poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Rzecz o mych smutnych dziwkach - Gabriel Garcia Marquez




Moje pierwsze spotkanie z Marquezem nastąpiło w okolicznościach pomaturalnych. Miałam mnóstwo czasu, czytałam wtedy nieprzyzwoite ilości książek, głównie dzieła wielkie i klasyczne. "Sto lat samotności" sprawiło, że literatura i samo czytanie nabrało innego wymiaru. Odkrycie realizmu magicznego w literaturze to dla mnie kamień milowy w karierze mola książkowego. Kolejne spotkanie odbyło się w ramach przygotowania do ekranizacji - zmierzyłam się wtedy z "Miłością w czasach zarazy". Znowu zostałam oczarowana, wchłonięta przez TEN świat. O Kolumbii i Marquezie miałam okazję posłuchać, poczytać więcej dzięki poznaniu Ewy Kulak, Polki mieszkającej w Bogocie. Macondo trafiło wtedy na listę "must see". Może to nieco przykre, że Marqueza czytam, kiedy zamierzam obejrzeć ekranizację jego powieści. Mimo tego, że ekranizacje są przeważnie mocno średnie, a i sam pisarz nie jest do nich nastawiony zbyt optymistycznie. Niemniej - przyszedł czas na "Rzecz o mych smutnych dziwkach", najnowszą i prawdopodobnie ostatnią jego powieść.

Dziwek przez te nieco ponad sto stron przewija się całkiem sporo. Główny bohater obwinia je, nieco ironicznie, o swój stan cywilny. Dzień dziewięćdziesiątych urodzin postanawia uczcić w niebagatelny sposób, gdyż udaje się do swojego ulubionego burdelu, gdzie zamierza posmakować cnoty nieletniej. Pomysł ryzykowny, lubieżny, może nieco szokujący, ale myli się ten, kto spodziewa się czegoś niesmacznego w prozie Marqueza. Erotyki nie brakuje, jednak wszystko w wyważonych, dalekich od dewiacji proporcjach. Nasz bohater - szanowany felietonista lokalnego dziennika, zakochuje się bowiem w czternastolatce. Nie dość, że platonicznie, to na dodatek prawdopodobnie pierwszy raz w życiu. 

Mało kto prowadzi narrację w taki sposób jak Marquez. Jego pisanie jest jak letnie popołudnie - duszne, leniwe, powodujące lekki, niemal erotyczny dreszczyk. Uwodzi, oblepia, nie pozwala się oderwać. Emocje oddawane są z wdziękiem, liczne dygresje i retrospekcje dodają pikanterii. Staruszek wspomina swoje hulaszcze życie, od dwunastego roku wypełnione prostytutkami i cielesnością niewymagającą zaangażowania emocjonalnego. Jest w tym wspominaniu spora doza nostalgii - świat wygląda teraz inaczej, pędzi przed siebie, brakuje  w nim kolonialnego przepychu i dystynkcji. Swoją tęsknotę za starymi, lepszymi czasami wyraża w felietonach traktowanych przez czytelników niczym świętość - są odczytywane z pietyzmem na antenie radia, szeroko komentowane w masowo nadsyłanych przez wielbicieli listach. Starszy, uroczy w swojej nieporadności pan, nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem o lubieżnym starcu, fundującym sobie gorszącą rozrywkę. Jego historia miłosna wzrusza i rozckliwia. 

Delikatność, niepewność, niewprawność - tak kocha się po raz pierwszy. Miłość opisana banalnie, na granicy kiczu - jednak takie właśnie jest to uczucie. Skontrastowanie obrazu dziewięćdziesięciolatka zakochanego niczym młodziak z dwunastolatkiem regularnie korzystającym z usług prostytutek, doprawione autoironią, przepełnione dystansem wobec własnych ułomności - to tworzy magię tej powieści. Marquez jest dla mnie mistrzem pierwszych zdań. Bank rozbił w "Stu latach samotności", jednak i tutaj zaczyna się mocno: "W roku mych dziewięćdziesiątych urodzin chciałem sprawić sobie w prezencie szaloną noc miłosną z nieletnią dziewicą." Obserwując jego zaloty, urządzanie pokoju schadzek na kształt zwykłego, niemal małżeńskiego pokoju, dbałość o swoją kochankę - nie sposób nie poczuć tęsknoty za pierwszym zakochaniem.

Starość w powieści jest pokazana zupełnie inaczej, niż chociażby w "Wieku żelaza" J. M. Coetzeego. Nie jest to być może oda pochwalna ku czci frywolnego staruszka, ale jesień życia pokazana jest pogodnie, optymistycznie. Morał jest oczywisty: nigdy nie jest późno na miłość, czy spełnienie swoich pragnień. Typowe dla osób w podeszłym wieku wspominanie i rozpamiętywanie jest tutaj sprowadzone do ciepłych i nasyconych emocjami opowieści z przeszłości. Jesteśmy na tyle starzy, na ile się czujemy i Marquez udowadnia to na przykładzie bohatera powieści.

Prosta historia jest tak naprawdę wariacją na temat poprzednich dzieł Marqueza. Przecież, jeśli mnie pamięć nie myli, również Florentino Ariza z  "Miłości w czasach zarazy" prowadził, podobnie jak "nasz staruszek" spis kobiet, z którymi sypiał w ciągu życia ( i liczba była równie imponująca). Duszny, nieco oniryczny klimat panujący w literaturze iberoamerykańskiej to coś, co mnie w niej uwodzi. Lubię takie pisanie, odpręża mnie i uspokaja. A Marquez udowodnił mi kolejny raz, że powinnam czytać go więcej i częściej. Polecam i jednocześnie wzbraniam się przed obejrzeniem ekranizacji, bo nie wyobrażam sobie w jaki sposób można chociażby spróbować przenieść ten klimat na ekran. Boję się i nie chcę się rozczarować.

Kategoria: literatura piękna
MUZA 2010, s. 112.
Biblionetka: 4,16/6
Lubimy czytać: 6,05/10
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 5 sierpnia 2012

Cudowne dzieci - Roy Jacobsen




Biorąc do ręki "Cudowne dzieci" nie miałam pojęcia jakiego rodzaju literatura do mnie trafiła. Po raz kolejny wykazałam się swoistą ignorancją, bo nawet nie przeczytałam opisu z okładki. Nie chciałabym, póki co, wyciągać pochopnych wniosków, ale mam wrażenie, że czytając książki z przysłowiowego marszu, bez zaśmiecania głowy blurbami, mam do nich świeższe podejście, bardziej je przeżywam i więcej do mnie trafia. Naiwne podejrzewałam, że przeczytam pouczający esej o wychowaniu dzieci. Durna ja ...

Literatura nordycka kojarzy mi się głównie z kryminałami bądź fantastyką w klimacie okołotrollowym. Jedyna obyczajówka jaka przeszła przez moje ręce, zrobiła na mnie spore wrażenie i zupełnie naturalnie przyrównywałam do niej "Cudowne dzieci". Z odmętów pamięci wyłoniła się u mnie również wstrząsająca powieść "Zło" J. Guillou (to, co prawda, Szwecja, ale również o dzieciństwie). Całe moje (niewielkie) doświadczenie z prozą skandynawską zostało postawione na baczność. Niepotrzebnie, gdyż "Cudowne dzieci" to historia z zupełnie innej półki.

Finn, uczeń podstawówki, mieszkający na blokowisku w Oslo jest typowym dzieckiem. Czas spędza w szkole i na zabawach z rówieśnikami. Jego dzieciństwo wydaje się być pozbawione kłopotów, mimo tego, iż jego rodzice rozwiedli się i mieszka z pracującą na pół etatu matką. Ta jedna dba o zapewnienie mu opieki i maksymalnie bezpiecznego życia. Dla podreperowania domowego budżetu decydują się na wynajęcie jednego z pokoi lokatorowi. Po ukazaniu się ogłoszenia w lokalnej gazecie, w ich mieszkaniu zjawia się młoda kobieta. Okazuje się być drugą żoną niedawnego zmarłego ojca Finna, jak również matką jego przyrodniej siostry. Kobieta jest zagubiona, nie radzi sobie z wychowaniem córki - matka Finna, Gred, postanawia zaopiekować się dziewczynką. Do mieszkania wprowadza się ponadto Kristian, mężczyzna, który zaczyna zajmować się kobietą i dziećmi niczym ich ojciec. 

Element, który zasługuje na szczególną uwagę to sposób prowadzenia narracji. Historia wydaje się być pozornie relacjonowana ustami chłopca, jednak dojrzałe wnioski, ironia towarzysząca niektórym komentarzom, jednoznacznie wskazują, iż prawdopodobnie mamy do czynienia z retrospekcją. Tłumaczyłoby to smutek, refleksję i melancholię towarzyszące słowom Finna. Chłopiec jest bystry, spostrzegawczy, choć momentami naiwny i mocno dziecięcy. Przyzwyczajony do spokojnego dzieciństwa, staje przed problemami, zbyt trudnymi, jak na jego wieki. Matka niejednokrotnie pyta go o zdanie, ocenę wydarzeń, rozstrzygnięcie ważnych kwestii. Co więcej, Finn sprawia wrażenie emocjonalnie dojrzalszego, bardziej odpowiedzialnego od własnej matki. Ponadto jest bezkompromisowy i refleksyjny.

Fajnie pokazana jest relacja pomiędzy nim a przyrodnią siostrą - Lindą. Dziewczynka sprawiała wrażenie opóźnionej w rozwoju, zamkniętej w sobie. Finn cierpliwie udowadniał całemu otoczeniu,  w tym matce i dyrektorowi szkoły, że rzekome otępienie umysłowe to nic więcej, jak tylko zaniedbanie i zbyt mała ilość poświęconej dziewczynce uwagi. Nauczył ją czytać, rysować, pływać, jak również wyrażać swoje zdanie. Nieprzyzwyczajony do bycia bratem, świetnie wpasował się w tę rolę. Kiedy Linda była zastraszana przez osiedlowego osiłka, Finn stanął w jej obronie, jak na młodego mężczyznę przystało. Autor w subtelny sposób ukazał proces stawania się bratem przez Finna, dzieje się to na oczach czytelnika, mimo tego jest przedstawione w sposób nienachalny, dyskretny i naturalny.

Siłą powieści są szczegóły i małe, z pozoru nic nieznaczące wydarzenia. Autor uwypukla to, co tak naprawdę buduje i nasze życie. Sens małych rzeczy, wypadków, sytuacji, które zmieniają nasz sposób myślenia. Rolę osób, które pojawiają się na krótko w naszym życiu, znikają, a my pozostajemy pod wpływem ich słów, gestów, często nawet nieświadomie. Siła małych rzeczy, które budują "ja" w człowieku - bardzo mnie to ujęło w "Cudownych dzieciach". W tym duchu autor opisał lato na wyspie Haoya, element wielokrotnie podnoszony i chwalony w recenzjach powieści. Lato Finna na wyspie było dokładnie takim latem, jakie sama pamiętam z dzieciństwa. Pozbawionym rozrywek typu all-inclusive, ale pełnym prostych zajęć, zapachów, smaków. Leniwie, niespiesznie - doskonałe są te rozdziały. Niemal czułam zapach, smak i temperaturę zimnego, północnego morza. Autor mocno eksponuje dzieciństwo w retro wydaniu - typowe dla dzieciaków z blokowisk. Wspólnota, zabawy, które współczesnym dzieciakom są już pewnie obce, podwórkowa komuna, która jest nie do podrobienia i nie do zapomnienia. Jest to proza o dzieciach, ale niekoniecznie dla dzieci. Rodzice są tutaj nieobecni, niedojrzali, bądź niezrównoważeni. 

Fabuła w "Cudownych dzieciach" jest na tyle prosta, że nie czułam się przytłoczona mnogością zwrotów akcji czy bohaterów. Jest to proza leniwa, niespieszna, do smakowania na powoli. Akcja ma miejsce jeszcze przed odkryciem złóż ropy i gazu ziemnego, które dały Norwegii bogactwo. Mocno czuć, że to jeszcze przed tym, kiedy zaczęło się Norwegom lepiej powodzić. 

Zaskoczyła mnie ta powieść. Nie spodziewałam się zupełnie, że historia tak mnie wciągnie i pochłonie. Jestem kompletnie oczarowana prozą Jacobsena. Zbudowana na narracji chłopca, wypełniona pozornie nieistotnymi szczegółami, nasycona emocjami, a do tego nieprzyzwoicie prosta fabuła. Dorzućmy do tego nietuzinkowe wydanie - książka jest zszywana i totalnie oryginalna (piękna!) - grzbiet okładki jest przecudny! Polecam gorąco Waszej uwadze, zdecydowanie warto!

Kategoria: współczesna literatura piękna 
Wydawnictwo DodoEditor 2012, s. 214.
Biblionetka: 5,25/6
Lubimy czytać: 6,75/10
Moja ocena: 5+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa DodoEditor. Dziękuję!

sobota, 4 sierpnia 2012

1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią część 6 (lata 50. XX-go wieku)




Po bardzo długiej przerwie wracam z cyklem "1001 książek, które musisz przeczytać". 

Sugeruję przeglądać regularnie poprzednie części listy, gdyż na bieżąco doczytuję kolejne pozycje z zestawienia i możecie znaleźć na blogu recenzje powieści polecanych przez Petera Boxalla.

Dzisiaj prezentuję propozycje wydane w oryginale w latach 50. XX-go wieku.




Lata 50. 















Jabłecznik i Rosie - Laurie Lee (Czytelnik 1975)
Billy Kłamca - Keith Waterhouse (Czytelnik 1974)
Nagi lunch - William Burroughs (Prima 1995)
Blaszany bębenek - Günther Grass (Porozumienie Wydawców 2000)
Zupełnie początkujący - Colin MacInnes (Książka i Wiedza 1961)
Henderson, król deszczu - Saul Bellow (Zysk i S-ka 1999)
Memento mori - Muriel Spark (PIW 1970)
Bilard o wpół do dziesiątej - Heinrich Böll (Muza 2000)
Lampart - Giuseppe Tomasi di Lampedusa (Książka i Wiedza 1988)
















Zerwać pąki, zabić dzieci - Kenzaburo Oe (Amber 2004)
Miasteczko jak Alice Springs - Nevil Shute (Bellona 1990)
The Bitter Glass - Eilis Dillon (brak polskiego wydania)
Wszystko rozpada się - Chinua Achebe (PIW 2009)
Z soboty na niedzielę - Alan Sillitoe (Książka i Wiedza 1963)
Mrs. Arris goes to Paris - Paul Gallico (brak polskiego wydania)
Więzień borstalu - Brendan Behan (Wydawnictwo Literackie 1982)
Koniec drogi - John Barth (PIW 1971)
Był sobie raz i na zawsze król (cykl) - Terence Hanbury White (Świat Książki 1999)
Dzwon - Iris Murdoch (Rebis 2000)
















Żaluzja - Alain Robbe-Grillet (Czytelnik 1975)
Voss - Patrick White (PIW 1979)
Kukułcze jaja z Midwich - John Wyndham (Andor 1994)
Blue Noon - Georges Bataille (brak polskiego wydania)
Homo Faber - Max Frisch  (MUZA 2005)
W drodze - Jack Kerouac (W.A.B. 2005)
Pnin - Vladimir Nabokov (MUZA 2004)
Doktor Żywago - Borys Pasternak (MUZA 2001)
Cudowne O. - James Thurber (w zbiorze opowiadań "Trzynaście zegarów", Alfa 1991)
Kwartet aleksandryjski: Justyna - Lawrence Durrell (Czytelnik 1995)
















Mój Giovanni - James Baldwin (PIW 1991)
The Lonely Londoners - Sam Selvon (brak polskiego wydania)
Korzenie nieba - Romain Gary (C&T 2010)
Korzystaj z dnia - Saul Bellow (Czytelnik 1978)
Pływająca opera - John Barth (PIW 1998)
Władca pierścieni - J. R. R. Tolkien (Zysk i S-ka 2002)
Utalentowany pan Ripley - Patricia Highsmith (Noir Sur Blanc 2004)
Lolita - Vladimir Nabokov (MUZA 2003(
A World of Love - Elizabeth Bowen (brak polskiego wydania)
The Trusting and the Maimed - James Plunkett (brak polskiego wydania)
















Spokojny Amerykanin - Graham Greene (Sonia Draga 2012)
Ostatnie kuszenie Chrystusta - Nikos Kazantzakis (Kantor Wydawniczy SAWW 1992)
The Recognitions - William Gaddis (brak polskiego wydania)
Ragazzi di vita - Pier Paolo Pasolini (nowela w filmie "Noc brawury", brak polskiego wydania)
Witaj smutku - Francoise Sagan (Książnica 2003)
Stiller - Max Frisch (MUZA 1999)
Self Commended - Wyndham Lewis (brak polskiego wydania)
Historia O - Pauline Reage (Mireki 2004)
Pogarda - Alberto Moravia (Czytelnik 2005)
Władca much - William Golding (Wyd. Literackie 2012)















W sieci - Iris Murdoch (Czytelnik 1975)
Posłaniec - L.P. Hartley (PIW 1992)
Długie pożegnanie - Raymond Chandler (Dolnośląskie 2008)
Nienazywalne - Samuel Beckett (przekład w "Literaturze na świecie" 1975)
Watt - Samuel Beckett (Wyd. Pomorze 1993)
Jim Szczęściarz - Kingsley Amis (Rebis 1995)
Ćpun - William S. Burroughs (Amber 2004)
Przypadki Augiego Marcha - Saul Bellow (PIW 1990)
Głoś to na górze - James Baldwin (PAX 1966)
Casino Royale - Ian Fleming (ZNAK 2006)















Sędzia i jego kat - Friedrich Durrenmatt (PIW 1972)
Niewidzialny człowiek - Ralph Ellison (Rebis 2004)
Stary człowiek i morze - Ernest Hemingway (MUZA 2007)
Mądrość krwi - Flannery O'Connor (Przedświt 1992)
Morderca we mnie - Jim Thompson (MiND 2012)
Pamiętniki Hadriana - Marguerite Yourcenar (W.A.B. 2008)
Malone umiera - Samuel Beckett (Oficyna Literacka 1997)
Dzień tryfidów - John Wyndham (AMBER 2001)
Fundacja - Isaac Asimov (Rebis 2001)
Brzegi Syrtów - Julien Gracq (Austeria 2008)















Buszujący w zbożu - J. D. Salinger (Albatros 2007)
Człowiek zbuntowany - Albert Camus (MUZA 1998)
Molloy - Samuel Beckett (Wyd. Literackie 1983)
Koniec romansu - Graham Greene (C&T 2000)
Ksiądz C - Georges Bataille (KR 1998)
Labirynt samotności - Octavio Paz (Wyd. Literackie 1991)
Trzeci człowiek - Graham Greene (Prószyński 1995)
Trzynaście zegarów - James Thurber (Alfa 1991)
Gormenghast - Mervyn Peake (Wyd. Literackie 2012)
Trawa śpiewa - Doris Lessing (Świat Książki 2008)















Ja, robot - Isaac Asimov (Limbus 1993)
Księżyc i ogniska - Cesare Pavese (PIW 1958)
The garden where the brass band played - Simon Vestdijk (brak polskiego wydania)

Pozostałe części cyklu "1001 książek, które musisz przeczytać":
część 1. - książki wydane po 2000 roku
część 2. - lata 90. XX-go wieku
część 3. - lata 80. XX-go wieku
część 4. - lata 70. XX-go wieku

część 5. - lata 60. XX-go wieku

piątek, 3 sierpnia 2012

Faber - Iwona Partyka




Od pewnego czasu dość sceptycznie podchodzę do debiutów polskich autorów. Mówi się w ostatnio, że w naszym kraju więcej osób pisze książki, niż je czyta. W związku z tym bywa niestety różnie z jakością, oryginalnością, a co za tym idzie z  samym całokształtem. Ponadto, niełatwo jest napisać coś świeżego, oryginalnego i innego, kiedy tyle powieści zapełnia półki bibliotek czy księgarni. Z niemałym lękiem rozpoczęłam "Fabera" Iwony Partyki, mając w głowie te wszystkie obawy. Jestem świeżo po lekturze i ... już od bardzo dawna nie poczułam się tak omotana przez powieść. Jednak - po kolei i do rzeczy!

Tytułowy Faber to marynarz wspominający swoje życie. Bogate życie. Zaadaptował do mieszkania pozostałości statku, samotność osładza mu pies, a właściwie suka - wierna towarzyszka, równie niedoskonała jak on. Żyjąc na granicy morza i lądu przywołuje z pamięci burzliwe życie - rejsy po morzach i oceanach, obóz koncentracyjny, romans z dużo starszą kobietą, pobyt w domu pomocy społecznej - wydaje się zmierzać ku końcowi. Poznaje jednak spora młodszą od siebie dziewczynę, która wydaje się być nim zauroczona. 

Na okładce przeczytamy rekomendację Marka Wawrzkiewicza, prezesa Związku Literatów Polskich, który punktuje konstrukcję szufladkową powieści czy przyrównuje ją do iberoamerykańskiego stylu pisania. Teoretyk literatury ni specjalista ze mnie żaden - jednak jako czytelniczka stwierdzam, że dawno nie czytałam tak frapującej, zmuszającej do skupienia i refleksji powieści. Będąc szczerą - w "Faberze" nie znalazłam niczego oryginalnego, ani nowatorskiego. To tak naprawdę mieszanka tego, co już wcześniej pojawiało się w literaturze. Autorka stworzyła jednak z tych elementów obraz świeży, ciekawy i niesamowicie wciągający. Powieść uwodzi kolejnymi stronami, nie pozostawia obojętnym. Nie jest to jednak typ powieści, który "połkniemy" w jeden wieczór. W przypadku "Fabera" słowom należy pozwolić dojrzeć w głowie.

Książka jest przesycona emocjami - paradoksalnie, bo tytułowy bohater wydaje się być oschły, sam twierdzi, iż ma oczy bez łez. Czytając powieść zostałam wrzucona w stan pewnego zawieszenia pomiędzy smutkiem, nostalgią i dobrymi wspomnieniami. Wyjaśniam, co takiego mam na myśli -  bohater odkopuje z odmętów pamięci swoje dzieciństwo i wczesną młodość - pierwsze doświadczenia erotyczne, romans z namiętną wdową Rose, pierwszą pracę. Takie wspomnienia są słodko-gorzkie - z jednej strony przywodzą chwile, które już nigdy nie wrócą, a z drugiej sprawiają, że czujemy się pełniejsi jako ludzie mając takie doświadczenia. Mało która powieść była w stanie wprowadzić mnie w taki stan. I stąd moje zawieszenie - jak się okazuje dość trudne do określenia.

Fragmenty dotyczące młodości Fabera, jego miłostek i romansów przypominały mi nieco "Blaszany bębenek" Gunthera Grassa. Skojarzenie mogło nasunąć mi się mimowolnie, jako, że akcja powieści toczy się pomiędzy Helem a Trójmiastem. Wątki pojawiają się achronologicznie, należy więc być czytelnikiem uważnym. Niemal do ostatniego zdania nie byłam pewna, czy dobrze odczytałam losy postaci. Zawieszenie, niedopowiedzenie i niepewność - to towarzyszyło mi w trakcie całej lektury. Język, którym posługuje się autorka, jest nieco w starodawnym stylu - wrażenie takie powoduje szyk zdania, specyficzne słownictwo. To w łatwy sposób pozwoliło mi przenieść w czasy, o których pisała. Tak już się dzisiaj nie pisze i to tak naprawdę jeden z większych komplementów, jaki mogę "zarzucić" Iwonie Partyce - poprawna, dbała, stara i piękna polszczyzna.

Postaci - zdecydowanie z krwi i kości. Sam Faber to, jak twierdzi autorka, wariacja na temat osoby zaobserwowanej w przeszłości. Jego losy to zapewne zlepek wielu historii zasłyszanych gdzieś i kiedyś. Nie powoduje to jednak efektu sztuczności czy nadęcia. Ciekawie zostały opracowane również postacie poboczne - moją faworytką jest wdowa Rose. Namiętna, świadoma swojej kobiecości, dbająca o siebie i swój los, wdająca się w płomienny romans z kilkunastolatkiem, staje się dla niego inspiracją i przewodniczką. Doskonała postać!

"Faber" to powieść, która zwyciężyła w konkursie portalu e-pisarz.org. Zwycięstwo, jak się szczęśliwie okazało, nieprzypadkowe. Powieść powstawała ponad cztery lata, co skutkuje dopracowaniem i dbałością o szczegóły. Jest to debiutancka powieść Iwony Partyki, absolwentki anglistyki, obecnie pracującej nad doktoratem. Rodowita Gdynianka, nadal mocno związana z Trójmiastem.

Szczerze i z całego serca kibicuje autorce i mam nadzieję, że "Faber" podbije i Wasze czytelnicze serca. Jestem przekonana, iż wrócę do tej powieści, bo pojawiło mi się w głowie kilka pytań, ponadto chcę jeszcze raz przeżyć losy bohaterów. "Faber" to powieść napisana bez nadmiernego patosu, z dobrym wyczuciem emocjonalnym. Jeśli lubicie język nieco zalatujący myszką (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu!), oddający ducha lat 20. i 30. XX-go wieku - powieść zdecydowanie przypadnie Wam do gustu. Ze swojej strony gorąco polecam!

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Adam Marszałek 2012, s. 268.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości p. Iwony Partyki, czyli autorki. Bardzo dziękuję!

środa, 1 sierpnia 2012

Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka - Richard P. Feynman




Czytanie blogów książkowych od lat i skrzętne notowanie kolejnych książek do przeczytania odbija się pewnego pięknego dnia czkawką. Blogowy świat śledzę bardzo uważnie od ponad czterech lat i nieco się już powieści "do przeczytania! koniecznie!" uzbierało. Nie dziwne więc, że nie do końca mam świadomość tematyki poszczególnych książek. Bo gdybym pofatygowała się i zapoznałam z opisem z okładki "Pan raczy żartować ... " pewnie nigdy bym tej książki nie przeczytała. Dlaczego? Primo po pierwsze - byłam przekonana, że mam do czynienia z jakąś powieścią. Po drugie - przyczyna prozaiczna - żadna dziedzina nauki nie wzbudza tak wielkiego lęku, obrzydzenia, stresu i nie wskrzesza tabunu traum, jak właśnie fizyka. Ale - gdyby nie moja przydługawa lista "do przeczytania" i swoista ignorancja - nie poznałabym szalonego i pozytywnego naukowca jakim był Richard P. Feynman.

Przyznam szczerze - tytuł fizyka teoretyka wzbudza we mnie takie pokłady szacunku, że trudno to czymkolwiek przebić. Dorzućmy, iż mamy do czynienia z laureatem Nagrody Nobla  w zakresie elektrodynamiki kwantowej (cokolwiek to znaczy), faceta, który pracował podczas Projektu Manhattan (odcinając się od warstwy moralnej, biorąc pod uwagę aspekty czysto naukowe). Otworzyłam powieść, przeczytałam przedmowę i pomyślałam sobie "No to pięknie. To wpadłam!". Nadmienię, iż nie znoszę nie kończyć książek (tak, przeczytanie kilkunastu stron moralnie zobowiązuje mnie do ukończenia owej). Wysokie oceny na Lubimy czytać, czy Biblionetce nie biorą się znikąd, także - pełna zapału zaczęłam czytać. 

Richard Feynman to zwariowany, roztrzepany, ciekawy świata, ludzi i wszystkiego co dookoła człowiek. "Pan raczy żartować ..." to zbiór anegdot spisanych przez najlepszego przyjaciela i opracowanych na kształt biografii. Przedstawiane są chronologicznie - od dzieciństwa po czasy po uhonorowaniu Nagrodą Nobla. Poznajemy jego losy podczas studiowania na uniwersytecie, podczas udziału w Projekcie Manhattan, pobytu na urlopie naukowym w Brazylii. Richard Feynman był nie tylko fizykiem - uczył się rysować, grał doskonale na bębnach, słynął ponadto z talentu do podrywania i umiłowania uciech cielesnych. Książka pełna jest anegdot i historii, o które nikt nie podejrzewałby szanowanego fizyka.

Najzabawniejsze dla mnie historie to chociażby ta opowiadająca o komisji poborowej (Feynman zezłościł się na brak profesjonalizmu lekarzy i udawał chorego psychicznie - finalnie został zwolniony ze służby) czy o łamaniu szyfrów w sejfach. Podczas pracy nad bombą atomową w ośrodku Los Alamos, Feynman siał postrach wśród współpracowników - potrafił rozpracować niemal każdy sejf. Najbardziej niezwykła jest jednak historia dotycząca barów topless - Feynman jako jedyny zgodził się zeznawać przed komisją senacka, iż bary te nie są siedliskiem rozpusty. Historie opowiedziane są w zabawny sposób, każda kolejna coraz bardziej przekonuje do osoby Feynmana. Wydawał się on być wyjątkowo dociekliwym, ciekawym świata, zabawnym człowiekiem. Nie czuł respektu przed osobami, które były od niego wyższe stopniem czy rangą, każdemu potrafił dopiec. Nie przyjmował niczego za pewnik - wszystko sprawdzał, testował. Od swoich studentów wymagał myślenia, a nie bezmyślnego wkuwania regułek. Co ciekawe, w "Pan raczy żartować ..." fizyka podawana jest w sposób na tyle strawny, że mnie (nawet mnie!) zainteresowały pewne zjawiska. Jestem pod ogromnym wrażeniem zdziwienia światem, którego nie wyzbył się Feynman. 

"Pan raczy żartować ..." to zabawna i lekka lektura dla tych, którzy są zainteresowani fizyką, ale również dla tych, którzy szukają inspiracji. Metodyka Feynmana, jego niesłabnący entuzjazm do niemal wszystkiego, zmierzanie się ze swoimi ograniczeniami - będzie to doskonała lekcja i być może impuls do zmian we własnym życiu. Feynman przy całym swoim uroku, może czasem nieco irytujący w swojej dociekliwości i optymizmie, i tym, że niektóre historie zdają się być nieprawdopodobne i wyolbrzymione - zaraża energią. I bardzo się cieszę, że nie pominęłam tej książki, tylko dlatego, że jest o fizyku i fizyce. Polecam!

Kategoria: biografia
Wydawnictwo ZNAK 2007, s. 350.
Biblionetka: 5,11/6
Lubimy czytać: 7,77/10
Moja ocena: 4+/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC