sobota, 29 listopada 2014

Jaskółki z Kabulu - Yasmina Khadra



Pewien etap w moim (również) książkowym życiu charakteryzował się tym, że wybierałam lektury głównie o tematyce islamskiej. Nadal interesują mnie te klimaty, sporo się naczytałam, wiem na ten temat dużo - mogę się mądrować. "Jaskółki z Kabulu" to z jednej strony to, co niemal sztampowe w literaturze z tych rejonów. Jest kobieta o zupełnie innej pozycji społecznej niż ta, którą znamy. Są sposoby rozwiązywania konfliktów zupełnie odmienne od naszych - europejskich. Z drugiej strony powieść pozwala nam wejść głębiej, zrozumieć odmienną kulturę. I pod tym względem jest odmienna i wyjątkowa w porównaniu z tym, co do tej pory czytałam.

Już sam fakt, że autor, z pochodzenia Algierczyk, publikował pod pseudonimem chcąc uniknąć cenzury wojskowej, sprawia, że trzeba przygotować się na literaturę trudniejszą. Powieść jest minimalistyczna, niemal teatralna w swojej budowie. Tylko czterech bohaterów, dwa małżeństwa, które zostały połączone serią wydarzeń. Cztery indywidualności z mocno zarysowanymi portretami psychologicznymi przedstawione są na tle zniszczonego wojną ze Związkiem Radzieckim Afganistanu. Społeczeństwo zastraszone przez talibów żyje w cieniu terroru religijnego. Dla europejskiego czytelnika będzie to trudna lektura, bo zwyczaje fundamentalistycznej grupy są dla niego niepojęte. 

Kabul jest przedstawiony jako miasto bez nadziei, ludzkich odczuć. Publiczne egzekucje za jakiekolwiek naruszenie "kodeksu" talibów przyciągają tłumy gapiów, którzy chętnie włączają się w "karę". Dzieci obserwujące z daleka wydarzenie, chętnie powtarzają je potem w swoim gronie. Kamieniowaniem kara się za publiczne pokazanie twarzy przez kobietę, jak również podejrzenie o to, że mogą wykonywać pracę lub uczyć się. Jest to dotkliwe szczególnie dla Zunairy, która przed rewolucją publicznie udzielała się w sprawie ochrony kobiet. Autor wprowadza nas jednak w intymny świat małżeństwa w islamie w sposób rzadko prezentowany w innych powieściach.

Lektura, która jest historią smutną i pełną cierpienia jest trudna do polecania. W tym przesłaniu wszystko może być grzechem i występkiem. Losy bohaterów są przedstawione w pewnym odcinku, niedopowiedzenia powodują, że nie wiemy jak skończyła się ich historia. Niełatwa, ale intrygująca rzecz.

Kategoria: literatura piękna współczesna
Nagranie na podstawie edycji książkowej, AMBER 2005.
Moja ocena: 4/6

środa, 19 listopada 2014

Kończenie jest fajne


źródło: http://www.pinterest.com/pin/494129390339913402/

Przeprowadziłam niejedną rozmowę o tym dlaczego kończę absolutnie wszystkie książki i dlaczego nie uważam, że jest to maniera niebezpieczna. Co więcej, czasami potrafiłam się o to nawet pokłócić. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie artykuł"Finish that book!", w którym autorka udowadniała, że większość książek po prostu należy dokończyć. Nie zgadzam się z każdym stwierdzeniem, ale tekst na tyle mnie poruszył, że postanowiłam dorzucić i swoich kilka groszy.

Nie przeczytałam w całości tylko jednej książki - "Ulissesa" J. Joyce'a. I to by było na tyle. Resztę w mniejszych lub większych bólach wmęczyłam. Czy jestem z tego dumna? Niekoniecznie, bo bywały przypadki beznadziejne. Daje mi to jednak moralne prawo do wyrażenia krytycznego lub w ogóle jakiegokolwiek zdania na ich temat. Może to kwestia mojej cecha charakteru - jestem uparta i nie umiem zawracać z obranej raz drogi. Dzieje się tak w życiu i naturalnie przekłada na sytuacje książkowe. 

Dlaczego ich zatem nie porzucam? Wbrew pozorom  jest to trudne pytanie - nie zawsze moja konsekwencja w czytaniu przekłada się chociażby na szacunek dla autora. Często liczę na to, że lektura w dalszej części zaintryguje mnie, pojawi się wątek, który zapadnie w pamięci, to jedno zdanie, które wszystko zmieni. Jest kilka powieści w moim czytelniczym życiu, które przysporzyły mi nerwów, które nudziły przez wiele fragmentów, a pamiętam je do dziś. Przykładem mogą być chociażby "Korekty" J. Franzena. Miesiąc trwało mobilizowanie się do dokończenia, a finalnie książka bardzo mi się podobała i często ją polecam. Ostrzegam, że łatwo nie jest, ale całość jest tego warta.

Wspominałam wcześniej o prawie do krytyki, które wydaje się być bardziej na miejscu w przypadku, kiedy książkę się autentycznie skończyło. Wydaje mi się wysoce nieeleganckie rzucanie błotem w powieść, której nie miało się ochoty dokończyć. Doczytanie lektury daje satysfakcję, często w jej trakcie pojawia się wiele inspiracji do kolejnych, są wymienianie tytuły, które później zapełniają listę "Chcę przeczytać". I to dla mnie ogromna frajda z czytania. Poza tym, najzwyczajniej w świecie czytanie książek uczy cierpliwości. Przyda się to Wam w wielu sytuacjach życiowych! W przywołanym przeze mnie tekście Juliet Lapidos padło stwierdzenie, które fajnie podsumowuje powyższe: "Rozpoczynie i niekończenie książek, jest tylko jeden mały kroczek przed "ach tak, słyszałem o tym autorze". 

Najczęstszym powodem porzucania książek jest fakt, że jest zbyt wiele dobrych powieści, aby tracić czas na te słabe. Argument ten ma uzasadnienie tylko wtedy, kiedy książka jest tak słaba, że z szacunku dla siebie (i zapewne autora) nie chcemy jej dokończyć. Jak temu zapobiec? Korzystać z rekomendacji portali książkowych (Biblionetka czy Lubimy czytać.pl?), opinii innych, którzy czytają książki podobne do nas, przeglądać blogi literackie czy próbować czytać według klucza list lektur tworzonych na bazie konkretnego tematu czy motywu (Buzzfeed produkuje na pęczki).

Temat nie jest prosty ani jednoznaczny. Rzadko jednak żałuję, że dotrwałam do końca. Czuję satysfakcję z kolejnej przeczytanej książki, krytyczne recenzje piszę lepiej i ciekawiej niż te pochlebne. A wkurzająca książka dostarczy więcej emocji niż książka nijaka. Gdybym jednak porzuciła "Annę Kareninę", nigdy nie stałaby się jedną z moich najukochańszych lektur.  Dlatego ja będę czytać książki do końca. Jakie jest Wasze zdanie?

niedziela, 9 listopada 2014

Siedem dobrych lat - Etgar Keret




Nazwisko Keret obijało się o moje czytelnicze uszy od dawna. Charakterystyczne są też okładki jego książek - kolorowe, przyciągające wzrok. Łase oko mola książkowego wyłapuje takie niuanse od razu. Ale do tej pory nie było mi z nim po drodze. A szkoda wielka, bo okazało się, że ma spore szanse zostać jednym z moich ulubionych autorów.

Etgar Keret nazywany jest mistrzem krótkiej formy, czym popisuje się również w "Siedmiu dobrych latach". Żartobliwa, eseistyczna konwencja, swobodnie i lekko opowiadane historie, często o trudnych sytuacjach życiowych, rodzinie, religii. Autor przedstawia przebieg siedmiu lat od narodzin syna do śmierci ojca. Klimat opowiadań słusznie porównywany jest do filmów braci Coen - również tutaj uświadczymy nieco surrealizmu i nonsensu. Sporo tu refleksji, ciepłych i gorzkich słów, obserwacji niekoniecznie banalnych.

Punktem wyjścia do snucia fabuły są przeważnie sytuacje z życia codziennego. Tak jak u wspomnianego duetu reżyserskiego przybierają niebywałą formę, na co wpływa nie tylko sposób prowadzenia opowieści, ale również doprowadzenie do wyrazistej puenty. Historie są niestety nierówne - niektóre przyciągają uwagę i pochłaniają, inne wydają się być pisanie nieco na siłę. Całościowe wrażenie jest jednak bardzo pozytywne i na pewno sięgnę po kolejne opowiadania Kereta.

Podoba mi się co Etgar Keret powiedział na temat pisania w wywiadzie dla radiowej Dwójki: "Gdy piszę książki nie mam intencji zmiany rzeczywistości. Uważam jednak, że literatura i sztuka mogą mieć wpływ na ludzi, o ile oni sami tego chcą. To jest jak z szeptem - jeśli ktoś chce się w niego wsłuchać, na pewno usłyszy to, co zostało powiedziane." Czuję bardzo to jak postrzega bycie pisarzem, o czym wspomniał podczas rozmowy z miesięcznikiem Playboy: "Pisarz to człowiek, który ma problemy z życiem. To nie jest absolutnie naturalny wybór. Dziwnie jest siedzieć i wymyślać historie, które nigdy nie zaistniały. Szczególnie te moje. Wydaje mi się, że pisanie to koncentrat tego, czego nie możemy w życiu osiągnąć."

Polecam "Siedem dobrych lat", bo to kawał dobrej, skompresowanej literatury. Polecam Etgara Kereta, bo to inteligentny pisarz z ciekawymi i intrygującymi obserwacjami. 

Kategoria: literatura współczesna, opowiadania
Nagranie na podstawie edycji książkowej, W.A.B. 2014.
Moja ocena: 5/6

Audiobooka wysłuchałam dzięki uprzejmości Biblioteki Akustycznej.


wtorek, 7 października 2014

Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika - Jerzy Stypułkowski




Jako blogerka ze sporym stażem powinnam nauczyć się wreszcie jednej ważnej prawdy. Recenzowanie powieści przesłanej osobiście przez autora zawsze kończy się źle, szczególnie, kiedy kompletnie nie przypadła do gustu. Nieelegancko jest napisać mało pochlebnie o książce, którą zaproponował sam piszący, lepiej zareklamować ją w wcale zgrabnych słowach. Fatalnie wobec siebie jest napisać o niej dobrze, w końcu ktoś czytuje tego bloga i ma szacunek wobec moich opinii i czasami pewnie się nimi właśnie kieruje. I znowu to się wydarzyło i znowu stanęłam oko w oko z sytuacją powyższą.

"Skandynawska wieża Babel" sprawia, że sama mam - jak ów urzędnik z pierwszych stron powieści - popełnić samobójstwo. Czytam mniej niż kiedyś, dlatego do szału doprowadza mnie, kiedy do moich rąk trafia tak nudna i monotonna książka, jak powieść Jerzego Stypułkowskiego. Byłoby za prosto obrzucić ją błotem, bo nie jest ona do cna słaba. Do rzeczy.

O czym jest - mówi okładka i kilkanaście pochlebczych opinii w internecie. O urzędnikach w Szwecji - stereotypowych, do bólu przewidywalnych i dokładnie takich, jakich można się spodziewać po pracownikach machiny skandynawskiej polityki dobrobytu. Być może taka jest rzeczywistość, jednak świat przedstawiony przez narratora (autora?) jest na tyle gorzki i jednostronny, że nie sposób temu wierzyć. Punkt widzenia podwładnego, w jego osądzie dyskryminowanego i mobbingowanego, jest ekstremalnie krytyczny wobec otoczenia i równie bezrefleksyjny wobec siebie. Po zapoznaniu się z blurbem, miałam wrażenie, że przeczytam coś świeżego, ciekawego, słowa, które otworzą mnie na nowe doświadczenie. Autor nieudolnie nawiązuje do "Procesu" Franza Kafki, stylizując bohatera i jego otoczenie na odpowiedników rodem z surrealistycznej powieści. Oryginał jest przesycony grozą, absurdem i oniryzem, u Jerzego Stypułkowskiego natomiast nawiązanie nie udaje się, powieść jest monotonna, schematyczna. Wielokrotne powtarzanie tych samych motywów z nieznacznymi modyfikacjami, irytuje zamiast intrygować czytelnika.

Nie można odmówić autorowi zdolności językowych, czucia słowa pisanego. Jego sposób pisania jest plastyczny, autor częstuje czytelnika poprawną, literacką polszczyzną. Moim zdaniem, szkoda marnować taki potencjał na pisanie o niczym, przesycone jadem i frustracją skierowaną przeciwko swoim doświadczeniom życiowym. Tematyka, której autor się podjął, byłaby lepszym materiałem na mocny esej niż opasłą powieść, której formy i wagi nie udźwignął. W slangu blogerskim istnieje pojęcie "trudnej literatury, której nie można polecić każdemu", mogłabym napisać również, że nie jest to powieść dla wielbicieli wartkiej akcji. Moim zarzutem nie jest to, że jest to książka bez przesłania, bo mogłabym wymienić kilka tytułów doskonałych powieści pozornie o niczym. Powieść Jerzego Stypułkowskiego niestety do nich nie należy. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Novaeres 2013, s. 530.
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości autora i wydawnictwa Novaeres.

poniedziałek, 15 września 2014

Zawołajcie położną - Jennifer Worth



Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje taki zawód jak położna. Ja rosłam jednak pod okiem jednej z nich, bo to właśnie moja mama wykonuje tę profesję. Ostatnio dołączyła do niej moja siostra, także mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o zawodzie położnej wiem naprawdę sporo. Z ogromną przyjemnością i ciekawością chwyciłam za "Zawołajcie położną".

Ostatnio trudno mi sięgać po książki - wracam zmęczona z pracy i sił starcza na bieżącą organizację życia. Powieść Jennifer Worth wciągnęła mnie jednak na tyle, że z wielkim trudem odrywałam się od perypetii londyńskiej położnej. To kompletnie inna perspektywa zawodu, niż ta, którą ja znam. Historia jest na tyle barwna i ciekawa, że miałam ochotę czytać i czytać. Lata pięćdziesiąte, uboga dzielnica Londynu i kolejne porody - tak w skrócie można by opisać fabułę powieści. Młoda położna trafia do ośrodka sióstr anglikańskich, które sprawują rolę służby zdrowia w okolicy. 

Powieść faktycznie jest nieco serialowa. Poszczególne historie zgrabnie zamykają się w rozdziałach, tempo akcji również jest mocno filmowe. Napisana nieco starodawnie, ale ujmująco - potwierdza to autentyczność doświadczeń. Opowiastki barwne, prawdziwe, życiowe, wczytując się w nie miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści mojej mamy. Przeraża poziom higieny, jaki ówcześnie tam panował, ogrom pracy, jaki czekał na położne i pielęgniarki w tym rejonie, stosunki pomiędzy mężami i żonami. 

Polecam gorąco, przyszłym i obecnym mamom, a także tym z Was, które lubią wiedzieć, jak to kiedyś bywało. Ciepło-gorzka historia, bardziej dla kobiet. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Literackie 2014, s. 376.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

poniedziałek, 1 września 2014

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy - Swietłana Aleksijewicz



Nie jest łatwo kolejny raz czytać o wojnie. Wydaje się, że tyle o niej opowiedziano, napisano, a jednak za każdym kolejnym razem siła rażenia słowem jest ogromna. A kiedy do głosu dopuszczamy Swietłanę Aleksijewicz waga relacji wydaje się być wręcz niewyobrażalna.

Jej "Czarnobylska modlitwa" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Białoruska dziennikarka i pisarka, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, słynie z tego, że interesują ją trudne, mocne tematy. Relacja po katastrofie reaktora jądrowego nie kończy się na tygodniach po wydarzeniu, reporterka snuje opowieść lata później. I to wcale nie sprawia, że słowa wybrzmiewają i tracą swój wydźwięk. Podobnie jest w przypadku "Ostatnich świadków".

Wielka Wojna Ojczyźniana to określenie, które niewiele mówi tym, którzy mieszkają na zachodnim brzegu Buga. Owszem historia tych wydarzeń jest nam znana, jednak z zupełnie innej perspektywy. Okupacja hitlerowska na Białorusi była równie tragiczna, co udowadnia Aleksijewicz wydobywając trudne wspomnienia z pamięci dzieci. Zwykli ludzie opowiadają po latach o tych dniach, a trafiające w sedno pytania reporterki, sprawiają, że rozmówcy są wyjątkowo interesujący. To wizja wojny, jakiej trudno szukać w polskiej literaturze okupacyjnej - bez walk, męstwa, ruchu oporu. Wszystko widziane dzięcymi oczami i opisane ich słowami. Są oni bohaterami nieoczywistymi, niezauważalnymi, siłę ich przekazu stanowi intensywność relacji, gdzie każdy, niemal jednogłośnie, podkreśla bestialstwo tych chwil.

Reporterka przybliża niemal apokaliptyczny obraz konfliktu zbrojnego przedstawiony w pojedynczych aktach. Taka lektura skłania do refleksji nad człowieczeństwem, sensem zła, okrucieństwem człowieka. Można użyć wielu banałów, aby spróbować scharakteryzować reporterstwo Aleksijewicz, ale jej książki po prostu trzeba przeczytać. Siła jej słów jest ogromna, trudna i często niemożliwa do zniesienia. Ale nikt nie pisze w taki sposób jak ona i dlatego warto. Po raz kolejny totalny zachwyt i nieumiejętność ubrania w piękne epitety, jak bardzo porusza mnie jej pisanie.

Kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Czarne 2013.
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 27 lipca 2014

Wszystkie języki świata - Zbigniew Mentzel



Słuchanie audiobooków, poza niezaprzeczalnymi zaletami, ma też niestety pewną wadę. Kiedy trafiam bowiem na powieść wymagającą skupienia, zdarza się, że jej zwyczajnie nie docenię. Tak było z książką Zbigniewa Mentzla, która nieco prześlizgnęła się przez moje uszy i głowę, przez co trudno mi ją polecić.

Akcja toczy się pod koniec lat 90. w Warszawie. Otrzymałam wgląd w jeden dzień Zbyszka, poniekąd wyjątkowy. Ojciec głównego bohatera udaje się na pożegnanie z współpracownikami i miejscem pracy. Prowokuje to Zbyszka do wspomnień, powrotu do rodzinnych tajemnic, śmierci matki oraz przemyśleń o osobistej klęsce. Dla niego jest to brak opanowania jakiegokolwiek języka obcego w stopniu pozwalającym zrozumieć literaturę. 

Piękna w tej powieści jest bardzo mi bliska konkluzja, dotycząca potrzebie wyrażania siebie, wyrażania świadomości poprzez słowa. Człowiek dążący do prawdy, próbuje nadać życiu głębszy sens. To sprawia, że sporo w powieści metaforyczności i refleksyjności. Nie jest ona jednak adresowana do mojego pokolenia, a raczej do moich rodziców, których młodość przypada na czasy PRL-u. Sporo w niej również odniesień do warszawskiego środowiska inteligenckiego, jak i stolicy samej w sobie, co sprawia, że pewne niuanse są dla mnie niewychwytywalne. Dużo w niej smakowitych szczegółów, które w pełni doceniłabym, gdybym była te kilkadziesiąt lat starsza.

Polecam, jednak na pewno nie w formie audiobooka słuchanego w samochodzie w drodze do pracy. Powieść z jednej strony lekka w formie i objętości, wymagająca jednak skupienia i odpowiedniej oprawy i ogłady czytelniczej.

Kategoria: powieść
Nagranie na podstawie edycji książkowej Wydawnictwo ZNAK, 2005.
Moja ocena: 3+/6

środa, 23 lipca 2014

Zakazane wrota - Tiziano Terzani



Tiziano Terzani był dla mnie sporym zaskoczeniem. Czytając nieco przypadkiem "Dobranoc, panie Lenin!" byłam szczerze zachwycona. Dlatego sięgając po kolejną książkę włoskiego reportera wiedziałam czego się spodziewać. "Zakazane wrota" zostały wydane w 1985 roku i są relacją jednego z pierwszych zachodnich dziennikarzy z Chińskiej Republiki Ludowej. 

Włoski reporter, pod przybranym chińskim nazwiskiem zamieszkał od 1980 roku w Pekinie. Chcąc dogłębnie poznać kraj i jego mieszkańców, wysłał swoje dzieci do chińskiej szkoły, a sam - jak typowy Chińczyk - hodował świerszcze i podróżował rowerem. Chiny były pasją Terzaniego, starał się dotrzeć tam, gdzie nikomu z zachodnich kolegów wcześniej się nie udało. Starał się poznać przyczyny upadku tradycyjnie pojmowanej chińskiej kultury, pytając o przyczyny zwykłych ludzi. Niestety, kilka lat później został wydalony z ChRL jako wróg za działanie kontrrewolucyjne.

Reportaż wydany niemal trzydzieści lat temu nie stracił zbyt wiele z aktualności. To krytyczna ocena postmaoistowskich rządów Denga Xiaopinga, w której Terzani stara się wyjaśnić cenę szybkiego rozwoju - pogłębienie różnic społecznych, zniszczenie wielowiekowego dziedzictwa kulturowego. To reportaż smutny, przygnębiający i poruszający. Tytułowe "zakazane wrota" nie mogą zostać uchylone dla cudzoziemców. Styl pisania włoskiego reportera jest niezwykle przystępny - książki słucha się z wyjątkową przyjemnością, pomimo trudnej treści.

Tiziano Terzani jest niejednokrotnie porównywany z Ryszardem Kapuścińskim, ja polecam książki obydwu panów. Stara szkoła reportażu na najwyższym poziomie, czego "Zakazane wrota" są dowodem. Polecam!

kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, W.A.B. 2011.
Moja ocena: 5+/6

czwartek, 10 lipca 2014

Made in Poland: Antologia reporterów "Dużego Formatu"



Reportaże to zdecydowanie to, co czytające tygrysy lubią najbardziej. Coraz głośniej mówi się o tym, że ten rodzaj prozy stał się polską specjalnością. A i ja należę do tej części społeczeństwa, która z napięciem czeka na kolejne wydanie "Dużego Formatu". Do reportaży mam nieco przekorne nastawienie. Czasami zostawiam je na dłużej same sobie, czytając wtedy literaturę piękną. A potem dopadam ów jeden i wsiąkam, pochłaniając jeden po drugim, jak opętana. I wiem, że psychofanek Szczygła (określenie ukute przez Monikę) i jemu podobnych jest wiele.

Najciekawsi i najlepsi przedstawiciele gatunku piszą dla "DF" i dlatego nie zaskakuje, że antologia sygnowana jego marką ujrzała światło dzienne. Każdy z autorów wybrał jego zdaniem najlepszy tekst i tak oto powstało "Made in Poland". Czytamy więc teksty Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana, Włodzimierza Nowaka, Lidii Ostałowskiej. Na najwyższym poziomie.

Jako osoba ciekawa świata i wnikliwie obserwująca to co obok z dużym uznaniem podchodzę do tekstów dziennikarzy "Dużego Formatu". Niemal za każdym razem odkrywają przede mną fragment świata, o którym nie miałam pojęcia. Pokazują miejsca, które znikają, ludzi niewidocznych, odsuniętych. Poszerzają horyzonty i uczą zauważać pozornie ukryte. Są tematy o których wygodniej nie wiedzieć (reportaż J. Hugo-Badera o przemocy wśród młodzieży) lub takie, których aktualność przemija na naszych oczach (dostępność papieru toaletowego w PRL-u czy książki skarg i zażaleń, które odeszły do lamusa dopiero w połowie lat 90.). Ogromne wrażenie zrobił na mnie tekst Ireny Morawskiej opowiadający o młodzieży bez przyszłości. Autorka specjalizuje się w dokumentowaniu ludzi marginesu i ukazywaniu ich w niezwykle ciekawy sposób (to przecież współscenarzystka kultowej "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym" czy "Czekając na sobotę").

"Made in Poland" wydaje się być broszurą w porównaniu z antologią polskiego reportażu pod redakcją jedynego słusznego Mariusza Szczygła, jednak dla początkujących w odurzaniu się takim rodzajem literatury jest wręcz idealna. Jest słabsza o absolutnie doskonałego "20 lat nowej Polski w reportażach" (zgadnijcie kto redagował ;) ), ale i tak gorąco polecam.

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo AGORA 2013, s. 400
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AGORA.

sobota, 14 czerwca 2014

Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką - Zofia Turowska


Biografie pokochałam i czytam ich coraz więcej. Agnieszka Osiecka jest postacią, która fascynuje mnie od dawna. Ujmowała mnie prostota i trafność jej tekstów, eteryczność i nieuchwytność jej osobowości. Sama mówiła o swoim życiu - w tej złej historii dobrze opowiedzianej jest tylko przewodnikiem po miejscach, które uznała za znaczące. Zofia Turowska, autorka, przeprowadziła szereg rozmów z bliskimi Agnieszki Osieckiej, opierała się w dużej mierze na jej pamiętnikach. I tak powstały "Agnieszki" - biografia niezwykła, szczera, trudna i poruszająca.

Niełatwo opisać to słowami, wiele osób mówi o sobie w podobny sposób, ale im bardziej wgłębiałam się w życie i twórczość Agnieszki Osieckiej, tym mocniej czułam się z nią związana i w jakiś trudny sposób podobna do niej. Instynktownie rozumiałam jej teksty, czułam pokrewieństwo myśli. "Agnieszki" to w gruncie rzeczy wybrane fragmenty z życia poetki, często uzupełnione komentarzem. Świetnie poprowadzona opowieść jest obficie okraszona cytatami i fragmentami jej twórczości. Słuchając audiobooka niejednokrotnie uciekałam myślami bardzo daleko. 

Polecam gorąco, nieco nieobiektywnie, bo jestem okularnicą z duszy. I najlepiej opisują to poniższe słowa:

"Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie (…) na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, tez potrafię tęsknić do Ciebie - przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego." 
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

Kategoria: biografia
Prószyński i S-ka 2008, s. 287
Moja ocena: 5/6

środa, 23 kwietnia 2014

Olvido znaczy zapomnienie - María Dueñas



Jak to jest, że pomimo złych doświadczeń z tego rodzaju literaturą, nadal sięgam po kolejne tytuły? Nie wiem. Tym razem chciałam opróżnić głowę ze złych myśli, zapewnić sobie rozrywkę, przeczytać coś ciekawego. I pojawił się ten sam co zawsze konflikt. Z jednej strony książkę czytało się bardzo dobrze, ale po zakończeniu lektury nie czułam ani grama satysfakcji.

Być może moje tempo czytania było spowodowane tym, że chciałam się wreszcie dowiedzieć do czego zmierza autorka. Ta wiedza nie była mi dana - brakowało swoistego punktu zwrotnego, kopa, czegokolwiek, co sprawi, że  fabuła nabierze sensu i nie będzie czymś więcej niż tylko gładką historyjką o porzuconej kobiecie. Autorka nie gubiła się w perypetiach i wszystkie fakty były ze sobą powiązane. Ciekawie wypadała również retrospektywna opowieść o Hiszpanii lat 70., co sprawiło, że książka w tym aspekcie bardzo przypominała mi "Szmaragdową tablicę".

Oberwie się również wydawcy za nieziemsko nieatrakcyjną okładkę. Jestem autentycznie rozczarowana powieścią Marii Duenas. Nie spodziewałam się fajerwerków, ale kompletnej, ciekawej i wciągającej historii. O czymś. Nie o niczym. Szkoda.

Kategoria: współczesna literatura obca
MUZA 2014, s. 432.
Moja ocena: 3/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. 


niedziela, 6 kwietnia 2014

Dlaczego wybrać właśnie Kindle'a?



źródło: theguardian.com


Nie raz i nie dwa już o tym pisałam, ale dojrzałam do opowieści o najfajniejszym (bo najbardziej wymarzonym!) prezencie, jaki sprawił mi Kot. O Kindlu marudziłam już czas jakiś, gdyż mój poprzedni czytnik e-booków, mimo, że fajny i spełniający swoje zadanie, znudził mi się. Był nieco za duży, nieco za wolny, książki nie zawsze wyglądały na nim tak fantastycznie jak miały. Nieistotne jaka to marka, kupowałam go ponad cztery lata temu, zabierałam wszędzie i uwielbiałam. Nadal dzielnie służy i spełnia doskonale swoje podstawowe zadanie.

Zanim kupiłam czytnik, intuicja podpowiadała mi, że powinien służyć on tylko do jednego - rzecz oczywista - czytania. Nie ma być tabletem, netbookiem czy czymkolwiek, ma być czytnikiem. Tylko. Uparłam się na papier e-ink, który te lata temu wcale nie był popularny. Strzał w dziesiątkę, bo to największa zaleta czytnika i właśnie ta jego właściwość przekonuje niezdecydowanych bądź opornych. Wtedy istotne były również formaty, jakie łykało urządzonko, bo właściwie i oficjalnie istniały tylko dwa, a chciało się machnąć jakiegoś PDFa czy DOCa to należało bardzo kombinować. I tak oto przyplątał się do mnie mój pierwszy czytnik. Doceniłam go bardzo, kiedy zamiast zwyczajowego nadbagażu książek, na wakacje wrzuciłam ważące 500 gramów urządzenie z wieloma lekturami w środku. Kiedy ulokowałam się z książką na plaży, okazało się, że odwieczny problem odbijającego się od kartek światła nie istnieje. Bo w pełnym słońcu czyta się po prostu doskonale.




Jednak technika postępowała, czytnik był zbyt wolny, Kindle opanowywał świat, podbił i moje serce. Zobaczywszy kilka razy zapragnęłam go mieć. Tak po prostu. W porównaniu ze starym czytnikiem jest lżejszy, bardziej funkcjonalny, prostszy w obsłudze. Odnoszę również wrażenie (być może subiektywne), że jakość papieru e-ink też jest lepsza niż w poprzednim. Ostatnio bardzo spopularyzowały się wersje ebookowe książek (według rankingu sprzedaży książek przygotowanego przez GFK ponad 80% tytułów z zestawienia jest dostępnych w formie elektronicznej). Najczęściej kupując jakiś tytuł możemy wybrać po zakupie format odpowiedni dla naszego czytnika, co jest dość istotne dla osób, które zmieniają urządzenia na którym czytają. Co więcej, kupowanie e-książek jest znacznie tańsze niż ich papierowych odpowiedników. A jako, że miejsca na biblioteczkę coraz mniej, a czytnik i chmura mieszczą wiele, i tego argumentu nie można pominąć. 




Sam Kundelek jest śliczny, lekki i gotowy do współpracy. Jak wiadomo zamawia się go ze Stanów i jest to jedyna droga do posiadania go i jednoczesnej gwarancji na ten sprzęt (niedowiarków odsyłam do artykułu w Świecie Czytników). Po zainstalowaniu mikroprogramiku, możemy każdy plik (w formacie odczytywanym przez Kindle) wysłać na swoje urządzenie dosłownie dwoma kliknięciami. Zdecydowana większość sklepów z ebookami pozwala na automatyczne przesłanie pliku po jego zakupie - zapomnijcie zatem o kablach! A samo czytanie to już czysta przyjemność - dobranie odpowiedniego wyglądu i wielkości czcionki zajmuje chwilkę. Kindle jest przygotowany zarówno dla osób prawo- i leworęcznych, został również zaprojektowany w taki sposób, aby trzymając czytnik nie móc przypadkowo nacisnąć niepożądanego przycisku.




Do kundelkowego wpisu zbierałam się już czas jakiś, a zostałam zainspirowana tekstem na LubimyCzytać.pl będącym pierwszym w cyklu, które mają na celu zachęcić do e-czytania. Sama od dłuższego czasu do tego nakłaniam, między innymi w tym tekście. Warto zainwestować w dobry czytnik, aby potem w pełni korzystać z jego możliwości.

A Wy na czym czytacie ebooki?


niedziela, 30 marca 2014

Steve Jobs - Walter Isaacson




Bałam się, że już nigdy nie napiszę dla Was o jakiejś książce. Tygodnie w myślnikach, przemyślenia o bankach - o wszystkim, tylko nie o czytaniu. Przyczyna była prozaiczna - utknęłam pomiędzy stronami. I nie mogłam ruszyć dalej ...

Twarz Steve'a Jobsa z intensywnym spojrzeniem jakiś czas temu spoglądała na mnie w wielu miejscach - na blogach, na stronach księgarni internetowych, w środkach komunikacji wszelakiej. Mówiąc krótko - była wszędzie. Co - dość naturalnie - sprawiało, że nie miałam zbyt dużej ochoty, aby ją przeczytać. A potem polecił mi ją Kot, a że Jemu się nie odmawia, to wrzuciłam ją na warsztat. W styczniu. I utknęłam. Jak nigdy.

Bardzo lubię biografie, przekonałam się do nich jakiś czas temu, kiedy okazało się, jak bardzo mogą być inspirujące i ciekawe. Stwierdzenie to może wydawać się truizmem, ale jeszcze nie tak całkiem dawno, byłam przekonana, że są nudne. Historia o życiu Steve'a Jobsa nie jest co prawda przepełniona dramatycznymi zwrotami akcji i wzniosłymi wydarzeniami, ale autor starał się pokazać, jak upór w dążeniu do celu i perfekcjonizm mogą zmienić oblicze technologii. Ta książka może również wpłynąć pozytywnie na osoby prowadzące własny biznes - Jobs pokazuje, jak tworzyć produkty, aby znaleźć na nie klienta i go nie rozczarować. I jak stworzyć jedno z większych przedsiębiorstw na świecie zaczynając od garażu własnego ojca ...

Jestem szczęśliwą właścicielką iPoda od wielu lat i bardzo przypadł mi do gustu fragment o pokazaniu jego zawartości komuś innemu. Porównano tę czynność do zezwolenia na zajrzenie w siebie niczym w otwartą książkę. "W ten sposób staje się jasne nie tylko to, co lubicie, ale i to, kim jesteście"*. W tej kwestii zmieniło się wiele - każdy znajomy może podejrzeć czego słuchamy dzięki Spotify czy Last.fm, ale jest w tych słowach sporo prawdy. I jest w nich również coś archaicznego. Wzruszył mnie ten właśnie fragment, bo to jedna z bardziej intymnych czynności podzielić się z kimś swoimi ulubionymi dźwiękami. 

Największą jednak trudnością w odbiorze tekstu było dla mnie to, że zwyczajnie nie pałałam sympatią do twórcy iPhone'a. Jego styl zarządzania, sposób traktowania bliskich i współpracowników zwyczajnie mnie wkurzał. Przy moim problemie z zapamiętywaniem nazwisk przebrnięcie przez ponad siedmiusetstronicowe tomiszcze to również niemały problem. 

Tyle miesięcy z jedną książką i tak mało do powiedzenia? Bo cóż można więcej powiedzieć niż to, że jest o Stevie Jobsie i produktach, które stworzył. Można dodać, że warto przeczytać, nawet jeśli nie jest się fanem applowskich produktów. Odnoszę wrażenie, że facetom książka spodoba się bardziej, jestem jednak przekonana, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 

* W. Isaacson "Steve Jobs", Kraków 2011, s. 517.

kategoria: biografia
Wydawnictwo Insignis 2011, s. 732.
Moja ocena: 4+/6

poniedziałek, 24 marca 2014

Za co lubię mBank i czego nie lubię w podejściu do klienta


Przeważnie piszę tutaj o książkach, od pewnego czasu jednak mam ogromną ochotę podzielić się z Wami innymi aspektami mojego bycia. Bank jest jednym z tych najbardziej przyziemnych, ale bez tego ani rusz.

Dwa miesiące temu zmieniłam bank. Przyczyna była prozaiczna - wszystkie bankomaty w okolicy bardziej przyjaźnie traktowały karty tegoż banku. Całkiem niedawno zostałam zaproszona do testowania aplikacji mobilnej mBanku. A żeby udowodnić mi, że jej obsługa jest prosta niczym zamówienie pizzy - tę właśnie mBank nam zasponsorował. A że to doskonały pomysł na obiad - w sobotę z Kotem wybraliśmy się do Dominium Pizza, aby ów zjeść. I tak zaczęły się schody.

Rano - nauczona wszelkimi doświadczeniami - zadzwoniłam na infolinię dopytując czy okazując kod dostarczony przez mBank będę mogła zjeść posiłek na miejscu. Przemiła pani potwierdziła i zaprosiła do lokalu. Udaliśmy się do Poznań City Center, Kot upolował wolny stolik, zasiedliśmy i ... czekamy. Sobota, pora obiadowa, obsługi lokalu nie uświadczysz. Hałaśliwa muzyka atakuje z głośników, my zabawiamy się rozmową (trwał Pyrkon, więc wiele oryginalnych ludzi na mieście). Czekamy. A wraz z nami cały lokal - nikt nie ma posiłku na stole. Po ponad kwadransie odnalazła nas Kelnerka. Wyjaśniliśmy dlaczego tu jesteśmy, czego chcemy. Była przesympatyczna, ale niestety niedoinformowana, co chwilę znikała na zapleczu, aby dopytywać o to i owo. Mogliśmy zrealizować nasze zamówienie - praktycznie nie mieliśmy ograniczeń co do wyboru rozmiaru i dodatków do pizzy, jednak z lokalu odprawiono nas z kwitkiem, gdyż okazało się, że posiłek otrzymamy tylko na wynos. Finał - czekaliśmy ponad godzinę na karton z pizzą, którego zawartość finalnie pochłonęliśmy w domu. 


mBank przygotował świetną kampanię z chwytliwym hasłem i ciekawym konceptem. Szkoda, że dokładniej nie wybrano partnera, bo straciliśmy ponad godzinę w wyjątkowo nieprzyjaznym miejscu, jakim niestety jest Poznań City Center. Pomijając koszty paliwa i parkingu. Pizza była w porządku, ale klimat lokalu i poziom traktowania klienta, który przychodzi na "darmowy" posiłek dość skandaliczny. To krótkowzroczne, bo jestem przekonana, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do powrotu do tego lokalu. A jako klient mBanku mam zniżki w tej sieci, co w powyższym przypadku wydaje się wyjątkowym strzałem w lojalność klienta. Ubolewam od dawna nad słabością i brakiem refleksji nad kontaktem z klientem polskich firm, brakiem dbałości o nawet te najmniejsze doświadczenia klienta z markę i brakiem elastyczności w tego typu sytuacjach.

poniedziałek, 17 marca 2014

Tydzień w myślnikach #3


Blog to blog. Są bardziej i mniej osobiste. Mój jest z tych bardziej. Bo uważam, że fajnie, gdy Czytelnik wie z kim ma do czynienia. Przez ostatnie tygodnie sporo się działo, więc i będzie się czym dzielić.


  • weekend z Kotem we Wrocławiu. Najlepszy weekend, jaki miałam. Dużo spacerowaliśmy, łapaliśmy słońce i zapisałam w głowie momenty, które będą ratować mnie w słabszych chwilach. Szukaliśmy krasnali i byliśmy w zoo. Każdy weekend jest fajny, bo jest koci. Ale ten był wyjątkowy i magiczny. WrocLOVE! 


  • w ubiegły weekend TARGaliśmy książki po raz ósmy. Troszkę stresu, stosy książek i mnóstwo dobrych słów o tej akcji. To zawsze miłe i budujące. Kolejna edycja 10 maja :)


  • udało się odbyć pierwszą wycieczkę rowerową w tym roku. Dała mi mnóstwo energii!


  • nie tylko krasnale ogrodowe podróżują po świecie, również ludziki LEGO. Uwielbiam klocki Lego i bardzo podoba mi się ten cykl fotografii



  • wielu z nas ma kompleksy na punkcie swojego ciała - piękna sesja pokazująca jak bardzo źle potrafimy myśleć o sobie















  • Zawsze spałam mniej niż inni, ale od pewnego czasu czuję, że śpię zdecydowanie za mało. O tym, jak spać efektywniej pisze M.Ortycja


  • Skoro o lekcjach życiowych, to podpisuję się wszystkimi kończynami pod tym co napisała OldFashioned Girl




  • Lubicie filmy dokumentalne? A te widzieliście?

czwartek, 13 marca 2014

Drwal - Michał Witkowski




Do twórczości Michaśki mam ogromny sentyment. "Margot" była moim pierwszym egzemplarzem recenzenckim. Wtedy autor był dla mnie "panem Michałem Witkowskim", a recenzja kwadratowa niczym kostka Rubika. Kilkadziesiąt postów później piszę inaczej, ale sentyment do autora nie minął.

Przez "Drwala" zaraziłam Kota Witkowskim. Finał - ma przeczytane wszystkie książki Michaśki i przebiera odnóżami z niecierpliwością na najnowszą, co ma się ukazać 14 maja. A za mną jeno "Drwal" i "Margot". Chciałam chłopaka czytającego - no to mam. 

"Drwalem" zachwycona jestem totalnie. Sposób w jaki Witkowski ubiera w słowa rzeczywistość, jego spostrzegawczość i wrażliwość socjologiczna są totalnie dobre i fascynujące. Zawsze lubiłam obserwować ludzi, a to w tramwaju lub pociągu, podsłuchiwać rozmowy. Tak, czerpię z tego sporą przyjemność. Z Kotem od czasu "Drwala" przeczytania mnóstwo zasłyszanych dialogów kwitujemy "przyda się do prozy". Wnikliwość Michaśki, doskonałe czucie języka ulicy, antybohaterowie i świetna powieść gotowa. Polecam miłośnikom lat dziewięćdziesiątych, szemranych zaułków, kultury lujowskiej i żulerskich dialogó. Totalnie rekomenduję audiobook czytany przez autora, bo jest doskonały. Sporo gorzkiej refleksji dotyczącej szarej, polskiej, postsowieckiej rzeczywistości, ale i dużo humoru. Nie, nie jest to kryminał. Tak, jest to świetna powieść. Tak, chcę przeczytać ją jeszcze raz. Tak, czekam niecierpliwie na "Zbrodniarza i dziewczynę". Trzy razy TAK - potrzeba lepszej rekomendacji?

Kategoria: współczesna literatura polska
nagranie na podstawie edycji książkowej Świat Książki, 2011.
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 3 marca 2014

przyTARGaj KSIĄŻKI, czyli dlaczego warto wymieniać się książkami


TARGanie zorganizuję już po raz ósmy. To już niemalże rutyna, ale za każdym razem wydarzenie to powoduje, że czuję dreszczyk emocji i denerwuję się jakbym robiła to pierwszy raz. Za każdym razem staram się robić to lepiej, szybciej, sprawniej. I zawsze jestem zaskakiwana przez tłumy, które chcą wziąć udział w wydarzeniu. I moje przygotowania szlag trafia!

Za każdym razem po wydarzeniu jestem przepełniona pozytywną energią. Bo jedno z pięter Centrum Kultury Zamek zamieni się w szaleństwo moli książkowych. Będą się rzucać niczym harpie na smakowite kąski (stół z fantastyką poleca się na bitwę!), rozpełzną się po wszystkich kątach, gdzie będą podczytywać upolowane książki. Przez 120 minut będziemy otoczeni tysiącami książek, często unikatowymi, ciekawymi, nie do zdobycia. Energia tego wydarzenia jest totalnie pozytywna i kogo jeszcze tam nie było niech żałuje. 

Książek przeczytanych i zapomnianych nie warto dusić na półkach. Są tacy, którzy z przyjemnością je przeczytają i mają książki, które mogą zainteresować Ciebie. Poznasz ciekawych ludzi, nigdzie nie zbierzesz tylu doskonałych poleceń książkowych, co podczas TARGania. Może i jest tłoczno, może i trudno przebić się przez tłum, ale właśnie to sprawia, że wydarzenie jest tak barwne i energetyczne. 

Ósma edycja odbywa się w najważniejszym centrum kulturalnym w Poznaniu, przy użyciu całego arsenału narzędzi marketingowych. Poznaniaków niezmiennie namawiam, aby przejrzeli swoje biblioteczki, wygrzebali książki, których już nie przeczytają, wpakowali je w torbę i przyTARGali 15 marca o godzinie 16:00 do Centrum Kultury ZAMEK. 

Regulamin i najważniejsze informacje są dostępne na stronie Czytelniska. A ja poczęstuję Was dzisiaj infografiką na temat wydarzenia - zapraszam bardzo!





środa, 26 lutego 2014

Share Week 2014


Andrzej z bloga jestkultura.pl, człowiek działań wszelakich, zachęca raz kolejny do zabawy w Share Week. Idea jest zacna, bo polecać należy blogi, które najchętniej czytamy. Podobne działania mają miejsce i w blogosferze książkowej, ale przeważnie tylko do takiej się ograniczają.

Od paru tygodni uskuteczniam zabawę w Tydzień w myślnikach. I to jest taki nieco share week w mikroskali. Dzisiaj jednak będzie o tych, na które zaglądam stale. Share Week to autorski pomysł Andrzeja, mający na celu pokazać kogo cenimy z również piszących. Zasady u Andrzeja, a moi ulubieni to:



Miasto Książek - doskonały i chyba najlepszy blog o książkach w Polsce. Zawsze ciekawe, totalnie wciągająco i inspirująco. Paulina sprawia, że czytanie to coś więcej. Jej ogromna wiedza i pasja z jaką dzieli się z czytelnikami sprawia, że sama chcę więcej i lepiej czytać. Ciekawostka - to dzięki Paulinie zaczęłam pisać Bazgradło, bo szukając opinii o jednej z książek w 2008 roku trafiłam na "Miasto książek". Odkrycie, że można pisać o tym, co się przeczytało było impulsem do założenia swojego miejsca w sieci.


Proseksualna to blog Natalii o ... chędożeniu. Cenię jej cięty język, dobry warsztat, odkrywanie nowych zagadnień w jakże dla mnie uwielbionym temacie. Czasami Natalia drażni mnie swoim nastawieniem, ale potem pisze taki tekst, że uwielbiam ją znów. Czasami zbyt na siłę, ale przeważnie interesująco. 


God save the book - i znowu o książkach. Monikę znam osobiście i cenię ogromnie jej gust literacki. Zafiksowana na punkcie reportaży, co doskonale rozumiem. Jej teksty są zawsze bardzo profesjonalne i inspirują do doskonalenia swojego warsztatu.


Na chj mi architekt - uprzedzając - tak autor tego bloga Wojtek to prywatnie mój chłopak, ale to jak pisze broni się samo. Wychwytuje absurdy polskiego krajobrazu, opisując je bezlitośnie. Uwielbiam cięty język i sarkazm, a tego nie brakuje. Blog jest dość młody, ale facebookowy profil działa prężnie znacznie dłużej. Parsknięcia gwarantowane.


Dawno nieaktualizowany, ale równie sarkastyczny i zabawny jak blog powyżej. Dajdwiefajki autorstwa Tomeczka to dawka doskonałej obserwacji rzeczywistości w ujęciu jakie rozumiem najbardziej. Mam nadzieję, że powróci do pisania i na kolejny Dzień Kobiet wyprodukuje równie fantastyczne życzenia.


piątek, 21 lutego 2014

Młode lwy - Irvin Shaw




Ostatnio mam spore trudności z pisaniem o książkach. Wynika to po części z tego, że czytam dramatycznie mało. A to z kolei jest efektem zaangażowania w pracę i życie prywatne. Czuję się zbyt samolubnie, kiedy mam sięgnąć po książkę i pobyć chwilę sama ze słowami. Zanim wylejecie na mnie wiadro pomyj i zarzucicie stosem doskonałych rad, chciałabym wtrącić się i powiedzieć, że taka sytuacja ma jedną zaletę. Kiedy chwytam się za napisanie zaległej od dawna recenzji to czuję niezmierną ochotę na czytanie. I kocham tę tęsknotę. 

"Młode lwy" to lektura z Kociej rekomendacji. Przenigdy bym po nią nie sięgnęła, ale para czytających ludzi ma to fajnego w sobie, że nawet jeśli ich preferencje są bardzo odmienne, to potrafią podsunąć sobie coś ciekawego. I tako Kot czyni, jak i ja jemu. Nazwisko Shaw gdzieś tam się po głowie i innych częściach ciała obijało, nawet książki gdzieś na półkach maminych stoją. Jednak do rzeczy - wciągająca i interesująca, wielowątkowa opowieść o II wojnie światowej. Z perspektywy o której wiemy (za) mało. Klimatycznie podobna do Hemingwayowskiego spojrzenia. Dopracowana fabuła, interesujące postacie. Lubię, kiedy powieść ma więcej niż jednego głównego bohatera i można podyskutować, którego bardziej się lubi, a którego darzy mniejszą sympatią. Tutaj bohaterów jest trzech, każdy kompletnie inny, budzący odmienne emocje. Solidny kawałek literatury. Nie ma sensu streszczać - za dużo się dzieje. Gwarantuję, że jeśli lubicie klasyczne powieści z linearnym postępem akcji i solidnym warsztatem autora - nie zawiedziecie się.

Miałam i mam fajną refleksję związaną z tą powieścią - jesteśmy zarzucani przez wydawców nowościami, kolorowymi okładkami. I ja daję się na to łapać. A wiele powieści, niesamowicie wartościowych czeka na swoją uwagę. Cierpliwie, pod grubą warstwą kurzu, często owinięta szarym papierem na zapomnianej półce bibliotecznej. "Młode lwy" przypomniały mi jakie to fantastyczne uczucie przeczytać taką właśnie książkę. Polecam, właśnie w takiej otoczce.

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo MUZA 2008, s. 816
Moja ocena: 5/6

czwartek, 20 lutego 2014

Tydzień w myślnikach


Minęło co prawda więcej czasu niż tydzień, ale czuję, że to dobry zwyczaj pisać o tym, co miłego, fajnego, ciekawego przytrafiło się w ciągu kilku(nastu) ostatnich dni. Celebrowanie małych przyjemności trwa nadal, tako jak i praca nad sobą, ale o tym poniżej.


  • powyżej moja bardzo uśmiechnięta paszcza - spędziłam z Kotem bardzo romantyczny (bo walentynkowy) weekend w Trójmieście. Uwielbiam Kocie weekendy :)



  • zjadłam najlepszego na świecie pączka - usmażyły go sympatyczne panie z Pączusia na rogu 10 Lutego i Świętojańskiej w Gdyni (był nadziany na jagodowo!). Tłusty Czwartek już niedługo - polecam to miejsce Waszej uwadze.

  • spacerowałam dużo i stwierdzam, że przemierzanie tego świata na stopach jest jedną z najprzyjemniejszych czynności. Nawet po kiepskim i trudnym dniu wieczorny spacer stawia mnie na nogi i sprawia, że da się uratować ten dzień.

  • wypełniłam test predyspozycji zawodowych. Zgodnie z przewidywaniami jestem typem doradcy. Ciekawy test, sprawił, że zdałam sobie sprawę, że faktycznie lepiej pracuję z ideami i pomysłami niż z twardym produktem. Dobre dla tych, którzy nie wiedzą jakimi ścieżkami zawodowymi kroczyć.


  • infografika o parach. Inspirująca, motywująca. Odwrotnie niż z warzywami - wszystko robię dobrze :) Rozmawiajcie, spacerujcie, wspierajcie swoje drugie połówki.


  • jako wielbicielka kanapek nie mogę nie podzielić się odkryciem projektu 300 sandwiches. Projekt jest prosty - para kochająca się i mieszkająca razem, On - kocha kanapki, Ona - zrobiła mu idealną. On palnął po zjedzeniu owej "To najlepsza kanapka jaką jadłem. Jesteś o 300 kanapek od pierścionka zaręczynowego". I tak oto dziewczyna długo nie myśląc stworzyła blog, na który wrzuca zdjęcia kanapek (wczoraj wpadła #228!) i czeka na pierścionek. Kibicuję im z czystej sympatii do fajnych ludzi, ale ... uwielbiam zdjęcia tych doskonałych kanapek!


  • sprzątać nie znoszę, ale jest taka Anka, która tak pisze o sprzątaniu, że aż mam ochotę umyć okna! (Kot wie o czym ja mówię!)










Uściski i trzymajcie kciuki za to, żebym wreszcie nabrała ochoty napisać do Was o książkach, a nie o sobie ;)

wtorek, 4 lutego 2014

Tydzień w myślnikach


Zainspirowana podobnymi zestawieniami przygotowywanymi przez blogerki modowe i lifestylowe, postanowiłam podzielić się moimi odkryciami, fascynacjami, miłymi chwilami, które było dane mi przeżyć w ubiegłym tygodniu. To również część pracy nad sobą i chęć celebrowania małych przyjemności. 


  •  totalne odkrycie - blog o oszczędzaniu Macieja Szafrańskiego. Bez nadęcia, bardzo sensownie o sposobach na uciułanie kasy. Wpis z radami dotyczącymi oszczędzania już wisi na lodówce ;) Natchniona poradami założyłam konto na Moneyzoom, skrzętnie wynotowuję wszelkie wydatki - po miesiącu stwierdzę, gdzie można przyoszczędzić.
  • blog Happyholic - inspirujący, znowu nienadęty, pozytywny. Świetny tekst o internetowym detoksie nakłonił mnie do przemyśleń w tym względzie. Zaczęłam czytać na bieżąco, pewnie w wolnej chwili wrócę do archiwalnych postów. 
  • portal aukcyjny Aliexpress - to odkrycie wprawiło mnie w ekstazę. Chiński portal aukcyjny na którym znajdziecie wszystko (dosłownie!), możliwość zamówienia jednej sztuki z przesyłką do Polski za często znacznie mniejsze kwoty niż chociażby na Allegro. Świat to globalna wioska!
  •  jako pełnoetatowa Pani Domu na moich barkach (czyt. w moich rękach) spoczywa karmienie Kota mego. Obserwuję mnóstwo polskich blogów kulinarnych, ale zauważyłam, że przepisy, które serwują nie nadają się za bardzo do przygotowania na codzienny (czyli raczej zwykły i szybki) obiad. Zadałam sobie nieco trudu i poszukałam inspiracji obiadowych na zagranicznych blogach i - eureka! - pomysłów mnóstwo. Szybkie, smaczne i niedrogie. W niedzielę uraczyłam Kota takim oto kurakiem w sosie musztardowo-miodowym. Pyszności!
  •  Pinteresta znają wszyscy. Postanowiłam użyć go zgodnie z jego przeznaczeniem i założyłam wirtualną tablicę na której gromadzić będę inspiracje do przyszłego (a i obecnego) miejsca mieszkania. Póki co - pieczołowicie gromadzę zdjęcia z pomysłami zagospodarowania mojej (już przepełnionej) biblioteki.
  • sukcesywnie karmię się ciekawymi obrazami filmowymi. Bo lubię. W tym tygodniu obejrzałam pierwszą część "Nimfomanki" Larsa von Triera. Niezła, mocna, ale czy aż tak bardzo szokująca? Polecam świetną historię z J. Phoenixem w roli głównej - "Ona" to ciekawy pomysł na pokazanie w którą stronę zmierza komunikacja międzyludzka i nasze stosunki (wszelkiej maści ;) ). Idąc kluczem Oscarowym widzieliśmy z Kotem "Zniewolonego" - i tu samo nazwisko reżysera będzie rekomendacją totalną. Świetne zdjęcia, historia opowiedziana solidne, ale bez przesady i efektem będą krążące po głowie myśli związane z filmem.
  • dziubemy po trochu "The Office". Jako pracownik korporacji obejrzenie każdego odcinka przypłacam chwilowym kacem moralnym. Ale uwielbiam najlepszego szefa świata i Dwighta i biurowe machlojki. Polecam wszystkim biurowym ludzikom. 
  • byłam na pierwszym "wiosennym" spacerze na mojej ukochanej Cytadeli. Psy ganiały radośnie za oblodzonymi patykami, ptaszki śpiewały. A ja pierwszy raz od dawna poczułam, że może do wiosny nie jest tak daleko ...
  • jako, że ze mnie raczej refleksyjny i smutaśny stwór, obiecałam sobie, że codziennie postaram się o małą chwilę, którą będę mogła nazwać szczęśliwą. Nie jest łatwo uwolnić się ot tak od czarnomyślenia, ale miałam całkiem sensowne przebłyski, za co Kotu memu niniejszym dziękuję. Fajnie, że Cię mam.
  • błahostka, ale po tygodniach odnalazłam kisiel ekspresowy w Biedronce. Mała rzecz, a cieszy!
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC