Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egipt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egipt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2012

Opowieści starego Kairu - Nadżib Mahfuz



Dlaczego ja tak długo zwlekałam z przeczytaniem Nadżiba Mahfuza? Przy całym moim uwielbieniu dla kultury islamu, Egipt nie wzbudza moich ciepłych uczuć. Pisałam już o tym przy okazji wspomnień Jarosława Kreta, jednak noblistom się nie odmawia. W grudniowe, świąteczne dni na warsztat wzięłam pierwszy tom trylogii kairskiej opatrzony dość niezgrabnym polskim tytułem. Co, jak i dlaczego - o tym w poniższej opinii.

Nadżib Mahfuz to jedyny egipski laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Praktycznie nie był znany poza granicami swojego kraju, aż do 1988 roku, kiedy to został uhonorowany przez kapitułę najbardziej prestiżowej nagrody literackiej. Niejednokrotnie określany mianem egipskiego Balzaka, jako, że w swoich powieściach przedstawia postacie wraz z ich dylematami na tle życia dużego miasta, targanego rewolucjami i wstrząsami. Mimo ogromnej popularności w świecie arabskim, w ojczyźnie był krytykowany - głównie za poglądy polityczne. 

Akcja pierwszego tom trylogii rozgrywa się tuż pod koniec I wojny światowej. Wydarzenia w Egipcie podczas rewolucji 1919 roku poznajemy z perspektywy rodziny al-Dżawwadów. Jej przysłowiową głową i autentycznym panem jest As-Sajjid Ahmad, kupiec wywodzący się ze średniej warstwy społecznej. Ponad wszystko ceni sobie wygodne życie i wieczorne rozrywki. Za dnia kupiec i srogi, nieznoszący sprzeciwu rodziny ojciec, nocami bon vivant, koneser kobiecego piękna i trunków. Pod jego tyranią pozostaje trzech synów, dwie córki oraz żona. Najstarszy syn, Jasin, owoc pierwszego małżeństwa, nie ustępuje mu w rozrywkowości - za dnia urzędnik państwowy, wieczorami bywalec winiarni i rozpustnych zabaw. Drugi syn - Fahmi to student prawa, bogobojny muzułmanin, posłuszny rozkazom ojca, ogarnięty głębokim i szczerym uczuciem do swojej ojczyzny. Najmłodszy Kamal, to jeszcze dziecko, które nieświadomie przysparza niemało kłopotów swojej rodzinie. Córki al-Dżawwadów - Aisza i Chadżidża - nie uczestniczą w życiu społecznym, pomagają matce w prowadzeniu domu, plotkują z córkami sąsiadów, czekając na pojawienie się kandydatów na mężów, aby po ślubie przeprowadzić się do ich domów i służyć, tak jak matka usługuje ich ojcu. Amina, matka i żona, która scala rodzinę i jest łączniczką pomiędzy dziećmi a mężem. Uwięziona w swoim domu - przez kilkanaście lat małżeństwa opuściła go jedynie kilka razy, zawsze w towarzystwie męża i jedynie w celu odwiedzenia matki.

Jak na sagę przystało, wątków jest sporo i trudno byłoby tu przytoczyć chociażby część z nich. Fabuła toczy się wartko, jest wiele zwrotów akcji. Historia prowadzona jest w typowo wschodnim stylu - jest sporo emocji, rozgrywają się małe dramaty, które mogłyby pozostać niezauważone przez przypadkowego przechodnia. Wszelkie sytuacje konfliktowe rozwiązywane są w gronie rodzinnym, żaden skandal nie opuszcza murów domu. Co mnie zawsze uderza w powieściach autorów islamskich, tak i tutaj, mamy teatralne dialogi, które, nawet gdy dotyczą spraw błahych i małych, przyprawiane są licznymi cytatami z Koranu. Rozbudowane, filozofujące rozmowy nie są wymysłem prozaików muzułmańskich - tak naprawdę rozmawia się w krajach z tego kręgu kulturowego. Niezmiennie mnie to dziwi, a nawet nieco zachwyca. 

Postacie to zdecydowanie najmocniejszy punkt powieści. Mahfuz niejednokrotnie jest chwalony za ich pełnokrwistość, wyrazistość i wielowymiarowość. Nie pozostaje mi nic innego jak potakująco pokiwać głową nad tymi opiniami. Mimo trudnych do zapamiętania imion egipskich (ave notatki!), nie miałam problemu z odróżnieniem bohaterów. Każdy z nich otrzymał wyrazisty portret psychologiczny oraz bogate życie emocjonalne. Co ciekawe, autor wplata w fabułę osoby z różnych warstw społecznych, mamy więc okazję poznać zarówno duchownych, jak i arystokratów i artystów. 

Największe emocje wzbudza rzecz jasna As-Sajjid Ahmad, ojciec rodziny. Z zachodniego punktu widzenia (co widać szczególnie w opiniach umieszczanych na Goodreads) jego zachowanie i zwyczaje są nieakceptowalne. Tyran i despota, trzymający swoją rodzinę żelazną ręką, niezadowolony ze swoich synów, krytykujący córki. Warto jednak dodać, że postawa As-Sajjida wobec domowników - przetrzymywanie kobiet w domu, chorobliwe pilnowanie ich czci, nawet przez mu współczesnych uważana jest za wyjątkowo konserwatywną. Nocami - roześmiany, wiodący prym w rozpustnych zabawach, romansujący ze śpiewaczkami (które ówcześnie uważane były za kobiety o wyjątkowo marnej reputacji), używający alkoholu (co, jak wiadomo, nie przystoi pobożnemu muzułmaninowi). Podwójna moralność? Być może w oczach człowieka Zachodu, bo dla jego towarzyszy zabaw i żony sytuacja była zupełnie normalna i akceptowalna. Każdej nocy Amina czekała na powrót małżonka z zabawy, aby pomóc mu się rozebrać i obmyć mu stopy (dosłownie). Być może obraz As-Sajjida jest nieco przejaskrawiony, jednak taki stan rzeczy był i nadal w pewnym stopniu jest akceptowany przez kobiety. Ważne, że mąż wraca do domu na noc, a co robi poza nim - kto o to dba? Oburzając się na taką sytuację w krajach muzułmańskich warto się zastanowić, czy dola chociażby niektórych polskich kobiet jest diametralnie inna? Patriarchalizm nie do końca przebrzmiał. Jednak.

Wyżej pisałam o dialogach, warto też zwrócić uwagę na kolejną cechę wschodniej prozy, a mianowicie emocjonalność wyzierającą zewsząd. Postaci sporo uwagi poświęcają swoim uczuciom, rozpływają się nad wrażeniami zmysłowymi. A wszystko jest totalne, ujmujące i (znowu!) nie do końca zrozumiałe dla człowieka Zachodu. Poszukują swojej duchowej ścieżki, a swoje rozbuchane emocje i żądze znajdują upust w religii, bądź uciechach cielesnych. To wschodnie rozmiłowanie w cielesności często szokuje, zachwyca, odurza.

Po objętości opinii chyba nie muszę tłumaczyć się z tego, że powieść bardzo przypadła mi do gustu. Nie jest tajemnicą, że moja dusza jest po wschodniej stronie i uwielbiam wszystko, co z nim związane. I dlatego Nadżib Mahfuz podbił moje czytelnicze serce. Rozbuchanymi emocjami, pięknie ujętymi w słowa. Prostą historią rodziny, doskonale i naturalnie wplecioną w losy kraju. Postaciami obok których nie można przejść obojętnie. Wypiekami na twarzy podczas czytania. Uderzeniami wschodniego ciepła, pachnącego przyprawami, gorącem i bazarem. Wszystko, za czym czasami tęsknię, dostałam w "Opowieściach starego Kairu". 

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, s. 436.
Moja ocena: 5+/6

środa, 10 października 2012

Mój Egipt - Jarosław Kret




Jarosława Kreta, jak i większość z nas, kojarzyłam głównie z prognozy pogody. Sympatyczny gaduła, nieco egzaltowany, ale na pewno przykuwający uwagę - oto on w całej krasie. Potem przyszedł czas na "Moje Indie" autorstwa owego i nieco zmieniło się moje postrzeganie jego osoby. O ile jednak w kwestii Indii i całej otoczki byłam kompletnym laikiem, o tyle w przypadku kolejnej książki miałam już pewne oczekiwania ...

"Moje Indie" czytałam zanim miałam okazję poznać Cejrowskiego, czy też reportażystów opisujących swoje podróże. Ustalmy na wstępie - oczytałam się i zupełnie inaczej podchodziłam do "Mojego Egiptu". Już sama okładka pchnęła mnie w kierunku niezbyt poważnego traktowania wynurzeń Pana Pogodynka (tak to się odmienia?!?). Jeśli ktoś z Was oczekuje reportażu w klasycznym ujęciu - raczej się zawiedzie, książka podróżnicza również to nie jest, a już z samym przewodnikiem na szczęście ma bardzo mało wspólnego. "Mój Egipt" to lekko napisany pamiętnik z licznych pobytów Jarosława Kreta w kraju faraonów. Na przełomie lat 80. i 90. Jarosław Kret, jako student egiptologii UW przebywał na stypendium w Kairze. To pozwoliło mu zaobserwować kraj  z zupełnie innej, niż stricte turystycznej, perspektywy. Stąd może i mocno sentymentalne ujęcie tematu.

Z Pana Pogodynki gaduła nie z tej ziemi. Przyznam szczerze - pod koniec książki doprowadzało mnie to do szału. O ile w rozmowie jest to zapewne urocze, wciągające, o tyle liczne wtrącenia, dygresje, dopowiedzenia, post scriptum i inne liczne ozdobniki w słowie pisanym najzwyczajniej drażnią. Nie sposób jednak nie zrozumieć takiego podejścia - ogrom wiedzy, jaką autor posiada i serdeczność z jaką chce się nią podzielić z czytelnikiem są doprawdy imponujące. A to musi powodować pewien chaos. Mimo mojej szerokiej wiedzy na temat islamu i krajów z tego kręgu kulturowego, jak również sztuki starożytnej - Jarosław Kret w swojej książce sprezentował mi sporo ciekawostek, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę. Narracja nie jest prowadzona chronologicznie, książka została jednak podzielona na logiczne rozdziały, łączące w sobie z grubsza podobną tematykę. Przeczytamy więc o jedzeniu, biurokracji, Górze Synaj, czy języku arabskim. Sporo jest utyskiwań na obecny kształt turystyki egipskiej, co jest zrozumiałe dla osoby pamiętającej kraj sprzed najazdu na Hurghadę czy Sharm el-Sheihk. Momentami jednak kpienie z turystów przybiera dość wyolbrzymione formy, co niespecjalnie interesująco prezentuje się w porównaniu z całokształtem.

Jak wspominałam wcześniej - wiedzę Jarosław Kret przekazuje ogromną w formie mocno przystępnej. Mnie jednak ta książka mocno zmęczyła i właściwie sama nie wiem jak ją opisać. Z jednej strony jest mocno ciekawa - dla osób zainteresowanych Egiptem może być z powodzeniem drogowskazem do dalszych poszukiwań. Mi pozostawiła jednak pewien niedosyt. Być może ta pamiętnikarsko-gawędziarska forma nieco mnie odstraszyła. Potraktowałam jako ciekawostkę literacką i polecam raczej zachowawczo.

Kategoria: literatura podróżnicza

Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 328.
Biblionetka: 4,28/6
Lubimy czytać: 6,67/10
Moja ocena: 4/6

środa, 7 września 2011

Skarb heretyka - Scott Mariani




Po "Kodzie da Vinci" Dana Browna namnożyło się thrillerów z wątkiem historycznym/archeologicznym/religijnym/jakimkolwiek innym. Schemat mniej więcej podobny - bohater - wcielenie wszelkiego dobra, niesamowite odkrycie (przełomowe, burzące dotychczasowy porządek świata), przeciwnik - dla odmiany wcielenie wszelkiego zła, gonitwa przez pół świata, po drodze mnóstwo bełkotu naukowego, 30 stron przez zakończeniem historii wielka bijatyka, no i szlachetny bohater wychodzi bez szwanku, a tajemnica nie zostaje ujawniona. Na Dana Browna i jemu podobnych mam uczulenie. Z prostej przyczyny - poza drobnymi różnicami, książki brownopodobne są niemal identyczne i ... dość banalne. Bohaterowie są tworzeni według klucza - dobry i zły. Zakończenie jest przewidywalne od samego początku. Literatura plażowa. Po tygodniu nie pamiętasz o czym czytałeś.

W przypadku "Skarbu heretyka" scenariusz powieści w klimacie Dana Browna jest mniej więcej spełniony. Mamy kryształowo czystego w sensie moralnym głównego bohatera Bena, o jak wiele mówiącym nazwisku, Hope. Były żołnierz, który w wyniku traumatycznych wydarzeń odchodzi ze służby i postanawia poświęcić się prowadzeniu firmy, która w wielkim skrócie - ma ratować świat. Złem wcielonym jest tutaj (troszkę mam wrażenie przypadkowo) - Khaled Kamal, terrorysta egipski, który ... chce zapanować nad światem i zniszczyć pięć największych miast świata zachodniego, a przy okazji nieźle obłowić się zabytkami starożytnego Egiptu. Jest i postać niemal dwulicowa (dlaczego "niemal" - odsyłam do książki) - pułkownik Harry Paxton. I mnóstwo postaci pobocznych, mniej lub bardziej ważnych. Co jest tłem historycznym - ukryte skarby pochodzące ze starożytnego Egiptu, a mianowicie z czasów faraona heretyka -Echnatona. Faraon ten, jako pierwszy w historii, postanowił odejść od politeizmu i odrzucił, tradycyjne dla Egiptu wielobóstwo. Kapłani, z dnia na dzień stali się przeciwnikami politycznymi. Jeden z owych kapłanów, postanowił ukryć symbole bóstw, które już ówcześnie stanowiły ogromną wartość. "Skarbiec", w którym je złożył nie został odnaleziony do naszych czasów...

Jak już napisałam wcześniej literatura jest stricte urlopowo-plażowa. Dlaczego? Ano dlatego, że nie da się brać ni troszkę na serio, tego co główny bohater wyprawia. Ben jest nieskazitelny moralnie, nic nie jest w stanie złamać jego moralnego prowadzenia się, jednocześnie psychika bohatera jest skrajnie infantylna. Zakochuje się w kobiecie, którą widzi pierwszy raz i to przez kilka sekund. I to zakochuje się tak, że to dla niej postanawia zbawić świat. Jestem pełna podziwu dla farta bohatera - niczym w bajce - próbuje się do kogoś dodzwonić, ta osoba od razu odbiera telefon, jednak nie chce rozmawiać z Benem. Ten postanawia się udać do niej osobiście, to jest w podróż z Paryża do Edynburga, co zajmuje mu jakieś 4 godziny. Kiedy udaje się na lotnisko oczywiście znajduje czekający na niego samolot, z wolnymi miejscami, który odlatuje już za chwilę. Kiedy dociera do osoby, która nie chciała z nim uprzednio rozmawiać przez telefon, ta nadal siedzi w swoim biurze, jakby na niego czekała. Takich "kwiatków" w "Skarbie ..." niestety, aż za dużo. Skojarzenia z filmami ze Stevenem Seagalem raczej nieprzypadkowo wykluły się w mojej głowie. Ben jest również nadczłowiekiem - pod trzech butelkach wina, zapijanych whisky i dwugodzinnym śnie jest w stanie pokonać trasę Normandia-Paryż. W dwie godziny. Ałć.

Doczepiałam się u pana Litmanowicza o rozwlekłe opisy i wplatanie product placement w powieść "Apsara". Pojawiła się u mnie myśl, czy może nie jest to typowo męska maniera pisania. Zaczynam skłaniać się ku tej hipotezie, gdyż u S. Marianiego jest dokładnie to samo - wino marki X wypił facet ubrany w koszulę Armaniego, pachnący YSL. Prestiż w każdym znaku. Dość drażniące. Dorzućmy do tego teatralne gesty w momentach kluczowych dla fabuły, zupełnie wbijające nas w klimat Stevena Seagala, jak chociażby zapalenie papierosa za progiem budynku, który właśnie wybucha i oddalenie się leniwym krokiem. Moja cierpliwość i wyrozumiałość czytelnicza ma swoje granice. Szkoda, że tłumacz nie zadbał o "klimat" rozmów, bo Arab mówiący do Brytyjczyka "nie rozmawiajmy o d ... e Maryni" brzmi co najmniej zabawnie.

Powieść czyta się sprawnie. Przy założeniu, że sięgamy po literaturę rozrywkową nie rozczarujemy się. Jeśli chcemy przeczytać coś oryginalniejszego - możemy mieć poczucie straconego czasu. Fabuła nie jest wyjątkowo oryginalna. Nic, o czym wcześniej nie można by przeczytać u innych. A można przeczytać fajniej. Na plażę idealne. Poza nią - już mniej.

Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Wydawnictwo MUZA 2011, s. 424
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwu MUZA oraz portalu Sztukater.pl.

sobota, 25 grudnia 2010

Ulica Rajskich Dziewic - Barbara Wood




Na fali książek o Wschodzie. Wschód, Orient - temat dla mnie nadal fascynujący, który rozgryzać będę długo długo. A szczególnie temat dla mnie fascynujący bo obrósł taką ilością stereotypów, że aż głowa boli. I ciekawy o tyle, że Egipt, Turcja, Maroko itd. to kraje tłumnie odwiedzane przez turystów z tak zwanego "Zachodu" - jaki wpływ mają turyści na to miejsce, a jakie te miejsca dla nas. Tyle tytułem prywatnego wstępu - do rzeczy.
Pierwsze skojarzenie - "Moda na sukces" lub coś w tym klimacie. Historia klanu Raszidów. Bogatego, dumnego ze swego pochodzenia, powiązanego z królewskim dworem. Bajka. Świat wokół nich wali się, ale oni trwają w swoim bogactwie. Bajka to dobre określenie, bo momentami historia mocno trąci brakiem realizmu. Czyta się świetnie - dobrze przetłumaczona, nie ma rażących błędów merytorycznych. Historia rozpoczyna się u końca II wojny światowej, w 1945 roku. Bohaterami są wszyscy członkowie rodziny - Ibrahim, jego matka Amira, jego angielska żona oraz ich córka - Yasmina.
Dlaczego bajka? Ibrahim swoją angielską żonę "przywozi" z wyprawy po Europie. Żonę po prostu wprowadza do domu i wszyscy entuzjastycznie ją przyjmują. Matka ją błogosławi i tak dalej i tak dalej. Nie orientuję się bardzo dokładnie jak to wygląda w Egipcie, ale znam sytuację z własnego doświadczenia z innego kraju muzułmańskiego - Turcji. Kobiecie, chrześcijance, baaaardzo trudno jest wejść w muzułmańską rodzinę i to rodzinę, którą "zarządza" matka. Na pewno nie odbywa się to tak łatwo i sielankowo jak w "Ulicy ... ".
Wszystko pięknie, ładnie się kończy.
A co do obrazu islamu opisanego w książce. No właśnie opisany stereotypowo - brutalny, krwawy, nieokrzesany. Kobiety odczuwają frustrację z tytułu tego, że są muzułmankami. Czy tak jest w krajach muzułmańskich? No i to jest właśnie postrzeganie Zachodu - kobiety muzułmańskie nie czują tego, są po prostu wychowane w takiej tradycji i z tego tytułu nie czują się gorsze, bo muszą nosić chusty czy kwefy. To nie jest oczywiście tak, że są bezwolne i bezmyślne - to nie jest dla ich realne ograniczenie. Dla kobiety "zachodniej", która wchodzi w taki świat jest to bolesne. Trzeba pamiętać o tym, że dla kobiet muzułmańskich, nasz świat - kobiet bez kwefów jest bardzo brutalny i gorszący.
Czułam się zaskoczona pewnym stwierdzeniem w książce - że każda kobieta muzułmańska musi być obrzezana. Autorkę nieźle tutaj poniosło - właściwie jest to tylko zwyczaj kultywowany w afrykańskim świecie islamu. Nigdzie na wschód od Egiptu nie praktykuje się tego zwyczaju. Kolejny stereotyp.
Podsumowując - moja ocena dotyczy samych wrażeń literackich, odcięłam się od tego czy to co jest w niej opisane jest możliwe, lub czy obraz Egiptu i islamu jest realistyczny. Oceniam same wrażenia czytelnicze - czytało się bardzo dobrze. Jednak merytorycznie, nie polecam książki - mąci w głowie i mało ma wspólnego z prawdziwym islamem. Ale to temat na dłuższy post.
Jeszcze jedna sprawa - osoba, która tworzyła opis na okładkę bardzo pobieżnie przeczytała książkę.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Książnica 2006, s. 424
Biblionetka:4,99/6
Moja ocena:5/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC