Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

Wszechświat kontra Alex Woods - Gavin Extence



Książka została przeze mnie przeczytana miesiące temu, jednak strasznie długo zwlekałam z opisaniem jej. Miałam wrażenie, że zachwyt jaki we mnie wzbudziła, ulotni się w ciągu kilku dni. Minęły miesiące, a ja nadal mam ją w głowie. I postaram się zarazić Was odłamkiem mojego entuzjazmu.

Większość recenzji opowiada o czym jest książka, jak rozpoczyna się pierwszy rozdział. Odpuszczę Wam. Zanim zaczęłam czytać, byłam przekonana, że powieść przeznaczona jest dla młodzieży. Pycha - jeden z największych grzechów (również czytelniczych!). Są takie książki, które w trakcie czytania dają znać, że będą dla Ciebie ważne. Tak było z "Paragrafem 22" Josepha Hellera, "Modlitwą za Owena" czy "Hotelem New Hampshire" Johna Irvinga. Nieprzypadkowo odwołuję się do tych właśnie tytułów, gdyż są one przywoływane przez samego autora powieści o Alexie Woodsie. I taka jest właśnie historia chłopca uderzonego przez meteoryt. Nie zapomnisz o niej łatwo, będziesz wymieniać ją jednym tchem wraz z innymi powieściami, które urzekły Cię w podobny sposób.

Znajdziesz tutaj dobre połączenie tego, co zabawne z tym co smutne, słodko-gorzki posmak losów bohaterów. Autor zgrabnie operuje znanymi i sprawdzonymi elementami literackimi, tworząc przy tym powieść wyjątkową i zapamiętywalną. Jest niebanalna, mądra, a przy tym nie trąca nachalną dydaktyką czy patosem. Wszystko tutaj jest dopracowane i w punkt. Tytułowy Alex wydaje się być tak bardzo bliskim mi bohaterem, jego losy - mimo niewątpliwej oryginalności - możesz odnieść do samego siebie. Pytania zadawane przez autora są w gruncie rzeczy uniwersalne. I nieważne czy masz naście czy dziesiąt lat - one dotyczą Ciebie w takim samym stopniu.

Oczywiście, że poza odniesieniami do Hellera i irvingowskim klimatem, ujął mnie motyw poznawania świata i natury człowieka poprzez literaturę, a także utworzenie klubu czytelniczego. Naprawdę uwielbiam, kiedy autor mimowolnie "poleca" książki, wplatając to jako element fabuły. Wieść gminna niesie, że moja lista "chcę przeczytać" nigdy się nie zamknie i już teraz jej realizacja wymaga ode mnie kolejnego wcielenia, jednak kocham znajdować kolejne inspiracje czytelnicze właśnie w książkach. 

Czego można sobie bardziej życzyć niż książki refleksyjnej i inspirującej, prowokującej do przemyśleń? Jak daleko sięga ludzka wola i gdzie jest granica decydowania o sobie? W powieści pełnej prostoty i mądrości, a przy tym diabelnie inteligentnej, a będącej debiutem, niemal każdy odnajdzie coś dla siebie. Ignacy Karpowicz w recenzji dla "Gazety Wyborczej" pisze o tym, że przez całe życie, a zwłaszcza w okresie dojrzewania, każdy nas próbuje odnaleźć się w rzeczywistości. I o tym jest przede wszystkim ta powieść. Z niecierpliwością czekam na kolejną powieść Gavina Extence'a, a Wam polecam bardzo gorąco historię Alexa Woodsa.

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Literackie 2014, s. 424.
Moja ocena: 5,5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.


niedziela, 4 stycznia 2015

Toń - Anya Lipska




W trakcie czytania "Toni" A. Lipskiej zdałam sobie sprawę, że czego, jak czego, ale kryminałów to nie pochłaniam zbyt wiele. Zarówno na blogu, jak i na stosach oczekujących na przeczytanie, króluje literatura piękna, reportaże, powieści podróżnicze. I garstka kryminałów. Nie lubię? Wręcz przeciwnie, zaczytywałam się jako nastolatka A. Christie. Skąd zatem w dorosłym życiu mniejsze zainteresowanie tym gatunkiem? Oto pytanie do rozważenia w bardziej intymnym gronie, a póki co krótko o historii opowiedzianej przez zafascynowaną Polską autorkę.

"Toń" zaskoczyła mnie pozytywnie. Przeczytanie tej powieści miało być dla mnie swoistym wyzwaniem i eksperymentem. Blurb obiecuje wiele i prawdę mówiąc - nie kłamie, bo w "Toni" wydaje się być wszystkiego (jednak!) zbyt dużo. Wątków, intryg, postaci, nazwisk. Po kilkudziesięciu stronach wciągnęła mnie jednak na tyle, aby w natłoku grudniowych spraw, sięgać chociaż po kilka stron dziennie. Zdecydowanym atutem są bohaterowie, którzy nie są przerysowani czy papierowi. Ich losy zgrabnie splatają się we wspólny wątek, czytelnik wyrabia sobie zdanie o nich, kibicuje mniej lub bardziej. Wzbudzają emocje. Autorka nie jest Polką, co jest mniej i bardziej odczuwalne, interesujące jest jednak "obce" spojrzenie na historię Polski na przełomie wieków. Momentami niepokojąco trafne.

Jak wspomniałam wyżej, jako nie-pochłaniaczka kryminałów, mogę być mniej obyta z tym rodzajem literatury, jednak moim zdaniem jest to zgrabnie napisany przedstawiciel gatunku. Powieść jest napisana ambitnie, są wątki czysto kryminalnie, jak i polityczne. Historia rozwija się w miarę sprawnie, trzyma w napięciu, które jednak zanika pod koniec powieści, rozczarowując banalnym rozwiązaniem. Potwierdzam jednak zdanie pozostałych czytelników - im dalej w las z intrygą, tym mniej prawdopodobnie. Ujęło mnie jednak to, że autorka nie potraktowała czytelnika jak idioty. Z dużym zmysłem obserwacji A. Lipska opisała klimat małego polskiego miasteczka - ciekawe było dla mnie "oglądanie" go z perspektywy Brytyjki. 

Nie jest to powieść wybitna, ani książka fatalna. To po prostu niezobowiązująca lektura, przykuwająca uwagę, napisana przyzwoicie i z szacunkiem dla czytelnika. Polecam, gdyż mimo wszystko to coś nowego na naszym rynku wydawniczym.

Kategoria: kryminał
Wydawnictwo Czwarta Strona 2014, s. 396.
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czwarta Strona.

poniedziałek, 15 września 2014

Zawołajcie położną - Jennifer Worth



Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że istnieje taki zawód jak położna. Ja rosłam jednak pod okiem jednej z nich, bo to właśnie moja mama wykonuje tę profesję. Ostatnio dołączyła do niej moja siostra, także mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o zawodzie położnej wiem naprawdę sporo. Z ogromną przyjemnością i ciekawością chwyciłam za "Zawołajcie położną".

Ostatnio trudno mi sięgać po książki - wracam zmęczona z pracy i sił starcza na bieżącą organizację życia. Powieść Jennifer Worth wciągnęła mnie jednak na tyle, że z wielkim trudem odrywałam się od perypetii londyńskiej położnej. To kompletnie inna perspektywa zawodu, niż ta, którą ja znam. Historia jest na tyle barwna i ciekawa, że miałam ochotę czytać i czytać. Lata pięćdziesiąte, uboga dzielnica Londynu i kolejne porody - tak w skrócie można by opisać fabułę powieści. Młoda położna trafia do ośrodka sióstr anglikańskich, które sprawują rolę służby zdrowia w okolicy. 

Powieść faktycznie jest nieco serialowa. Poszczególne historie zgrabnie zamykają się w rozdziałach, tempo akcji również jest mocno filmowe. Napisana nieco starodawnie, ale ujmująco - potwierdza to autentyczność doświadczeń. Opowiastki barwne, prawdziwe, życiowe, wczytując się w nie miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści mojej mamy. Przeraża poziom higieny, jaki ówcześnie tam panował, ogrom pracy, jaki czekał na położne i pielęgniarki w tym rejonie, stosunki pomiędzy mężami i żonami. 

Polecam gorąco, przyszłym i obecnym mamom, a także tym z Was, które lubią wiedzieć, jak to kiedyś bywało. Ciepło-gorzka historia, bardziej dla kobiet. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Literackie 2014, s. 376.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

piątek, 23 sierpnia 2013

Zdobywam zamek - Dodie Smith



Jestem zbyt cwaną czytelniczką, aby dać się omamić okładką. Ba, nie dam się złapać na porównania do wielkich nazwisk, którymi wydawcy dość hojnie częstują. Jest jednak taka autorka, do której odwołanie zawsze poruszy moje serce. Jest nią Lucy Maud Montgomery, w której to zaczytywałam się kilka(naście) lat temu. Dałam się skusić na książkę młodzieżową, i co najważniejsze -   wypadło lepiej niż się spodziewałam.

Dodie Smith to pisarka, która może być kojarzona przede wszystkim jako autorka "101 dalmatyńczyków". Zaskakujące dla mnie było, że "Zdobywam zamek" to klasyka literatury anglosaskiej, a sama książka zdobyła miejsce w pierwszej setce listy Big Read, przygotowanej przez BBC. O książce usłyszałam raptem kilka tygodni temu, i tym bardziej szokujące jest to, że poszukując informacji o powieści można natknąć się na rekomendacje J.K. Rowling czy Christophera Isherwooda. Aż dziw bierze, że dopiero w tym roku zdecydowano się przełożyć książkę na nasz język. Wcześniej była ona kompletnie nieznana. Szkoda!

"Zdobywam zamek" to historia kilkunastoletniej Cassandry, wywodzącej się z dość ekscentrycznej rodziny. Ojciec, autor poczytnej powieści, cierpiący na niemoc twórczą, tyranizuje domowników swoimi fanaberiami pisarskimi. Cassandra, jedna z córek i jednocześnie narratorka, prowadzi pamiętnik, który ma jej służyć jako ćwiczenie warsztatu pisarskiego. I właśnie przez pryzmat jej dziennika poznajemy historię rodziny. Należy przy tym uznać jej niebywały  talent gawędziarski , bo jesteśmy prowadzeni poprzez opowieść zabawną, dojrzałą i ciekawą. Nie sposób, pisząc o tej powieści, nie pomyśleć o Jane Austen i jej prozie. Sama Dodie Smith podpowiada nam takie skojarzenie, tworząc portret sióstr pochodzących z ubogiej rodziny i opisując ich próby pozyskania zamożnych małżonków. I uwierzcie mi, nie wypada to jak nieudolny pastisz. 

Co najbardziej uderza i ujmuje w tej książce? Szczerość, poczucie humoru, a także przeświadczenie o dojrzałości, jakże charakterystyczne dla nastolatek. To, co zaskakuje w największym stopniu, to jednak fakt, iż powieść klasyfikowana jako literatura młodzieżowa, nie sprawia takiego wrażenia podczas lektury. Czyta się ją doskonale, jest słodko-gorzko, czasem smutno, a niekiedy zabawnie, zawsze jednak interesująco. Całość utrzymana jest w bardzo przyjemnym klimacie i nie sposób oderwać się słów Cassandry czy odmówić sobie kolejnej chwili z rodziną Mortmaine'ów. Interesująco wypada też charakterystyka głównej postaci, która na początku historii wydaje się być głupiutkim podlotkiem, a u końca mamy do czynienia z rozsądną, młodą kobietą.

Powieść Dodie Smith skłoniła mnie do refleksji - z czystym sumieniem poleciłabym książkę mamie, siostrze, ciotce, obawiam się jednak, że nie umiałabym jej podsunąć kilkunastoletniej kuzynce. Przy zalewie wampirzych i innych paranormalnych bohaterów, historia zwykłej dziewczyny opisującej losy swojej rodziny może się nie obronić, a nawet może zanudzić. Dzisiejsze nastolatki nie czytują już mojej ukochanego cyklu o  Ani czy Emilce autorstwa wspomnianej już L.M. Montgomery. Liryczne, nieco naiwne, lecz przede wszystkim proste powieści pokrywają się kurzem i odstraszają. I to spostrzeżenie mnie martwi, bo ja sama już dawno nie czułam się tak swojsko i  (niech stracę!) młodzieńczo, jak przy czytaniu powieści "Zdobywam zamek". To jest właśnie to niedookreślone coś, co uwielbiam w starych filmach i książkach - niewinność, czysta i niezdominowana cielesnością kobiecość, inteligencja, prostota i dbałość o szczegóły - wartości obecne bardzo retro w literaturze, szczególnie tej kierowanej do bardzo młodych kobiet. Ogromna szkoda, że teraz nie pisze się już w taki sposób. Ale ukłon w stronę osób, które wygrzebują takie perełki i je wydają. 

Uniwersalna opowieść, aktualna zarówno w latach 30., jak i dzisiaj. Świeża, interesująca i bystra bohaterka, prosta historia opowiedziana nieskomplikowanymi słowami. I właśnie to tworzy niesamowity klimat, który uwodzi, wciąga i nie pozwala się oderwać. Polecam bardzo - zarówno nastolatkom, jak i starszym siostrom i mamom. Fajnie jest wrócić do klimatów, jakie czytałam naście lat temu. 

Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydawnictwo Świat Książki 2013, s. 352.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

czwartek, 3 stycznia 2013

Hobbit, czyli tam i z powrotem - J.R.R. Tolkien (słów kilka o powieści i ekranizacji)



Idealny czas wybrałam sobie na odświeżenie "Hobbita". Po pierwsze - dzisiaj przypada rocznica urodzin autora, J.R.R. Tolkiena. Po kolejne - od paru dni mamy okazję oglądać na ekranach kin interpretację/ekranizację Petera Jacksona. No i po ostatnie - fajnie jest wracać po latach do lektur z dzieciństwa i sprawdzić, czy robią na nas nadal takie samo wrażenie.

Powieść raz pierwszy czytałam, kiedy byłam uczennicą szkoły podstawowej - uwierzcie mi, były to czasy bardzo już bliskie hobbitom ;). Powieść została pomyślana jako opowiastka dla młodszych czytelników i dokładnie tak czułam się i ja czytając ją - zarówno za pierwszym razem, jak i odświeżając po latach. "Hobbit" nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, jednak rozbudził zainteresowanie fantastyką. "Władca pierścieni" - to już jedna z moich ulubionych powieści i gdyby nie "Hobbit", pewnie nigdy bym po nią nie sięgnęła. Historia wędrującej drużyny, krasnoludów próbujących odzyskać swoje prawowite królestwo, podróż pełna przygód, potyczek, spotkań z magicznymi stworzeniami. Zawsze byłam fanką baśni, dlatego Śródziemie bardzo przypadło mi do serca. 

Odświeżając sobie powieść po długim czasie zauważyłam, że (ogromne niestety!) nie umiem wbić się już w naiwny sposób postrzegania świata, doszukuję się logiki, ciągu przyczynowo-skutkowego. Bardzo niedobrze, bo mimo, że powieść Tolkien od rzeczywistości wbrew pozorom aż tak bardzo oderwana nie jest, to jednak należy oczyścić umysł z "nowoczesnego", a przede wszystkim "dorosłego" postrzegania świata. Jednak baśniowość, mitologia Śródziemia, wprowadzenie w niesamowity świat wyobraźni Tolkiena - to dość oczywiste, ale moim zdaniem największe zalety tej powieści. Imponujące są drobiazgowość i perfekcjonizm z jakim Tolkien zbudował miejsce, w którym osadził akcję swoich powieści. Im więcej czytam o samym autorze, tym większe jest moje zdumienie i podziw dla jego erudycji.

Bagaż oczekiwań wobec ekranizacji Petera Jacksona miałam więc niemały. Niestety, bo byłam ostrzegana przez wielu, aby się absolutnie nie nastawiać. Nastawiłam się - że na kolana padnę, że olśni mnie i pokocham "Hobbita", że stanie się czymś więcej niż sentymentem z dzieciństwa. Tak się niestety nie stało, ale powiedzieć, że "Niezwykła podróż" jest filmem słabym to wierutne kłamstwo.

Nie będę oryginalna - uważałam, że rozbicie krótkiej powieści na trzy filmowe części, z których pierwsza trwa bez mała trzy godziny, to zbrodnia. Nie doceniłam jednak pomysłu reżysera. "Hobbit: Niezwykła podróż" nie jest, wbrew pozorom, ekranizacją, a raczej interpretacją uzupełnioną o wątki mitologiczne, o których mowa w innych powieściach Tolkiena. Być może to dość oczywiste, ale przyznam szczerze - zostałam tym zaskoczona. Pozytywnie. Szkoda jednak, że świetna fabuła została przykryta sporą warstwą efektów specjalnych. Ciekawych, imponujących, ale na mój (dość minimalistyczny w tym względzie) gust - kompletnie zbędnych. Owszem scena walki z goblinami oraz pojedynku kamiennych gigantów robią wrażenie. Jednak w opowieści Tolkiena, do której odwołuje się Jackson, nie były to wątki szczególnie eksponowane. Trzygodzinne bieganie za krasnoludami może naprawdę przyprawić widza o nie lada zmęczenie. A to dopiero początek tej wyprawy ...

O scenerii nie ma co za dużo mówić - cudowna, baśniowa, zapierająca dech w piersiach. Dobór aktorów - absolutnie doskonały. Sama bym pobiegła na koniec Endoru za Richardem Armitage grającym Thorina, króla krasnoludów, a Martin Freeman jako Bilbo Baggins jest tak prawdziwy, że zaczynam podejrzewać za innymi, że tak naprawdę jest hobbitem. Gromada krasnoludów jest kolorowa, rozrywkowa i tolkienowska do cna. Za piosenkami w powieści nie przepadam i omijam łukiem szerokim, w filmie brzmią jednak całkiem przyjemnie, a wykonanie "Over the Misty Mountain Cold" było nawet wzruszające.

Film jest majstersztykiem technicznym, jednak odnoszę wrażenie, że te właśnie aspekty przesłoniły fabułę. Powieściowy "Hobbit" to baśń, w której wygrywa się sprytem i siłą rozumu. U Jacksona trup ściele się gęsto, a doklejone wątki batalistyczne z orkami są zwyczajnie wypełniaczem, który mnie osobiście irytował. Były jednak momenty urocze, jak chociażby wprowadzenie postaci czarodzieja Radagasta Burego. Całość jednak sprawia wrażenie mrocznej, dużo bardziej mrocznej niż powieściowy pierwowzór Tolkiena. I to mnie, osobiście, rozczarowało. Naiwnie oczekiwałam takiej baśni, jaką przeczytałam - niezdarnego hobbita, który przysłowiowym psim swędem wychodzi z każdej opresji i ratuje drużynę krasnoludów. Baśni pragnęłam, a nie sensacyjnej pogoni za grupką krasnoludów przez pół tolkienowskiego świata.

Wniosek jest jeden. Iść na film i zapomnieć o książce, przeczytać książkę nie przywiązując się zbytnio do filmu. To dwa, jednak mocno niezależne twory. Peter Jackson miał prawo do takiej interpretacji, chociaż i tak wiadomo, że każdy kto przeczytał "Hobbita" wyobraził sobie to wszystko o wiele lepiej. Bo po prostu - inaczej. Zachęcam - zarówno do obejrzenia filmu, jak i przeczytania książki.

Kategoria: fantasy
Wydawnictwo AMBER 2011, s. 352.
Moja ocena: 4/6

niedziela, 23 grudnia 2012

Czytelniczka znakomita - Alan Bennett



Potrzebowałam czegoś lekkiego, zabawnego. Krótkiego! Takiej nieco bajeczki literackiej, niekoniecznie głębokiej. "Czytelniczka znakomita" od kilkunastu miesięcy znajdowała się na mojej liście "do przeczytania". Kiedy więc natrafiłam na audiobook nagrany na podstawie powieści, a na dodatek przeczytany przez Annę Seniuk, nie zastanawiałam się długo. 

Historia jest nieco banalna i żartobliwa - królowa angielska (w domyśle Elżbieta II) podczas spaceru natrafia na objazdową bibliotekę (swoją drogą - genialny pomysł!) - bardziej z grzeczności, niż z realnej potrzeby wypożycza książkę. Okazuje się, że właśnie odkryła w sobie pasję czytania, zaczyna więc pochłaniać lekturę za lekturą, poświęcając coraz mniej uwagi obowiązkom publicznym. 

Opowiastka jest mocno doprawiona żartem - nie jest to jednak komedyjka, w której będziemy zaśmiewać się do rozpuku. Elegancki, może nieco dostojny humor, na tyle jednak smakowity, że "Czytelniczka znakomita" okazała się doskonałym poprawiaczem nastroju. W nieco przerysowany sposób pokazuje jakim to utrapieniem dla "normalnych" ludzi są mole książkowe. Być może taka interpretacja narzuciła się samoistnie, dzięki lektorce, jednak pani Anna doskonale wczuła się w rolę narratora. Doskonała dykcja, dostojna i szykowna maniera głosu - audiobooka słucham z ogromną przyjemnością.

Sama królowa to nie tylko tytułowa czytelniczka znakomita, ale również bardzo wymagająca. Starałam się wynotować tytuły i autorów przezeń wymienianych (moja mała dewiacja książkowa ;) ), aby w późniejszym czasie i z nimi się zmierzyć. Jest to w głównej mierze literatura z kręgu anglosaskiego, raczej rzadko przekładana na język polski. Mimo to bardzo lubię takie przemycane przez autora polecanki - to w dość naturalny sposób poszerza krąg  moich zainteresowań czytelniczych. Co więcej, sama królowa w powieści zauważyła, że każda kolejna książka prowadziła ją do kilku kolejnych. Znam ten stan aż za dobrze - jak widać nie tylko moja lista pragnień czytelniczych puchnie niemal z dnia na dzień.

Jest to ten rodzaj literatury, który chyba lubię najbardziej, mianowicie książka o książkach. Lubię na kartach powieści odnajdować podobne zachowanie czytelnicze do moich - fajnie jest zdać sobie sprawę, że to, co moi bliscy i znajomi uznają za niezbyt zdrową fanaberię, jest uprawiane i przez innych czytaczy. Podobnie jak C.M. Dominguez w "Domie z papieru", tak i tutaj Alan Bennet opisuje wiele rytuałów czytelniczych. Nałogowi książkoholicy odnajdą wiele ze swoich zachowań. Autor, co prawda, traktuje nas nieco jako nieszkodliwych wariatów, ale to budujące, że ta nienormalność dopada nie tylko moją osobę.

Podsumowując - polecam wszystkim molom książkowym. W wersji papierowej to zapewne lektura na jedno popołudnie. Kilka ciekawych uwag dotyczących wariatów czytających, parę ciekawych refleksji dotyczących pisarzy, czytelników, doprawione humorem. Mała rzecz, a warta uwagi!

Kategoria: współczesna literatura angielska
Nagrane na podstawie edycji książkowej Media Rodzina 2009
czas nagrania: 3 godz. 53 min.
Moja ocena: 5/6

środa, 5 września 2012

Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro




Ishiguro chodził za mną od dawna. Czekał bardzo cierpliwie na swój moment. Jako, że nieoficjalnie realizuję wewnętrzny projekt pt. "Walczę z przeświadczeniem, że najdalej do książek z własnej półki" sukcesywnie sięgam po kolejne tytuły, który leżą, czekają, pokrywają się kurzem. Jeszcze gorsza sprawa dotyczy e-booków, jako, że zakurzenia tudzież zapleśnienia tych nie widać. Utkwiły biedaczki w folderze na dysku twardym i tyle je widać. 

Bardzo rzadko pomijam opis na okładce przed rozpoczęciem lektury. Wprowadzam się tym samym w klimat, nastawiam się, oczekuję. Kompletnym i ślepym trafem przy "Nie opuszczaj mnie" nie przeczytałam blurba. I chwała mi za to, bo (powtórzę) to, co poczynił wydawca w opisie na skalp zasługuje. Na całe szczęście nie pokusił się o  wyjaśnienie na czym owa antyutopia polega! Mówiąc krótko i bez zdradzania najważniejszych szczegółów fabuły - Kathy, wspomina swoje dzieciństwo, które spędziła w szkole z internatem, Heilsham. Jej najbliższymi przyjaciółmi byli Ruth i Tommy. Szkoła w której przebywali była dość nietypowa - ogromny nacisk kładło się w niej na tężyznę fizyczną oraz wszelkiej maści kreatywność. Mało mówiło się tutaj o rodzinach, na weekendy nikt nie wyjeżdżał do domu. Wszelkie rozmowy toczyły się wokół cielesności, jak również tajemniczych donacji, które czekały każdego wychowanka.


Najbardziej urzekła mnie atmosfera tajemniczości, swoistego zawieszenia - czytelnik mgliście podejrzewa o CO w tym wszystkim chodzi, jednak - podobnie jak wychowankowie Heilsham - nieco odsuwa od siebie tę wykreowana przez Ishiguro rzeczywistość. Narracja prowadzona jest spokojnie, w charakterze swobodnego gawędzenia. Jak zauważyli forumowicze Biblionetki - swoim stylem przypomina ona nieco zawiłości ludzkiej pamięci. Mnóstwo tu rozpoczętych, urwanych wątków, przerywanych kolejnymi dygresjami. Wprowadza to pewien chaos w narrację. Jest to jednak jeden z tych elementów, który tworzy atmosferę niedopowiedzeń i napięcia. Jednocześnie ze wspomnień Kathy wyziera nostalgia i melancholia. 


Szkoła,w której wychowuje się trójka bohaterów jest tajemniczym przybytkiem. Jedyne czego wymaga się od uczniów to sprawność fizyczna i zamiłowanie do jakiejkolwiek formy kreatywności. Najlepsze prace wychowanków są wybierane przez Madame, a następnie przeznaczone do Galerii. Warunki tam panujące są na tyle przyzwoite, że żaden z wychowanków nie odczuwa, jakby znajdował się w więzieniu. Niedopowiedzenia wokół tajemnicza donacja, do której każdy z nich jest przeznaczony sprawiają, że każdy drobiazg i niuans jest roztrząsany i przegadywany. Błahe, niemal nic nieznaczące sytuacje urastają do rangi problemów. Tommy - nieco odstający od reszty uczniów, postanawia nie tworzyć dzieł, buntuje się przed byciem kreatywnym. Jednak kiedy dowiaduje się, że uprawianie sztuki może spowodować przychylniejsze spojrzenie na jego osobę, a docelowo odroczyć donację o kilka lat - zaczyna tworzyć.


Najbardziej uderzyło mnie to, że żaden z wychowanków Heilsham nie zdecydował się na jakąkolwiek formę buntu przed przeznaczonym losem. Szkoła była, jak napisał ktoś na forum Biblionetki, więzieniem bez krat - stworzono ułudę wygodnego, normalnego życia. Nie zmieniało to jednak przeznaczenia uczniów tego "elitarnego" miejsca. Ishiguro w bezpośredni sposób pyta czytelnika o granice człowieczeństwa i to, co je definiuje? Czy posiadanie duszy to już bycie człowiekiem? Refleksja nad sobą i zainteresowanie sztuką - czy to właśnie to czyni nas ludźmi? Czy, abstrahując od wszystkiego, to wszystko nie sprowadza się do podążania określoną, z góry narzuconą ścieżką na którą nie mamy większego wpływu?


Niezmiernie trudno pisać o powieści, której najciekawszym elementem, jest ten który najbardziej zaskakuje i jednocześnie tym, którego nie można zdradzić. Niemniej jednak polecam gorąco tę powieść. Doskonale poprowadzona narracja, interesujący problem, mnóstwo pytań w głowie w trakcie lektury i jeszcze więcej po jej zakończeniu. Takie powieści są wręcz stworzone na potrzeby klubów dyskusyjnych. Polecam każdemu. Ku przestrodze  i do przemyśleń w którą stronę zmierza cywilizacja i jak daleko posuniemy się aby przeżyć...

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Wydawnictwo Albatros 2011, s. 320.
Biblionetka: 4,65/6
Lubimy czytać: 7,15/10
Moja ocena: 5/6

Książkę w formacie e-book przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Woblink.

poniedziałek, 3 września 2012

Wrześniowe dziewczynki - Maureen Lee




O tak! Kocham sagi! Kocham historie rodzin wielopokoleniowych, z wszystkimi smutkami, troskami, radościami, które temu towarzyszą. "Wrześniowe dziewczynki" kusiły mnie od dawna - linia stylistyczna okładki (piękna!), którą przyjęło wydawnictwo (w nawiązaniu do oryginałów angielskich) tak bardzo kusiła swoim dyskretnym, urokiem w klimacie retro, że miałam ogromną ochotę na spróbowanie pisarstwa Maureen Lee. Upolować jej powieść w bibliotece, to nie lada wyzwanie. Przychodzą jednak takie dni, kiedy książka sama znajdzie Ciebie.

Maureen Lee jest autorką niemal dwudziestu sag, zatem trafiłam chyba na jedną ze swoich ulubionych pisarek. Urodziła się i wychowywała w okolicach Liverpoolu, jako dziecko przeżyła bombardowanie tej części Anglii. Pisała od zawsze - rozpoczynała od krótkich historii, które później stały się kanwą dla pisanych z rozmachem powieści. Głównym tłem dla niemal wszystkich jej utworów jest II wojna światowa i wpisane w nią dzieje poszczególnych rodzin na przestrzeni lat. Podobnie jest w przypadku "Wrześniowych dziewczynek" - poznajemy dwie rodziny w kluczowych dla nich momentach. Brenna i Colm Carffrey przybywają do Liverpoolu za namową brata Colma - miał przygotować dla nich mieszkanie, chcieli rozpocząć nowe, odmienne od irlandzkiej biedy życie. Niestety - Paddy nie zjawia się w umówionym miejscu, rodzina musi więc poszukać mieszkania na własną rękę. Cały kłopot w tym, że Brenna jest w dziewiątym miesiącu ciąży, a ich dwaj synowie są na tyle mali, że z trudem znoszą podróż. Brenna przysiada w pewnym momencie poczuła skurcze i przysiadła na schodach przypadkowego domu. Ta chwila okazała się być znamienna dla dwóch rodzin. Brenna zostaje przygarnięta przez gosposię pracującą w domu, u którego progu się znalazła. Tego samego wieczoru pod tym samym dachem rodzą się dwie dziewczynki - Cara i Sybil. I tak oto losy rodziny Carrefrey i Allardyce połączyły się ze sobą - jak się później okazało - nierozerwalnie.


Niejednokrotnie zwracam uwagę, że trudno jest w literaturze napisać o czymś nowym - wszystkie elementy już wcześniej gdzieś występowały. Sztuką jest jednak połączyć je w taki sposób, aby primo - tworzyły zgrabną całość, secondo - zaciekawiły czytelnika. Maureen Lee wplątała swoich bohaterów w niemałe kłopoty - mamy wojnę, pijaństwo, hazard, zdrady, romanse, kalectwo. Nagromadzenie tylu nieszczęść może sugerować banał i naiwność fabuły. Nie jest to powieść wybitna, jednak M. Lee pisze w tak zgrabny, chwytający za serce sposób, że nie sposób oderwać się od jej powieści. W niedzielne południe usiadłam w fotelu, aby "chwilkę poczytać" i ocknęłam się kilka godzin później, zamykając przeczytaną książkę. Wiem doskonale, że nie jest to arcydzieło literackie, a raczej czytadło dla pań. Nie można jednak odmówić M. Lee świetnego pióra, interesujących postaci i zwrotów akcji.


Lubię sagi, lubię wchodzić w jakąś literacką rodzinę, poznawać ją, zżywać się z siostrami, braćmi etc. Maureen Lee pisze ciepło, przedstawia historię z punktu widzenia kobiety - dlatego tyle tu emocji czy wzruszeń. Bohaterowie są niemal żywi - tytułowe wrześniowe dziewczynki stworzone na zasadzie kontrastu, ich matki - Brenna i Eleanor, początkowo nieznoszące swojego towarzystwa, później stają się przyjaciółkami. Mężczyźni, którzy nie są idealni, gubią się, popełniają błędy. Okładka zapowiada cukierkową opowieść - nic bardziej mylnego. Nieszczęście ścieli się tu gęsto, ale wszystko nosi znamiona realizmu. Wszystko zapakowane w realia II wojny światowej w takich miejscach jak Liverpool czy Malta. Jaki jest finał - straciłam głowę dla tej powieści. Czyta się ją z podobnym zapałem z jakim zdarzało mi się słuchać starych opowieści o swojej rodzinie. Moją ukochaną postacią jest Nancy - ciepła kobieta, zaradna, niepozwalająca sobie na chwile słabości, ratująca każdego, kto wpadł w opresję. Doskonały portret!


Od bardzo dawna nie zostałam tak totalnie pochłonięta przez lekturę, że musiałam doczytać, zanim poszłam spać. Niemal nigdy nie zdarzyło mi się zapłakać nad książką - ostatnie strony "Wrześniowych dziewczynek" przeryczałam. No babsko ze mnie. Straszliwie fajna książka, doskonała zarówno na urlop, jak i jesienne popołudnie. Na pewno sięgnę po kolejne powieści Maureen Lee - pokochałam jej styl pisania, sposób tworzenia postaci i pomysły na fabułę. Jeśli szukacie powieści w której się zatracicie - "Wrześniowe dziewczynki" są idealne dla Was!


Kategoria: literatura współczesna zagraniczna

Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 472.
Biblionetka: 4,61/6
Lubimy czytać: 6,85/10
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 17 czerwca 2012

Rok 1984 - George Orwell



UWAGA - OPINIA ZAWIERA SPOILERY

Nie jestem pewna, czy dzieliłam się tym przemyśleniem na tymże blogu, ale często dopada mnie pewna refleksja - mam za mało czasu na czytanie, a co dopiero na czytanie książek po raz któryś z kolei. Szkoda, wielka szkoda, bo niektóre powieści powinno się odświeżać co pewien czas. "Rok 1984" Georga Orwella czytałam po raz pierwszy pewnie z dziesięć lat temu - jakoś jeszcze w liceum. Oprócz pewnych strzępów fabuły, pamiętam jedno - powieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i wpędziła mnie w swoisty pesymizm (z którego pewnie nieco we mnie zostało). Do rzeczy, do rzeczy ...

Mam wrażenie, że wśród czytających lub przeglądających ten blog nie znajdzie się chociaż jedna osoba, która "Roku 1984" nie czytała. O ile mała szansa jest, to chyba naprawdę nie ma osoby, która by o tej powieści nie słyszała. Streszczenie w kilku słowach - antyutopijna wizja totalitarnego świata widzianego oczyma Winstona Smitha. Świat,  w którym przyszło mu żyć podzielony jest pomiędzy trzy mocarstwa - Oceanię (której jest obywatelem), zajmującą tereny obu Ameryk, Wielkiej Brytanii, południowej Afryki, Australii oraz Oceanii, w której panuje ideologia angsocu. Przywództwo dzierży Partia pod wodzą Wielkiego Brata. Sojusznikiem/wrogiem (odpowiednie w danym czasie skreślić) są Eurazja oraz Wschódazja. Eurazja to z grubsza rzecz biorąc poszerzone tereny Związku Radzieckiego, gdzie szerzy się neobolszewizm, natomiast drugie mocarstwo to tereny Chin oraz pobliskich krajów, traktowane przez Oceanię jako możliwość nabycia taniej siły roboczej. 

W Oceanii panuje totalitaryzm zupełny - państwo kontroluje wszystkie obszary życia, nawet myśli bohaterów. W każdym z mieszkań zainstalowany jest teleekran, który służy do obserwowania i komunikowania się z ludnością. Obywatele poddawani się ciągłej inwigilacji - mikrofony zainstalowane są nawet w krzakach na bezludziu poza miastem. Nad ogólnym porządkiem czuwa Policja Myśli, gdyż człowieka może zdradzić wszystko - mówienie przez sen, bezwiedny tik, jakakolwiek czynność odbiegająca od normy, albo co gorsza myślenie. Myślozbrodnia jest bowiem najcięższym przestępstwem, jakie można popełnić. Osoba podejrzana jest zawsze winna, a kara może być tylko jedna - ewaporacja. Jest to wyższa forma unicestwienia, gdyż człowiek znika nie tylko fizycznie, ale również zostają zatarte wszelkie ślady jego istnienia (scena w Ministerstwie Pracy, kiedy to ewaporowany pracownik został usunięty z listy uczestników kółka szachowego). 

Społeczeństwo w Oceanii podzielone jest na trzy warstwy - najwyższa, najbardziej uprzywilejowana to Partia Wewnętrzna. Absolutna śmietanka, najważniejsi funkcjonariusze - mimo tego, że większość obywateli zdaje się nie wiedzieć, kto tak naprawdę do tej kasty należy. Stanowią raptem dwie setne wszystkich mieszkańców - oprócz "spożywczych" przywilejów, takich jak dostęp do lepszych produktów (prawdziwa kawa, alkohol, czekolada), mogą sobie pozwolić na wyłączanie teleekranów. Drugą, pod względem liczebności, grupą społeczną są niżsi funkcjonariusze partyjni. To oni pracują nad produkcją książek, filmów, słowników, prasy. Rozpoznać ich można po mundurach, nawiązujących do kombinezonów robotniczych. Najliczniejszą grupę stanowią prole, czyli proletariat. Nie są poddawani takim obostrzeniom, jak szeregowi członkowie partii - mogą poruszać się po kraju bez specjalnych pozwoleń, upijać się, w ich mieszkaniach nie są instalowane teleekrany. Są jednak uważani za podludzi.

W Oceanii dąży się do wyplenienia języka angielskiego i zastąpienia go nowomową. Jednym z jej osiągnięć jest redukcja zasobu słownictwa. Pozbawienie niepotrzebnych części mowy (takich jak chociażby przymiotniki czy przysłówki) ma lepiej oddawać ideę dwójmyślenia. Ma to być zdolność do jednoczesnego wyrażania dwóch odmiennych poglądów , co więcej - wierzenie w oba jednocześnie.

Podczas czytania, podobnie jak te kilka dobrych lat temu, stale towarzyszył mi rosnący niepokój. To, że historię poznajemy z perspektywy Winstona Smitha, nie ułatwia sprawy. Zwykły pracownik partii, wydaje się być ostatnim myślącym, buntującym się człowiekiem w Oceanii. Prowadzi pamiętnik, w którym ośmiela się pisać "Precz z Wielkim Bratem", spotyka się z kobietą i uprawia (zabroniony w Oceanii) z nią seks. Co gorsza, obydwoje czerpią z tego przyjemność. Przez większą część powieści mocno kibicowałam Winstonowi, aby w tym świecie przepełnionym beznadzieją, monotonią i bylejakością zwyciężył, chociażby wewnętrznie. Ostatni rozdział powieści zburzył jednak moje nadzieje, a ostatnie zdanie powieści sprawiło, że mentalnie i fizycznie opadły mi ręce. Bohater ponosi moralną porażkę - Partia zmusiła go nie tylko do zdradzenia wszystkich, których znał, ale wyparcia się osoby, której kochał, a także zmiany myślenia. 

Orwell opublikował powieść w 1949 roku - wtedy już świat był po doświadczeniach nazizmu, bolszewizmu czy komunizmu w ZSRR. Cały czas jednak był przed Koreą Północną i innymi reżimami. Świat Wielkiego Brata nadal istnieje. George Orwell napisał "Rok 1984" pod wpływem wydarzeń, jakich był świadkiem podczas wojny domowej w Hiszpanii, sporo jednak inspiracji przyniosły doniesienia ze Związku Radzieckiego. Slogan "2+2=5" pochodził właśnie stamtąd i miał być matematyczną ilustracją, by niemożliwe stało się możliwe - i w cztery lata osiągnąć zamierzenia planu pięcioletniego. Ciągłe zmiany sojuszów w Oceanii - w jednym tygodniu wrogiem była Wschódazja i wojna z nią toczona była od zawsze, aby w kolejnym stała się sojusznikiem. Wiązało się to z ciągłą ingerencją w przeszłość - należało przecież skorygować wszelkie wzmianki w prasie, literaturze, radiu i telewizji. Podobnie miała się sytuacja w Związku Radzieckim, kiedy to należało z dnia na dzień przemianować sojusznika, jakim była III Rzesza, na wroga, z którym należy walczyć do ostatniej kropli krwi. Sam Wielki Brat z twarzy wydaje się być podobny do Józefa Stalina. Opisy tortur stosowanych przez Ministerstwo Miłości są bardzo tożsame z działaniami NKWD, która z kolei mogła być pierwowzorem dla Policji Myśli. Szczególnie znamienny jest wątek zdjęcia z trzema towarzyszami. Winston Smith pewnego dnia w pracy przypadkowo otrzymuje wycinek z gazety, gdzie na zdjęciu widnieją ewaporowani towarzysze. Staje się to dla niego dowód na istnienie przeszłości, gdyż później to zdjęcie było modyfikowane. Podobny zabieg miał miejsce w ZSRR w czasie czystki stalinowskiej - najsłynniejsze jest zdjęcie z Nikołajem Jeżowem. Kiedy został on rozkazem Józefa Stalina zgładzony - usunięto go ze zdjęć, na których widniał w towarzystwie Wodza.


Powieść zmusza do myślenia. Nie jest łatwa, mimo, że czyta się ją bardzo dobrze. Ogromnie obciąża jednak umysł - próba ułożenia sobie w głowie tego, nie do końca niemożliwego świata, przytłacza. Ideały tutaj nie istnieją, nie ma dobrego, pozytywnego zakończenia. Kiedy dociera się do jakiegokolwiek człowieka na poziomie najniższych instynktów - znikają miłość i inne wartości. Strach tylko on zdaje się być prawdziwy, naturalny. George Orwell stawia hipotezę, w której łamie przekonanie, że ludzie są czymś więcej niż kłębkiem instynktów. Czy tak naprawdę jesteśmy niezdolni do trwałych, wyższych uczuć takich jak oddanie, przyjaźń czy miłość? W końcu i ona tutaj przegrywa - w kulminacyjnym momencie powieści Julia i Winston spotykają się i okazuje się, że miłości, która zdawała się trzymać Winstona przy człowieczeństwie, już nie ma. Umknęła w momencie zdrady drugiej osoby celem uratowania własnej skóry. Niezmiernie smutny fragment, który wbił mnie czytelniczo w fotel. Nie pamiętałam go z poprzedniego "czytania" - widocznie byłam zbyt młoda i doświadczona, aby ten fragment zrobił na mnie wrażenie.

Powieść absolutnie doskonała. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i literackiej. Wielowarstwowa, uniwersalna, ponadczasowa. Nadal pozostaje jedną z ulubionych powieści. Nabrałam ochoty na więcej Orwella. Absolutny i totalny "must read".

Kategoria: współczesna literatura piękna
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA 2008, s. 360.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 8,08/10 
Moja ocena: 6/6

sobota, 21 stycznia 2012

Anioł panny Garnet - Salley Vickers




Nie pamiętam już jak książka znalazła się na mojej liście do przeczytania. Być może ze względu na Wenecję, którą darzę sporym sentymentem? Jedno jest pewne - gdybym przypadkowo trafiła na tę książkę w księgarni czy bibliotece chyba bym jej nie wybrała? Dlaczego została więc przeze mnie przeczytana? Przyczyna jest prozaiczna. Postawiłam sobie cel, deklarując wyzwanie przed samą sobą, że będę wypożyczać z biblioteki książki, które znajdują się u mnie na półce "Chcę przeczytać" w serwisie Lubimyczytac.pl. Alfabetycznie. W miarę dostępności. Dlatego zapewne misz-masz, jaki Wam zafunduję w najbliższym czasie może być mylący. ALE! I po wtóre - ale, absolutnie nie żałuję. Bo udało się przeczytać kolejną, bardzo fajną książkę.

Julia Garnet, emerytowana nauczycielka historii, postanawia odpocząć od angielskiego, sielskiego życia i funduje sobie półroczne wakacje we Włoszech. W Italii nietrudno o miejsce niezwykłe, ale chyba nikt nie zarzuci mi, że Wenecja to miasto niezwykłe. Julia, osoba niezwykle zamknięta i raczej nieufna wobec nieznajomych, poznaje podczas swojego pobytu wiele niezwykłych osób, które zmieniają ją. Jak się nietrudno domyślić - nie do poznania. Począwszy od spotkania z małżeństwem Kanadyjczyków, poprzez poznanie małego Włocha - Nicco, którego Julia uczy języka angielskiego, skończywszy na przystojnym, nieco starszym Carlo, który uczy ją Wenecji. Najważniejszym przewodnikiem dla Julii miał być paradoksalnie wielebny Martin Crystal, autor "Wenecji dla historyków". Paradoksalnie, gdyż panna Garnet przez całe życie była zdeklarowaną komunistką. Takich ironicznych szczegółów w historii nie brakuje, co naprawdę dodaje jej smaku. Książka zostaje jednak zgubiona w którymś z kościołów, więc Julia zmuszona jest zwiedzać Wenecję instynktownie. I tak trafia do Kaplicy Czasów Zarazy, miejsca osnutego tajemnicą i tragiczną historią sprzed wieków. Malowidła w kaplicy są odnawiane przez angielskich bliźniaków - Toby'ego i Sarah. 

Równocześnie do współczesnej historii Julii, toczy się opowieść o Tobiaszu. Dzieje Tobiasza zostały opisane w jednej z apokryficznych ksiąg biblijnych (według autorki apokryficznych dla katolicyzmu, a już nie dla protestantów) - jego ojciec został wzięty do asyryjskiej niewoli. Wysłał syna do dalekiego miasta celem odzyskania długu. Jako towarzysza podróży wyznaczono Azariasza. W trakcie wędrówki okazało się, że celowo zboczyli do miasta Ragaj, gdzie mieszka kuzyn ojca, którego córką jest piękna Sara, którą Tobiasz miał pojąć za żonę. Miał jednak wyjątkowego pecha, gdyż dziewczyna została opętana przez demona, który zabijał każdego, kto próbował z nią współżyć. Tobiasz będzie musiał stoczyć walkę z demonem ...

Bez pobieżnego nakreślenia fabuły moja opinia o powieści nie byłaby kompletna. Autorka spory nacisk kładła na narrację - zarówno historia Julii, jak i Tobiasza referowana jest przez samych bohaterów. Fantastycznie wprowadza to w główne przesłanie książki. Być może zabrzmi to banalnie, ale zapewniam - powieść w żadnym miejscu nie ociera się o banał. Z perspektywy głównej bohaterki pokazana jest jej metamorfoza - z nieśmiałej, podstarzałej, myślącej mocno stereotypowo i kompletnie odciętej od swojej kobiecości belferki przemienia się w kobietę, która nie boi się zmian, nowych wyzwań, otwiera się na odważniejsze kwestie. Odkrywa, że świat i ludzie nie zawsze muszą być tacy, za jakich ich początkowo uważała. 

To również opowieść o sile interpretacji. To motyw, który stale powraca - zarówno w opowieści z czasów biblijnych, jak i współczesnej historii. Autorka pyta ustami bohaterów jak oceniamy świat dookoła nas? Czy zawsze należy wierzyć we wszystko co widzimy? Czy mit może być prawdą i odwrotnie? Popełnię teraz truizm, ale Salley Vickers udowadnia, że wszystko może wyglądać inaczej z odmiennej perspektywy.

To piękna, ciepła, spokojna historia o tym, że warto podążać za głosem swojego serca. Jako, że akcja rozgrywa się głównie w Wenecji - nie zabraknie pięknych opisów tego niezwykłego miasta. Moim zdaniem historia biblijnego Tobiasza jest najciekawszym fragmentem i najmocniejszą stronę "Anioła panny Garnet", ale wynika to pewnie z mojego skrzywienia na Wschód. Niemniej - książkę polecam. Więcej takich powieści z pomysłem na bohaterów i fabułę. 

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2003, s. 296. 
Biblionetka: 4,05/6
Moja ocena: 4/6

wtorek, 10 stycznia 2012

Spacer po szczęście - Lucy Dillon




Już kilkukrotnie zwracałam uwagę i wylewałam swój żal oraz pretensje na temat okładkowych opisów. Czasem mam wrażenie, że osoby przygotowujące owe robią na złość nam Czytelnikom. Byle napisać, byle sklecić parę banalnych zdań, żeby było. Uogólniam teraz pewnie mocno, bo owszem - zdarzają się dobre opisy okładkowe. Jednak krzywda wymierzona w "Spacer po szczęście" jest niemal niepomierna. Po paru zdaniach mamy wrażenie, że oto w naszych rękach znalazł się mocno naiwny i przygłupawy romans o Juliet, wyprowadzaczce psów. Nie twierdzę, że oto powstało wybitne dzieło. To jest czytadło i żaden opis by tego nie zmienił. Ale to bardzo pozytywne, motywujące i ciepłe czytadło.

Jest Juliet, trzydziestoparoletnia wdowa. Jej mąż, Ben, zmarł nagle - wybiegł z domu po ich kłótni i już nigdy nie wrócił. Juliet spędza dzień za dniem w niedokończonym, kupionym wspólnie domu, rozmawiając z psem - terierem Mintonem i nie dopuszczając do siebie myśli, że jej życie będzie mogło jeszcze kiedykolwiek wyglądać normalnie. Jej matka, postanawia wyciągnąć ją z domu, powierzając suczkę Coco - nieco otyłą i leniwą labradorkę. Nieco później do gromadki dołącza nadpobudliwy jamnik Hector. I tak oto, kilka razy w tygodniu Juliet musi wyjść z domu, aby spacerować z psiakami. W międzyczasie przyjaciel sąsiadów pomaga jej podjąć decyzję o wyremontowaniu domu. I tak oto Juliet, powoli wraca do normalnego życia. 

Nie chciałabym zdradzać zbyt wielu wątków, co by nie popsuć przyjemności z czytania. Powieść jest niezwykle ciepła, optymistyczna i w lekki sposób pokazuje jak wrócić do normalności po trudnych przeżyciach. Jak budować swoją nową rzeczywistość dzień po dniu, krok po kroku. Bez zbędnych i dramatycznych rewolucji. Tak po prostu. Owszem, momentami trąca banałem i ckliwym romansem, ale jej wydźwięk jest tak niezwykle pozytywny, że nie sposób nie ulec jej czarowi.

To książka również dla psiarzy (do których i ja należę). To, że ze swoim psem rozmawia się jak z człowiekiem, nie powinno nikogo dziwić. Nie rozumie tego tylko ten, co sam psa nie ma. To, że psy są w swojej miłości i oddaniu bezwarunkowe - też wiemy. W momentach kiedy jest źle, to pies będzie leżał obok Ciebie i swoim ciepłym ciałem dodawał otuchy. "Spacer po szczęście" to również piękna historia o psach, które budują więź ze swoimi właścicielami i niejednokrotnie pokazują, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ich nieograniczona wdzięczność za wyprowadzenie na spacer czy zabawy z piłką potrafią doskonale odstresować.  

"Spacer po szczęście" jest również fajnym przesłaniem dla tych, którzy uważają, że ich życie będzie perfekcyjne tylko wtedy, jeśli każdy element będzie idealny i bez rysy. Postać Louise, starszej siostry Juliet, pokazuje, że każdy ma prawo do błędów, bycia nieidealną matką, żoną, pracownikiem. Czasem należy wziąć urlop od bycia doskonałym i skupić się na tym, co jest dla nas najważniejsze. Ciekawy wątek, bardzo ludzki, ale podobnie jak historia Juliet rozwiązany pozytywnie.

Powieść jest mocno terapeutyczna. W moim rozumieniu powinny po nią sięgnąć osoby, którym wydaje się, że stanęły w takim punkcie życia, że nic nie drgnie ani o centymetr. Bez szalonej rewolucji, metodą drobnych kroczków można odczarować złą passę czy też depresję. Ze zwierzakiem łatwiej, ale z nim dużo przyjemniej. Będę szczera - jestem pod sporym wrażeniem tej historii, bo nastawiałam się na mękę z miałkim romansem o przewidywalnym zaskoczeniu, a zostałam wtłoczono w bardzo fajną obyczajową historię. Z psiakami w tle. Oczywiście, że nie jest to powieść wybitna. Jednak wprowadza w tak pozytywny nastrój, że nie sposób nie powiedzieć o niej "jaka fajna książka!". 

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011, s. 400
Biblionetka: 4,83/6
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

niedziela, 11 grudnia 2011

Dom jedwabny - Anthony Horowitz




Czy będzie wstydliwym wyznaniem, jeśli przyznam się, że nigdy nie czytałam przygód Sherlocka Holmesa pióra sir Arthura Conan Doyle'a? Mam nadzieję, że nie. Po przeczytaniu "Domu jedwabnego", który jest próbą naśladowania, muszę (!) stwierdzić jedno - jeśli to ma być marna podróbka, to moje czoło właśnie osiągnęło poziom podłogi. Panie i Panowie - chapeau bas!

Holmes i Watson spotykają się ponownie po długiej przerwie w ich detektywistycznej karierze. Z pozoru błaha i prosta sprawa komplikuje się ze wszech miar. Poszlaki, które wydawały się nie mieć żadnego związku - łączą się w nierozerwalną więź i skutkują nielichym skandalem. Trudno jest mi zdradzić cokolwiek poza tym, co można przeczytać na okładce. Gdybym to zrobiła (a kusi mnie nie lada!) - sporą czytelniczą zbrodnię miałabym na sumieniu. 

Doskonała jest dbałość o język i autentyczność historyczna. Gdyby nie informacja o autorze umieszczona na obwolucie, nie uwierzyłabym, że powieść została wydana w tym roku przez scenarzystę seriali o Herculesie Poirot (postać literacka, którą darzę niemałą sympatią). Przygotowania, jakie poczynił autor - chylę czoła. Zostałam od pierwszej stronie brutalnie wtłoczona w Londyn u schyłku XIX wieku. Miasto, które niewiele różniło się brutalnością i poziomem przestępczości od dzisiejszych miast europejskich. Dołóżcie do tego mistrza łamigłówek detektywistycznych z jego niebywałą spostrzegawczością oraz jego wiernego kompana - wpadacie w ten świat niczym śliwka w przysłowiowy świąteczny poncz. Mnie urzekają szczególnie fantastycznie puentowane rozmowy dwojga przyjaciół, jak również "brytyjskość" wyzierająca ze stron. Jestem umiarkowaną brytofilką, jednakowoż opisy sączenia herbaty i charakterystyki postaci, usatysfakcjonowały mnie zupełnie.

Akcja toczy się wartko, przez ostatnie 200 stron (a warto wspomnieć, że "Dom jedwabny" liczy ich 304) nie byłam w stanie oderwać się od lektury. A to zdecydowanie (za) rzadko mi się zdarza. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to dzieło wybitne, ani niezapomniane, jeśli weźmiemy pod uwagę warstwę literacką. Jednak jako rozrywka weekendowo-świąteczna - jest książką niemal idealną. Intryga, która się pętli i zakręca, szalone i nierzadko niedorzeczne pomysły Sherlocka, napięcie, które towarzyszy niemal do końca - to zdecydowane atuty tej powieści. Co na minus? Ostateczne wyjaśnienie dręczących kwestii - tu już żyłka wytrzymałości czytelniczej została niebezpiecznie napięta. Tak to bywa, kiedy zbyt wiele wątków nałoży się na siebie i jakoś trzeba je rozwikłać. Na szczęście - autor zrobił to umiarkowanie topornie i można mu uwierzyć. Z lekkim oka przymrużeniem.

Jeśli poszukujecie prezentu dla osoby, która lubi poczytać powieść kryminalizującą w starym, dobrym stylu, osoby, która kocha kryminały Agathy Christie i jest pod urokiem postaci Herculesa Poirot - ta książka może się okazać strzałem w mocną ósemkę. Polecam, jako idealny odstresowywacz i umilacz czasu. Dobra intryga, umiarkowanie trudna do rozwikłania, napisana poprawnym językiem i osadzona w XIX-wiecznym Londynie jako lektura na zimowe wieczory sprawdzi się na pewno.

Kategoria: kryminał
Dom Wydawniczy REBIS 2011, s. 304
Biblionetka: 5,43/6
Lubimy czytać: 7,75/10
Moja ocena: 5-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego REBIS

środa, 25 maja 2011

Bohaterka pustyni - Donya Al-Nahi




Jak trudna może być różnica kulturowa pomiędzy osobą z Zachodu a osobą ze świata islamu wiem aż za dobrze. Na szczęście jednak nie musiałam stawić czoła takim problemom z jakimi walczyła autorka książki "Bohaterka pustyni".
Książka jest właściwie autobiografią napisaną przy współudziale Andrew Croftsa. Donya, posługująca się pseudonimem "Dee" bezinteresownie (!!!) pomaga kobietom - Brytyjkom odzyskiwać dzieci wykradzione przez ich muzułmańskich mężów. Kobieta jest Angielką z pochodzenia, muzułmanką z wyboru. Wielokrotnie była związana z mężczyznami pochodzenia arabskiego, jej pierwszy mąż był Cypryjczykiem, drugi natomiast Irakijczykiem. Znała język arabski, orientowała się w kulturze islamu. W "Bohaterce ..." relacjonuje ona akcje odbijania dzieci. Pierwsze "porwanie" było wynikiem zupełnie przypadkowego spotkania z kobietą na przystanku autobusowym, która opowiedziała jej swoją historię. Donya poruszona jej opowieścią i oburzona faktem odebrania jej dziecka postanawia po prostu pomóc.
Scenariusz porywania dzieci przez muzułmańskich mężów był podobny - kobiety mieszkały z nimi na terenie Wielkiej Brytanii, wydawałoby się że zdążyli już oni okrzepnąć w zachodniej kulturze, aż zaczęli tęsknić za swoim krajem. Ponadto dochodzili do wniosku, że wychowanie dzieci w kulturze Zachodu jest na tyle niebezpieczne i niemoralne, że najlepszym rozwiązaniem będzie oddać dzieci na wychowanie swoim matkom czy siostrom w ojczyźnie. Dzieci porywano najczęściej ze szkoły, wywożono w ciągu kilku godzin na Bliski Wschód i słuch po nich zaginął. Piszę o tym troszkę reportersko, ale samo wyobrażenie sobie takiej sytuacji powoduje, że skóra mi cierpnie. Moja wyobraźnia tego po prostu nie ogarnia. 
Bohatera książki spontanicznie zaczyna pomagać takim kobietom. Opisując swoje "przygody" ma się wrażenie, że jej determinacja sprawia, że los po prostu staje po jej stronie. Niejednokrotnie podkreślała, że rozumie iż jej postępowanie może sprawiać wrażenie dwuznacznego moralnie. Obstawała jednak twardo przy twierdzeniu, że dziecko musi wychowywać się z matką. Kilkukrotnie okazywało się jednak, że nie zawsze bezwarunkowe w jej mniemaniu prawo macierzyństwa jest słuszne i dobre dla dziecka. 
Książka napisana jest prostym językiem, porusza ważny wątek relacji muzułmańsko-zachodnich, mianowicie totalnego wzajemnego niezrozumienia. Kobiety z krajów zachodnich nie rozumieją, że swoim "normalnym" zachowaniem gorszą muzułmanów, a ich początkowa fascynacja po pewnym czasie przemienia się w obrzydzenie, a nawet pogardę. Jest to swoiste uproszczenie, ale ... z grubsza tak to się mniej więcej prezentuje. Rodzina w islamie jest bardzo ważna, najważniejsza. I kobiety są tam traktowane z szacunkiem (piszę o islamie w wydaniu łagodnym) - kobiety starsze - matki, babcie to osoby z których zdaniem liczy się absolutnie każdy mężczyzna. Ale musi to być kobieta wyznania muzułmańskiego i kobieta która "szanuje się" w rozumieniu islamu. 
Jestem pełna podziwu dla bohaterki za jej determinację i bezinteresowność. Momentami drażniła mnie jej naiwność i ... nieprzemyślane podejście do podejmowanych działań. Jej "odbijanie" dzieci było momentami tak spontaniczne, że chyba sam Allah czuwał nad tym, że akcje kończyły się dobrze. Niejednokrotnie narażała się na niebezpieczeństwo (strzelaniny, aresztowania), a mimo to pomagała innym kobietom.
Paradoksalnie, spotkał ją ten sam los. Jej drugi mąż, Mahmud, który w trakcie jej ekspedycji opiekował się ich czwórką dzieci (najstarszy syn pochodził z jej pierwszego małżeństwa z Cypryjczykiem), nie sprostał napięciu i szumowi, jaki zapanował wokół żony. Dodatkowym impulsem były wydarzenia 11 września 2001 r., jak i późniejsza okupacja Iraku. Dwójka synów została porwana przez Mahmuda. Te wydarzenia zostały opisane w książce "Oddaj mi dzieci", którą zamierzam przeczytać (kiedyś). 
Książkę polecam z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że warto ją przeczytać dla samej historii. Bezinteresowność w imię fundamentalnych praw - to coś co musi być "w modzie" zawsze. Trzeba to nagłaśniać i trzeba to pochwalać. Drugi powód - dziewczyny, które są w związkach z facetami-muzułmanami, warto żeby poświęciły swój czas na takie lektury. Jasna sprawa - nie każdy facet wywiezie dzieci, ale ... Donya Al-Nahi poruszyła ważną kwestię jaką jest przepaść dzieląca nasze zupełnie odmienne kultury. Nie da się tego zignorować czy zagłuszyć w sobie - a lepiej zdać sobie z tego sprawę czytając losy prawdziwych osób niż na własnej skórze. Książkę polecam i gorąco zachęcam do jej przeczytania. 

Kategoria: literatura faktu
Wydawnictwo Muza 2004, s. 256
Biblionetka: 4,22/6
Moja ocena: 4/6

czwartek, 14 kwietnia 2011

Jeden dzień - David Nicholls





Czy ktokolwiek z Was miał kiedyś bratnią duszę do której mógł zadzwonić o każdej porze dnia czy nocy? Której chcielibyście zwierzyć się jako pierwszej ze swoich sukcesów, ale i zryczeć się kiedy upadacie? Która starała się zrozumieć Wasze zachowanie jakkolwiek by głupie nie było? Macie? Bo ja mam. I być może dlatego "Jeden dzień", bardzo ale to bardzo mi się podobał.
Historia dwojga znajomych ze studiów, którzy w ich trakcie nie zamienili ze sobą słowa. Spędzają ze sobą noc po rozdaniu dyplomów, właściwie to ją przegadują i następnego dnia każde idzie w swoją stronę. Autor zastosował ciekawy trik - przedstawia dalsze losy dwojga przyjaciół w dniu 15 lipca. Dlaczego akurat tego dnia? W Anglii ten dzień obchodzony jest jako dzień świętego Swithina i tradycja każe wierzyć, że warunki pogodowe panujące tego dnia utrzymają się przez kolejnych czterdzieści. I stąd właśnie ciekawy zabieg - pierwszy 15. lipca Emmy i Dextera ma być wróżbą na ich kolejne lata.
Jaka jest ich przyjaźń? Czasami trudna, wymagająca wzajemnego zrozumienia. Nie są cukierkową parą rodem z romantycznych komedii. Nie szczędzą sobie gorzkich słów, ale i wspierają się w trudnych momentach. Autor nie stosuje banalnych rozwiązań. Nie zdradzę oczywiście zakończenia (choć korci mnie małe porównanie), ALE! autor nawiązał do jednego z moich ulubionych filmów.
Książkę czyta się bardzo sprawnie - dialogi są błyskotliwe, ironiczne, co ja zwierzę szyderczo autoironiczne bardzo sobie cenię. Sposób prowadzenia rozmowy głównych bohaterów buduje intymną atmosferę - jako czytelnica czułam, że Em i Dex są ze sobą bardzo bardzo blisko. Postaci nie są papierowe, na okładce pojawił się slogan: "Odkładając tę książkę, masz niesamowite wrażenie, że znasz jej bohaterów jak najlepszych przyjaciół"* - i te słowa są prawdziwe. Zamykając książkę czułam ogromny niedosyt i byłam wściekła na autora. Że już koniec. Więcej, więcej takich książek.
Dla bibliofila (stosikoholika, książkoholika) już sama okładka jest ucztą. Namacałam się, nagłaskałam zanim rozpoczęłam czytać. Nie doszukałam się niestety informacji kto taką piekną okładkę popełnił, ale jest urzekająca i jestem przekonana, że skusi wielu. I w tym przypadku - okładka książkę czyni.
Podsumowując, bo tak jakoś mało konkretnie się wyrażam. Polecam! To okropne słowo, ale ta książka jest po prostu bardzo fajna. Jest lekka i nielekka, bo czyta się szybko, ale i zmusza do refleksji. Czasem boimy się konfrontacji z tym co czujemy do kogoś nam bliskiego, czasem zbyt późno sobie uświadamiamy jak ta osoba jest dla nas ważna. A czasem potrafimy się tak mijać i nigdy czas nie jest odpowiedni (tak, tak - prywata :p). Rzekomo (przy wszystkich wzmiankach o książce pojawia się ta informacja, więc i ja się nie wymigam) - przygotowywana jest ekranizacja książki z Anne Hathaway i Jimem Sturgessem (którego kocham za rolę w "Across the Universe" i brytolski wygląd). Ciekawa jestem strasznie tego filmu, a najbardziej ścieżki dźwiękowej. Główna bohaterka wzruszyła mnie pewnym gestem (czy to jest gest?) - nagrywała Dexterowi kasety z ważnymi dla niej piosenkami. Strasznie fajny i jakże mi znajomy zwyczaj.

*Jonathan Coe


Kategoria: Literatura piękna współczesna zagraniczna
Świat Książki 2011, s. 448
Biblionetka: 4,68/6
Lubimy czytać4,22/5
Moja ocena: 5+/6


Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC