma szacunek wobec moich opinii i czasami pewnie się nimi właśnie kieruje. I znowu to się wydarzyło i znowu stanęłam oko w oko z sytuacją powyższą.

"Skandynawska wieża Babel" sprawia, że sama mam - jak ów urzędnik z pierwszych stron powieści - popełnić samobójstwo. Czytam mniej niż kiedyś, dlatego do szału doprowadza mnie, kiedy do moich rąk trafia tak nudna i monotonna książka, jak powieść Jerzego Stypułkowskiego. Byłoby za prosto obrzucić ją błotem, bo nie jest ona do cna słaba. Do rzeczy.

O czym jest - mówi okładka i kilkanaście pochlebczych opinii w internecie. O urzędnikach w Szwecji - stereotypowych, do bólu przewidywalnych i dokładnie takich, jakich można się spodziewać po pracownikach machiny skandynawskiej polityki dobrobytu. Być może taka jest rzeczywistość, jednak świat przedstawiony przez narratora (autora?) jest na tyle gorzki i jednostronny, że nie sposób temu wierzyć. Punkt widzenia podwładnego, w jego osądzie dyskryminowanego i mobbingowanego, jest ekstremalnie krytyczny wobec otoczenia i równie bezrefleksyjny wobec siebie. Po zapoznaniu się z blurbem, miałam wrażenie, że przeczytam coś świeżego, ciekawego, słowa, które otworzą mnie na nowe doświadczenie. Autor nieudolnie nawiązuje do "Procesu" Franza Kafki, stylizując bohatera i jego otoczenie na odpowiedników rodem z surrealistycznej powieści. Oryginał jest przesycony grozą, absurdem i oniryzem, u Jerzego Stypułkowskiego natomiast nawiązanie nie udaje się, powieść jest monotonna, schematyczna. Wielokrotne powtarzanie tych samych motywów z nieznacznymi modyfikacjami, irytuje zamiast intrygować czytelnika.

Nie można odmówić autorowi zdolności językowych, czucia słowa pisanego. Jego sposób pisania jest plastyczny, autor częstuje czytelnika poprawną, literacką polszczyzną. Moim zdaniem, szkoda marnować taki potencjał na pisanie o niczym, przesycone jadem i frustracją skierowaną przeciwko swoim doświadczeniom życiowym. Tematyka, której autor się podjął, byłaby lepszym materiałem na mocny esej niż opasłą powieść, której formy i wagi nie udźwignął. W slangu blogerskim istnieje pojęcie "trudnej literatury, której nie można polecić każdemu", mogłabym napisać również, że nie jest to powieść dla wielbicieli wartkiej akcji. Moim zarzutem nie jest to, że jest to książka bez przesłania, bo mogłabym wymienić kilka tytułów doskonałych powieści pozornie o niczym. Powieść Jerzego Stypułkowskiego niestety do nich nie należy. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Novaeres 2013, s. 530.
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości autora i wydawnictwa Novaeres.

poniedziałek, 15 września 2014

Zawołajcie położną - Jennifer Worth



Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje taki zawód jak położna. Ja rosłam jednak pod okiem jednej z nich, bo to właśnie moja mama wykonuje tę profesję. Ostatnio dołączyła do niej moja siostra, także mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o zawodzie położnej wiem naprawdę sporo. Z ogromną przyjemnością i ciekawością chwyciłam za "Zawołajcie położną".

Ostatnio trudno mi sięgać po książki - wracam zmęczona z pracy i sił starcza na bieżącą organizację życia. Powieść Jennifer Worth wciągnęła mnie jednak na tyle, że z wielkim trudem odrywałam się od perypetii londyńskiej położnej. To kompletnie inna perspektywa zawodu, niż ta, którą ja znam. Historia jest na tyle barwna i ciekawa, że miałam ochotę czytać i czytać. Lata pięćdziesiąte, uboga dzielnica Londynu i kolejne porody - tak w skrócie można by opisać fabułę powieści. Młoda położna trafia do ośrodka sióstr anglikańskich, które sprawują rolę służby zdrowia w okolicy. 

Powieść faktycznie jest nieco serialowa. Poszczególne historie zgrabnie zamykają się w rozdziałach, tempo akcji również jest mocno filmowe. Napisana nieco starodawnie, ale ujmująco - potwierdza to autentyczność doświadczeń. Opowiastki barwne, prawdziwe, życiowe, wczytując się w nie miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści mojej mamy. Przeraża poziom higieny, jaki ówcześnie tam panował, ogrom pracy, jaki czekał na położne i pielęgniarki w tym rejonie, stosunki pomiędzy mężami i żonami. 

Polecam gorąco, przyszłym i obecnym mamom, a także tym z Was, które lubią wiedzieć, jak to kiedyś bywało. Ciepło-gorzka historia, bardziej dla kobiet. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Literackie 2014, s. 376.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

poniedziałek, 1 września 2014

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy - Swietłana Aleksijewicz



Nie jest łatwo kolejny raz czytać o wojnie. Wydaje się, że tyle o niej opowiedziano, napisano, a jednak za każdym kolejnym razem siła rażenia słowem jest ogromna. A kiedy do głosu dopuszczamy Swietłanę Aleksijewicz waga relacji wydaje się być wręcz niewyobrażalna.

Jej "Czarnobylska modlitwa" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Białoruska dziennikarka i pisarka, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, słynie z tego, że interesują ją trudne, mocne tematy. Relacja po katastrofie reaktora jądrowego nie kończy się na tygodniach po wydarzeniu, reporterka snuje opowieść lata później. I to wcale nie sprawia, że słowa wybrzmiewają i tracą swój wydźwięk. Podobnie jest w przypadku "Ostatnich świadków".

Wielka Wojna Ojczyźniana to określenie, które niewiele mówi tym, którzy mieszkają na zachodnim brzegu Buga. Owszem historia tych wydarzeń jest nam znana, jednak z zupełnie innej perspektywy. Okupacja hitlerowska na Białorusi była równie tragiczna, co udowadnia Aleksijewicz wydobywając trudne wspomnienia z pamięci dzieci. Zwykli ludzie opowiadają po latach o tych dniach, a trafiające w sedno pytania reporterki, sprawiają, że rozmówcy są wyjątkowo interesujący. To wizja wojny, jakiej trudno szukać w polskiej literaturze okupacyjnej - bez walk, męstwa, ruchu oporu. Wszystko widziane dzięcymi oczami i opisane ich słowami. Są oni bohaterami nieoczywistymi, niezauważalnymi, siłę ich przekazu stanowi intensywność relacji, gdzie każdy, niemal jednogłośnie, podkreśla bestialstwo tych chwil.

Reporterka przybliża niemal apokaliptyczny obraz konfliktu zbrojnego przedstawiony w pojedynczych aktach. Taka lektura skłania do refleksji nad człowieczeństwem, sensem zła, okrucieństwem człowieka. Można użyć wielu banałów, aby spróbować scharakteryzować reporterstwo Aleksijewicz, ale jej książki po prostu trzeba przeczytać. Siła jej słów jest ogromna, trudna i często niemożliwa do zniesienia. Ale nikt nie pisze w taki sposób jak ona i dlatego warto. Po raz kolejny totalny zachwyt i nieumiejętność ubrania w piękne epitety, jak bardzo porusza mnie jej pisanie.

Kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Czarne 2013.
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 27 lipca 2014

Wszystkie języki świata - Zbigniew Mentzel



Słuchanie audiobooków, poza niezaprzeczalnymi zaletami, ma też niestety pewną wadę. Kiedy trafiam bowiem na powieść wymagającą skupienia, zdarza się, że jej zwyczajnie nie docenię. Tak było z książką Zbigniewa Mentzla, która nieco prześlizgnęła się przez moje uszy i głowę, przez co trudno mi ją polecić.

Akcja toczy się pod koniec lat 90. w Warszawie. Otrzymałam wgląd w jeden dzień Zbyszka, poniekąd wyjątkowy. Ojciec głównego bohatera udaje się na pożegnanie z współpracownikami i miejscem pracy. Prowokuje to Zbyszka do wspomnień, powrotu do rodzinnych tajemnic, śmierci matki oraz przemyśleń o osobistej klęsce. Dla niego jest to brak opanowania jakiegokolwiek języka obcego w stopniu pozwalającym zrozumieć literaturę. 

Piękna w tej powieści jest bardzo mi bliska konkluzja, dotycząca potrzebie wyrażania siebie, wyrażania świadomości poprzez słowa. Człowiek dążący do prawdy, próbuje nadać życiu głębszy sens. To sprawia, że sporo w powieści metaforyczności i refleksyjności. Nie jest ona jednak adresowana do mojego pokolenia, a raczej do moich rodziców, których młodość przypada na czasy PRL-u. Sporo w niej również odniesień do warszawskiego środowiska inteligenckiego, jak i stolicy samej w sobie, co sprawia, że pewne niuanse są dla mnie niewychwytywalne. Dużo w niej smakowitych szczegółów, które w pełni doceniłabym, gdybym była te kilkadziesiąt lat starsza.

Polecam, jednak na pewno nie w formie audiobooka słuchanego w samochodzie w drodze do pracy. Powieść z jednej strony lekka w formie i objętości, wymagająca jednak skupienia i odpowiedniej oprawy i ogłady czytelniczej.

Kategoria: powieść
Nagranie na podstawie edycji książkowej Wydawnictwo ZNAK, 2005.
Moja ocena: 3+/6

środa, 23 lipca 2014

Zakazane wrota - Tiziano Terzani



Tiziano Terzani był dla mnie sporym zaskoczeniem. Czytając nieco przypadkiem "Dobranoc, panie Lenin!" byłam szczerze zachwycona. Dlatego sięgając po kolejną książkę włoskiego reportera wiedziałam czego się spodziewać. "Zakazane wrota" zostały wydane w 1985 roku i są relacją jednego z pierwszych zachodnich dziennikarzy z Chińskiej Republiki Ludowej. 

Włoski reporter, pod przybranym chińskim nazwiskiem zamieszkał od 1980 roku w Pekinie. Chcąc dogłębnie poznać kraj i jego mieszkańców, wysłał swoje dzieci do chińskiej szkoły, a sam - jak typowy Chińczyk - hodował świerszcze i podróżował rowerem. Chiny były pasją Terzaniego, starał się dotrzeć tam, gdzie nikomu z zachodnich kolegów wcześniej się nie udało. Starał się poznać przyczyny upadku tradycyjnie pojmowanej chińskiej kultury, pytając o przyczyny zwykłych ludzi. Niestety, kilka lat później został wydalony z ChRL jako wróg za działanie kontrrewolucyjne.

Reportaż wydany niemal trzydzieści lat temu nie stracił zbyt wiele z aktualności. To krytyczna ocena postmaoistowskich rządów Denga Xiaopinga, w której Terzani stara się wyjaśnić cenę szybkiego rozwoju - pogłębienie różnic społecznych, zniszczenie wielowiekowego dziedzictwa kulturowego. To reportaż smutny, przygnębiający i poruszający. Tytułowe "zakazane wrota" nie mogą zostać uchylone dla cudzoziemców. Styl pisania włoskiego reportera jest niezwykle przystępny - książki słucha się z wyjątkową przyjemnością, pomimo trudnej treści.

Tiziano Terzani jest niejednokrotnie porównywany z Ryszardem Kapuścińskim, ja polecam książki obydwu panów. Stara szkoła reportażu na najwyższym poziomie, czego "Zakazane wrota" są dowodem. Polecam!

kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, W.A.B. 2011.
Moja ocena: 5+/6

czwartek, 10 lipca 2014

Made in Poland: Antologia reporterów "Dużego Formatu"



Reportaże to zdecydowanie to, co czytające tygrysy lubią najbardziej. Coraz głośniej mówi się o tym, że ten rodzaj prozy stał się polską specjalnością. A i ja należę do tej części społeczeństwa, która z napięciem czeka na kolejne wydanie "Dużego Formatu". Do reportaży mam nieco przekorne nastawienie. Czasami zostawiam je na dłużej same sobie, czytając wtedy literaturę piękną. A potem dopadam ów jeden i wsiąkam, pochłaniając jeden po drugim, jak opętana. I wiem, że psychofanek Szczygła (określenie ukute przez Monikę) i jemu podobnych jest wiele.

Najciekawsi i najlepsi przedstawiciele gatunku piszą dla "DF" i dlatego nie zaskakuje, że antologia sygnowana jego marką ujrzała światło dzienne. Każdy z autorów wybrał jego zdaniem najlepszy tekst i tak oto powstało "Made in Poland". Czytamy więc teksty Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana, Włodzimierza Nowaka, Lidii Ostałowskiej. Na najwyższym poziomie.

Jako osoba ciekawa świata i wnikliwie obserwująca to co obok z dużym uznaniem podchodzę do tekstów dziennikarzy "Dużego Formatu". Niemal za każdym razem odkrywają przede mną fragment świata, o którym nie miałam pojęcia. Pokazują miejsca, które znikają, ludzi niewidocznych, odsuniętych. Poszerzają horyzonty i uczą zauważać pozornie ukryte. Są tematy o których wygodniej nie wiedzieć (reportaż J. Hugo-Badera o przemocy wśród młodzieży) lub takie, których aktualność przemija na naszych oczach (dostępność papieru toaletowego w PRL-u czy książki skarg i zażaleń, które odeszły do lamusa dopiero w połowie lat 90.). Ogromne wrażenie zrobił na mnie tekst Ireny Morawskiej opowiadający o młodzieży bez przyszłości. Autorka specjalizuje się w dokumentowaniu ludzi marginesu i ukazywaniu ich w niezwykle ciekawy sposób (to przecież współscenarzystka kultowej "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym" czy "Czekając na sobotę").

"Made in Poland" wydaje się być broszurą w porównaniu z antologią polskiego reportażu pod redakcją jedynego słusznego Mariusza Szczygła, jednak dla początkujących w odurzaniu się takim rodzajem literatury jest wręcz idealna. Jest słabsza o absolutnie doskonałego "20 lat nowej Polski w reportażach" (zgadnijcie kto redagował ;) ), ale i tak gorąco polecam.

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo AGORA 2013, s. 400
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AGORA.

sobota, 14 czerwca 2014

Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką - Zofia Turowska


Biografie pokochałam i czytam ich coraz więcej. Agnieszka Osiecka jest postacią, która fascynuje mnie od dawna. Ujmowała mnie prostota i trafność jej tekstów, eteryczność i nieuchwytność jej osobowości. Sama mówiła o swoim życiu - w tej złej historii dobrze opowiedzianej jest tylko przewodnikiem po miejscach, które uznała za znaczące. Zofia Turowska, autorka, przeprowadziła szereg rozmów z bliskimi Agnieszki Osieckiej, opierała się w dużej mierze na jej pamiętnikach. I tak powstały "Agnieszki" - biografia niezwykła, szczera, trudna i poruszająca.

Niełatwo opisać to słowami, wiele osób mówi o sobie w podobny sposób, ale im bardziej wgłębiałam się w życie i twórczość Agnieszki Osieckiej, tym mocniej czułam się z nią związana i w jakiś trudny sposób podobna do niej. Instynktownie rozumiałam jej teksty, czułam pokrewieństwo myśli. "Agnieszki" to w gruncie rzeczy wybrane fragmenty z życia poetki, często uzupełnione komentarzem. Świetnie poprowadzona opowieść jest obficie okraszona cytatami i fragmentami jej twórczości. Słuchając audiobooka niejednokrotnie uciekałam myślami bardzo daleko. 

Polecam gorąco, nieco nieobiektywnie, bo jestem okularnicą z duszy. I najlepiej opisują to poniższe słowa:

"Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie (…) na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, tez potrafię tęsknić do Ciebie - przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego." 
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

Kategoria: biografia
Prószyński i S-ka 2008, s. 287
Moja ocena: 5/6

środa, 23 kwietnia 2014

Olvido znaczy zapomnienie - María Dueñas



Jak to jest, że pomimo złych doświadczeń z tego rodzaju literaturą, nadal sięgam po kolejne tytuły? Nie wiem. Tym razem chciałam opróżnić głowę ze złych myśli, zapewnić sobie rozrywkę, przeczytać coś ciekawego. I pojawił się ten sam co zawsze konflikt. Z jednej strony książkę czytało się bardzo dobrze, ale po zakończeniu lektury nie czułam ani grama satysfakcji.

Być może moje tempo czytania było spowodowane tym, że chciałam się wreszcie dowiedzieć do czego zmierza autorka. Ta wiedza nie była mi dana - brakowało swoistego punktu zwrotnego, kopa, czegokolwiek, co sprawi, że  fabuła nabierze sensu i nie będzie czymś więcej niż tylko gładką historyjką o porzuconej kobiecie. Autorka nie gubiła się w perypetiach i wszystkie fakty były ze sobą powiązane. Ciekawie wypadała również retrospektywna opowieść o Hiszpanii lat 70., co sprawiło, że książka w tym aspekcie bardzo przypominała mi "Szmaragdową tablicę".

Oberwie się również wydawcy za nieziemsko nieatrakcyjną okładkę. Jestem autentycznie rozczarowana powieścią Marii Duenas. Nie spodziewałam się fajerwerków, ale kompletnej, ciekawej i wciągającej historii. O czymś. Nie o niczym. Szkoda.

Kategoria: współczesna literatura obca
MUZA 2014, s. 432.
Moja ocena: 3/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. 


niedziela, 30 marca 2014

Steve Jobs - Walter Isaacson




Bałam się, że już nigdy nie napiszę dla Was o jakiejś książce. Tygodnie w myślnikach, przemyślenia o bankach - o wszystkim, tylko nie o czytaniu. Przyczyna była prozaiczna - utknęłam pomiędzy stronami. I nie mogłam ruszyć dalej ...

Twarz Steve'a Jobsa z intensywnym spojrzeniem jakiś czas temu spoglądała na mnie w wielu miejscach - na blogach, na stronach księgarni internetowych, w środkach komunikacji wszelakiej. Mówiąc krótko - była wszędzie. Co - dość naturalnie - sprawiało, że nie miałam zbyt dużej ochoty, aby ją przeczytać. A potem polecił mi ją Kot, a że Jemu się nie odmawia, to wrzuciłam ją na warsztat. W styczniu. I utknęłam. Jak nigdy.

Bardzo lubię biografie, przekonałam się do nich jakiś czas temu, kiedy okazało się, jak bardzo mogą być inspirujące i ciekawe. Stwierdzenie to może wydawać się truizmem, ale jeszcze nie tak całkiem dawno, byłam przekonana, że są nudne. Historia o życiu Steve'a Jobsa nie jest co prawda przepełniona dramatycznymi zwrotami akcji i wzniosłymi wydarzeniami, ale autor starał się pokazać, jak upór w dążeniu do celu i perfekcjonizm mogą zmienić oblicze technologii. Ta książka może również wpłynąć pozytywnie na osoby prowadzące własny biznes - Jobs pokazuje, jak tworzyć produkty, aby znaleźć na nie klienta i go nie rozczarować. I jak stworzyć jedno z większych przedsiębiorstw na świecie zaczynając od garażu własnego ojca ...

Jestem szczęśliwą właścicielką iPoda od wielu lat i bardzo przypadł mi do gustu fragment o pokazaniu jego zawartości komuś innemu. Porównano tę czynność do zezwolenia na zajrzenie w siebie niczym w otwartą książkę. "W ten sposób staje się jasne nie tylko to, co lubicie, ale i to, kim jesteście"*. W tej kwestii zmieniło się wiele - każdy znajomy może podejrzeć czego słuchamy dzięki Spotify czy Last.fm, ale jest w tych słowach sporo prawdy. I jest w nich również coś archaicznego. Wzruszył mnie ten właśnie fragment, bo to jedna z bardziej intymnych czynności podzielić się z kimś swoimi ulubionymi dźwiękami. 

Największą jednak trudnością w odbiorze tekstu było dla mnie to, że zwyczajnie nie pałałam sympatią do twórcy iPhone'a. Jego styl zarządzania, sposób traktowania bliskich i współpracowników zwyczajnie mnie wkurzał. Przy moim problemie z zapamiętywaniem nazwisk przebrnięcie przez ponad siedmiusetstronicowe tomiszcze to również niemały problem. 

Tyle miesięcy z jedną książką i tak mało do powiedzenia? Bo cóż można więcej powiedzieć niż to, że jest o Stevie Jobsie i produktach, które stworzył. Można dodać, że warto przeczytać, nawet jeśli nie jest się fanem applowskich produktów. Odnoszę wrażenie, że facetom książka spodoba się bardziej, jestem jednak przekonana, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 

* W. Isaacson "Steve Jobs", Kraków 2011, s. 517.

kategoria: biografia
Wydawnictwo Insignis 2011, s. 732.
Moja ocena: 4+/6

niedziela, 2 lutego 2014

Soczi. Igrzyska Putina - Wacław Radziwinowicz



Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć bardzo interesujący film dokumentalny o olimpiadzie w Soczi ("Igrzyska Putina") . Zrobił na mnie spore wrażenie - korupcja, absurdalny budżet, wysiedlanie mieszkańców kurortu, przekręty wszelkiej maści okazują się być czymś oczywistym w przypadku igrzysk u cara. Reportaż Wacława Radziwinowicza okazał się być świetnym uzupełnieniem tego niezbyt pochlebnego obrazka.

Rosja w przygotowaniach do igrzysk pozostają w starym radzieckim zwyczaju bycia najlepszym. Olimpiada rosyjska ma więc być największa, najlepsza i ... najdroższa w historii. Szacuje się, że jej koszty już przekroczyły kwotę 50 miliardów dolarów, co odpowiada średniemu rocznemu dochodowi takich firm jak Coca-Cola, Google czy Intel. Wybór miejsca jest również kontrowersyjny - Soczi słynie jako letni kurort i subtropikalny klimat nie kojarzy się kompletnie z zimowymi sportami. Stworzenie sportowych obiektów i infrastruktury nie tylko kosztowało krocie, ale co gorsza doprowadziło do nieodwracalnej dewastacji środowiska. Rosjanie odcinają się od kuriozalnych wymysłów Putina, obywatele wydają się być zupełnie przeciwni idei olimpiady, o czym sporo pisze Radziwinowicz.

Opisuje też absurdalną historię znicza olimpijskiego. Nie dość, że koszty projektu wystarczyłyby na budżet sporej wielkości polskiego miasta, to pochodnia ma do pokonania najdłuższą i najbardziej zawiłą w historii drogę. Znicz był w łodzi podwodnej, a nawet w przestrzeni kosmicznej. Jego wyjątkowość polega również na tym, że już nikt chyba nie liczy ile razy zgasł podczas podróży. Co nikogo pewnie nie dziwi medale również będą największe - jeśli wierzyć pogłoskom wartość złotego medalu jest szacowana na sześć tysięcy dolarów (podczas olimpiady w Vancouver było to odpowiednio 500 dolarów). Co więcej, niektóre z nich będą zawierać fragmenty meteorytu, który spadł na Czelabińsk. 

Dla mnie - rusofilki, książka jest bardzo ciekawa. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać jak daleko mogą posunąć się przedstawiciele rosyjskiej władzy, aby osiągnąć to, czego pragną. Radziwinowicz rozmawia ze zwykłymi mieszkańcami Soczi i okolic, których postawiono przed faktem dokonanym, później wysiedlono i osadzono w mieszkaniach o bardzo niskim standardzie. Reporter opowiada o przygotowaniach służb specjalnych i wojska, olimpiada będzie się przecież odbywać raptem dwieście kilometrów od zagrożonych terroryzmem terenów.Autor pisze o tym wszystkim, co znamy z rosyjskiego podwórka, ale co olimpiada wyostrzyła do granic absurdu. Niezmiernie prawdziwy i poruszający obraz rosyjskiej rzeczywistości. Polecam, w szczególnie w przeddzień igrzysk.

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo AGORA 2014, s. 168.
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AGORA.  

niedziela, 26 stycznia 2014

Wiedeńska gra - Carla Montero



Bywam czytelniczo rozdarta - bo chciałabym poczytać coś lżejszego, szybkiego, a jak już dochodzi do tego, to się wkurzam, bo książka płytka, nieskomplikowana i zwyczajnie nie sprawia satysfakcji. Moje pierwsze podejście do Carli Montero skończyło się jedną z niewielu negatywnych opinii o "Szmaragdowej tablicy", która nadal jest totalnym bestsellerem. Nie podobała mi się ni trochę.

Z "Wiedeńską grą" było niestety podobnie. Z ogromną trudnością brnęłam przez kolejne strony, znudzona i przytłoczona informacjami o wschodniej sekcie, która próbuje zapanować nad Europą, na chwilę przed wybuchem I wojny światowej. Zapowiadało się ciekawie i dałam się złapać na okładkowy chwyt, bo szczerze spodziewałam się wartkiej sensacji osadzonej w Wiedniu na początku XX-go wieku. A było nudno i sztampowo z irytującymi erotycznymi wstawkami, które obniżały i tak dramatycznie niski poziom. Drewniane dialogi, nieumiejętnie wplecione wątki historyczne - to wszystko sprawiło, że tylko uczciwość czytelnicza zmusiła (!) mnie do ukończenia lektury.

Nie polecam, żadna siła nie zmusi mnie do przeczytania kolejnej książki tej autorki.

Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Wydawnictwo Rebis 2013, s. 384.
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis.

piątek, 24 stycznia 2014

14:57 do Czyty: Reportaże z Rosji - Igor T. Miecik




O czym jak o czym, ale o Rosji naczytałam się okrutnie. Dlatego z dużą przyjemnością sięgam po kolejne tytuły. Z racji sporego oczytania, oczekiwania są wysokie i bywa, że książki rozczarowują swoją ogólnością i płytkim potraktowaniem tematów.

"14:57 do Czyty" to - jak sam podtytuł zapowiada - zbiór reportaży o Rosji. Autor przedstawia mieszankę tematów, które pokazują ten kraj z kilku perspektyw. Teksty wcześniej ukazywały się na łamach "Polityki", co łatwo wyczuć, gdyż wiele z nich straciło już niestety na aktualności lub przydałoby się dopisać im ciąg dalszy. Reportaże Miecika mogą być dobrym źródłem wiedzy dla potencjalnych rusofilów, bo Rosja wypada w nich egzotycznie i nierealistycznie. Już sam tekst otwierający o podróży koleją transsyberyjską przenosi czytelnika w miejsce unikalne i jedyne w swoim rodzaju.

Niestety, nieobeznani z Rosją mogą poczuć się przytłoczeni chaosem jaki panuje w książce. Ponadto są to obrazki, które bardzo dobrze znamy z prasy, literatury - to ciągle te same tematy. O Czeczenii, Kursku, Biesłanie, Dubrowce i armii rosyjskiej pisało już wielu. Nie twierdzę, że powinno pisać się o tym mniej, jednak w przypadku Igora T. Miecka dużo barwniej wypadają teksty o mniejszym ciężarze społecznym, jak chociażby opis szkoły dla dziewcząt, która przyjęła bardzo tradycyjny model nauczania. Brakuje również emocji w słowach, sprawia to, że niestety bardzo odczuwa się różnicę poziomu dziennikarstwa, chociażby w porównaniu z pisaniem Jacka Hugo-Badera.

Kategoria: zbiór reportaży
Wydawnictwo Czarne 2012, s. 152.
Moja ocena: 4+ /6

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC