Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka publiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka publiczna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2013

Księga Diny - Herbjorg Wassmo



Oczekiwania wobec "Księgi Diny" miałam ogromne. Wielomiesięczne poszukiwanie książki w bibliotekach, jej zawrotne ceny na Allegro, histerycznie pochwalne opinie na blogach. Mogło być albo bardzo dobrze, albo wręcz przeciwnie. W moim przypadku okazało się niestety, że wychwalana pod niebiosa powieść kompletnie nie trafiła w mój gust.

Porównywana do "Wojny i pokoju" czy "Przeminęło z wiatrem" książka została już zaliczona do kanonu literatury. To dla mnie dość zaskakujące, bo gdyby nie sława blogowa, trudno byłoby się na nią natknąć, a co dopiero zainteresować. Historia nie jest nawet oryginalna - to dość klasyczna saga z mocno zarysowaną główną bohaterką. Dinę poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę, która niechcący powoduje nieszczęśliwy wypadek w wyniku którego ginie jej matka. To wydarzenie determinuje jej dalsze losy, jako że odrzucona przez ojca, będzie wychowywana przez las i naturę. Poczucie winy za śmierć matki powoduje, że staje się to jej obsesją i żyje w nieustannym poczuciu winy. 

Zaskakująco pozytywny jest portret charakterologiczny Diny - to zdecydowanie nietuzinkowa postać o mocnej osobowości. Wydaje się być doskonałym przykładem dla wszelkich prezentacji maturalnych dotyczących kobiet w literaturze. Jest bardzo specyficzną bohaterką, nieco dziwną i tajemniczą, zamkniętą w sobie, mająca nadprzyrodzone moce (lub po prostu problemy z psychiką). Dina bywa w swoim zachowaniu nieco psychopatyczna, budzi tym niepokój. Jest nieokrzesana i nieokiełznana, niezależna i niebywale uparta. Z takimi cechami wydaje się być jednak nieco odrealniona, biorąc pod uwagę, że fabuła została osadzona w XIX wieku - feminizm w tym wydaniu sprawia wrażenie mało prawdopodobnego. Dina w kraju silnych i brutalnych mężczyzn wydaje się być oderwana od rzeczywistości.

Miałam problemy z płynnym czytaniem tej powieści. Właściwie byle drobiazg był w stanie mnie od niej oderwać - poszarpana narracja, przeplatana dziwnymi monologami Diny, sporo opisów przyrody, dużo niepotrzebnej dłużyzny - to wszystko sprawiało, że przyjemność z czytania miałam nikłą. Gdyby nie moja (niemal maniakalna) przyzwoitość czytelnicza, przysięgam, że nie dotrwałabym do końca. Zbyt spokojne tempo, bywało, że niemiłosiernie nudne fragmenty działały niczym najmocniejsza tabletka nasenna. Powieść bardzo przypominała mi "A lasy wiecznie śpiewają", jednak o ile tam było w miarę przyzwoicie i do zniesienia, o tyle tutaj autentycznie zmuszałam się do czytania. 

Długo dojrzewałam do napisania tej opinii, zastanawiałam się czy to, że czytałam powieść bardzo długo mogło mieć wpływ na mój odbiór. Starałam się znaleźć jak najwięcej elementów, które zrobiły na mnie wrażenie czy się spodobały. Historia Diny jest jednak jedną z najbardziej kiepskich i nudnych powieści jakie czytałam kiedykolwiek. I doprawdy nie rozumiem, o co tyle szumu i skąd te horrendalne kwoty, jakie osiąga książka na aukcjach internetowych. I przyznaję rację Kotu - życie jest za krótkie na kiepskie książki. 

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo MUZA 1999, s. 640.
Moja ocena: 2+/6

niedziela, 30 grudnia 2012

Opowieści starego Kairu - Nadżib Mahfuz



Dlaczego ja tak długo zwlekałam z przeczytaniem Nadżiba Mahfuza? Przy całym moim uwielbieniu dla kultury islamu, Egipt nie wzbudza moich ciepłych uczuć. Pisałam już o tym przy okazji wspomnień Jarosława Kreta, jednak noblistom się nie odmawia. W grudniowe, świąteczne dni na warsztat wzięłam pierwszy tom trylogii kairskiej opatrzony dość niezgrabnym polskim tytułem. Co, jak i dlaczego - o tym w poniższej opinii.

Nadżib Mahfuz to jedyny egipski laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Praktycznie nie był znany poza granicami swojego kraju, aż do 1988 roku, kiedy to został uhonorowany przez kapitułę najbardziej prestiżowej nagrody literackiej. Niejednokrotnie określany mianem egipskiego Balzaka, jako, że w swoich powieściach przedstawia postacie wraz z ich dylematami na tle życia dużego miasta, targanego rewolucjami i wstrząsami. Mimo ogromnej popularności w świecie arabskim, w ojczyźnie był krytykowany - głównie za poglądy polityczne. 

Akcja pierwszego tom trylogii rozgrywa się tuż pod koniec I wojny światowej. Wydarzenia w Egipcie podczas rewolucji 1919 roku poznajemy z perspektywy rodziny al-Dżawwadów. Jej przysłowiową głową i autentycznym panem jest As-Sajjid Ahmad, kupiec wywodzący się ze średniej warstwy społecznej. Ponad wszystko ceni sobie wygodne życie i wieczorne rozrywki. Za dnia kupiec i srogi, nieznoszący sprzeciwu rodziny ojciec, nocami bon vivant, koneser kobiecego piękna i trunków. Pod jego tyranią pozostaje trzech synów, dwie córki oraz żona. Najstarszy syn, Jasin, owoc pierwszego małżeństwa, nie ustępuje mu w rozrywkowości - za dnia urzędnik państwowy, wieczorami bywalec winiarni i rozpustnych zabaw. Drugi syn - Fahmi to student prawa, bogobojny muzułmanin, posłuszny rozkazom ojca, ogarnięty głębokim i szczerym uczuciem do swojej ojczyzny. Najmłodszy Kamal, to jeszcze dziecko, które nieświadomie przysparza niemało kłopotów swojej rodzinie. Córki al-Dżawwadów - Aisza i Chadżidża - nie uczestniczą w życiu społecznym, pomagają matce w prowadzeniu domu, plotkują z córkami sąsiadów, czekając na pojawienie się kandydatów na mężów, aby po ślubie przeprowadzić się do ich domów i służyć, tak jak matka usługuje ich ojcu. Amina, matka i żona, która scala rodzinę i jest łączniczką pomiędzy dziećmi a mężem. Uwięziona w swoim domu - przez kilkanaście lat małżeństwa opuściła go jedynie kilka razy, zawsze w towarzystwie męża i jedynie w celu odwiedzenia matki.

Jak na sagę przystało, wątków jest sporo i trudno byłoby tu przytoczyć chociażby część z nich. Fabuła toczy się wartko, jest wiele zwrotów akcji. Historia prowadzona jest w typowo wschodnim stylu - jest sporo emocji, rozgrywają się małe dramaty, które mogłyby pozostać niezauważone przez przypadkowego przechodnia. Wszelkie sytuacje konfliktowe rozwiązywane są w gronie rodzinnym, żaden skandal nie opuszcza murów domu. Co mnie zawsze uderza w powieściach autorów islamskich, tak i tutaj, mamy teatralne dialogi, które, nawet gdy dotyczą spraw błahych i małych, przyprawiane są licznymi cytatami z Koranu. Rozbudowane, filozofujące rozmowy nie są wymysłem prozaików muzułmańskich - tak naprawdę rozmawia się w krajach z tego kręgu kulturowego. Niezmiennie mnie to dziwi, a nawet nieco zachwyca. 

Postacie to zdecydowanie najmocniejszy punkt powieści. Mahfuz niejednokrotnie jest chwalony za ich pełnokrwistość, wyrazistość i wielowymiarowość. Nie pozostaje mi nic innego jak potakująco pokiwać głową nad tymi opiniami. Mimo trudnych do zapamiętania imion egipskich (ave notatki!), nie miałam problemu z odróżnieniem bohaterów. Każdy z nich otrzymał wyrazisty portret psychologiczny oraz bogate życie emocjonalne. Co ciekawe, autor wplata w fabułę osoby z różnych warstw społecznych, mamy więc okazję poznać zarówno duchownych, jak i arystokratów i artystów. 

Największe emocje wzbudza rzecz jasna As-Sajjid Ahmad, ojciec rodziny. Z zachodniego punktu widzenia (co widać szczególnie w opiniach umieszczanych na Goodreads) jego zachowanie i zwyczaje są nieakceptowalne. Tyran i despota, trzymający swoją rodzinę żelazną ręką, niezadowolony ze swoich synów, krytykujący córki. Warto jednak dodać, że postawa As-Sajjida wobec domowników - przetrzymywanie kobiet w domu, chorobliwe pilnowanie ich czci, nawet przez mu współczesnych uważana jest za wyjątkowo konserwatywną. Nocami - roześmiany, wiodący prym w rozpustnych zabawach, romansujący ze śpiewaczkami (które ówcześnie uważane były za kobiety o wyjątkowo marnej reputacji), używający alkoholu (co, jak wiadomo, nie przystoi pobożnemu muzułmaninowi). Podwójna moralność? Być może w oczach człowieka Zachodu, bo dla jego towarzyszy zabaw i żony sytuacja była zupełnie normalna i akceptowalna. Każdej nocy Amina czekała na powrót małżonka z zabawy, aby pomóc mu się rozebrać i obmyć mu stopy (dosłownie). Być może obraz As-Sajjida jest nieco przejaskrawiony, jednak taki stan rzeczy był i nadal w pewnym stopniu jest akceptowany przez kobiety. Ważne, że mąż wraca do domu na noc, a co robi poza nim - kto o to dba? Oburzając się na taką sytuację w krajach muzułmańskich warto się zastanowić, czy dola chociażby niektórych polskich kobiet jest diametralnie inna? Patriarchalizm nie do końca przebrzmiał. Jednak.

Wyżej pisałam o dialogach, warto też zwrócić uwagę na kolejną cechę wschodniej prozy, a mianowicie emocjonalność wyzierającą zewsząd. Postaci sporo uwagi poświęcają swoim uczuciom, rozpływają się nad wrażeniami zmysłowymi. A wszystko jest totalne, ujmujące i (znowu!) nie do końca zrozumiałe dla człowieka Zachodu. Poszukują swojej duchowej ścieżki, a swoje rozbuchane emocje i żądze znajdują upust w religii, bądź uciechach cielesnych. To wschodnie rozmiłowanie w cielesności często szokuje, zachwyca, odurza.

Po objętości opinii chyba nie muszę tłumaczyć się z tego, że powieść bardzo przypadła mi do gustu. Nie jest tajemnicą, że moja dusza jest po wschodniej stronie i uwielbiam wszystko, co z nim związane. I dlatego Nadżib Mahfuz podbił moje czytelnicze serce. Rozbuchanymi emocjami, pięknie ujętymi w słowa. Prostą historią rodziny, doskonale i naturalnie wplecioną w losy kraju. Postaciami obok których nie można przejść obojętnie. Wypiekami na twarzy podczas czytania. Uderzeniami wschodniego ciepła, pachnącego przyprawami, gorącem i bazarem. Wszystko, za czym czasami tęsknię, dostałam w "Opowieściach starego Kairu". 

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, s. 436.
Moja ocena: 5+/6

sobota, 1 grudnia 2012

Pokonani - Irina Gołowkina


Swojego rusofilstwa specjalnie udowadniać nie muszę. Niejednokrotnie przy okazji recenzowania literatury rosyjskiej udowadniałam dlaczego czytanie o Rosji i Rosjanach wyjątkowo mnie porusza. Bo dusza szeroka jak stąd na Syberię, bo autoironia, bo szyk, klasa i wielowymiarowość. I zawsze pięć kilo emocji. 

Przy okazji polecanek wszelakich wyłowiłam u Kasi.eire "Pokonanych". Powieść niemożliwa do kupienia (cena wyjściowa, o ile się już pojawi,  w serwisie aukcyjnym na pierwszą literę alfabetu - 90 złotych polskich), dość zakurzona na bibliotecznej półce. Moje oczekiwania wysokie jak góry Kaukazu, bo co opinia to łzy, płacze, piękności i cudowności. No i co? No i to, że dołączam do chóru pochwalnego ku czci Gołowkiny. Z maleńkimi zarzutami.

Lata 20., Petersburg, tfu! Leningrad. "Biali", arystokracja, szlachta to element wysoce niepożądany na ścieżce światłego rozwoju Związku Radzieckiego. Komunizm sam się nie zbuduje, należy pomóc, najlepiej element ów depcząc, niszcząc, unicestwiając. Dawni panowie na włościach ubożeją wyprzedając obrazy, klejnoty i inne kosztowności, za które kupią później ziemniaki, kaszę jaglaną czy kawę. O ile kartki pozwolą. O ile zdążą, zanim zostaną wysłani w tajgę czy do dalekiego Uzbekistanu. Irina Gołowkina w historii umieściła postaci fikcyjne wzorowane na autentycznych. Jak to w klasycznej sadze bywa - losy kilku rodzin nieustannie się przeplatają. Kolejne prześladowania uskutecznianie przez GPU, codzienność radziecka w latach 20., donosy, uwłaczająca walka o kolejny dzień - tego można spodziewać się w fabule "Pokonanych".  Nie ma sensu opowiadać Wam kolejnych wątków - stron jest jak widać mnóstwo, jako i wątków. Jest również pięknie i realistycznie odmalowany obraz ówczesnej,  coraz bardziej ubożejącej szlachty, tęsknoty za carskimi czasami, doprawiony emocjami, podsycany nienawiścią do socjalistycznej władzy. Irina Gołowkina zajęła bezkompromisowe stanowisko. Poznając losy bohaterów i mając na uwadze fakt, iż inspiracją były autentyczne historie - nie można się temu dziwić.

Czytałam już powieści w tym klimacie - o podobnych czasach pisał chociażby Wasilij Aksjonow. Znając jego sagę moskiewską nie sposób się do niej nie odnieść przy omawianiu "Pokonanych". Aksjonow przybrał bardziej reporterski, a może po prostu męski styl narracji. Jest twardo, krótko, nieco ironicznie. Gołowkina nie kryje się ze swoją goryczą, tęsknotą za tym, co nie wróci i pogardą wobec bolszewików. Przy niemal dziewięćsetstronicowej lekturze zaczyna to w pewnym momencie nieco irytować. Postaci u Aksjonowa są pełnokrwiste, wielowymiarowe, myślące (!) - tego nie można powiedzieć o żadnym bohaterze Gołowkiny. Niemal wszyscy (poza Elżbietą, która po prostu pracuje) żyją ideałami, starymi zwyczajami, wydają się być kompletnie nieprzystosowani do życia, w którym nie ma służby, szlachectwa i cara. Ponadto są rozkapryszeni, puści i ... pozbawieni instynktu samozachowawczego. W warstwie literackiej - kompletnie papierowi, czarno-biali, niezmieniający poglądów, krystaliczni. Przy całym okrucieństwie i bestialstwie, któremu zostali poddani - jako czytelnika trafiał mnie przysłowiowy szlag. Biorąc jednak pod uwagę historię "Pokonanych", losy powieści w drugim obiegu - jest to hołd złożony klasie po której w obecnej Rosji nie został ślad. 

A cóż poza tym? Ocean emocji, któremu i ja nie byłam w stanie się oprzeć. No, chwyciło mnie za serducho jak diabli. Co więcej, o mały włos przegapiłabym swoją stację, tak się zaczytałam podczas podróży pociągiem. Czyta się wyśmienicie, nie wiadomo kiedy to tomiszcze zostaje połknięte, wzdycha się, prycha, denerwuje. Cały czas miałam z tyłu głowy pewną myśl. No i co z tego, że bohaterowie są tacy nieskazitelni i wierni swoim ideałom, a mnie to denerwuje, skoro nie mogłam się od powieści oderwać? Co z tego, że jest gorzko i tragicznie, skoro nie zważając na otoczenie komentowałam na głos rozwój akcji, wprawiając w osłupienie współtowarzyszy podróży? To nie zdarza się przy każdej powieści, oj nie!

Nie jest to literatura wysokich lotów i porównania do klasyki wydają się być mocno na wyrost. To doskonałe czytadło, wzbudzające pełen wachlarz emocji, przykuwające uwagę, odrywające kompletnie od rzeczywistości. Dlatego polecam, podsycając ogień podniecenia wokół tej powieści. Warto, koniecznie w pakiecie z Aksjonowem! 

Kategoria: literatura piękna
Czytelnik 1966, 872 s.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 9,31/10
Moja ocena: 5 + (ale ten plusik malutki) /6 

środa, 21 listopada 2012

Jednoroczna wdowa - John Irving



"Mężczyzna powinien szanować moją niezależność - uważała Ruth. Nigdy nie kryła się z tym, że jej stosunek do małżeństwa, a w jeszcze większym stopniu do macierzyństwa, nacechowany jest niepewnością. Ale mężczyźni, którzy uznawali jej tak zwaną niezależność, często wykazywali przy tym niemożliwy do przyjęcia brak zainteresowania trwałym związkiem."*

U Irvinga zawsze to samo. Motywy przeplatane i zestawiane ze sobą we wszelkich konfiguracjach. Tak samo, a jednak za każdym razem inaczej. Rozpoczynając lekturę wiem czego się spodziewać, jestem jednak każdorazowo zaskakiwana historią -  doskonałą, dopracowaną, absurdalną. "Jednoroczna wdowa" to kolejny przykład. Paskudnie dobry przykład.

Dlaczego ze wszystkich powieści, które szczerzą się do Ciebie z półki wybrać właśnie "Jednoroczną wdowę"? Bohaterowie niedoskonali, potłuczeni przez życie - oto znak firmowy Johna Irvinga. Przeważnie wychowywani w niepełnej rodzinie (tu: Ruth opuszczona w wieku czterech lat przez matkę), który to fakt dość istotnie wpływa na ich dalsze losy. Często mniej lub bardziej skrzywieni seksualnie (tu: Eddie - obsesja na punkcie kontaktów seksualnych z kobietami znacznie starszymi od niego). Nierzadko niedoskonali, dziwni, budzący politowanie pomieszane z niedowierzaniem (tu: Ted - autor książek dla dzieci, lubujący się w pornograficznych portretach matek fanów swojego pisania). Postaci dopracowane, przerysowane w typowo irvingowski sposób, zapamiętywalne i mające wszelkie znamiona realizmu. 

Irvinga warto poznać dla cudownych, absurdalnych scen, które tworzą klimat całej powieści i stają się kluczowe dla rozwoju fabuły. W przypadku "Jednorocznej wdowy" mistrzostwem absolutnym jest scena porzucenia Pani Vaughn. W skrajności i czarnym humorze dorównuje jedynie jasełkom z udziałem Owena.  Teatralność, groteska, mocne gesty - tego właśnie należy się spodziewać. A jeśli komuś potrzeba mniej farsy, a więcej tragedii szczerze rekomenduję rozdziały z Amsterdamem w tle oraz naukę jazdy. Proza Irvinga składa się z wielu małych, pozornych epizodów, które  robią efekt WOW.  

Czytający Irvinga namiętnie i w nadmiarze z lubością doszukują się  toposów, których jest niemało. W "Jednorocznej wdowie" znajdziecie więc fascynację seksualną kobietami starszymi od bohatera (to było również w "Hotelu New Hampshire", "W jednej osobie", "Czwartej ręce", "Ostatniej nocy w Twisted River"), motyw nagłego, śmiertelnego wypadku (podobnie jak dosłownie we wszystkich powieściach autorstwa Johna Irvinga). W każdej jego powieści któryś z bohaterów jest pisarzem - w przypadku "Jednorocznej wdowy" - cała rodzina Cole'ów uprawia pisarstwo. Fakt bohatera-pisarza ma swoje skutki w fabule - często jeden z rozdziałów to część fikcyjnej, pisanej przez bohatera książki. W  rekomendowanej "Wdowie" są to bardzo dobre fragmenty, wprowadzające kolejne postaci, znacznie ożywiające fabułę. Co ciekawe, na bazie fikcyjnej historii dla dzieci, napisanej przez bohatera Teda Cole'a, John Irving napisał opowiastkę dla najmłodszych "Odgłos, jaki wydaje ktoś, kto stara się nie wydawać żadnych odgłosów".

Mówi się, że "Jednoroczna wdowa" to najbardziej emanująca erotyzmem powieść Irvinga. U tego autora "momentów" nigdy nie brakuje. Po przeczytaniu kilku jego książek, nie poczujecie się przytłoczeni tym tematem. Irving po prostu tak ma - w absurdalny, nieco odjechany sposób, pisze o tym, co dla niektórych naturalne. Ma to swój niezaprzeczalny urok. A wszyscy jesteśmy, jak pisał w "Hotelu New Hampshire", szajbnięci. 

"To po prostu powieść. (...) nie jest "o czymś". To tylko ciekawa historia". **  Polecam nieco paradoksalnie, troszkę nachalnie, jak każdą powieść Irvinga. To niebanalny pisarz, świetnie łączący stałe motywy, układając je za każdym razem w inną historię. Niezmiennie fascynującą i nieszablonową. 

* J. Irving, "Jednoroczna wdowa", Prószyński i S-ka 2001, s. 241.
** tamże, s. 245.

Kategoria: powieść obyczajowa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2001, s. 616.
Biblionetka: 4,58/6
Lubimy czytać: 6,71/10
Moja ocena: 5/6

sobota, 10 listopada 2012

Angielska choroba - Magdalena Samozwaniec



Od dawna miałam chętkę na coś, co wyszło spod pióra Magdaleny Samozwaniec. Jako, że ostatnio sugeruję się dość mocno polecankami innych blogerów, tym razem poszłam za radą Skarletki i mój pierwszy kontakt z autorką został poczyniony. Wybór padł na "Angielską chorobę" - mówiąc krótko - książkę pod psem ;)

Zdecydowanie należę do psolubów - moja Kala w domu zajmuje bezsprzecznie pierwsze miejsce, traktowana jest jako pełnoprawny członek rodziny, co więcej - i na tym blogu niejednokrotnie mi pomagała (a to ogrzewając stopy podczas pisania notek, a to biorąc czynny udział w losowaniu). Dlatego też przygody jamnika-podróżnika z perspektywy samego psa musiały mi przypaść do gustu. I dokładnie tak było!

Przy okazji dzielenia się opinią o powieści T. Gulbranssena utyskiwałam nieco na moje odcięcie się od polszczyzny w wydaniu retro. Przeproszę się jednak ze swoimi poglądami, bo język polski w wydaniu Magdaleny Samozwaniec to maestria. Zupełnie poważnie - tak już się ani nie pisze, ani nie mówi, a ja uwielbiam soczyste, może nieco kurtuazyjne słowa. Sposób budowania zdań i samej narracji spowodował, że nieświadomie cofnęłam się kilkadziesiąt lat wstecz i poczułam się kompletnie osadzona w czasie, o którym pisałam autorka. Czas wrócić do "starych lektur" - zdecydowanie można wzbogacić swój język!

A sama historia? Zabawna i z morałem. Jamnik Florek opowiada jak to jego pani - Róża zabiera go w podróż do Anglii. Przemycony w torbie, podróżuje statkiem wzbudzając sympatię swoim nieco nieporadnym wyglądem. Sam siebie uważa za jamnika, ale prawda jest dość brutalna - jest wielorasowcem. Zabawne kwestie włożone w ... pyszczek psa są zapewne zrozumiałe w sporej mierze właścicielom psów, przyznam szczerze - dawno nic mnie tak nie rozbawiło, jak ta właśnie mała książeczka. Jednak to nie tylko historia o psie, który podróżował - to również opowieść o emigrantach londyńskich, ludzkiej naturze. Z morałem - nienachalnym, nieco żartobliwym, mądrym.

Bardzo, ale to bardzo polecam - szczególnie psiarzom, bo oni wychwycą więcej, jednak zapewniam, że książeczka spodoba się wszystkim. Aż żal bierze, że jest tak krótka. I sama do siebie apeluję - więcej starszych książek na półce - piękniejszy język,  zapach (kocham aromat starych, bibliotecznych egzemplarzy!) i ... posłowie. Dlaczego tak rzadko teraz pisze się posłowia czy wstępy?!?

Kategoria: literatura polska
Wydawnictwo Iskry 1983, s. 94.
Biblionetka: 3,98/6
Lubimy czytać: 5,77/10
Moja ocena: 5/6

czwartek, 8 listopada 2012

A lasy wiecznie śpiewają, Dziedzictwo na Björndal - Trygve Gulbranssen




Nie oceniajcie książki po okładce. Niejednokrotnie podnosiłam to hasło, jednak wydawcy stale zakładają na mnie sidła i testują czytelniczą czujność. Przyznam się bez bicia, gdyby nie polecanka Padmy, za nic w świecie (serio, przenigdy!) nie zwróciłabym uwagi na tę powieść. Okładka krzyczy z daleka - "romans dziedzica z nobliwą panną okraszony wieloma dość naiwnymi opisami". Przetrząsając biblioteczne półki, poszukując czegoś niekoniecznie nowego, koniecznie godnego uwagi natrafiłam na "A lasy wiecznie śpiewają" i dałam jej szansę. I tak oto zawędrowałam do mroźnej, skutej lodem dziewiętnastowiecznej Norwegii.

Powieść została napisana w latach 30. XX-go wieku, co mnie, jako osobie czytającej ostatnio niemal same nowości, sprawiło niemały kłopot. Napisana w starym (lecz dobrym!) stylu, w którym sporo uwagi poświęca się formie, a zdania są piękne, kwieciste i długie. Niemało jest opisów surowej norweskiej przyrody, autor soczyście opisuje emocje i uczucia postaci. Bohaterowie to ponadto ludzie szlachetni, odważni, niezłomni, silni. Mężczyźni polują, dbają o gospodarstwo, kobiety są mądre, wspomagają swoich mężów z ukrycia, są ich wsparciem. Niemniej jednak potrzebowałam dużo więcej stron niż zazwyczaj, aby wgryźć się w fabułę. I troszkę mnie to norweskie zimno wymęczyło. 

A sama historia napisana z rozmachem i jednoczesną prostotą. Bardzo przypomina mi w klimacie sagę o Ludziach Lodu (rzecz jasna pozbawioną co pikantniejszych fragmentów - tutaj jest bardzo po bożemu) - i tutaj poznajemy dzieje rodziny na przestrzeni lat. Czyta się może nieco trudniej niż powieści M. Sandemo, jednak odniosłam wrażenie, że Gulbranssen więcej uwagi poświęcił emocjom i życiu wewnętrznemu bohaterów. Całościowo powieść jest głębsza i mniej serialowa niż "Ludzie Lodu", sporo ukazuje ze zwyczajów panujących w XIX wieku na dalekiej Północy. Natura ludzka nie uległa aż tak wielkiej zmianie - i wtedy mocno w cenie była gra pozorów, układność i tak zwana "grzeczność". Autor sprawnie opisuje życie towarzyskie, jakie prowadzono na początku XIX wieku w Skandynawii. Ciekawe to i warte uwagi.

Zachwytu jednak, jak widać powyżej, nie uświadczyłam. Zabrakło mi jakiegoś tąpnięcia w akcji, bomby fabularnej czy jak to tam nazwać. Przez ponad pięćset stron życie rodziny  na Bjorndal toczyło się raczej sielankowo - bogacili się, podejmowali mądre decyzje, byli szlachetni. I tak dalej, i tak dalej. To bardzo dobra powieść, idealna nadająca się chociażby do klubów dyskusyjnych. Jednak przyzwyczajony do czytelniczych trzęsień ziemi mól książkowy poczuł się z lekka niedopieszczony. I kręci nosem. 

P.S. Osobom, które na Lubimy czytać zdradzają najważniejsze wątki pourywam kończyny pewnego dnia. Przyrzekam!

Kategoria: klasyka literatury pięknej
Wydawnictwo Rebis 1994, s. 548.
Biblionetka: cz. I - 4,85/6, cz. II - 4,82/6
Lubimy czytać: cz. I - 7,45/10, cz. II - 7/10
Moja ocena: 4+/6

piątek, 21 września 2012

Hotel New Hampshire - John Irving




Moja przygoda z Johnem Irvingiem rozpoczęła się paradoksalnie od jego jednej z ostatnich powieści, mianowicie "Ostatnia noc w Twisted River". Sposób prowadzenia narracji, absurd, irracjonalność ujęta w bajkowe ramy, bohaterowie na krawędzi normalności i obłędu - to mnie ujęło. Za nieco ponad tydzień ukaże się na polskim rynku najnowsza powieść Irvinga "W jednej osobie". Ja jednak nadal nadrabiam zaległości i podczytuję kolejne jego dzieła. Czytam impulsywnie, niechronologicznie, może nieco niedbale. Ale każdy kolejny tytuł utwierdza mnie w przekonaniu - uwielbiam Johna Irvinga. 

"Hotel New Hampshire" to jedna z bardziej znanych jego powieści. Swoista saga mocno doprawiona czarnym humorem, absurdem i smutkiem, opowiada o rodzinie Berrych, których ambicją jest prowadzić hotel z klasą. Trzy kolejne wcielenia - dwa w Nowej Anglii, jeden w Wiedniu okazują się jednak mieć mało wspólnego z poważnym interesem. Stają się zbieraniną dziwnych ludzi o jeszcze dziwniejszych upodobaniach. Historia opowiadana jest z perspektywy średniego syna - Johna, który szczegółowo wprowadza czytelnika w kolejne losy rodziny Berrych. Frank, Franny, Lilly i Jajo to rodzeństwo nietuzinkowe, mocno ze sobą zżyte. Mieszka wraz z nimi dziadek - Bob z Iowy, który nie wyobraża sobie życia bez podnoszenia ciężarów i wysiłku fizycznego. Prawdziwym czarnym bohaterem jest jednak czarny labrador - Smutek, który sieje prawdziwe spustoszenie w życiu rodzinnym ...

Już po przeczytaniu kilku powieści Irvinga można zauważyć wiele motywów, które autor z upodobaniem łączy w wielowymiarowe kompozycje. W "Hotelu ..." mamy do czynienia z wszechobecnymi niedźwiedziami - ojciec rodziny Win Berry posiada niedźwiedzia "Żarł", który potrafi jeździć na motorze. W okresie wiedeńskim pojawia się w życiu rodziny Susie - zgwałcona dziewczyna, która ukrywa swoje ciało w kostiumie niedźwiedzia, doskonale naśladując zwierzę. Kolejnym częstym motywem u Irvinga jest inicjacja seksualna z osobą dużo starszą - John, podobnie jak bohaterowie innych powieści traci dziewictwo ze sporo starszą od siebie kobietą. Skoro mowa o seksie, nie może zabraknąć i prostytutek. Tutaj stanowią one dość ekscentryczne dopełnienie Hotelu New Hampshire w Wiedniu. Absurdalnych, pozornie niepasujących elementów jest u Irvinga sporo - możliwość odkrywania powiązań pomiędzy powieściami jest naprawdę inspirujące.

Tragifarsa, gorzkie poczucie humoru, absurd - tak można w skrócie napisać o "Hotelu ...". Trudno jest mi ocenić, czy jest to lepsza czy też gorsza powieść autora - dla mnie każde kolejne spotkanie z nim to niesamowita przygoda. W myśl zasady, iż dziwne rzeczy przytrafiają się dziwnym ludziom Irving przesuwa coraz dalej granice niedorzeczności, pozostając cały czas w obrębie prawdopodobieństwa. Tutaj wszystko może się zdarzyć i nie dajcie się zwieść - największe fajerwerki i bomby w fabule pojawiają się mimochodem. Irving nie ucieka jednak od ważnych tematów - w "Hotelu ..." próbuje zmierzyć się przede wszystkim z problemem gwałtu i seksualnego zranienia. Kazirodztwo, dewiacje, anormalność - wszystko ujęte w baśniowej konwencji. To ogromna sztuka pisać bez patosu i tragizmu o ważnych sprawach, pozostawiając czytelnikowi ocenę wydarzeń.

Uwielbiam styl w jakim pisze, sposób w jaki przedstawia fabułę, miks dziwności, absurdów. Każda kolejna powieść utwierdza mnie w przekonaniu - to mój ulubiony pisarz. Bo smutek zawsze wypływa na wierzch, a wszystko jest bardziej bezpieczne niż miłość. I wszyscy jesteśmy zaszajbowani na amen. Polecam bardzo!

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 1998, s. 544.
Biblionetka: 4,80/6
Lubimy czytać: 7,22/10
Moja ocena: 5+/6

poniedziałek, 3 września 2012

Wrześniowe dziewczynki - Maureen Lee




O tak! Kocham sagi! Kocham historie rodzin wielopokoleniowych, z wszystkimi smutkami, troskami, radościami, które temu towarzyszą. "Wrześniowe dziewczynki" kusiły mnie od dawna - linia stylistyczna okładki (piękna!), którą przyjęło wydawnictwo (w nawiązaniu do oryginałów angielskich) tak bardzo kusiła swoim dyskretnym, urokiem w klimacie retro, że miałam ogromną ochotę na spróbowanie pisarstwa Maureen Lee. Upolować jej powieść w bibliotece, to nie lada wyzwanie. Przychodzą jednak takie dni, kiedy książka sama znajdzie Ciebie.

Maureen Lee jest autorką niemal dwudziestu sag, zatem trafiłam chyba na jedną ze swoich ulubionych pisarek. Urodziła się i wychowywała w okolicach Liverpoolu, jako dziecko przeżyła bombardowanie tej części Anglii. Pisała od zawsze - rozpoczynała od krótkich historii, które później stały się kanwą dla pisanych z rozmachem powieści. Głównym tłem dla niemal wszystkich jej utworów jest II wojna światowa i wpisane w nią dzieje poszczególnych rodzin na przestrzeni lat. Podobnie jest w przypadku "Wrześniowych dziewczynek" - poznajemy dwie rodziny w kluczowych dla nich momentach. Brenna i Colm Carffrey przybywają do Liverpoolu za namową brata Colma - miał przygotować dla nich mieszkanie, chcieli rozpocząć nowe, odmienne od irlandzkiej biedy życie. Niestety - Paddy nie zjawia się w umówionym miejscu, rodzina musi więc poszukać mieszkania na własną rękę. Cały kłopot w tym, że Brenna jest w dziewiątym miesiącu ciąży, a ich dwaj synowie są na tyle mali, że z trudem znoszą podróż. Brenna przysiada w pewnym momencie poczuła skurcze i przysiadła na schodach przypadkowego domu. Ta chwila okazała się być znamienna dla dwóch rodzin. Brenna zostaje przygarnięta przez gosposię pracującą w domu, u którego progu się znalazła. Tego samego wieczoru pod tym samym dachem rodzą się dwie dziewczynki - Cara i Sybil. I tak oto losy rodziny Carrefrey i Allardyce połączyły się ze sobą - jak się później okazało - nierozerwalnie.


Niejednokrotnie zwracam uwagę, że trudno jest w literaturze napisać o czymś nowym - wszystkie elementy już wcześniej gdzieś występowały. Sztuką jest jednak połączyć je w taki sposób, aby primo - tworzyły zgrabną całość, secondo - zaciekawiły czytelnika. Maureen Lee wplątała swoich bohaterów w niemałe kłopoty - mamy wojnę, pijaństwo, hazard, zdrady, romanse, kalectwo. Nagromadzenie tylu nieszczęść może sugerować banał i naiwność fabuły. Nie jest to powieść wybitna, jednak M. Lee pisze w tak zgrabny, chwytający za serce sposób, że nie sposób oderwać się od jej powieści. W niedzielne południe usiadłam w fotelu, aby "chwilkę poczytać" i ocknęłam się kilka godzin później, zamykając przeczytaną książkę. Wiem doskonale, że nie jest to arcydzieło literackie, a raczej czytadło dla pań. Nie można jednak odmówić M. Lee świetnego pióra, interesujących postaci i zwrotów akcji.


Lubię sagi, lubię wchodzić w jakąś literacką rodzinę, poznawać ją, zżywać się z siostrami, braćmi etc. Maureen Lee pisze ciepło, przedstawia historię z punktu widzenia kobiety - dlatego tyle tu emocji czy wzruszeń. Bohaterowie są niemal żywi - tytułowe wrześniowe dziewczynki stworzone na zasadzie kontrastu, ich matki - Brenna i Eleanor, początkowo nieznoszące swojego towarzystwa, później stają się przyjaciółkami. Mężczyźni, którzy nie są idealni, gubią się, popełniają błędy. Okładka zapowiada cukierkową opowieść - nic bardziej mylnego. Nieszczęście ścieli się tu gęsto, ale wszystko nosi znamiona realizmu. Wszystko zapakowane w realia II wojny światowej w takich miejscach jak Liverpool czy Malta. Jaki jest finał - straciłam głowę dla tej powieści. Czyta się ją z podobnym zapałem z jakim zdarzało mi się słuchać starych opowieści o swojej rodzinie. Moją ukochaną postacią jest Nancy - ciepła kobieta, zaradna, niepozwalająca sobie na chwile słabości, ratująca każdego, kto wpadł w opresję. Doskonały portret!


Od bardzo dawna nie zostałam tak totalnie pochłonięta przez lekturę, że musiałam doczytać, zanim poszłam spać. Niemal nigdy nie zdarzyło mi się zapłakać nad książką - ostatnie strony "Wrześniowych dziewczynek" przeryczałam. No babsko ze mnie. Straszliwie fajna książka, doskonała zarówno na urlop, jak i jesienne popołudnie. Na pewno sięgnę po kolejne powieści Maureen Lee - pokochałam jej styl pisania, sposób tworzenia postaci i pomysły na fabułę. Jeśli szukacie powieści w której się zatracicie - "Wrześniowe dziewczynki" są idealne dla Was!


Kategoria: literatura współczesna zagraniczna

Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 472.
Biblionetka: 4,61/6
Lubimy czytać: 6,85/10
Moja ocena: 5+/6

sobota, 25 sierpnia 2012

Poszukiwacze marzeń - Patricia Shaw




Patricia Shaw to jedna z pierwszych autorek, które odkryłam dzięki blogom książkowym. Cała moja przygoda rozpoczęła się cztery lata temu, nie istniał wtedy jeszcze serwis pozwalający umieszczać książki na wirtualnych półkach, zdana więc byłam jedynie na zwykły notes. I wynotowana tam Patricia Shaw czekała na swoją kolej. Kiedy przyuważyłam jej książkę na bibliotecznej półce pomyślałam, że warto przystopować z pędem za nowościami i sięgnąć po coś starszego. Coś, co chciałam kiedyś bardzo przeczytać. 

Przyznam się od razu - uwielbiam historię podawaną w fabularyzowanej postaci. Historię, jako dyscyplinę naukową, kocham samą w sobie, jednak przedstawianie jej w lżejszej formie ubóstwiam. Dlatego wszelkie powieści z przymiotnikiem "historyczna" biorę w ciemno. W przypadku "Poszukiwaczy marzeń" mamy do czynienia z historią Australii - pod koniec XIX wieku do wybrzeży Australii przybywają imigranci z ówczesnych Prus. Pod przywództwem pastora Beitza zasiedlają okolice rozwijającej się osady Bundaberg. Mimo trudności walczą z naturą i uprzedzeniami, zakładają misję, budują zbór protestancki. 

Gdybym miała przyrównać z czym skojarzyli mi się "Poszukiwacze marzeń" bez wątpienia przywołuję powieści Barbary Wood. Podobnie jak u niej - fabuła osadzona w historii, ciekawe postaci, stylistyka serialowo-obyczajowa. Lekko, łatwo i nieskomplikowanie. Tutaj również nie brakuje wydarzeń nadnaturalnych oraz rozwiązań nieco odbiegających od rzeczywistości. Przyjmuję jednak tego typu powieści jak balsam - czyta się szybko, jest ciekawie, przy okazji można poznać dzieje i historie z których wcześniej nie do końca zdawałam sobie sprawę. Bardzo na plus w "Poszukiwaczach ..." są właśnie opisy początków osadnictwa w stanie Queensland w Australii. Sugestywnie, ciekawie i interesująco można podać historię, która w podręcznikach pewnie wyglądałaby nudno.


Trudno jest mi jednoznacznie ocenić postaci. Z jednej strony ich mnogość nadaje kolorytu powieści. Ciekawe zostały zarysowane ich charaktery - różnią się między sobą, wzbudzają sympatię, bądź antypatię. A skoro pojawiły się takie odczucia, to oznacza, że zostały nakreślone nieco papierowo, bo ktoś jest albo bardzo dobry, albo bardzo zły. A to już takie fajne nie jest. Odniosłam wrażenie, że autorce zabrakło pomysłu na dokończenie losów - fabuła rozwijała się bardzo interesująco i gdzieś na kilkudziesięciu ostatnich stronach te idee się ulotniły. Wątki zostały wykończone prosto i naiwnie. I to zostawiło we mnie jakiś taki niesmak. 


"Poszukiwacze marzeń" to lekkie czytadło z solidną podbudową historyczną. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale czyta się sprawnie, szybko i ma się z tego czytania sporą frajdę. Polecam na leżaczki, do pociągu i fotela. Miłośnicy Barbary Wood nie zawiodą się pisarstwem Patricii Shaw.


Kategoria: współczesna literatura piękna

Wydawnictwo Książnica 2007, s. 556.
Biblionetka: 4,31/6
Lubimy czytać: 6,47/10
Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Rzecz o mych smutnych dziwkach - Gabriel Garcia Marquez




Moje pierwsze spotkanie z Marquezem nastąpiło w okolicznościach pomaturalnych. Miałam mnóstwo czasu, czytałam wtedy nieprzyzwoite ilości książek, głównie dzieła wielkie i klasyczne. "Sto lat samotności" sprawiło, że literatura i samo czytanie nabrało innego wymiaru. Odkrycie realizmu magicznego w literaturze to dla mnie kamień milowy w karierze mola książkowego. Kolejne spotkanie odbyło się w ramach przygotowania do ekranizacji - zmierzyłam się wtedy z "Miłością w czasach zarazy". Znowu zostałam oczarowana, wchłonięta przez TEN świat. O Kolumbii i Marquezie miałam okazję posłuchać, poczytać więcej dzięki poznaniu Ewy Kulak, Polki mieszkającej w Bogocie. Macondo trafiło wtedy na listę "must see". Może to nieco przykre, że Marqueza czytam, kiedy zamierzam obejrzeć ekranizację jego powieści. Mimo tego, że ekranizacje są przeważnie mocno średnie, a i sam pisarz nie jest do nich nastawiony zbyt optymistycznie. Niemniej - przyszedł czas na "Rzecz o mych smutnych dziwkach", najnowszą i prawdopodobnie ostatnią jego powieść.

Dziwek przez te nieco ponad sto stron przewija się całkiem sporo. Główny bohater obwinia je, nieco ironicznie, o swój stan cywilny. Dzień dziewięćdziesiątych urodzin postanawia uczcić w niebagatelny sposób, gdyż udaje się do swojego ulubionego burdelu, gdzie zamierza posmakować cnoty nieletniej. Pomysł ryzykowny, lubieżny, może nieco szokujący, ale myli się ten, kto spodziewa się czegoś niesmacznego w prozie Marqueza. Erotyki nie brakuje, jednak wszystko w wyważonych, dalekich od dewiacji proporcjach. Nasz bohater - szanowany felietonista lokalnego dziennika, zakochuje się bowiem w czternastolatce. Nie dość, że platonicznie, to na dodatek prawdopodobnie pierwszy raz w życiu. 

Mało kto prowadzi narrację w taki sposób jak Marquez. Jego pisanie jest jak letnie popołudnie - duszne, leniwe, powodujące lekki, niemal erotyczny dreszczyk. Uwodzi, oblepia, nie pozwala się oderwać. Emocje oddawane są z wdziękiem, liczne dygresje i retrospekcje dodają pikanterii. Staruszek wspomina swoje hulaszcze życie, od dwunastego roku wypełnione prostytutkami i cielesnością niewymagającą zaangażowania emocjonalnego. Jest w tym wspominaniu spora doza nostalgii - świat wygląda teraz inaczej, pędzi przed siebie, brakuje  w nim kolonialnego przepychu i dystynkcji. Swoją tęsknotę za starymi, lepszymi czasami wyraża w felietonach traktowanych przez czytelników niczym świętość - są odczytywane z pietyzmem na antenie radia, szeroko komentowane w masowo nadsyłanych przez wielbicieli listach. Starszy, uroczy w swojej nieporadności pan, nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem o lubieżnym starcu, fundującym sobie gorszącą rozrywkę. Jego historia miłosna wzrusza i rozckliwia. 

Delikatność, niepewność, niewprawność - tak kocha się po raz pierwszy. Miłość opisana banalnie, na granicy kiczu - jednak takie właśnie jest to uczucie. Skontrastowanie obrazu dziewięćdziesięciolatka zakochanego niczym młodziak z dwunastolatkiem regularnie korzystającym z usług prostytutek, doprawione autoironią, przepełnione dystansem wobec własnych ułomności - to tworzy magię tej powieści. Marquez jest dla mnie mistrzem pierwszych zdań. Bank rozbił w "Stu latach samotności", jednak i tutaj zaczyna się mocno: "W roku mych dziewięćdziesiątych urodzin chciałem sprawić sobie w prezencie szaloną noc miłosną z nieletnią dziewicą." Obserwując jego zaloty, urządzanie pokoju schadzek na kształt zwykłego, niemal małżeńskiego pokoju, dbałość o swoją kochankę - nie sposób nie poczuć tęsknoty za pierwszym zakochaniem.

Starość w powieści jest pokazana zupełnie inaczej, niż chociażby w "Wieku żelaza" J. M. Coetzeego. Nie jest to być może oda pochwalna ku czci frywolnego staruszka, ale jesień życia pokazana jest pogodnie, optymistycznie. Morał jest oczywisty: nigdy nie jest późno na miłość, czy spełnienie swoich pragnień. Typowe dla osób w podeszłym wieku wspominanie i rozpamiętywanie jest tutaj sprowadzone do ciepłych i nasyconych emocjami opowieści z przeszłości. Jesteśmy na tyle starzy, na ile się czujemy i Marquez udowadnia to na przykładzie bohatera powieści.

Prosta historia jest tak naprawdę wariacją na temat poprzednich dzieł Marqueza. Przecież, jeśli mnie pamięć nie myli, również Florentino Ariza z  "Miłości w czasach zarazy" prowadził, podobnie jak "nasz staruszek" spis kobiet, z którymi sypiał w ciągu życia ( i liczba była równie imponująca). Duszny, nieco oniryczny klimat panujący w literaturze iberoamerykańskiej to coś, co mnie w niej uwodzi. Lubię takie pisanie, odpręża mnie i uspokaja. A Marquez udowodnił mi kolejny raz, że powinnam czytać go więcej i częściej. Polecam i jednocześnie wzbraniam się przed obejrzeniem ekranizacji, bo nie wyobrażam sobie w jaki sposób można chociażby spróbować przenieść ten klimat na ekran. Boję się i nie chcę się rozczarować.

Kategoria: literatura piękna
MUZA 2010, s. 112.
Biblionetka: 4,16/6
Lubimy czytać: 6,05/10
Moja ocena: 5+/6

środa, 1 sierpnia 2012

Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka - Richard P. Feynman




Czytanie blogów książkowych od lat i skrzętne notowanie kolejnych książek do przeczytania odbija się pewnego pięknego dnia czkawką. Blogowy świat śledzę bardzo uważnie od ponad czterech lat i nieco się już powieści "do przeczytania! koniecznie!" uzbierało. Nie dziwne więc, że nie do końca mam świadomość tematyki poszczególnych książek. Bo gdybym pofatygowała się i zapoznałam z opisem z okładki "Pan raczy żartować ... " pewnie nigdy bym tej książki nie przeczytała. Dlaczego? Primo po pierwsze - byłam przekonana, że mam do czynienia z jakąś powieścią. Po drugie - przyczyna prozaiczna - żadna dziedzina nauki nie wzbudza tak wielkiego lęku, obrzydzenia, stresu i nie wskrzesza tabunu traum, jak właśnie fizyka. Ale - gdyby nie moja przydługawa lista "do przeczytania" i swoista ignorancja - nie poznałabym szalonego i pozytywnego naukowca jakim był Richard P. Feynman.

Przyznam szczerze - tytuł fizyka teoretyka wzbudza we mnie takie pokłady szacunku, że trudno to czymkolwiek przebić. Dorzućmy, iż mamy do czynienia z laureatem Nagrody Nobla  w zakresie elektrodynamiki kwantowej (cokolwiek to znaczy), faceta, który pracował podczas Projektu Manhattan (odcinając się od warstwy moralnej, biorąc pod uwagę aspekty czysto naukowe). Otworzyłam powieść, przeczytałam przedmowę i pomyślałam sobie "No to pięknie. To wpadłam!". Nadmienię, iż nie znoszę nie kończyć książek (tak, przeczytanie kilkunastu stron moralnie zobowiązuje mnie do ukończenia owej). Wysokie oceny na Lubimy czytać, czy Biblionetce nie biorą się znikąd, także - pełna zapału zaczęłam czytać. 

Richard Feynman to zwariowany, roztrzepany, ciekawy świata, ludzi i wszystkiego co dookoła człowiek. "Pan raczy żartować ..." to zbiór anegdot spisanych przez najlepszego przyjaciela i opracowanych na kształt biografii. Przedstawiane są chronologicznie - od dzieciństwa po czasy po uhonorowaniu Nagrodą Nobla. Poznajemy jego losy podczas studiowania na uniwersytecie, podczas udziału w Projekcie Manhattan, pobytu na urlopie naukowym w Brazylii. Richard Feynman był nie tylko fizykiem - uczył się rysować, grał doskonale na bębnach, słynął ponadto z talentu do podrywania i umiłowania uciech cielesnych. Książka pełna jest anegdot i historii, o które nikt nie podejrzewałby szanowanego fizyka.

Najzabawniejsze dla mnie historie to chociażby ta opowiadająca o komisji poborowej (Feynman zezłościł się na brak profesjonalizmu lekarzy i udawał chorego psychicznie - finalnie został zwolniony ze służby) czy o łamaniu szyfrów w sejfach. Podczas pracy nad bombą atomową w ośrodku Los Alamos, Feynman siał postrach wśród współpracowników - potrafił rozpracować niemal każdy sejf. Najbardziej niezwykła jest jednak historia dotycząca barów topless - Feynman jako jedyny zgodził się zeznawać przed komisją senacka, iż bary te nie są siedliskiem rozpusty. Historie opowiedziane są w zabawny sposób, każda kolejna coraz bardziej przekonuje do osoby Feynmana. Wydawał się on być wyjątkowo dociekliwym, ciekawym świata, zabawnym człowiekiem. Nie czuł respektu przed osobami, które były od niego wyższe stopniem czy rangą, każdemu potrafił dopiec. Nie przyjmował niczego za pewnik - wszystko sprawdzał, testował. Od swoich studentów wymagał myślenia, a nie bezmyślnego wkuwania regułek. Co ciekawe, w "Pan raczy żartować ..." fizyka podawana jest w sposób na tyle strawny, że mnie (nawet mnie!) zainteresowały pewne zjawiska. Jestem pod ogromnym wrażeniem zdziwienia światem, którego nie wyzbył się Feynman. 

"Pan raczy żartować ..." to zabawna i lekka lektura dla tych, którzy są zainteresowani fizyką, ale również dla tych, którzy szukają inspiracji. Metodyka Feynmana, jego niesłabnący entuzjazm do niemal wszystkiego, zmierzanie się ze swoimi ograniczeniami - będzie to doskonała lekcja i być może impuls do zmian we własnym życiu. Feynman przy całym swoim uroku, może czasem nieco irytujący w swojej dociekliwości i optymizmie, i tym, że niektóre historie zdają się być nieprawdopodobne i wyolbrzymione - zaraża energią. I bardzo się cieszę, że nie pominęłam tej książki, tylko dlatego, że jest o fizyku i fizyce. Polecam!

Kategoria: biografia
Wydawnictwo ZNAK 2007, s. 350.
Biblionetka: 5,11/6
Lubimy czytać: 7,77/10
Moja ocena: 4+/6

poniedziałek, 23 lipca 2012

Balladyny i romanse - Ignacy Karpowicz




Mam ogromny problem z polską literaturą poważną. Pisząc "poważna" mam na myśli prozę nagradzaną, wyróżnianą, docenianą przez krytyków, obwoływaną objawieniem, arcydziełem, bóg-wi-czym-jeszcze. Masłowska mi nie podeszła ani trochę, Kuczok nawet się spodobał. Mój problem z takim pisaniem polega głównie na tym, że go klasycznie "nie łapię". Osoba pisząca przemawia do mnie językiem tak udziwnionym, tak wykręconym, że przy całym moim uwielbieniu do absurdu stosowanego ... nie rozumiem i nie czerpię przyjemności żadnej. Ignacego Karpowicz mocno cenię za felietony w ś.p. BLUSZCZu, gdzie trafnymi sformułowaniami, celnymi zdaniami i doskonałymi porównaniami doprowadzał mnie do parsknięcia, śmiechu, uciechu. Bluszczu nie ma, comiesięcznej dawki Karpowicza nie ma, trzeba było zastosować środek zastępczy. I tak oto w moje ręce trafiły "Balladyny i romanse".

Miałam tremę przed czytaniem. Podejść było kilka. Bo gruba, a ja do czytania ostatnio serca nie mam. Bo nagrodzona, a ja tak średnio merytorycznie przygotowana do literatury wysokich lotów. Bo lato i za dużo się nie chce. Wymówek było pod dostatkiem. Spotkanie stopnia pierwszego nie okazało się straszne, bolesne ni trudne. Bo "Balladyny ..." czyta się paskudnie przyjemnie. Jest chaos, absurd, groteska, zamieszanie z zamerdaniem. Ale tylko na początku - im dalej w treść, tym bardziej klarownie, choć niekoniecznie mniej absurdalnie.

Pomysł był prosty i średnio świeży. Bogowie postanawiają zamknąć interes zwany "religią", likwidują niebo, piekło, zstępują na Ziemię, do promocyjnego kraju i ... w zamyśle zaczynają żyć jak ludzie. Ci, którzy stają na ich drodze zadania nie ułatwiają, gdyż są godnymi przedstawicielami gatunku - nie obce im problemy, rozterki emocjonalne, zdrady, przestępstwa. Anka, Olga i Janek - nimfomanka, pięćdziesięcioletnia dziewica oraz młodociany przestępca, uwikłani w trójkąt, Rafał i Bartek - przyjaciele porzuceni przez kobiety, ukrywający się w świecie filmów batalistycznych, Maciek i Paweł - para homoseksualna przeżywająca kryzys oraz Kama i Artur - para heteroseksualna na chwilę przed ślubem. W to wszystko wplątują się Hermes, Ares oraz ich syn Eros, Atena przeżywająca romans z Ozyrysem, Afrodyta rozczarowana ludzką cielesnością Lucyfera, Nike spotykająca się z Jezusem. 

Ignacy Karpowicz bawi się motywami znanymi z mitologii - historie przestawianie niczym klocki w układance. Wszystko tutaj przenika się wzajemnie, miesza. Nic nie jest takie, jak przedtem. Wychodzi się z tego lekki chaos, zabarwiony absurdem, groteską. Niejednokrotnie Karpowicz balansuje na granicy dobrego smaku, obrazoburstwa czy nawet kiczu. Finalnie wypada to jednak wyjątkowo zgrabnie. Kompozycja została przemyślana - historie łączą się i nabierają sensu. "Balladyny..." to nie tylko zabawa motywami kulturowymi, ale też dawka doskonałego humoru, szarżowanie językiem (totalnie ciekawa, jakże mi bliska składnia). Autor sprowadza religię do języka pop i poprzez fabułę zadaje czytelnikowi pytanie - czy wierzenia/religia to wartość, która nadal ma rację bytu w XXI wieku? 

Uzasadnienie wyboru kapituły Paszportów Polityki wydaje się być najlepszym podsumowaniem: "Za rozmach, odwagę i poczucie humoru oraz zaufanie do czytelnika, który zostaje zaproszony do inteligentnej rozmowy o współczesności". Powieść nie spowodowała u mnie eksplozji zachwytu, jednak poruszyła mnie i mój umysł, na tyle, aby pozwalać sobie na przemyślenia podczas lektury. Zdecydowanie nowatorskie, odważne podejście do religii i miłości. 

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Literackie 2010, s. 580.
Biblionetka: 4,76/6
Lubimy czytać: 6,86/10
Moja ocena: 4+/6

środa, 11 lipca 2012

Absolwenci - Erich Segal




W czytaniu, jak i w życiu, potrzebna jest równowaga. Zatem, po trudnych i wymagających lekturach, postanowiłam przeczytać coś lekkiego, mało wymagającego, porywającego. Balianna zwróciła moją uwagę na Ericha Segala - poczytałam nieco na temat autora i pomyślałam, że to może być dokładnie to, czego w tym momencie potrzebuję. Wypadło mniej więcej po połowie - bo z jednej strony - udało się! - zaczęłam czytać szybciej i zaczyna to wszystko zmierzać (powoli!) ku finałowi kryzysu czytelniczego, ale z drugiej strony - jakiś takiś niesmak. Ale o tym dalej ...

"Absolwenci" to powieść o ... odkrywcze to nie będzie - absolwentach Harvardu. Pięciu bohaterów, raczej luźno ze sobą powiązanych - każdy z nich obiera inną drogę. Jeden zostaje pianistą, osiąga ogromny sukces. Inny, który jest uchodźcą z Europy Środkowo-Wschodniej, pnie się po szczeblach kariery politycznej, docierając do najważniejszych gabinetów Białego Domu. Trzeci z nich, wywodzący się z rodziny emigrantów, staje się poważanym i znanym filologiem klasycznym. Kolejny dociera do swoich żydowskich korzeni, osiada w Izraelu i wstępuje do tamtejszej armii. Wszystkich spaja postać Andrew Elliota, który pochodzi z arystokratycznej rodziny z tradycjami harwardzkimi. Andrew jest głównym narratorem, co więcej poznajemy go dość dobrze, dzięki prowadzonemu przezeń dziennikowi.

Wątków w powieści jest sporo. Trudno je w tym miejscu chociażby próbować streścić. Dzieje się sporo, dzieje się szybko, co sprawia, że powieść czyta się jednym tchem. Przez historię przewija się wiele postaci - fikcyjnych, jak i prawdziwych. Mamy więc Henry'ego Kissingera, Artura Rubinsteina, JFK, naukowców, muzyków. Akcja toczy się od połowy lat 50. do 1983 roku - większość ważnych wydarzeń, które miały miejsce w tamtym czasie na terenie Stanów Zjednoczonych, stanowi tło dla powieści. To zdecydowana zaleta powieści. 

Ogromnym minusem jest naiwność - postaci, fabuły. Bohaterowie dokonują bardzo oczywistych wyborów, ich decyzje są tak mocno przewidywalne, że niestety nie brakowało momentów, w których aż syczałam ze złości na autora. Nie jest dramatycznie, ale nie uświadczyłam tutaj płynności akcji. Ponadto, rozwiązania stosowane przez Ericha Segala są -  nawet z całkiem mało rozsądnego punktu widzenia - mocno nieprawdopodobne. Ponadto, chwytając do ręki powieść oznaczoną, jako historię studentów i absolwentów jednego z najlepszych uniwersytetów na świecie, miałam nadzieję pogłębić nieco swoją wiedzę na temat systemu kształcenia w Stanach Zjednoczonych. Niestety - część dotycząca studenckiego życia jest mocno okrojona i potraktowana po macoszemu. Szkoda, szkoda, szkoda.

Osoby, które odwiedzają mój blog i czytają moje opinie, pewnie wiedzą, że wybredna to ja raczej nie jestem. Czytam wszystko, wiele powieści przypadło mi do gustu, trudno mnie zniechęcić do skończenia lektury. Czytelnik niemal idealny. "Absolwenci" nie są powieścią kiepską. Po prostu naczytałam się tylu "ochów" i "achów" na temat pisarstwa Segala, że spodziewałam się czegoś więcej. Będąc jednak uczciwą - dostałam to, co chciałam - przyzwoite czytadło, wciągające, ciekawe, niewymagające. Na pewno sięgnę po inne powieści Segala, jednak szczerze mam nadzieję, że literacko będą nieco lepsze. Momentami mocno kłuły w oczy kwadratowe zdania czy banalne wypociny emocjonalne któregoś z bohaterów. 

Powieść idealnie nadaje się na wakacje. Mnie umiliła podróż pociągiem, spowodowała, że oderwałam się od pasażerskich dylematów i zanurzyłam w świat stworzony przez Ericha Segala. Nie jest to powieść wybitna, jednak przy nastawieniu się na przyzwoite czytadło - nie zawiedziecie się. 

Kategoria: powieść obyczajowa
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2000, s. 576.
Biblionetka: 4,83/6
Lubimy czytać: 7,11/10
Moja ocena: 4/6

niedziela, 1 lipca 2012

Korekty - Jonathan Franzen




Na "Korekty" natrafiłam dzięki (pauzującemu ostatnio) cyklowi, który prowadzę na blogu dotyczącemu dość kontrowersyjnej listy książek, które należy przeczytać przed śmiercią. Lista jest pokaźna, krytykowana, ale mobilizuje mnie do sięgania po autorów, o których nie miałabym pewnie pojęcia. I dokładnie tak było w przypadku Jonathana Franzena - troszkę na próbę wypożyczyłam tę książkę z biblioteki, troszkę się z nią mocowałam, gdyż z różnych (mniej lub bardziej osobistych) przyczyn czytałam ją prawie miesiąc. W międzyczasie została ona zaprezentowana przez Juliusza Kurkiewicza w cyklu przygotowanym przez Gazetę Wyborczą "Masz dość Euro? Czytaj książki". Jakby było mało tych wszystkich zbiegów okoliczności - w maju została wznowiona przez wydawnictwo Sonia Draga. Wstęp poczyniam, przejdźmy zatem do moich impresji po lekturze.

Czytałam ją długo - to prawda, lecz nie dlatego, że czyta się ją źle. Wręcz przeciwnie! "Korekty" należą jednak do tego sortu literatury, na której należy skupić całą swoją uwagę. Powieść jest manifestem autora wobec kultury obrazkowej, w której przyszło mu tworzyć. Jonathan Franzen twierdzi, że wielka powieść stanowiąca zwierciadło życia społeczeństwa została zamordowana przez telewizję. Łatwe, szybkie obrazki, flesze to prostsza droga do poznania pewnych historii. Słusznie porównuje się "Korekty" Franzena do monumentalnych "Buddenbrooków" Thomasa Manna. I tutaj mamy do czynienia z historią rodziny, pokazanej z kilku perspektyw, z nieznośną wręcz drobiazgowością i realizmem. 

Alfred jest emerytowanym inżynierem, który całe swoje zawodowe życie poświęcił kolei. Mając, na dwa lata przed przejściem na emeryturę, do wyboru zmianę stanowiska na bardziej prestiżowe, ale mniej związane z kolejnictwem, a odejście z pracy - wybiera to drugie. Czytelnik poznaje go jako mężczyznę z postępującą demencją - taki obraz nie stawia go w zbyt dobrym świetle. Nic jednak w "Korektach" nie jest jednoznaczne i oczywiste. Enid, jego żona, z pozoru wzorowa pani domu, opętana nieznośną dulszczyzną i obawą przed tym, co mogą pomyśleć o niej zamożni sąsiedzi. Wtrącanie się w życie innych, szczególnie dzieci, to tak naprawdę zastępcza forma życia emocjonalnego, które przez nieudane małżeństwo, nie jest satysfakcjonujące. Ich najstarszy syn, Gary, to z pozoru chodząca definicja amerykańskiego stylu życia - yuppie, pracujący w finansach, zamożna żona, trójka synów. Zewnętrznie spełniony to tak naprawdę frustrat opętany depresją, zdominowany przez żonę i dzieci. Jego młodszy brat Chip - były wykładowca literatury, usunięty z uniwersytetu za romans ze studentką, to klasyczny Piotruś Pan, niezdolny do dojrzałego życia emocjonalnego. Przed długami i nieszczęśliwą miłością ucieka ... na Litwę, która przechodzi ówcześnie bolesną i gwałtowną drogą od komunizmu do kapitalizmu. Najmłodsza z trójki rodzeństwa, Denise, pozornie prowadzi nowoczesne życie - jest topową szefową kuchni w modnej restauracji w Filadelfii. W rzeczywistości jest jednak zagubiona emocjonalnie, nieznośnie testuje granice swojej moralności, wplątując się w co dziwniejsze romanse.

W "Korektach" narratorami są kolejno członkowie rodziny Lambertów. Każdy z nich wnosi inne fakty (czy aby na pewno fakty?), przedstawia historie z odmiennego punktu widzenia. Nikt nie jest tutaj doskonały, każdy z nich ma wadę, skazę (byłam zaskoczona, jak mocno odnoszę się w trakcie czytanie "Korekt" do uprzednio czytanej "Ludzkiej skazy" P. Rotha"). Autor poprzez mikrodramaty, banalne, codzienne historie wprowadza nas w zawiłą i nieco mroczną psychikę bohaterów. Postaci są wiarygodne, gdyż wewnętrznie skomplikowane, ułomne były mi bardzo bliskie. W trakcie czytania odkrywałam kolejne warstwy każdego z bohaterów, a domowe piekiełko rozpisane na wiele głosów nadawało im autentyczności. Bo tak naprawdę taka historia może przydarzyć się każdej rodzinie - bohaterowie to prości ludzie, a fabułą powieści jest tak naprawdę codzienność, jaką prowadzi wielu ludzi. 

Akcja powieści toczy się przez zaledwie kilka miesięcy. Autor zastosował jednak liczne retrospekcje, w których cofa czytelnika nawet do czasów Wielkiego Kryzysu. Punktem kulminacyjnym jest Gwiazdka. Ostatnia Wspólna Gwiazdka, skrupulatnie przygotowywana przez Enid. Wyczekiwana, mająca scalić i umocnić rodzinne więzy, okazuje się być klęską, pasmem absurdalnych sytuacji, które odkrywają wstydliwe tajemnice każdego z członków rodziny. I w tym miejscu można się odnieść do tytułowych "korekt", które mogą odnosić się do wiary w pozytywną zmianę (w ostatnim rozdziale, zatytułowanym jak powieść, poznajemy zakończenie historii), jak również mogą być próbą ucieczki dzieci przed wzorcami stawianymi przez rodziców. 

Sam Jonathan Franzen wydaje się być wyjątkową postacią. Powieść "Korekty" pisał niemal dziesięć lat, co przypłacił życiem na granicy ubóstwa, rozpadem małżeństwa. Powieść ukazał się 1 września 2001 roku i po wydarzeniach, które nastąpiły dziesięć dni później, została obwołana arcydziełem. Gorzki obraz Ameryki - zindywidualizowanej, przepełnionej depresją, pędzącej ślepo ku sukcesom finansowym, które muszą skończyć się kryzysem - wydawał się być ironicznym proroctwem, tym bardziej, że w powieści przewija się również motyw terroryzmu.

Podsumowując - to powieść absolutnie wybitna. Miałam taki moment, kiedy chciałam się poddać i po prostu jej nie doczytać. "Korekty" to ten rodzaj literatury, który musi dojrzeć w głowie. Nie żałuję ani minuty poświęconej lekturze. Wyraziści bohaterowie, ich borykanie się z własną psychiką, wewnętrzne skomplikowanie - to ogromny atut "Korekt". Powieść porusza szereg innych wątków takich jak starość, relacja rodzic-dziecko, depresja, rodzina - jest autentyczną kopalnią motywów. Wielowarstwowa, wielowymiarowa, po prostu doskonała. Polecam!

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Świat Książki 2004, s. 672.
Biblionetka: 4,66/6
Lubimy czytać: 6,17/10
Moja ocena: 5/6

niedziela, 17 czerwca 2012

Rok 1984 - George Orwell



UWAGA - OPINIA ZAWIERA SPOILERY

Nie jestem pewna, czy dzieliłam się tym przemyśleniem na tymże blogu, ale często dopada mnie pewna refleksja - mam za mało czasu na czytanie, a co dopiero na czytanie książek po raz któryś z kolei. Szkoda, wielka szkoda, bo niektóre powieści powinno się odświeżać co pewien czas. "Rok 1984" Georga Orwella czytałam po raz pierwszy pewnie z dziesięć lat temu - jakoś jeszcze w liceum. Oprócz pewnych strzępów fabuły, pamiętam jedno - powieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i wpędziła mnie w swoisty pesymizm (z którego pewnie nieco we mnie zostało). Do rzeczy, do rzeczy ...

Mam wrażenie, że wśród czytających lub przeglądających ten blog nie znajdzie się chociaż jedna osoba, która "Roku 1984" nie czytała. O ile mała szansa jest, to chyba naprawdę nie ma osoby, która by o tej powieści nie słyszała. Streszczenie w kilku słowach - antyutopijna wizja totalitarnego świata widzianego oczyma Winstona Smitha. Świat,  w którym przyszło mu żyć podzielony jest pomiędzy trzy mocarstwa - Oceanię (której jest obywatelem), zajmującą tereny obu Ameryk, Wielkiej Brytanii, południowej Afryki, Australii oraz Oceanii, w której panuje ideologia angsocu. Przywództwo dzierży Partia pod wodzą Wielkiego Brata. Sojusznikiem/wrogiem (odpowiednie w danym czasie skreślić) są Eurazja oraz Wschódazja. Eurazja to z grubsza rzecz biorąc poszerzone tereny Związku Radzieckiego, gdzie szerzy się neobolszewizm, natomiast drugie mocarstwo to tereny Chin oraz pobliskich krajów, traktowane przez Oceanię jako możliwość nabycia taniej siły roboczej. 

W Oceanii panuje totalitaryzm zupełny - państwo kontroluje wszystkie obszary życia, nawet myśli bohaterów. W każdym z mieszkań zainstalowany jest teleekran, który służy do obserwowania i komunikowania się z ludnością. Obywatele poddawani się ciągłej inwigilacji - mikrofony zainstalowane są nawet w krzakach na bezludziu poza miastem. Nad ogólnym porządkiem czuwa Policja Myśli, gdyż człowieka może zdradzić wszystko - mówienie przez sen, bezwiedny tik, jakakolwiek czynność odbiegająca od normy, albo co gorsza myślenie. Myślozbrodnia jest bowiem najcięższym przestępstwem, jakie można popełnić. Osoba podejrzana jest zawsze winna, a kara może być tylko jedna - ewaporacja. Jest to wyższa forma unicestwienia, gdyż człowiek znika nie tylko fizycznie, ale również zostają zatarte wszelkie ślady jego istnienia (scena w Ministerstwie Pracy, kiedy to ewaporowany pracownik został usunięty z listy uczestników kółka szachowego). 

Społeczeństwo w Oceanii podzielone jest na trzy warstwy - najwyższa, najbardziej uprzywilejowana to Partia Wewnętrzna. Absolutna śmietanka, najważniejsi funkcjonariusze - mimo tego, że większość obywateli zdaje się nie wiedzieć, kto tak naprawdę do tej kasty należy. Stanowią raptem dwie setne wszystkich mieszkańców - oprócz "spożywczych" przywilejów, takich jak dostęp do lepszych produktów (prawdziwa kawa, alkohol, czekolada), mogą sobie pozwolić na wyłączanie teleekranów. Drugą, pod względem liczebności, grupą społeczną są niżsi funkcjonariusze partyjni. To oni pracują nad produkcją książek, filmów, słowników, prasy. Rozpoznać ich można po mundurach, nawiązujących do kombinezonów robotniczych. Najliczniejszą grupę stanowią prole, czyli proletariat. Nie są poddawani takim obostrzeniom, jak szeregowi członkowie partii - mogą poruszać się po kraju bez specjalnych pozwoleń, upijać się, w ich mieszkaniach nie są instalowane teleekrany. Są jednak uważani za podludzi.

W Oceanii dąży się do wyplenienia języka angielskiego i zastąpienia go nowomową. Jednym z jej osiągnięć jest redukcja zasobu słownictwa. Pozbawienie niepotrzebnych części mowy (takich jak chociażby przymiotniki czy przysłówki) ma lepiej oddawać ideę dwójmyślenia. Ma to być zdolność do jednoczesnego wyrażania dwóch odmiennych poglądów , co więcej - wierzenie w oba jednocześnie.

Podczas czytania, podobnie jak te kilka dobrych lat temu, stale towarzyszył mi rosnący niepokój. To, że historię poznajemy z perspektywy Winstona Smitha, nie ułatwia sprawy. Zwykły pracownik partii, wydaje się być ostatnim myślącym, buntującym się człowiekiem w Oceanii. Prowadzi pamiętnik, w którym ośmiela się pisać "Precz z Wielkim Bratem", spotyka się z kobietą i uprawia (zabroniony w Oceanii) z nią seks. Co gorsza, obydwoje czerpią z tego przyjemność. Przez większą część powieści mocno kibicowałam Winstonowi, aby w tym świecie przepełnionym beznadzieją, monotonią i bylejakością zwyciężył, chociażby wewnętrznie. Ostatni rozdział powieści zburzył jednak moje nadzieje, a ostatnie zdanie powieści sprawiło, że mentalnie i fizycznie opadły mi ręce. Bohater ponosi moralną porażkę - Partia zmusiła go nie tylko do zdradzenia wszystkich, których znał, ale wyparcia się osoby, której kochał, a także zmiany myślenia. 

Orwell opublikował powieść w 1949 roku - wtedy już świat był po doświadczeniach nazizmu, bolszewizmu czy komunizmu w ZSRR. Cały czas jednak był przed Koreą Północną i innymi reżimami. Świat Wielkiego Brata nadal istnieje. George Orwell napisał "Rok 1984" pod wpływem wydarzeń, jakich był świadkiem podczas wojny domowej w Hiszpanii, sporo jednak inspiracji przyniosły doniesienia ze Związku Radzieckiego. Slogan "2+2=5" pochodził właśnie stamtąd i miał być matematyczną ilustracją, by niemożliwe stało się możliwe - i w cztery lata osiągnąć zamierzenia planu pięcioletniego. Ciągłe zmiany sojuszów w Oceanii - w jednym tygodniu wrogiem była Wschódazja i wojna z nią toczona była od zawsze, aby w kolejnym stała się sojusznikiem. Wiązało się to z ciągłą ingerencją w przeszłość - należało przecież skorygować wszelkie wzmianki w prasie, literaturze, radiu i telewizji. Podobnie miała się sytuacja w Związku Radzieckim, kiedy to należało z dnia na dzień przemianować sojusznika, jakim była III Rzesza, na wroga, z którym należy walczyć do ostatniej kropli krwi. Sam Wielki Brat z twarzy wydaje się być podobny do Józefa Stalina. Opisy tortur stosowanych przez Ministerstwo Miłości są bardzo tożsame z działaniami NKWD, która z kolei mogła być pierwowzorem dla Policji Myśli. Szczególnie znamienny jest wątek zdjęcia z trzema towarzyszami. Winston Smith pewnego dnia w pracy przypadkowo otrzymuje wycinek z gazety, gdzie na zdjęciu widnieją ewaporowani towarzysze. Staje się to dla niego dowód na istnienie przeszłości, gdyż później to zdjęcie było modyfikowane. Podobny zabieg miał miejsce w ZSRR w czasie czystki stalinowskiej - najsłynniejsze jest zdjęcie z Nikołajem Jeżowem. Kiedy został on rozkazem Józefa Stalina zgładzony - usunięto go ze zdjęć, na których widniał w towarzystwie Wodza.


Powieść zmusza do myślenia. Nie jest łatwa, mimo, że czyta się ją bardzo dobrze. Ogromnie obciąża jednak umysł - próba ułożenia sobie w głowie tego, nie do końca niemożliwego świata, przytłacza. Ideały tutaj nie istnieją, nie ma dobrego, pozytywnego zakończenia. Kiedy dociera się do jakiegokolwiek człowieka na poziomie najniższych instynktów - znikają miłość i inne wartości. Strach tylko on zdaje się być prawdziwy, naturalny. George Orwell stawia hipotezę, w której łamie przekonanie, że ludzie są czymś więcej niż kłębkiem instynktów. Czy tak naprawdę jesteśmy niezdolni do trwałych, wyższych uczuć takich jak oddanie, przyjaźń czy miłość? W końcu i ona tutaj przegrywa - w kulminacyjnym momencie powieści Julia i Winston spotykają się i okazuje się, że miłości, która zdawała się trzymać Winstona przy człowieczeństwie, już nie ma. Umknęła w momencie zdrady drugiej osoby celem uratowania własnej skóry. Niezmiernie smutny fragment, który wbił mnie czytelniczo w fotel. Nie pamiętałam go z poprzedniego "czytania" - widocznie byłam zbyt młoda i doświadczona, aby ten fragment zrobił na mnie wrażenie.

Powieść absolutnie doskonała. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i literackiej. Wielowarstwowa, uniwersalna, ponadczasowa. Nadal pozostaje jedną z ulubionych powieści. Nabrałam ochoty na więcej Orwella. Absolutny i totalny "must read".

Kategoria: współczesna literatura piękna
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA 2008, s. 360.
Biblionetka: 5,27/6
Lubimy czytać: 8,08/10 
Moja ocena: 6/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC