Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 listopada 2014

Kończenie jest fajne


źródło: http://www.pinterest.com/pin/494129390339913402/

Przeprowadziłam niejedną rozmowę o tym dlaczego kończę absolutnie wszystkie książki i dlaczego nie uważam, że jest to maniera niebezpieczna. Co więcej, czasami potrafiłam się o to nawet pokłócić. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie artykuł"Finish that book!", w którym autorka udowadniała, że większość książek po prostu należy dokończyć. Nie zgadzam się z każdym stwierdzeniem, ale tekst na tyle mnie poruszył, że postanowiłam dorzucić i swoich kilka groszy.

Nie przeczytałam w całości tylko jednej książki - "Ulissesa" J. Joyce'a. I to by było na tyle. Resztę w mniejszych lub większych bólach wmęczyłam. Czy jestem z tego dumna? Niekoniecznie, bo bywały przypadki beznadziejne. Daje mi to jednak moralne prawo do wyrażenia krytycznego lub w ogóle jakiegokolwiek zdania na ich temat. Może to kwestia mojej cecha charakteru - jestem uparta i nie umiem zawracać z obranej raz drogi. Dzieje się tak w życiu i naturalnie przekłada na sytuacje książkowe. 

Dlaczego ich zatem nie porzucam? Wbrew pozorom  jest to trudne pytanie - nie zawsze moja konsekwencja w czytaniu przekłada się chociażby na szacunek dla autora. Często liczę na to, że lektura w dalszej części zaintryguje mnie, pojawi się wątek, który zapadnie w pamięci, to jedno zdanie, które wszystko zmieni. Jest kilka powieści w moim czytelniczym życiu, które przysporzyły mi nerwów, które nudziły przez wiele fragmentów, a pamiętam je do dziś. Przykładem mogą być chociażby "Korekty" J. Franzena. Miesiąc trwało mobilizowanie się do dokończenia, a finalnie książka bardzo mi się podobała i często ją polecam. Ostrzegam, że łatwo nie jest, ale całość jest tego warta.

Wspominałam wcześniej o prawie do krytyki, które wydaje się być bardziej na miejscu w przypadku, kiedy książkę się autentycznie skończyło. Wydaje mi się wysoce nieeleganckie rzucanie błotem w powieść, której nie miało się ochoty dokończyć. Doczytanie lektury daje satysfakcję, często w jej trakcie pojawia się wiele inspiracji do kolejnych, są wymienianie tytuły, które później zapełniają listę "Chcę przeczytać". I to dla mnie ogromna frajda z czytania. Poza tym, najzwyczajniej w świecie czytanie książek uczy cierpliwości. Przyda się to Wam w wielu sytuacjach życiowych! W przywołanym przeze mnie tekście Juliet Lapidos padło stwierdzenie, które fajnie podsumowuje powyższe: "Rozpoczynie i niekończenie książek, jest tylko jeden mały kroczek przed "ach tak, słyszałem o tym autorze". 

Najczęstszym powodem porzucania książek jest fakt, że jest zbyt wiele dobrych powieści, aby tracić czas na te słabe. Argument ten ma uzasadnienie tylko wtedy, kiedy książka jest tak słaba, że z szacunku dla siebie (i zapewne autora) nie chcemy jej dokończyć. Jak temu zapobiec? Korzystać z rekomendacji portali książkowych (Biblionetka czy Lubimy czytać.pl?), opinii innych, którzy czytają książki podobne do nas, przeglądać blogi literackie czy próbować czytać według klucza list lektur tworzonych na bazie konkretnego tematu czy motywu (Buzzfeed produkuje na pęczki).

Temat nie jest prosty ani jednoznaczny. Rzadko jednak żałuję, że dotrwałam do końca. Czuję satysfakcję z kolejnej przeczytanej książki, krytyczne recenzje piszę lepiej i ciekawiej niż te pochlebne. A wkurzająca książka dostarczy więcej emocji niż książka nijaka. Gdybym jednak porzuciła "Annę Kareninę", nigdy nie stałaby się jedną z moich najukochańszych lektur.  Dlatego ja będę czytać książki do końca. Jakie jest Wasze zdanie?

piątek, 31 stycznia 2014

Ebook czy tradycyjna książka?


źródło zdjęcia: www.teleread.com

Pytanie stawiane do znudzenia: co lepsze - tradycyjna książka czy ebook? Sama jestem doskonałym przykładem na to, że nieważne w jakiej formie - po prostu kocham książki. Czytam tradycyjnie, czytam ebooki, słucham audiobooków. Czytelniczka 3-D. John Carter zainspirował mnie jednak do pewnych przemyśleń.




Podatek VAT dla książek elektronicznych jest wyższy, a mimo tego wydawca ma procentowo większy zysk z ich sprzedaży. Zarobki autora okazują się być jednak na poziomie uśrednionym względem papierowej książki. Koszty magazynowania są drastycznie niższe, podobnie jak korekta, skład i grafika. Dodatkowo do wersji papierowej dochodzą koszty produkcji. Na niekorzyść e-booków przemawia konieczność nabycia urządzenia (koszt kilkuset złotych) na których będziemy mogli je czytać. Koszt jednorazowy, ale jednak często jest blokadą i bywa kontrargumentem dla czytania na elektronicznym papierze. Świat czytników codziennie publikuje listę promocji, gdzie niejednokrotnie można znaleźć nowości książkowe w formie elektronicznej za 9,90. Taka sytuacja nigdy nie będzie miała miejsca w przypadku książek tradycyjnych. Owszem, możemy wybrać się do księgarni outletowej, ale znajdziemy tam jedynie końcówki stoku. 

Minusy - tylko i wyłączne wirtualne posiadanie książki to dla mnie najbardziej bolesny aspekt. Bo książkę elektroniczną nie do końca można mieć. Nie ucieszy oka na półce, bo wirtualny mebel nigdy nie będzie pękać w szwach. Paradoksalnie, ebooki zwiększają też stos książek do przeczytania i to jak najbardziej realnie, bo - znowu - nie widzimy ich, ich zakup jest często bardzo impulsywny i nierzadko zapominam o tym, że tę książkę gdzieś mam. 

Porównywanie tych dwóch form czytania jest bardzo subiektywne. Znam wiele osób, które nie wyobrażają sobie czytania innej niż papierowej książki. Interesujące dla mnie jest jednak fakt jak bardzo opłacalna jest forma elektronicznego wydawania i jak znacznie obniżone są koszty dystrybucji. I jaką siłę i korzyści dla czytelników niesie to za sobą. Jestem ogromnie ciekawa walki cenowej. Jedno jest dla mnie pewne - papierowe książki nigdy nie zginą.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Turystyka książkowa


Bibliofilu, wyobraź sobie takie miejsce, w którym książki grają główną rolę. W całym miasteczku przez okrągły rok. Brzmi jak marzenie lub sen? A takie miejsca istnieją i są skupione w International Organisation of Book Towns. 

źródło: www.hay-on-wye.co.uk

Idea narodziła się w Hay-on-Wye w Walii za sprawą Richarda Booth. Przypadek był o tyle zabawny, że Richard obwołał się Królem Hay-on-Wye i powołał mikrokrólestwo książek. Ściągał je z niemalże zewsząd z przeznaczeniem na przemiał lub do sprzedaży w antykwariacie. Za jego przykładem mieszkańcy wioski zaczęli specjalizować się w sprzedaży książek, założyli antykwariaty. Dzisiaj Hay-on-Wye to światowa stolica bukinistów oferująca ponad 1,2 miliona książek, które można zakupić w 40 księgarniach, kawiarnie literackie, introligatornie oraz imprezy związane z książkami i czytelnictwem. Największym wydarzeniem jest coroczny międzynarodowy festiwal Hay Festival of Literature & Arts. 

źródło: http://www.bootsandpaws.co.uk

Pięć europejskich miast: Bredevoort (Holandia), Fjaerland (Norwegia), Hay-on-Wye (Walia), Montolieu (Francja) i Redu (Belgia) stworzyły projekt, którego finałem jest stowarzyszenie miast książek. Projekt został wsparty przez Unię Europejską. Organizacja zrzesza obecnie trzynaście miast z całego świata. Co dwa lata w kolejnych miejscowościach odbywa się festiwal Book Towns.

Bredevoort, źródło: http://karu02.wordpress.com/2010/08/11/buecherstadt-bredevoort/

Montolieu, źródło: http://lamusewritersandartistsretreat.blogspot.com/2009/05/montolieu-and-booktowns.html


Ciekawym aspektem idei miasteczek książkowych jest fakt, że są one ściśle ukierunkowane na ten rodzaj promocji - nie rozwija się w nich praktycznie żadna inna gałąź przemysłu, są położone na peryferyjnych obszarach wiejskich. To niezmiernie interesujące i inspirujące, że książki mogą stać się alternatywnym źródłem dochodu, ożywić lokalną społeczność, stworzyć atrakcyjną destynację dla turystów książkowych.

Hay Festival, źródło: telegraph.co.uk

Ten rodzaj turystyki kulturowej narodził się w 2003 roku w Harrisburgu, stan Pensylwania, gdzie pisarz i wykładowca Larry Portzline rozpoczął cykl wycieczek do okolicznych miast, których celem były niezależne księgarnie. Idea spotkała się z bardzo ciepłym odzewem, angażując szkoły, biblioteki, kluby dyskusyjne i organizacje. Co więcej, sprzedawcy książek zaczęli przykładać większą wagę do atrakcyjności swoich lokali, aby stały się czymś więcej niż tylko miejscem, w którym można kupić książki. Bibliofile podkreślali, że najważniejsze dla nich stało się bycie częścią większej społeczności, ruchu, który mógł coś zmienić.

Księgarnie przyciągały na wiele sposobów. Goście That Bookstore w Blytheville, Arkansas mogli usiąść na drewnianych krzesłach podpisanych przez znanych autorów, księgarnia Strand na Manhattanie oferuje ponad trzydzieści rodzajów papierowych toreb na książkowe zakupy. Elliot Bay Book w Seattle zaprasza codziennie na wspólne czytanie, Powell's City of Books w Portland jest totalnym labiryntem wypełnionym po brzegi książkami, że sama koordynatorka marketingowa twierdzi, że niemożliwe jest opuszczenie sklepu z mniej niż dziesięcioma książkami. 

That Bookstore, źródło: http://bargainhuntingwithlaurie.blogspot.com/search/label/THAT%20BOOKSTORE%20IN%20BLYTHEVILLE#.UhX-iNJFCE4

Znacie takie miejsca w naszym kraju? Co polecacie? Jakie miasteczko mogłoby stać się polskim miastem książek. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Czytelniczka znakomita - Alan Bennett



Potrzebowałam czegoś lekkiego, zabawnego. Krótkiego! Takiej nieco bajeczki literackiej, niekoniecznie głębokiej. "Czytelniczka znakomita" od kilkunastu miesięcy znajdowała się na mojej liście "do przeczytania". Kiedy więc natrafiłam na audiobook nagrany na podstawie powieści, a na dodatek przeczytany przez Annę Seniuk, nie zastanawiałam się długo. 

Historia jest nieco banalna i żartobliwa - królowa angielska (w domyśle Elżbieta II) podczas spaceru natrafia na objazdową bibliotekę (swoją drogą - genialny pomysł!) - bardziej z grzeczności, niż z realnej potrzeby wypożycza książkę. Okazuje się, że właśnie odkryła w sobie pasję czytania, zaczyna więc pochłaniać lekturę za lekturą, poświęcając coraz mniej uwagi obowiązkom publicznym. 

Opowiastka jest mocno doprawiona żartem - nie jest to jednak komedyjka, w której będziemy zaśmiewać się do rozpuku. Elegancki, może nieco dostojny humor, na tyle jednak smakowity, że "Czytelniczka znakomita" okazała się doskonałym poprawiaczem nastroju. W nieco przerysowany sposób pokazuje jakim to utrapieniem dla "normalnych" ludzi są mole książkowe. Być może taka interpretacja narzuciła się samoistnie, dzięki lektorce, jednak pani Anna doskonale wczuła się w rolę narratora. Doskonała dykcja, dostojna i szykowna maniera głosu - audiobooka słucham z ogromną przyjemnością.

Sama królowa to nie tylko tytułowa czytelniczka znakomita, ale również bardzo wymagająca. Starałam się wynotować tytuły i autorów przezeń wymienianych (moja mała dewiacja książkowa ;) ), aby w późniejszym czasie i z nimi się zmierzyć. Jest to w głównej mierze literatura z kręgu anglosaskiego, raczej rzadko przekładana na język polski. Mimo to bardzo lubię takie przemycane przez autora polecanki - to w dość naturalny sposób poszerza krąg  moich zainteresowań czytelniczych. Co więcej, sama królowa w powieści zauważyła, że każda kolejna książka prowadziła ją do kilku kolejnych. Znam ten stan aż za dobrze - jak widać nie tylko moja lista pragnień czytelniczych puchnie niemal z dnia na dzień.

Jest to ten rodzaj literatury, który chyba lubię najbardziej, mianowicie książka o książkach. Lubię na kartach powieści odnajdować podobne zachowanie czytelnicze do moich - fajnie jest zdać sobie sprawę, że to, co moi bliscy i znajomi uznają za niezbyt zdrową fanaberię, jest uprawiane i przez innych czytaczy. Podobnie jak C.M. Dominguez w "Domie z papieru", tak i tutaj Alan Bennet opisuje wiele rytuałów czytelniczych. Nałogowi książkoholicy odnajdą wiele ze swoich zachowań. Autor, co prawda, traktuje nas nieco jako nieszkodliwych wariatów, ale to budujące, że ta nienormalność dopada nie tylko moją osobę.

Podsumowując - polecam wszystkim molom książkowym. W wersji papierowej to zapewne lektura na jedno popołudnie. Kilka ciekawych uwag dotyczących wariatów czytających, parę ciekawych refleksji dotyczących pisarzy, czytelników, doprawione humorem. Mała rzecz, a warta uwagi!

Kategoria: współczesna literatura angielska
Nagrane na podstawie edycji książkowej Media Rodzina 2009
czas nagrania: 3 godz. 53 min.
Moja ocena: 5/6

środa, 12 grudnia 2012

Biblionetka czy Lubimy czytać?

Czytam dużo. Kupuję sporo książek. Chaos na moich półkach osiągnął poziom, który niebezpiecznie zbliża się do "nie ogarniam". Przyznam szczerze, że nie opanowałabym mojego książkowego świata, gdyby nie te dwa serwisy. Który lepszy? Co wyróżnia moim zdaniem każdy z nich?


BIBLIONETKA



Był to prawdopodobnie pierwszy tego typu portal w naszym kraju. Wygląd portalu nie uległ zmianie od lat, nie on jednak stanowi o jego jakości. Jest prosto, bardzo użytkowo i mocno molowo. Oprócz oczywistości - możliwość oceny oraz zrecenzowania książki, dyskusji na jej temat, najważniejsza moim zdaniem funkcja portalu to "Poleć mi książki", czyli system rekomendacji. Jak to działa? Na podstawie ocen, które użytkownik wystawia przeczytanym książkom system wskazuje lektury, które mogą również przypaść do gustu. Od lat działa to dobrze, rzadko kiedy portal myli się w swoich przypuszczeniach. Sami twórcy portalu chwalą się, że system jest unikatowy. Oczywiście - im więcej ocenionych książek i bardziej spójny gust - tym bardziej trafne polecenia. 

Co ponad to? Biblionetka to świetnie rozwinięta platforma wymiany myśli pomiędzy molami książkowymi - forum biblionetkowe chyba nie ma sobie równych. Wymienisz książkę, pogadasz, umówisz się na mały zlocik - wszystko w jednym miejscu. Biblionetka regularnie prowadzi zestawienia najpopularniejszych czy też najlepszych książek (możliwości wyselekcjonowania informacji więcej niż piachu na pustyni).

Podsumowując - jest prosto, nie jest topornie, szkoda jednak, że wizualnie portal nie idzie do przodu. Jednak poziom merytoryczny wynagradza wszystko - jest tutaj po prostu doskonale. I tak, śmiem twierdzić po raz kolejny, że system rekomendacji jest najlepszy. 

LUBIMY CZYTAĆ



Portal powstał dwa lata temu. Pozycjonują się jako opiniotwórczy serwis książkowy. Z tym określeniem nieco bym polemizowała, ale zacznijmy od pozytywów, bo tych jest niemało.


Wygląd i funkcjonalność - dwie, niezaprzeczalne zalety. Portal jest lekki, ma ciekawą grafikę. Będę szczera - gdyby (odpukać, odchuchać i w ogóle) piorun trzasnął w ich bazę - ginę. Zostaję w sekundę pozbawiona listy książek do przeczytania, inwentaryzacji mojej biblioteki. Klasyczne leżę i kwiczę. System wirtualnych półek jest absolutnie fenomenalną funkcją. Owszem, Lubimy czytać nie jest jedynym portalem, który to ma, ale tutaj jest łatwo, intuicyjnie. Paskudnie się do tego przyzwyczaiłam. 

Podobnie jak Biblionetka i tutaj jest prężnie działające forum. Dyskusje ciekawe, rozwiązane lepiej technicznie, niż w przypadku wyżej opisywanego portalu. Lubimy czytać to również nieco społecznościowy portal dla miłośników książek - dodajemy się do znajomych, obserwujemy, nagradzamy plusikami swoje opinie. Interesujące teksty o charakterze publicystycznym  to magnes dla czytelnika. Aktualności, nowości wydawnicze - tak wygląda moja poranna prasówka. Ogromne plusy za ukłon w stronę blogerów, którzy zawsze byli i miejmy nadzieję nadal będą bliscy ekipie z LC - prosty gadżet na bloga prezentujący wirtualne półki to ciekawe i przydatne narzędzie. 

No a teraz nieco gorzkich słów - większość recenzji na portalu to krótkie wzmianki (często mocno trafne, ale jednak o charakterze mocno hasłowym) bądź mniej lub bardziej fragmentaryczne przeklejki z blogów. To stawia pod ogromnym znakiem zapytania opiniotwórczość portalu. Z ręką na sercu - recenzje na Biblionetce stoją na bardzo wysokim poziomie - to przeważnie przemyślane, spójne teksty. Na LC opinie są pobieżne, chaotyczne i jakościowo słabsze. Na LC pojawiło się ostatnio sporo reklam, co prawda mocno spersonalizowanych i na szczęście dotyczących tylko książkowego świata, ale jednak strona mruga, świeci się, banneruje. Jak zawsze - coś za coś - portal rozwija się intensywnie, miesiąc temu wypuścili aplikację mobilną (czekam na wersję dla Nokia Windows Phone, aby wyrazić opinię), patronują wielu wydarzeniom czytelniczym czy wydawniczym. Śmiem twierdzić, że to obecnie najpopularniejszy polski serwis o książkach. Troszkę w wydaniu popowym, ale nadal trzymający dobry poziom.


Podsumowując - starałam się wymienić cechy obu portali. Każdy z nich wykorzystuję do czegoś innego. LC to dla mnie system zarządzania książkami i doskonale się w tym temacie sprawdza - kompletnie natomiast kuleje u nich system rekomendacji. Ten biblionetkowy jest naprawdę świetnie dopracowany i nigdy mnie nie zawiódł. Nie zamierzam więc wskazywać tego lepszego - doskonale się uzupełniają. Ostatnio mocno eksploruję GOODREADS - odnoszę  wstępne wrażenie, że to idealne połączenie tego, czego taki wariat książkowy jak ja potrzebuje. Wgryzienie się w kolejny serwis zajmuje nieco czasu, jednak postaram się podzielić z Wami wrażeniami w późniejszym terminie. 

A Wy korzystacie z serwisów książkowych? Do czego są Wam przydatne? Czego Wam w nich brakuje? 

wtorek, 24 stycznia 2012

Dom z papieru - Carlos Maria Dominguez




Czyszczenie stolika nocnego trwa... Swoisty szał na tę książkę pamiętam z czasów, kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z blogowaniem. Trafiła wtedy do magicznego zeszyciku (bo były to czasy sprzed Lubimy czytać.pl i magicznej półki "Chcę przeczytać"), w którym zapisywałam pożądane kandydatki na kolejne lektury. Przypadkowo trafiłam na nią w bibliotece, a parę dni później udało się ją upolować  na pierwszym, legendarnym już przTARGaj KSIĄŻKI. Wszelkie znaki na niebie i ziemi mówiły - "Przeczytaj ją!".

Książka, a właściwie książeczka (określenie bez pejoratywnego zabarwienia) wprawnemu czytelnikowi zajmie jakąś małą godzinę. U mnie czytanie rozłożyło się na dwa wieczory. Pomijając typowo poniedziałkowe otępienie, które zazwyczaj mocno obniża moje tempo pochłaniania, od pierwszej strony poczułam, że sporym nietaktem wobec autora będzie pośpiech. "Dom z papieru" to nie lada gratka dla moli książkowych. Bo to nowela o ... książkach i czytaniu. A właściwie o tym, jak nadmierna do nich miłość może ją paradoksalnie w nas zabić. Czytając ją poczułam się lekko skarcona - jeden z bohaterów, podobnie jak ja (i większość blogowiczów) maniakalnie i bez opamiętania kupował książki. Czym to się skończyło - odsyłam do lektury. Od miłości do nienawiści ... bardzo (!) cienka granica.

Autor pokazuje na kilka sposobów, jak niebezpieczna może się okazać miłość do książek. Pomijając stosy i wieże, na które natykamy się w każdym kącie naszych mieszkań, poprzez historię otwierającą, czyli przypadek Blumy Lennon, która ginie w momencie czytania. Morał jest jeden - czytanie to nałóg, jak każdy inny. I również tutaj umiar wskazany. Zapisać. Zapamiętać. Wdrożyć w życie. Pobożne życzenie ;)

Carlos Maria Dominguez pisze jak na mieszkańca Ameryki Południowej przystało. W jego stylu odnajdziemy to, co przeważnie zachwyca nas u Llosy, Marqueza czy Borgesa. Ja uwielbiam to igranie z czytelnikiem na granicy rzeczywistości i ułudy, nadawanie ogromnego wagi szczegółom i niuansom.  Klimat tworzony przez pisarzy i pisarki z tego kontynentu uwodzi mnie za każdym razem. I tym razem nie poczułam się rozczarowana. 

Autor wymienia wiele nawyków "molowych". Któż z nas ich nie zna? Szpiegowanie cudzych bibliotek (bez bicia - pokaż mi swoją biblioteczkę, a powiem Ci kim jesteś), głaskanie okładek. 
"(...) nikt nie chce stracić książki. Wolimy zgubić pierścionek, zegarek czy parasol niż książkę, której już nie będziemy czytali, ale która zachowuje w samym brzmieniu tytułu jakąś dawną i być może utraconą emocję". Tu wyznanie - ci, którzy mnie znają wiedzą, jak trudno jest pożyczyć ode mnie książkę. Ci, którym pożyczyłam jedną z moich ulubionych powieści - powinni czuć się szczerze i bardzo docenieni. To najwyższy stopień bliskości ze mną. Pomijając, jak bardzo pożyczać nie lubię i przypadkowa osoba mojej książki nie tknie. Też tak macie?

O kupowaniu absurdalnej liczby książek: "(...)ale nie udaje mi się ustrzec przed dodaniem nowej półki, następnego podwójnego rzędu woluminów, książki przesuwają się po domu milczące, niewinne. Nie potrafię ich powstrzymać". Blogerzy i blogerki książkowi pokiwają z aprobatą. Ograniczeniem dla nas jest przecież tylko miejsce w mieszkaniu ... nic innego. O maniakalnym podczytywaniu: "Pracuję od ósmej rano do piątej po południu na odpowiedzialnym stanowisku. Lecz niecierpliwie wyczekuję chwili, w której będę mógł wrócić (...) do tej Jaskini, gdzie będę mógł spędzić kilka szczęśliwych godzin". Zdecydowanie podpisuję się pod tym wyznaniem. Wszystkimi kończynami.

C. M. Dominguez ujął, a właściwie... tak! nie bójmy się tego słowa - uwiódł mnie pewnym niuansami. Myślałam, że tylko ja zwracam uwagę na coś takiego, ale ... ja również doszukuję się układów korytarzy (pionowych, ukośnych) tworzonych przez odstępy pomiędzy wyrazami. Ma to być efektem odpowiedniego rytmu. Być może - mnie to fascynuje z czysto estetycznych pobudek. To jedno z moich czytelniczych dewiacji i niniejszym przyznaję się do tego publicznie.

Książka jest pięknie wydana - dobry, lekko pożółkły papier, tasiemkowa zakładka, twarda piękna okładka, bardzo wygodny dla oczu kolor czcionki. Prawdziwa gratka. Korytarzy jednak nie ma tak dużo. Paradoksalnie.

Książka nie spodoba się każdemu. To, że jest specyficzna - to mało powiedziane. To raczej sfabularyzowany esej o czytaniu i książkach. Może być pretekstem do pewnych przemyśleń i wynurzeń, jak uczyniłam to powyżej. Polecam molicom i molom książkowym. Niejednokrotnie pokiwacie głową ze zrozumieniem. Być może potencjał fabuły został niewykorzystany - jak zarzuca się Dominguezowi w wielu recenzjach. Dla mnie był to czas spędzony na refleksji nad moją manią czytania. Jeśli kochasz książki - wsiąkniesz w tę historię. Jeśli szukasz poruszającej fabuły - to nie jest książka dla Ciebie. A ja - polecam! Chociażby dla tego czasu refleksji nad swoim czytelniczym nałogiem ...

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Wydawnictwo Świat Książki 2005, s. 112.
Biblionetka: 4,51/6
Lubimy czytać: 5,66/10
Moja ocena: 4+/6

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC