Zarys notki kiełkował we mnie od dawna. Przy okazji omawiania powieści na klubie dyskusyjnym, postanowiłam przeczytać ją raz jeszcze, a ponadto obejrzeć najbardziej znane ekranizacje. Wszystko do jednego wora wrzucić i podzielić się z Wami refleksją. Miałam nadzieję, że powieść, czytaną wielokrotnie, pochłonę w niecałe dwa tygodnie. Zszedł mi na tym niemal miesiąc. I czuję się przytłoczona nieco. Ale po kolei ...
Trudno, aby wrzucić coś bardziej klasycznego na literacki ruszt, niż "Annę Kareninę". Ze znanymi powieściami jest tak, że wiemy o czym są, nawet jeśli ich nie czytaliśmy. Trudno więc nie zasiadać do lektury z pewnymi oczekiwaniami. Jeśli nieszczęśliwie przytrafiło się, że czytamy historię raz kolejny - te są jeszcze większe. Jeśli nigdy nie czytaliście powieści Tołstoja - nie dajcie się zwieść, nie jest to tylko historia romansu mężatki z młodym wojskowym. Tak naprawdę to manifest pisarza broniącego starego porządku moralnego. Lew Tołstoj nie ukrywał niechęci wobec "nowej mody", jaką była emancypacja kobiet pod koniec XIX wieku.
"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób." Autor zestawia więc ze sobą trzy rodziny - każdą pozbawioną owego szczęścia. Po mistrzowsku łącząc ich losy, wprowadza czytelnika w świat rosyjskiej arystokracji. Nie mogłam powstrzymać się od odniesień do niedawno czytanych przez mnie "Pokonanych" - świat opisywany w "Annie Kareninie" za kilkadziesiąt lat odejdzie do historii. A póki co - bale, życie ponad stan, wyścigi, ostrygi na obiad. Powieść zaczyna się w momencie dramatycznym dla pierwszej z rodzin - Stiwa Obłoński zostaje przyłapany przez żonę, Dolly, na zdradzie z guwernantką ich dzieci. Sytuację ma uratować siostra Stiwy - Anna. Przyjeżdża więc z Petersburga do Moskwy i poznaje Wrońskiego. Aleksy to obiecujący, przystojny oficer. Zaleca się, niezbyt poważnie, do siostry Dolly - Kitty. Annie szczęśliwie udaje się pogodzić zwaśnionych małżonków, z Moskwy wywozi jednak swoje nieszczęście - Wrońskiego. Od tej pory zaczynają się spotykać, on staje się niemal jej cieniem, Anna zdradza męża i wybiera miłość zamiast spokoju i "szczęścia" rodzinnego.
Wątków jest ogrom, a próba zarysowania fabuły i tak prezentuje się dość chaotycznie. Historia jest jednak dogłębnie przemyślana i dopracowana. Tołstoj nie zostawia jednak czytelnikowi miejsca na ocenę - romans Anny i Wrońskiego to dla autora niedopuszczalny grzech, za który oboje zostają ukarani. Niemoralnemu, z chrześcijańskiego i towarzyskiego punktu związkowi, Lew Tołstoj przeciwstawia idealne małżeństwo Lewina i Kitty. Kitty jest czuła, kochająca, oddana mężowi, jego gospodarstwu i stylowi życia. Anna atakuje Wrońskiego, żąda od niego niemal totalnego oddania i nieustannych zapewnień o miłości. Trudno się temu dziwić - dla niego poświęciła swoje dobre imię, status społeczny oraz syna. Nie mogą być oficjalnie razem, mąż Anny nie wyraża bowiem zgody na rozwód - kłóci się to z jego światopoglądem. Anna nie mogąc znaleźć spokoju wybiera rozwiązanie ostateczne, chcąc ukarać Wrońskiego za zbyt małe, jej zdaniem, poświęcenie. Powieść staje się więc przypowieścią - nie należy budować uczucia na gruzach świętej instytucji, jaką jest małżeństwo.
Historia burzliwego związku Anny i Wrońskiego to główny wątek w fabule. Tołstoj opisuje jednak o wiele więcej - chociażby zwyczaje arystokracji w latach 70. XIX wieku, zasady moralne, jakimi się ówcześnie kierowano. Imponuje dopracowanie fabuły i plejada stworzonych postaci. Subtelne krzyżowanie losów, łączenie wątków - to prawdziwe mistrzostwo. Mimo, że czytając "Annę Kareninę" po raz kolejny, nieco umęczyłam się z powieścią - nadal jestem pod ogromnym jej wrażeniem. I polecam każdemu, kto jeszcze jej nie zna.
Przyznam szczerze, do ponownego przeczytania zachęciła mnie zeszłoroczna ekranizacją z tytułową rolą Keiry Knightley. Przy okazji odświeżyłam sobie dwie, chyba najbardziej znane wersje filmu - w reżyserii Bernarda Rose z Sophie Marceau oraz Juliena Duviviera z Vivien Leigh.
Najłatwiej porównać rzecz jasna obsadę i tutaj stwierdzam, że idealnej po prostu nie ma. Annę najlepiej moim zdaniem oddała Sophie Marceau. Keira była taka, jak w każdym innym filmie - piękna, dostojna, ale ileż razy można dać nabrać się na jej cudownie zarysowany podbródek i wydymane usta? Przy tak skomplikowanej wewnętrznie postaci było to za mało. Vivien Leigh - zbyt teatralna i przerysowana, a co za tym idzie mało prawdziwa. Wroński - tutaj wygrywa wersja z 2012 roku oraz adaptacja czarno-biała. Młodziutki Aaron Taylor-Johnson jest dokładnie takim Wrońskim, jakiego opisał Tołstoj - młody lekkoduch, o chłopięcej urodzie. Podobnie jak Kieron Moore - przystojny, dystyngowany, czarujący. Kompletnie nie kupiłam Seana Beana. Karenin - tutaj zwycięzca jest jeden - Ralph Richardson z wersji z 1948 roku. Przy całej mojej sympatii dla Jude'a Law - robienie srogiej miny to za mało, chociaż dobrze oddał ducha Karenina, czego nie można powiedzieć o Jamesie Foxie, który zagrał rozemocjonowanego furiata, którym mąż Anny zwyczajnie nie był. Stiwa Obłoński to perełka każdej adaptacji, jak i samej powieści - nie sposób wskazać najlepszego odtwórcy. Wszystkie doskonałe. Na wyróżnienie zasługuje również Alicia Vikander jako Kitty. Co irytowało mniej najbardziej - wymawianie rosyjskich imion z rosyjskim akcentem. Keira doprowadzała mnie tym do szału. W tym przypadku na wyróżnienie zasługuje wersja z Sophie - niektóre kwestie były wygłaszane wcale niekiepską ruszczyzną.
Co do całokształtu filmu - moim zdaniem, mimo wszystko, najlepsza jest wersja najnowsza. Wynika to jednak z odmiennego prowadzenia narracji, jaką stosuje się obecnie w kinematografii. Widz jest trzymany w ciągłym, narastającym napięciu. Czeka do finału, nie mogąc uspokoić emocji. Poprzednie wersje to klasyczne ekranizacje, w których fabuła jest podana niemal na talerzu. Cudowne (tak! cudowne!) jest odmienne podejście do powieści w ostatniej ekranizacji. Nie chciałabym psuć nikomu wrażenia, jakie robi scenografia i sposób ujęcia przestrzeni. Mistrzostwo w każdej sekundzie, takcie muzyki, ruchu. Każda wersja eksponuje inne wątki, buduje nieco odmienny obraz postaci - warto to porównać. Polecam każdemu obejrzeć i samemu wyciągnąć wnioski. To doprawdy ciekawe doświadczenie oglądać tę samą historię z trzech odmiennych punktów widzenia.
Kategoria: klasyka literatury
PIW 1984, 906 s.
Moja ocena: 5/6
"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób." Autor zestawia więc ze sobą trzy rodziny - każdą pozbawioną owego szczęścia. Po mistrzowsku łącząc ich losy, wprowadza czytelnika w świat rosyjskiej arystokracji. Nie mogłam powstrzymać się od odniesień do niedawno czytanych przez mnie "Pokonanych" - świat opisywany w "Annie Kareninie" za kilkadziesiąt lat odejdzie do historii. A póki co - bale, życie ponad stan, wyścigi, ostrygi na obiad. Powieść zaczyna się w momencie dramatycznym dla pierwszej z rodzin - Stiwa Obłoński zostaje przyłapany przez żonę, Dolly, na zdradzie z guwernantką ich dzieci. Sytuację ma uratować siostra Stiwy - Anna. Przyjeżdża więc z Petersburga do Moskwy i poznaje Wrońskiego. Aleksy to obiecujący, przystojny oficer. Zaleca się, niezbyt poważnie, do siostry Dolly - Kitty. Annie szczęśliwie udaje się pogodzić zwaśnionych małżonków, z Moskwy wywozi jednak swoje nieszczęście - Wrońskiego. Od tej pory zaczynają się spotykać, on staje się niemal jej cieniem, Anna zdradza męża i wybiera miłość zamiast spokoju i "szczęścia" rodzinnego.
Wątków jest ogrom, a próba zarysowania fabuły i tak prezentuje się dość chaotycznie. Historia jest jednak dogłębnie przemyślana i dopracowana. Tołstoj nie zostawia jednak czytelnikowi miejsca na ocenę - romans Anny i Wrońskiego to dla autora niedopuszczalny grzech, za który oboje zostają ukarani. Niemoralnemu, z chrześcijańskiego i towarzyskiego punktu związkowi, Lew Tołstoj przeciwstawia idealne małżeństwo Lewina i Kitty. Kitty jest czuła, kochająca, oddana mężowi, jego gospodarstwu i stylowi życia. Anna atakuje Wrońskiego, żąda od niego niemal totalnego oddania i nieustannych zapewnień o miłości. Trudno się temu dziwić - dla niego poświęciła swoje dobre imię, status społeczny oraz syna. Nie mogą być oficjalnie razem, mąż Anny nie wyraża bowiem zgody na rozwód - kłóci się to z jego światopoglądem. Anna nie mogąc znaleźć spokoju wybiera rozwiązanie ostateczne, chcąc ukarać Wrońskiego za zbyt małe, jej zdaniem, poświęcenie. Powieść staje się więc przypowieścią - nie należy budować uczucia na gruzach świętej instytucji, jaką jest małżeństwo.
Historia burzliwego związku Anny i Wrońskiego to główny wątek w fabule. Tołstoj opisuje jednak o wiele więcej - chociażby zwyczaje arystokracji w latach 70. XIX wieku, zasady moralne, jakimi się ówcześnie kierowano. Imponuje dopracowanie fabuły i plejada stworzonych postaci. Subtelne krzyżowanie losów, łączenie wątków - to prawdziwe mistrzostwo. Mimo, że czytając "Annę Kareninę" po raz kolejny, nieco umęczyłam się z powieścią - nadal jestem pod ogromnym jej wrażeniem. I polecam każdemu, kto jeszcze jej nie zna.
Przyznam szczerze, do ponownego przeczytania zachęciła mnie zeszłoroczna ekranizacją z tytułową rolą Keiry Knightley. Przy okazji odświeżyłam sobie dwie, chyba najbardziej znane wersje filmu - w reżyserii Bernarda Rose z Sophie Marceau oraz Juliena Duviviera z Vivien Leigh.
Najłatwiej porównać rzecz jasna obsadę i tutaj stwierdzam, że idealnej po prostu nie ma. Annę najlepiej moim zdaniem oddała Sophie Marceau. Keira była taka, jak w każdym innym filmie - piękna, dostojna, ale ileż razy można dać nabrać się na jej cudownie zarysowany podbródek i wydymane usta? Przy tak skomplikowanej wewnętrznie postaci było to za mało. Vivien Leigh - zbyt teatralna i przerysowana, a co za tym idzie mało prawdziwa. Wroński - tutaj wygrywa wersja z 2012 roku oraz adaptacja czarno-biała. Młodziutki Aaron Taylor-Johnson jest dokładnie takim Wrońskim, jakiego opisał Tołstoj - młody lekkoduch, o chłopięcej urodzie. Podobnie jak Kieron Moore - przystojny, dystyngowany, czarujący. Kompletnie nie kupiłam Seana Beana. Karenin - tutaj zwycięzca jest jeden - Ralph Richardson z wersji z 1948 roku. Przy całej mojej sympatii dla Jude'a Law - robienie srogiej miny to za mało, chociaż dobrze oddał ducha Karenina, czego nie można powiedzieć o Jamesie Foxie, który zagrał rozemocjonowanego furiata, którym mąż Anny zwyczajnie nie był. Stiwa Obłoński to perełka każdej adaptacji, jak i samej powieści - nie sposób wskazać najlepszego odtwórcy. Wszystkie doskonałe. Na wyróżnienie zasługuje również Alicia Vikander jako Kitty. Co irytowało mniej najbardziej - wymawianie rosyjskich imion z rosyjskim akcentem. Keira doprowadzała mnie tym do szału. W tym przypadku na wyróżnienie zasługuje wersja z Sophie - niektóre kwestie były wygłaszane wcale niekiepską ruszczyzną.
Co do całokształtu filmu - moim zdaniem, mimo wszystko, najlepsza jest wersja najnowsza. Wynika to jednak z odmiennego prowadzenia narracji, jaką stosuje się obecnie w kinematografii. Widz jest trzymany w ciągłym, narastającym napięciu. Czeka do finału, nie mogąc uspokoić emocji. Poprzednie wersje to klasyczne ekranizacje, w których fabuła jest podana niemal na talerzu. Cudowne (tak! cudowne!) jest odmienne podejście do powieści w ostatniej ekranizacji. Nie chciałabym psuć nikomu wrażenia, jakie robi scenografia i sposób ujęcia przestrzeni. Mistrzostwo w każdej sekundzie, takcie muzyki, ruchu. Każda wersja eksponuje inne wątki, buduje nieco odmienny obraz postaci - warto to porównać. Polecam każdemu obejrzeć i samemu wyciągnąć wnioski. To doprawdy ciekawe doświadczenie oglądać tę samą historię z trzech odmiennych punktów widzenia.
Kategoria: klasyka literatury
PIW 1984, 906 s.
Moja ocena: 5/6