Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2011

Włochy północne. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu




Recenzowanie przewodników turystycznych w moim mniemaniu często mija się z celem. Przewodniki zaliczają się do literatury tak zwanej użytkowej.  Ich poprawność, przydatność należy sprawdzić w akcji. Trudno jest ocenić jego funkcjonalność siedząc w fotelu. Popełniając notkę o moim wypadzie do Portugalii, pokusiłam się o krótkie zrecenzowanie przewodników z którymi do wyjazdu się przygotowywałam. Potrafiłam wytknąć ich wady, docenić zalety. Co więcej -mogłam z czystym sumieniem ocenić ich przydatność w podróży (waga, wymiar etc.). Mówiąc krótko, w moim odczuciu - taka recenzja miała sens.

W przypadku przewodnika "Włochy północne. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu" nieco zamarkuję - we Włoszech co prawda byłam, jednak było to na tyle dawno temu, że nie jestem w stanie tak dokładnie przywołać wszystkich obrazów. Ani uczciwie ocenić przydatności przewodnika w trasie. 

Włochy - kraj o jednym z najbardziej charakterystycznych kształtów. Każdy z nas uczył się w szkole o włoskim bucie. Kraj kontrastów, pysznego jedzenia, muzeum na świeżym powietrzu. Kraj, którego język brzmi jak najlepsza melodia. Góry, morza, jeziora, wulkany - wszystko tu jest. Dawna potęga Basenu Morza Śródziemnego. Takich przydomków można by przywołać naprawdę mnóstwo. To, że Włochy to idealny kraj na wakacje, podróż poślubną etc. - mówić chyba nie trzeba. A teraz do rzeczy - o przewodniku.

To nie pierwszy przewodnik Wydawnictwa Bezdroża, który trafił w moje ręce. To zapewne sprawia, że czuję się z nim w rękach w miarę pewnie. Wydawnictwo może się pochwalić przydatnym i nowatorskim przykładem wykorzystania skrzydełek. Na plus - spis treści, linijka, garść bardzo podstawowych zwrotów - umieszczenie tych informacji w tym miejscu, jest naprawdę bardzo wygodne. Będę niemal zawsze utyskiwać, że przewodniki pozbawione są rozkładówek z dokładniejszą mapą kraju. Czasami chcemy tylko zerknąć, zorientować się w przestrzeni i wtedy takie rozwiązanie byłoby idealne. 

"Włochy północne" podzielone są na pięć rozdziałów. Pierwszy to propozycje tras po Włoszech (względnie północnych). Bardzo (!!!) mocno brakowało mi takich propozycji w momencie przygotowywania wyprawy do Portugalii. A tutaj - gotowa recepta. W każdych wariantach czasowych i preferencyjnych. Ostatni, piąty rozdział, dodatkowo przedstawia propozycje tras górskich. Dla każdego coś miłego. Rozdział II to typowy składnik każdego przewodnika - informacje praktyczne o kraju - waluta, czas, środki transportu, zwyczaje, noclegi, wyżywienie etc. Rozdział III to już informacje krajoznawczo-historyczne. Większość przewodników (poza Lonely Planet) wykłada się na tych rozdziałach na łopatki. Szkoda, że autorzy/redaktorzy nie zadają sobie wysiłku, aby historię kraju opisać w bardziej ciekawy sposób. Również Bezdroża popełniają ten błąd - poziom atrakcyjności części historycznej nie przewyższa niestety tej serwowanej przez klasyczny podręcznik dla szkół. A szkoda, bo historia to naprawdę pasjonująca dziedzina i można opowiedzieć w bardziej interesujący sposób. W tej części brakuje ciekawostek, anegdot. Naprawdę szkoda. 

Część właściwą przewodnika przynosi rozdział czwarty, podzielony na trzynaście części odpowiadającym kolejnym regionom Włoch oraz Rzymowi. Każdy podrozdział poprzedzony jest listą miejsc wartych odwiedzenia ("must see"). Następnie krótko zostaje scharakteryzowany dany region i następuje lista miast wartych zwiedzenia w okolicy. Szkoda, że najmniej miejsca poświęca się kluczowym informacjom takim jak: dojazd, co i gdzie warto zjeść, co można zobaczyć po drodze z dworca/lotniska. Takie informacje są najbardziej pożądane przez klasycznego użytkownika przewodnika (niestety jedyne wydawnictwo, które szanuje w pełni te potrzeby to ... Lonely Planet). Plany miast są orientacyjne, ale na pobieżne zwiedzanie miast - wystarczające. Najbardziej charakterystyczne miejsca są na nich zaznaczone, a później opisane w tekście. Wszelkie informacje praktyczne jak opłaty wstępu do obiektów, godziny otwarcia, są również zawarte. Zawsze bawią mnie dokładne opisy architektoniczne (niemal fotograficzne odtworzenie portalu jakiejś katedry z dokładnym życiorysem twórcy) - większość osób interesują jakieś historie związane z miejscem, ich znaczenie dla okolicy i mieszkańców, charakterystyczne elementy, odniesienia do kultury. Szkoda, że większość przewodnik podchodzi jednak do tych zagadnień bardzo stereotypowo.

Przewodnik jest lekki, format jest poręczny. Jest klejony, trudno stwierdzić, czy wytrzymałby trudy podróży. Wygląda jednak solidnie. Fajnie również, że ostatnie strony są miejscem na notatki (w podróży często coś notujemy, a karteluszki i paragony mają silne właściwości znikające). Mimo mojej listy wad, pewnie nie wahałabym się, aby właśnie ten przewodnik wziąć ze sobą w podróż. Polecam wszystkim, którzy zamierzają zwiedzić Włochy Północne.

Udanego podróżniczego 2012 roku!

Kategoria: przewodnik turystyczny
Wydawnictwo Bezdroża 2011, s. 536.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bezdroża oraz portalu Sztukater.pl 

Prawdziwki i zmyślaki - Krzysztof Daukszewicz




Za stylem humoru pana Krzysztofa Daukszewicza przepadam raczej mocno średnio. Smutny pan snujący długie monologi, które w trakcie kabaretonów są dla mnie zawsze przerwą na herbatę. Ironię lubię bardzo, sama stosuję w nadmiernych ilościach, jednak styl gawędy pana Krzysztofa wpływa na mnie bardzo negatywnie. Po cóż taki osobisty, wartościujący wstęp? Żeby uświadomić Wam, że się uprzedziłam. I jak potoczyła się moja przygoda z "Prawdziwkami i zmyślakami"? Niezbyt pozytywnie.

Ku przypomnieniu - Krzysztof Daukszewicz to polski satyryk, felietonista, tekściarz, poeta, piosenkarz i gitarzysta. Współpracował z Januszem Gajosem w kabarecie "Hotel Nitz", z kabaretem Pod Egidą, od 2005 roku jest stałym gościem "Szkła kontaktowego" na TVN24. Ma swoją rubrykę w tygodniku "Przegląd". Entuzjasta wędkowania oraz wielbiciel Mazur.

"Prawdziwki i zmyślaki" to zbiór esejów, felietonów, anegdot autorstwa Krzysztofa Daukszewicza. Niektóry z nich to prawdziwki - sytuacje zaistniałe - te wydają się być najmocniejszą stroną książki. Czuć w nich dobre pióro, ironię, cięty sarkazm. Czyta się je z przyjemnością. I nie sposób się nie zaśmiać. "Zmyślaki" to z kolei historie z palca wyssane. I tu już nie jest tak zabawnie i ciekawie, jak w przypadku prawdziwków. Historie mocno zakręcone w mroczności pana Krzysztofa, często w zbyt mocnym kontekście historycznym (transformacja, PRL). Osadzenie w takim, a nie innym czasie, to dla jednych będzie zaleta tego zbioru, dla innych wada. Zmyślaki to tak naprawdę wizytówka pana Daukszewicza - kiedykolwiek widujemy go w telewizji ubranego na czarno, z gitarą u boku - wtedy wygłasza zmyślaki. Lubię ironię, sarkazm, ale w wydaniu pana Daukszewicza absolutnie mi nie podchodzi. W związku z tym książka najzwyczajniej w świecie nie spodobała mi się.

We wstępie wydawca napisał o ironii w wydaniu pana Daukszewicza "pozbawiona nienawiści, a jej intencja to wywołanie refleksyjnego uśmiechu lub zdrowego śmiechu, nie zaś obśmianie czy wyśmianie"* . W tym miejscu zgodzę się totalnie. Sposób w jaki pan Krzysztof opisuje postrzeganą przez siebie rzeczywistość i zmyślność nikogo nie krzywdzi, ani nie szkaluje. Opisane postaci są (prawdopodobnie) zlepkiem cech różnych osobników. Czytając o tych osobach na myśl przychodzi mi gombrowiczowskie określenie gęby. Przerysowane osoby (charakterologicznie czy wizualnie) zwykłam nazywać "kreskówkowymi postaciami". Takich osobników u pana Daukszewicza na pęczki. I trzeba uczciwie przyznać, iż portretuje je wyśmienicie. To zdecydowanie mocna strona jego pióra. 

Pan Daukszewicz w "Prawdziwkach i zmyślakach" obśmiewa przede wszystkim otaczającą nas rzeczywistość. Obrywa się w głównej mierze polskiej manierze politykowania - tu autor skupił się głównie na czasach PRL-u i transformacji, ukazując w krzywym zwierciadle stereotypowy niemal obraz Polaka. Zakłamanie, religijność na pokaz, układy nad układzikami - oto Polak w całej krasie. Dodajmy do tego rozszalałe układy mafijne, wszechobecną broń, narkotyki i przemoc. Po uszach dostają ci, którzy zachłysnęli się kapitalizmem na początku lat. 90, obśmiane są nasze kontakty (a właściwie problemy z nimi) z naszymi sąsiadami: Rosjanami, Niemcami.  

Mnie niestety książka nie przypadła do gustu. Z czego to może wynikać? Odmienna estetyka humoru, wychowanie w innych warunkach politycznych, odmienna podbudowa humoralna.  Po prostu kompletnie nie trafiła w mój gust. Jeśli jednak ktoś z Was lubi poczucie humoru i estetykę pana Krzysztofa - książka zdecydowanie powinna się Wam spodobać.

Kategoria: literatura piękna - satyra
Wydawnictwo Bellona 2011, s. 176
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bellona oraz portalu Sztukater.pl.



* K. Daukszewicz "Prawdziwki i zmyślaki", Warszawa 2011, s. 9.

piątek, 30 grudnia 2011

Jak zostać pisarzem. Pierwszy polski podręcznik dla autorów - Andrzej Zawada (red.)




Jakiś czas temu brałam udział w niezwykle ciekawym kursie kreatywnego pisania. Prowadząca,  Barbara Piórkowska, wbiła mi do głowy fajną rzecz: pisz o tym, co wokół Ciebie, pisz o tym, jak czujesz, pisz o tym, co znasz. No to piszę - o książkach. I sprawia mi to niemałą frajdę.  Po lekturze "Jak zostać pisarzem" utwierdziłam się w przekonaniu, że napisanie książki to ciężka praca. Bardzo ciężka!

"Jak zostać pisarzem" to podręcznik, który z powodzeniem można by wykorzystać na zajęciach kreatywnego pisania. Autorzy omawiają strukturę utworu literackiego - fabułę, czas akcji, jej miejsce,  przestrzeń, techniki narracyjne, styl, postaci literackie, strukturę dialogów. Wszystkie rady i uwagi opatrzone są przykładami. Co bardzo cieszy - przykładami głównie z polskiej literatury. Wykład o pisaniu prowadzony jest w dużej mierze (każdy rozdział ma innego autora) wartko, dowcipnie i niezwykle ciekawie. Mnóstwo jest tutaj bardzo konkretnych i sprecyzowanych uwag, autorzy zwracają uwagę na często popełniane przez niedoświadczonych pisarzy błędy. 

A jakie nauki płyną z tej książki dla początkującego pisarza? A proszę bardzo - pozwoliłam sobie wynotować główne myśli. Co najważniejsze, dla nas blogerów piszących o książkach, żeby dobrze pisać (aby w ogóle pisać!) trzeba dużo czytać. Zgadzam się zupełnie z tym stwierdzeniem - sama po swoich notkach widzę, że im więcej czytam, tym moje "recenzje" lepiej się piszą. Kolejna zasada, której większość blogerów również przyklaśnie, podstawą warsztatu piszącego musi być Regularność, Solidność, Cierpliwość. Jeśli masz ochotę stworzyć coś własnego - notuj sny, trenuj swoją kreatywność poprzez pisanie alternatywnych zakończeń do dobrze znanych historii. Rozwijaj fabułę, wątki swoich ulubionych lektur - pisz dla zabawy, parodiuj klasyków (w liceum kolega z klasy, Miłosz, napisał parodię J.W. Goethego pt. "Cierpienia Młodego Pozera", które nie dość, że było zabawne, to w idealny sposób parodiowało styl pisania klasyka). Zdecydowana większość autorów, polskich i zagranicznych, podkreśla, jako najważniejszą zasadę - zasadniczo powinno się pisać o tym, o czym się wie, a reguły zacząć łamać dopiero wtedy, kiedy dobrze się je samemu pozna. Kluczowe jest ponadto uszanowanie kontekstu kulturalnego oraz wiedza na temat, który chcemy spisać. Ignorancji (w każdym aspekcie życia, nie tylko pisaniu) mówimy zdecydowanie: "NIE!". I na koniec oczywista oczywistość: żeby dobrze pisać, zacznij każde zdanie od wielkiej litery, kończ zaś kropką. Prawda. Najprawdziwsza.

"Jak zostać pisarzem" nie nauczy Was pisać. Nie zgadzam się do końca z tezą autorów, że pisania można nauczyć każdego. To dar, talent. Się ma albo się nie ma. Jednak dar ten można rozwijać, poprawiać, ulepszać. Nie ma takiego zdania, tekstu, którego nie dałoby się napisać lepiej. Ogromną zaletą książki jest kompleksowe podejście do tematu, poparte wieloma przykładami. Omówione są nie tylko części składowe utworu literackiego, ale też jego rodzaje. Powieść kryminalna, fikcja, reportaż, esej - każdy gatunek został scharakteryzowany i pokrótce omówiony. Wszystko w lekkiej, niemal dowcipnej formie. Na uwagę zasługuje również poziom wydania książki - naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam szytą książkę (ogromne brawa!). Piękna, nowoczesna okładka, wygodna czcionka. To zdecydowane atuty. Szkoda jednak, że książka traktuje o pisaniu, a nie ustrzeżono się literówek (to staje się bardzo niemiły zwyczaj wszystkich wydawnictw).

Po lekturze "Jak zostać pisarzem" mam listę (ogromną!) lektur do uzupełnienia. Na szczęście wydawca się zlitował i przygotował ją w formie bibliografii na końcu książki. Także - mam co czytać na najbliższe millenium. Książkę polecam wszystkim - tym, co myślą o pisaniu, tym, co piszą, tym, co uważają, że to nie dla nich. Mnóstwo przydatnych rad dla osób pracujących słowem i pisaniem. "Na pisarza można spojrzeć w trojaki sposób - jako na gawędziarza, nauczyciela i czarodzieja. Wielki pisarz łączy te trzy cechy, ale to zdolność odprawiania czarów czyni go pisarzem wielkim" *. Jeśli chcecie pisać - warto o tym pamiętać.

Kategoria: poradnik językowy
Wydawnictwo Bukowy Las 2011, s. 304.
Biblionetka: 5/6
Lubimy czytać: 7,88/10
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las oraz portalu Sztukater.pl

* "Jak zostać pisarzem", red. A. Zawada, Wrocław 2011, s. 212.

czwartek, 29 grudnia 2011

Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste - Władysław Bartoszewski




Osoba profesora Władysława Bartoszewskiego zawsze stawała przed moimi oczami ilekroć przywoływałam określenie "autorytet". Szczery, odważny, inteligentny, doświadczony. Teraz do tego zestawu dołączę kolejne słowo. Przyzwoity. Słowo idealnie oddające ducha Profesora. 

Władysław Bartoszewski urodził się w 1922 roku w Warszawie. Był jednym z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz (przybył tzw. drugim transportem warszawskim), działał w strukturach Armii Krajowej, jak również Polskiego Państwa Podziemnego, był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. W okresie PRL-u wielokrotnie więziony i internowany przez władze komunistyczne za tzw. działalność szpiegowską. Po 1989 roku był również czynnym uczestnikiem życia politycznego - dwukrotnie pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych, był senatorem IV kadencji, a w rządzie Donalda Tuska pełnił funkcję sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.   Autor wielu publikacji historycznych dotyczących głównie lat 1939-1945 i okupacji niemieckiej. Streszczając jego bogate życie, doświadczenie polityczne i społeczne oraz dokonania w tych paru zdaniach dokonałam niemal zbrodniczego uogólnienia - zainteresowanych odsyłam do publikacji - zarówno jego autorstwa, jak i tych poświęconych jego osobie.

"Warto być przyzwoitym" to publikacja składająca się z trzech części, opatrzona wstępem, będącym rysem biograficznym autorstwa Andrzeja Friszke - członka Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Pierwsza część to przedruk wydanego na niemieckim rynku szkicu pamiętnika W. Bartoszewskiego pt. "Warto być przyzwoitym". Publikacja została wydana dla czytelnika niemieckiego, niezaznajomionego z tematyką hitlerowskiej i stalinowskiej okupacji na ziemiach polskich. Napisany świetnym językiem esej, bez patosu i wszechobecnej polskiej martyrologii opisuje losy Profesora. Polskie Państwo Podziemne, życie w okupowanej Warszawie, przetrwanie w obozie KL Auschwitz, więzienie przez komunistyczne władze PRL - oto tematy tej publikacji. Po przydługawym i niemal groteskowo pompatycznym wstępie Andrzeja Friszke, skromna, wartka i świetnie napisana opowieść profesora Bartoszewskiego, niemal zachwyca. Mimo tego, że tematyka jest skrajnie trudna. Mimo tego, że o okupacji hitlerowskiej i obozach koncentracyjnych każdy z nas przeczytał wiele. Temat wydaje się być w całym swoim okrucieństwie niewyczerpany. 

Dla profesora Bartoszewskiego bycie przyzwoitym jest równe byciu uczciwym. Nigdy nie podpisał lojalki, nie donosił, za co spędził niemało lat w więzieniu. O duchu Polaków mówi w następujący sposób: "Bo ani funkcjonariusze partyjni, ani generałowie nie mogą trwale zepchnąć trzydziestosześciomilionowego narodu w wewnętrzną emigrację, a tym bardziej w rezygnację". * I o tym właśnie traktuje druga część książki. Znajdziemy w niej uzupełnione przedruki z wykładów, jakie profesor prowadził w latach 70. na terenie naszego kraju. Odczyty miały miejsce w prywatnych mieszkaniach, kościołach, salkach katechetycznych. Tematyka oscyluje wokół Polskiego Państwa Podziemnego, fenomenu znaku Polski Walczącej , tajnej prasy i tajnego nauczania za okupacji hitlerowskiej. Sporą część profesor Bartoszewski  poświęca tematyce stosunków polsko-żydowskich. Erudycja, mnogość nazwisk, nazw, dat bardzo imponuje. Być może jest to naturalnym wynikiem uczestniczenia w tych wydarzeniach, bądź efektem przedwojennego szkolnictwa, kiedy to pamięć ucznia była rozwijana w sposób wręcz niebywały. Mimo wszystko - jestem pełna podziwu i szacunku dla tak ogromnej wiedzy historycznej.

Trzecia część "Warto być przyzwoitym" to w dużej mierze przemówienia Profesora wygłaszane dla niemieckiej publiki. Sporo energii i wysiłku w swoim życiu zawodowym i publicznym profesor Bartoszewski poświęcał pojednaniu polsko-niemieckiemu. Wiele miejsca w jego publikacjach zajmuje problem (nie)tolerancji. 

"Warto być przyzwoitym" to lektura niełatwa. I na pewno nie dla każdego. O ile część pierwsza jest napisana łatwym językiem, niemal jak opowieść, o tyle "część historyczna" jest trudniejsza w odbiorze. Bez chociażby minimalnej wiedzy można utonąć w gąszczu nazwisk, dat, organizacji etc. Jednak dla osób, które interesują się dwudziestowieczną historią naszego kraju to lektura obowiązkowa. Kto może i ma naturalne prawo do opowiedzenia i przekazania swojego punktu widzenia niż osoba czynnie (!!!) biorąca udział w tych wydarzeniach? Nie jest to jednak lektura do wchłonięcia "na raz". Należy ją sobie dawkować, doczytywać, wracać do odpowiednich fragmentów. Dla osób uchodzących za erudytów i inteligentów - absolutny must have!

Kategoria: historia, zbiór esejów
Wydawnictwo "W drodze" 2005, s. 440.
Biblionetka: 4,78/6
Lubimy czytać:  7,18/10
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa "W drodze" oraz portalu Sztukater.pl

* W. Bartoszewski "Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste", Poznań 2005, s. 52.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Open. Autobiografia tenisisty - Andre Agassi




Kiedym byłam jeszcze podstawówkowym podlotkiem zwykłam grywać w badmintona. Nie był to, co prawda tenis, ale z moim partnerem do gry ustaliliśmy zasady niczym w tenisie, graliśmy szlemowe turnieje. I co najważniejsze - codzienna (!!!) gra rozpoczynała się od kłótni, które z nas będzie dzisiaj Agassim (płeć nie miała tu większego znaczenia, chodziło o wielkość nazwiska). Po przeczytaniu autobiografii Agassiego wiem, że gdybym miała okazję przekazać mu tę historię - spaliłby się z zażenowania i wstydu. 

"Open. Autobiografia tenisisty" to historia właściciela jednego z najsławniejszych nazwisk tenisowych naszego pokolenia (dzieci lat 80. wystąpić!). Historia spisana przy czynnym współudziale J. R. Moehringera, zdobywcy prestiżowej Nagrody Pulitzera w 2000 roku. Autobiografia napisana niezwykle sprawnie, co sprawia, że czyta się ją niemal jednym tchem. Przed rozpoczęciem czytania zważyłam książkę w dłoni, spojrzałam na liczbę stron i pomyślałam, że czeka mnie ciężka przeprawa. Bardzo, naprawdę bardzo mile się rozczarowałam. Fantastyczny język, lekki dowcip, dawkowanie emocji, niemal fotograficzne opisy meczów - finał: książka wchłonięta w dwa świąteczne popołudnia. I nie zniechęca wręcz opasła lista nazwisk (do których nie mam za grosz pamięci) - Andre Agassi imponuje liczbą przeciwników, w tym również pokonanych. Przeszkodą nie jest mnogość terminów rodem z kortów - sporo zapomniałam w tym temacie i wiele określeń musiałam sobie odświeżyć, ale jestem pewna, że bez ich znajomości lektura nie traci na atrakcyjności.

Jaki obraz Andre Agassiego wyłania się z książki? Poznajemy go w momencie kluczowego meczu, w którym targuje się sam ze sobą - przejść na sportową emeryturę czy udowodnić jeszcze paru osobom, że dobrze gra? Po krótkim rozdziale cofamy się w czasie do dzieciństwa, gdzie poznajemy kilkuletniego Andre zdominowanego kompletnie przez apodyktycznego ojca. To swoista klasyka w przypadku osób, które w dorosłym życiu wiele osiągają - rodzic-tyran, który próbuje przenieść swoje niespełnione ambicje i marzenia na dziecko. Jego przyszła żona, Brooke Shields powiedziała o sobie, Andre Agassim i Michaelu Jacksonie, że są kolejnymi cudownymi dziećmi, które nie miały dzieciństwa. Zamiast uganiać się z kolegami ze szkoły za piłką (co sprawiało Andre niemałą przyjemność), był zmuszany do wielogodzinnego odbijania piłek, wypluwanych przez skonstruowaną przez ojca machinę nazwaną smokiem. Później zostaje wysłany do Akademii Nicka Bollettieriego, w której to panują niemal więzienne zasady. Młody Andre Agassi nienawidzi tenisa z całego serca, jednak chwiejny charakter ojca i niemożność sprzeciwienia się mu, doprowadzają go do perfekcji w tej dyscyplinie sportowej. Płaci za to jednak wysoką cenę - czuje się "starym maleńkim" i jeszcze długo w dorosłym życiu nie będzie mógł odnaleźć spokoju.

Andre Agassi - to nazwisko dla mnie zawsze stanowiło synonim mistrza tenisa. Niezniszczalnego, wiecznego zwycięzcy. Z jego autobiografii wyłania się kompletnie odmienny obraz. Widzimy sfrustrowanego, zagubionego, zakompleksionego chłopaka, który nie potrafi wygrać meczu w swoim umyśle. Pozytywne myślenie nie było mocną stroną Agassiego, gdyż niejednokrotnie podczas meczu sam wykańczał się swoim negatywnym nastawieniem. Kompleksy dotyczyły niemal wszystkiego - stylu, techniki, wyglądu zewnętrznego. Wszystkie zabiegi mające odciągnąć uwagę tłumów dziennikarzy i kibiców od jego "słabych punktów" koncentrowały się na wyróżnianiu się ubiorem (dżinsowe spodenki do gry w tenisa, kolorowe koszulki, szokujące fryzury, kolczyki etc.). Każdy artykuł prasowy, wypowiedź przeciwnika z kortu były odbierane przez Andre bardzo osobiście. Powiem szczerze - dla mnie, jako tej, która staczała tyrady aby móc być Agassim podczas gry w "kometkę" (zdaję sobie sprawę z wagi mojego bluźnierstwa) - kompletny brak wiary w siebie u tego zawodnika wywołał szok. Długotrwała depresja z którą się zmagał - to chyba znak i smak życia wielkich ludzi. "Wygrana nie jest tak dobra jak zła bywa porażka i dobre samopoczucie nie trwa tak długo jak chandra" *.

Książka jest bardzo odważna i z tego, co pobieżnie wyśledziłam - narobiła niemałego szumu w Stanach Zjednoczonych. Paru osobom oberwało się tutaj konkretnie - ojcu, niektórym zawodnikom, trenerom, bliskim osobom. Brooke Shields pewnie nieraz rzuciła tą książką o ścianę. Jednocześnie "Open ..." jest swoistym hołdem dla osób, które były z Andre, pomimo wielu niepowodzeń. Jego osobisty trener, będący jego "ojcem właściwym" - Gil, czy druga żona Steffi Graf musieli czuć się dumni ze słów, które tu padły na ich temat. Andre odkrył pod koniec swojej kariery, jak wielką satysfakcję daje działalność charytatywna. Sam powiedział: "To jedyna doskonałość, perfekcja polegająca na pomaganiu innym. Jest to jedyna rzecz, która ma trwałą wartość i znaczenie. Dlatego żyjemy. Aby inni czuli się z nami bezpiecznie". **

Mam świadomość, że książka nie przypadnie każdemu do gustu. Polecam z paru powodów. Po pierwsze dlatego, że warto czytać (auto)biografie, aby zdać sobie sprawę, że sukces nie jest nikomu dany z góry. Na wszystko trzeba ciężko zapracować. Jak ciężko - można sprawdzić chociażby na przykładzie Andre Agassiego. I nie jest to wyświechtany slogan. Warto przeczytać "Open" również dlatego, że to bardzo dobrze napisana biografia. Językowo i fabularnie. Miejmy nadzieję, że nikt nie skusi się, aby ją zekranizować. Niestety mały przytyk kieruję do Wydawnictwa, które powinno zadbać o najwyższą jakość wydania książki - szkoda, że do druku wkradło się niemal 10 literówek. Ostatni powód dla którego warto przeczytać podsunął sam Andre Agassi: "Sam późno odkryłem magię literatury. Ze wszystkich swoich błędów, przed którymi chciałbym uchronić swoje dzieci, ten wpisuję na początek listy". *** Ale do tego - drogie mole książkowe - chyba nie muszę Was przekonywać ...

Kategoria: autobiografia
Wydawnictwo Bukowy Las 2011, s. 456.
Biblionetka: 5,25/6
Lubimy czytać: 8,58/10
Moja ocena: 5-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las oraz portalu Sztuker.pl

* A. Agassi "Open. Autobiografia tenisisty", Wrocław 2011, s. 199.
** tamże, s. 276.
*** tamże, s. 455.

czwartek, 22 grudnia 2011

Skandynawia. Wojna z trollami - Tony Griffiths




Niejednokrotnie czuję się mocno oszukana przez opisy okładkowe. Mogłabym napisać spory artykuł w którym wyliczyłabym główne grzechy osób przygotowujących streszczenie zawartości książki. Bądźmy szczerzy - niektórzy robią to świetnie, inni gorzej. Bywa tak, że świetny opis sygnuje słabą książkę. Częściej jednak opisy preparowane są na podstawie pierwszego i ostatniego rozdziału książki. Śmiem wysunąć przypuszczenie, że gdyby osoba przygotowująca opis na okładkę "Skandynawii" przebrnęła przez całość - nie byłby on nawet w połowie tak entuzjastyczny.

Tytuł oraz wyżej wspomniana zajawka nastroiły mnie na ciekawą i rozwijającą lekturę w klimacie popularnonaukowym. Zgrabnie, lekko, może troszkę zabawnie - na pewno interesująco. Tak miało być. Niestety, nie dajcie się zwieść, "Skandynawia ..." to podręcznik historii. A historię, jak wiadomo można serwować na dwa, zupełnie skrajne sposoby.

Tony Griffiths podjął się trudnego zadania, jakim jest próba udowodnienia, że Skandynawów łączy coś więcej niż tylko bliskość geograficzna. Tak przynajmniej odczytałam hipotezę tej pracy. Przyznam się szczerze - niemal cały czas miałam wrażenie, że czytam pracę magisterską średniej jakości studenta. Jedyne, co mnie wybijało z tego trybu myślenia - to brak przypisów, bo gdyby takowe się pojawiły - miałabym pewność stuprocentową. Autor referuje historię Danii, Norwegii i Finlandii (Islandii, którą uważa się również za państwo skandynawskie, poświęca niecałe dwie strony) w dość suchy i jałowy sposób - wyliczanie faktu za faktem, traktowanie każdego z państwa osobno, bez próby ujęcia wspólnych punktów, odniesień. Podtytuł książki głosi "Historia, kultura, artyści. Od czasów Napoleona do Stiega Larssona". Zastanawiam się, czy ten podtytuł to pomysł polskiego wydawcy? Nie chodzi o dość tani chwyt, jakim jest niewątpliwie nazwisko ultrapopularnego szwedzkiego pisarza, ale umieszczenie słów "kultura, artyści" jest sporym nadużyciem. Historia (co rozumiem i jest zupełnie naturalne w takim wywodzie) zajmuje około osiemdziesięciu procent książki, jednak próby poruszenia kwestii kulturowych kończą się fiaskiem. A szkoda, bo to właśnie miało stanowić o oryginalności tego opracowania.

Dość tej krytyki, przejdźmy do zalet "Skandynawii ...". Dla osób zainteresowanych historią tego regionu Europy powinna to być lektura niemal obowiązkowa. W zwięzły, w przysłowiowej "pigułce" podawane są fakty historyczne. Mam wrażenie, że autorowi dużo łatwiej pisało się o XX wieku, bo rozdziały dotyczące tego okresu są ciekawe, sprawnie napisane i można w nich znaleźć ciekawostki. Skoro o nich mowa - dla mnie, osoby zainteresowanej historią, stanowią sporą wartość. Szczerze mówiąc, liczyłam na więcej, autor jednak nie rozpieszcza nas ich ilością. Gdybym chciała jakiekolwiek zacytować to pewnie zdradziłabym te najciekawsze, zatem powstrzymam się. Jako dyplomowana politolożka, chciałam jednak zauważyć, że autor wyjątkowo interesująco pisze o skandynawskich politykach (znowu dwudziestowiecznych) i te fragmenty najbardziej przypadły mi do gustu.

Podsumowując - zdecydowanie niełatwa lektura. Wymaga sporego skupienia i znajomości wielu faktów historycznych. Osoba, która jest kompletnym laikiem w kwestii historii tego regionu, nie skorzysta za bardzo z lektury. Myślę, że czas podręczników historycznych, w których fakty, daty i nazwiska wyrzucane są niczym naboje z karabinu, już minął. Mam pewien problem ze "Skandynawią ...", bo w moim odczuciu laik w temacie zmęczy się szybko jej lekturą, natomiast ekspert umrze z nudów. Spodziewałam się wartkiego, ciekawego eseju, w którym autor podejmie temat wpływu kultury i ludzi tego regionu na historię. A mamy wykład o historii, na dobrym, ale jednak mało brawurowym poziomie, z doczepionymi jakby na siłę wstawkami kulturowymi. Szkoda, bo temat wart jest pogłębionej analizy. 

Kategoria: literatura popularnonaukowa - historia
Wydawnictwo AMF 2011, s. 374
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać: 7/10
Moja ocena: 3+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AMF oraz portalu Sztukater.pl

piątek, 2 grudnia 2011

Bob Dylan. Ilustrowana biografia - Chris Rushby




Bob Dylan urodził się jako Robert Allen Zimmerman w maju 1941 roku w stanie Minnesota. Zainteresowanie muzyką zaczął wykazywać jako nastolatek. Po przeprowadzce do Nowego Jorku dołączył do rodzącej się sceny folkowej. Kilka albumów, które wtedy powstały zapewniły mu miejsce w panteonie gwiazd lat sześćdziesiątych.

Później Bob Dylan miał romans z muzyką rockową, krótko nagrywał również utwory w klimacie gospelowo-religijnym. W latach 80. nie potrafił odnaleźć się i niezgrabnie starał się zagrzać miejsce w świecie ery MTV. W latach 90. przeżył twórcze odrodzenie. Od 1988 roku Bob Dylan jest stale w trasie, którą nazwano "Never Ending Tour".

Według autora biografii najtrafniejszym wytłumaczeniem dla wyboru takiego właśnie pseudonimu była fascynacja Dylana poezją Walijczyka - Dylana Thomasa. Bob Dylan był wielokrotnie nominowany do Nagrody Nobla, a jego wspomnienia "Moje kroniki" są zaskakująco dobrą literaturą. W prowadzonej w latach 2006-2009 audycji "Theme Time Radio Hour" wykazywał się wyjątkową erudycją muzyczną, głęboką wiedzą i poczuciem humoru.

Bob Dylan w swoich tekstach porusza wiele kwestii społecznych, komentuje politykę, rozważa dylematy moralno-filozoficzne oraz często odwołuje się do literatury. Często jest twórczość określano mianem kontrkultury. W latach 60. miał wiele okazji do odwoływania się do ówczesnych wydarzeń - prezydentury, a później i zabójstwa, prezydenta Kennedy'ego czy kryzysu kubańskiego. W 1963 roku Dylan pełnił rolę supportu muzycznego dla słynnego marszu na Waszyngton, podczas którego doktor Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie zaczynające się od słów "I had a dream ...". Udział w tym wydarzeniu wzmocnił wiarygodność Boba Dylana jako muzyka artysty.

Bob Dylan koncertował z niemal wszystkimi wielkimi jego czasów - The Beatles (plotka głosi, że podczas ich pierwszego tournee po Stanach Zjednoczonych w 1964 roku sam Bob Dylan wprowadził ich w tajniki palenia marihuany), Joni Mitchell, Johnny Cash, The Band, Bruce Springsteen. Jego teksty i muzyka wielokrotnie były wykorzystywane i odtwarzane - najbardziej brawurowe wykonania to "All Along the Watchtower" (J. Hendrix), "Knocking on Heaven's Door" (kto nie wykonywał tego utworu?) "Blowin' in the Wind" (1. miejsce na zestawieniu 500 najlepszych utworów wszechczasów magazynu "Rolling Stone"). 

Przyznam szczerze, że twórczość Boba Dylana znam pobieżnie - oczywiście ever greeny, z racji ich uniwersalności, znam. Niektóre z jego niezwykłych utworów odkryłam oglądając Californication - doskonale wpasowywały się do klimatu Hanka i L.A. Przeglądając ten przepiękny album nabrałam chętki na poznanie, wsłuchanie się w jego głos. Okazuje się, że znałam więcej niż myślałam. 

Zdjęcia przedstawione w albumie pokazują Boba Dylana głównie podczas sesji studyjnych, bądź podczas koncertów. Bardzo mało jest zdjęć prywatnych - te, które zostały zaprezentowane pokazują go raczej jako "tatuśka" bez pomysłu na siebie i życie, przeciętnego Amerykanina lat. 70, niż Człowieka, który był Głosem kilku pokoleń. Z fotografii wygląda też twarz mężczyzny zmęczonego, zagubionego. Poszukiwał inspiracji w tak wielu ideach, miejscach. Niemal na każdej fotografii wydaje się być wyobcowany, nieśmiały, introwertyczny. 


Nie można mu odmówić jednego - jest legendą swoich czasów. Utwory o ponadczasowych tekstach i melodiach wyrabiają gusta muzyczne kolejnych pokoleń. Album "Bob Dylan. Ilustrowana biografia" to tylko wycinki, flesze z życia i twórczości Boba Dylana. Zdjęcia mniej i bardziej znane w pięknej oprawie, z krótkim komentarzem (raczej średnio przychylnym artyście). Dla wiernych fanów pozycja obowiązkowa, a dla tych, którzy do tej pory nie byli zainteresowani osobą Boba Dylana - dobry przewodnik po twórczości i życiu artysty.



Kategoria: biografia
Wydawnictwo Olesiejuk 2011, s. 224
Biblionetka: 5,17/6
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam (i obejrzałam) dzięki uprzejmości Wydawnictwa Olesiejuk i portalu Sztukater.pl

czwartek, 1 grudnia 2011

Thor. Saga Asgard - Wolfgang Hohlbein




Z fantastyką u mnie zawsze było na bakier. Przerażały mnie opasłe tomiska, skomplikowane koneksje bohaterów, wymyślane mitologie, światy. Nie potrafiłam przekonać się zupełnie do tego gatunku literackiego. "Thor"nie dość, że potwierdził moje uprzedzenia, to spowodował u mnie niemal miesięczny książkowstręt. A tego się nie wybacza ...

Tytułowy bohater to tak naprawdę mężczyzna bez imienia, przez wielu uznany za Thora - skandynawskiego boga. Poznajemy go w wyjątkowo dramatycznym momencie - budzi się, jakby ze snu, podczas burzy śnieżnej. Nie pamięta niczego - kim jest, skąd przybył i w jakim celu znalazł się w tym właśnie miejscu. Na swojej drodze napotyka rodzinę, która została obrabowana - tak poznaje Urd. Jak widać - mimo mojego niezbyt wielkiego obeznania w fantastyce - pomysł delikatnie mówiąc nieświeży. Jednak naprawdę miałam ochotę na tę historię - mitologia w każdej formie - poproszę, dwa razy! I zaczęła się przeprawa po grudach - niemal fizycznie odczuwałam trudy podróży Thora poprzez zaśnieżone, górzyste, nieprzyjazne tereny. Niemal na każdym kroku czekały na mnie (wraz z Thorem, rzecz jasna) potyczki, walki - i mimo tego, że byłam osłabiona bądź uszkodzona (po poprzedniej bitwie), w pojedynkę i miałam jeno młot - wychodziłam zwycięsko. W pewnym momencie poczułam, że Thor jest takim Stevenem Seagalem z Północy.

Mocno drażni schematyczność - to już nie tylko niezniszczalny bohater, ale również motyw wędrówki, który jest tematem skrajnie wyczerpanym w literaturze. Hohlbein rozdmuchał niestety powieść do granic możliwości - podczas czytania rozległe opisy wszystkiego, czego się tylko dało, były nużące i męczące. Opisy bitw nieco rekompensowały złe wrażenie - były dopracowane, zachęcająco poprowadzone, jednak ... znowu to powtórzę - mocno schematyczne. Co z tego, że przed Thorem piętrzyły się przeszkody, skoro i tak wymachując swoim młoteczkiem przepędzał wszystkich gdzie pieprz rośnie. 

Głównym tematem jest poszukiwanie tożsamości przez Thora. Pomaga mu w tym Urd, kobieta, którą uratował przed Posłańcami Światła. Szybko rodzi się pomiędzy nimi nić porozumienia, a potem i uczucie. Urd to jedna z większych niespodzianek tej powieści - jej przemiana w miarę rozwoju fabuły i inne przypadłości. Mimo dość stereotypowego sposobu potraktowania tematu kobiety i uczuć - z całej tej papki da się to przetrawić.

Czego przetrawić się nie da? Dialogów. Prostych, kwadratowych, przeciąganych, przegadanych, o niczym. Zawsze zastanawiało mnie co może osłabić czytelnika bardziej - brak dialogów czy ich obecność na wyjątkowo marnym poziomie. Sporą zaletą jest jakość tłumaczenia i redakcja - praktycznie brak literówek (co przy ponad ośmiuset stronach jest nie lada wyczynem), tasiemcowe zdania można zrozumieć.  Jednym słowem - przy całym bólu, wydawca nie dał przysłowiowego ciała.

Z kwestii technicznych - książki o takiej objętości powinny być w twardej oprawie. Pomijając nieporęczność, grzbiet jest podniszczony tylko po jednym przeczytaniu. Za książkę o cenie 50 zł - troszkę nie fair wobec Czytelnika. Co więcej, mój egzemplarz był przepełniony stronami z zagnieceniem (błędy drukarskie), co naprawdę mocno drażniło i dodatkowo zniechęcało do zagłębiania się w treść. Gramatura papieru też pozostawia sporo do życzenia - przy dobrym poziomie merytorycznej redakcji, poziom stricte techniczny mocno rozczarowywuje. 

Podsumowując - książka zupełnie nie trafiła w mój gust czytelniczy. Umęczyłam się strasznie, niemal na miesiąc przestałam zupełnie czytać. "Thor" tak osłabiał mój zapał do książek, że zupełnie poważnie wystraszyłam się, czy aby czasem nie dopadł i mnie kryzys totalny w czytaniu. Nie dopadł na szczęście, ale "Thor" to lektura nie dla mnie. Jeśli lubicie fantastykę okraszoną wieloma opisami bitew, autorów o niezbyt skomplikowanej warstwie charakterologicznej (samo głoszenie wszem i wobec, że jestem tajemniczy nie wystarcza) - to książka dla Was. Mam nadzieję, że powieść "króla fantasy" jest tylko niechlubnym wyjątkiem  tego gatunku, a w przyszłości trafię na prawdziwe perełki.

Kategoria: fantastyka
Wydawnictwo TELBIT 2011, s. 830
Biblionetka: 3,38/6
Lubimy czytać: 5,89/10
Moja ocena: 2-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa TELBIT oraz portalu Sztukater.pl.

wtorek, 8 listopada 2011

Dalziel & Pascoe. Ścięte głowy - Reginald Hill




Czasem w myślach układam morderczy plan wypróbowania średniowiecznych metod tortur na osobach, które popełniają opisy treści powieści na okładkach. Pierwszym kandydatem (bezpłciowym) byłaby osoba, która napisała streszczenie pierwszych dziesięciu stron "Ściętych głów" - nie dajcie się zwieść - dzieje się tam o wiele więcej i ciekawiej! I znowu mam problem, bo w tym przypadku okładka i czyni i troszkę krzywdzi książkę.

O czym historia? Patrick Aldermann - księgowy w sporej firmie produkującej wyposażenie sanitarne łazienek. Poza pracą jego największą pasją jest hodowanie róż. Zbyt częste i zbyt wygodne dla Patricka nieszczęśliwe wypadki, usuwające z jego otoczenia osoby mu niewygodne, zwracają uwagę jego przełożonego - Dicka Elgooda. Dick dzieli się swoimi spostrzeżeniami z miejscowymi komisarzem Peterem Pascoe. Policja zaczyna węszyć. Pikanterii dodaje fakt, iż żony Petera i Patricka zaprzyjaźniają się ze sobą. Pojawia się również postać młodego kadeta pochodzenia hinduskiego Singha, który w tej historii odgrywa niebagatelną rolę. Czy Patrick popełnił wszystkie zbrodnie, które przypisuje mu szef, czy w grę wchodzi tylko zwykła męska zazdrość? 

Przyznam szczerze, że pierwsze kilkadziesiąt stron przebrnęłam w sporym bólu. Nie mogłam połapać się w lekkim chaosie narracyjnym, postaciach, nazwiskach. Nazwiska - mój odwieczny problem przy czytaniu - a tutaj przypakowano mi całkiem sporą listę. Gdyby nie lekki przymus przeczytania tego kryminału - miałby spore szanse wylądowania na stosiku pt. "do wymiany". Ale gdzieś w okolicach sześćdziesiątej strony akcja zaczęła z lekka truchtać, coraz szybciej i szybciej, aby w końcu osiągnąć zadowalający poziom kłusa. Intryga została zawiązana, jednak ... po zakończeniu lektury zadaję sobie pytanie - czy to aby na pewno jest kryminał? Wychowałam się na książkach Agathy Christie, gdzie bez trupa nie ma zabawy, intryga jest gmatwana niczym losy rodziny Mostowiaków czy też innych Lubiczów, autorka kręci nami jak na karuzeli i w końcu nie wiemy, czy zabił fryzjer czy może żona? W przypadku "Ściętych głów" poczułam się mocno rozczarowana wykończeniem tematu. Szkoda.

Interesującym zabiegiem jest tytułowanie kolejnych rozdziałów nazwami odmian róż. Dodatkowy, bardzo "ogrodniczy" opis ciekawie koresponduje z tym, co dzieje się dalej w treści rozdziału. Fajne, interesujące i nieszablonowe. To się chwali.

Co jeszcze się chwali? Ano typowe brytyjskie poczucie humoru. Czy lubię? Uwielbiam wręcz. Tutaj mamy zaserwowane w idealnych proporcjach. Subtelnie, ale jednak dobitnie. Wszechobecna jest również ironia. Bardzo ciekawie zarysowane są postaci, które wpisują się w ten nurt. Niektóre niemalże groteskowo przerysowane. Stałam się fanką Dalziela, który swoją gruboskórnością i bezczelnością ujął moje paskudne serce. Pomimo, że "Ścięte głowy" to siódma część cyklu (w Polsce do tej pory wydane zostały cztery tomy), zupełnie nie przeszkadzało to w czytaniu. Nie było odniesień do poprzednich części cyklu, co pozwala czytać tomy przygód komisarzy Dalziela i Pascoe w dowolnej kolejności.

"Ścięte głowy" zostały wydane w 1983 roku, co jest dość mocno wyczuwalne w mentalności. Policjanci u Reginalda Hilla to głównie urzędnicy, zajmujący się rozgryzaniem kryminalnych zagadek. Nie biegają z giwerami po mieście, nie urządzają pościgów - pod tym względem kryminał nieco przypominał mi styl Agathy Christie, u której Herkules Poirot "przegadywaniem" tematu rozgryzał łamigłówki. Słowa "nieco" użyłam świadomie - Agatha Christie to jednak mistrzyni gatunku.

Kryminał nie porywa, ale nie powoduje niesmaku. Zapewnia umiarkowaną rozrywkę, ale brytofile poczują się dopieszczeni szczegółami. Na jesienne popołudnie jak znalazł, jednak miłośnicy kryminałów z zagmatwaną intrygą poczują się mocno rozczarowani. Trup ściele się umiarkowanie gęsto, ale bywa zabawnie i z przymrużeniem oka. Jednym słowem - troszkę polecam, ale nie epatuję zachwytem.

Kategoria: kryminał
Wydawnictwo Nowa Proza 2011, s. 368
Biblionetka: 4,50/6
Lubimy czytać: 5,75/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nowa Proza oraz portalu Sztukater.pl

wtorek, 1 listopada 2011

Serafina i kochankowie - Krystyna Nepomucka




Niejednokrotnie zarzekałam się, że nie ma takiej książki, która byłaby w stanie mnie od siebie odstraszyć. Zawsze daję książkom szansę do końca. Po raz pierwszy (!) czytając "Serafinę i kochanków" poczułam, że gdyby nie zobowiązanie - nie dokończyłabym jej. A tak, zafundowałam sobie dwa popołudnia z Krystyną Nepomucką i jej nieszczesną Serafiną. Naczytałam się dobrych opinii o pisarstwie pani Krystyny, ale po tym, co zafundowała w tej powieści - trudno mnie będzie przekonać do czegokolwiek, co wyszło spod jej pióra.

Serafina to kilkunastoletnia dziewczyna wychowywana przez przebiegłą, chciwą ciotkę, która właściwie pełni w jej życiu rolę sutenera. Serafina para się najstarszym zawodem świata, co ciekawe pod okiem czujnej ciotki wyspecjalizowała się w zaspokajaniu najbardziej wyrafinowanych i niedorzecznych pragnień podstarzałych mężczyzn. Sytuacja ulega niebezpiecznej zmianie, kiedy Serafina podczas pobytu w Ciechocinku poznaje Alojzego. Zakochuje się w nim, a sam Alojzy staje się jej sponsorem. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że Alojzy jest żonaty, a jego żona mimo słabego zdrowia i niezbyt młodego wieku, potrafi powrócić nawet z zaświatów (!!!), aby pokarać niewiernego małżonka. 

Historia do cna banalna, przewidywalna, naiwna aż do bólu. Główna bohaterka jest postacią tak głupiutką, naiwną, pustą i próżną, że moja czytelnicza cierpliwość była wystawiana na ogromne próby. Dziewczę to rozprawia, rozmyśla właściwie tylko o nowej biżuterii, tudzież przyodziewku, lub też o tym, jak ukryć przed panem Alojzym fakt, iż dziewiczy wianek na jej głowie to czcza bujda. Każda postać przedstawiona w "Serafinie ... " jest papierowa do bólu - zła i chciwa ciotka Apolonia, która sprzedałaby ciało Serafiny za byle błyskotkę. Ciotka nie miewa "lepszych momentów" - pokrętne przypisywanie jej dbałości o przyszłość podopiecznej wydaje się nie mieć zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Tytułowa bohaterka to klasyczna utrzymanka, dla której najważniejsze są nowe błyskotki. Alojzy w tej historii to mężczyzna jakby pozbawiony mózgu. Generalnie mężczyzna w powieści Krystyny Nepomuckiej traktowany jest jako ograniczony umysłowo, nadający się jedynie do sponsorowania i obrzucania podarunkami właściciel narządu płciowego. Wiem, że panowie idealni nie są, ale ... aż tak źle to chyba też nie jest. Postaci poboczne również bardzo szablonowe i papierowe. 

Aby dopełnić tego dość absurdalnego obrazu należy nadmienić, że bohaterka doznaje duchowej przemiany. Pod wpływem pana Trąbki, jednego z jej domniemanych klientów do "masażu", Serafina zaczyna zaczytywać się w książkach traktujących o duchowej pracy nad samą sobą i pojawia się nikły cień refleksji nad własnym życiem. Wątek został jednak porzucony dość szybko przez autorkę i Serafina koniec końców pozostawia po sobie wrażenie osoby pustej i skrajnie głupiutkiej. 

Momentami styl pisania pani Nepomuckiej mocno trącił mi najpopularniejszym polskim tabloidem. Nienawistna wobec wszystkich ciotka Apolonia, skrajnie absurdalne sytuacje - wszystko, co można znaleźć niemal codziennie w kiosku za niecałe 2 złote. Jako, że na okładce "Serafiny ..." odnajdziemy takie słowa jak "skandalizująca opowieść" czy "tylko dla dorosłych" po zawartości możemy spodziewać się wiele. Książka została napisana w 1995 roku i myślę, że od tego czasu sporo się w naszej mentalności zmieniło i mało co potrafi nas zgorszyć. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż słownictwo pani Nepomuckiej ... jest delikatnie mówiąc mocno frywolne i momentami wulgarne. O ile bywa, że jest to zamierzony środek wyrazu, to w tym przypadku raczej prowadziło do zniesmaczenia. 

Mimo wielu słabych momentów, są i bardzo trafne i mądre stwierdzenia. Nie można również odmówić pani Krystynie poczucia humoru - jak na mój gust jednak jest ono dość trudne w odbiorze i momentami przyciężkawe. Wynotowałam sobie jednak piękne określenie, który wywołało we mnie parsknięcie śmiechem, a mianowicie autorka napisała o jednej z bohaterek, iż była "posiadaczką męża". Prawda, że urocze?

Podsumowując - nie podobało mi się. Naiwnie, nudno, przewidywalnie. Fabułę można by zamknąć w najwyżej połowie objętości książki. Historia przegadana, bez "motywu przewodniego". Jest groteska, jest humor, ale ... do mnie niestety to nie przemawia. Czytałam wiele dobrego o poprzednich książkach pani Nepomuckiej i żywię cichą nadzieję, że "Serafina i kochankowie" to tylko wypadek przy pracy.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Akapit-Press 2011, s. 416
Biblionetka: 3,59/6
Lubimy czytać: 6,14/10
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit-Press oraz portalu Sztukater.pl.

niedziela, 30 października 2011

Wywiady bez kitu - praca zbiorowa




To, że muzyka jest dla mnie równie ważna jak literatura, nie jest pewnie niczym oczywistym. Ale też i nie jest niczym wyjątkowym. Wszyscy słuchamy, ale każdy z nas słucha inaczej. Ścieżki mojego gustu muzycznego bywają bardzo zakręcone i zawiłe, ale jedno jest pewne - muzykę kocham. Sercem całym. Dlatego z wypiekami na twarzy zabrałam się za pochłanianie "Wywiadów bez Kitu".

O "legendarnym krakowskim radiu" przeczytałam pierwszy raz na okładce "Wywiadów bez Kitu". Jednak przyznajmy szczerze - raczej do targetu owego radia nie należę - już dawno skończył się mój romans z ciężkimi brzmieniami. Z dużym zainteresowaniem i podziwem przeczytałam jednak wstępniak Romualda Stankiewicza - redaktora naczelnego Radia Bez Kitu. Radio wystartowało w 2002 roku, pięciokrotnie zmieniało siedzibę, bazowało główne na audycjach autorskich, ponadto można było wysłuchać reportaże oraz transmisje koncertów. Z Radiem współpracowali głównie studenci i licealiści, którzy w stacji uczyli się zawodu. 

Same "Wywiady bez kitu" to zbiór ponad pięćdziesięciu rozmów z polskimi i zagranicznymi muzykami oraz innymi artystami. Zgadzam się z tym, co napisał Romuald Stankiewicz w przedmowie - czytanie tej książki jest jak podróż w czasie, odkurzanie starych nagrań. Od 2002 roku wywiadów udzielili m.in. Aga Zaryan, Closterkeller, Coma, Cree, Czesław Śpiewa, Happysad, Hey, Maciej Maleńczuk, Muchy, Myslovitz, Renata Przemyk,  Stanisław Soyka, T.Love, Tymon Tymański. Każdy wywiad opatrzony jest wstępniakiem, w którym redaktor radiowy wyjaśnia okoliczności przeprowadzania rozmowy - niejednokrotnie wprowadza to świetny klimat i wywiad się po prostu chłonie.

Całościowo "Wywiady ..." są jednak dość nierówne. Przyczyny leżą po stronie rozmówców, jak i przeprowadzających wywiady. Są rozmowy w których artyści ewidentnie nie mają do powiedzenia o niczym poza swoją muzyką. Tło - psychologiczne, historyczne, socjologiczne - w muzyce jest bardzo ważne. Bez takiego tła polska scena lat 80. byłaby tylko mieszaniną krzyku, szarpania gitar. A tak stała się zjawiskiem społecznym, niemal unikatowym na skalę europejską. W niektórych wywiadach mocno można poczuć, że to osoba przeprowadzająca rozmowę nie ma pomysłu na artystę i pyta o banały. Całościowo jednak rozmowy są bardzo ciekawe i niejednokrotnie odkładałam na bok książkę, aby posłuchać utworów danego wykonawcy. Najpiękniej jednak całe moje rozważania mogą podsumować słowa jednego z redaktorów - Michała "Vespera" Dziewońskiego - "Wywiad z Anathemą nauczył mnie jednej bardzo ważnej rzeczy - o muzyce nie można za dużo rozmawiać, trzeba ją grać lub słuchać" *. I nie pozostaje mi dodać nic innego.

Które wywiady zrobiły na mnie największe wrażenie? Pewnie nie będę oryginalna jeśli powiem, że były to w których mogłam poczytać o muzykach, których osobiście cenię, lubię i nadal słucham. Najbardziej podobał mi się wywiad z Renatą Przemyk. Ciepła, skromna osoba. Myslovitz - rozmowa o graniu, czytaniu, słuchaniu. Przeczytałam ją dwa razy. Uśmiałam się przy wywiadzie z chłopakami z Happysad, którzy prezentowali wyjątkowo abstrakcyjny sposób rozmawiania. Zaskoczyła mnie pogadanka z Formacją Chatelet - genialni ludzie, totalnie zakręceni - bardzo w moim smaku. Uważam rozmowę z nimi za prawdziwą perełkę tego wydawnictwa. Mój patriotyzm muzyczno-lokalny nie został wygłuszony i chylę czoła chłopakom z Much, którzy również pokazali się z bardzo ciekawej strony. Kapela ze Wsi Warszawa - genialny, zabawny i inteligentny wywiad. 

Na osobne wyróżnienie zasługują dwa wywiady - z Kaśką Nosowską oraz Myslovitz. Dlaczego? Bo w tych wywiadach jest mowa o literaturze. I to jest mowa w bardzo ciekawy sposób. Kaśka pięknie mówi o tym, że bardzo zależy jej na tym, żeby jej syn kochał czytać, gdyż jak ona sama twierdzi to jest niesamowita sprawa. "Książka potrafi załatwić każde problemy. Jak mam kłopoty, to zaczynam czytać, a czytam tak, że przestaję funkcjonować w  realu.  Jestem jakby cała w książce." **

Ciekawie czyta się również te wywiady z perspektywy 2011 roku, w którym Internet opanował w tak dużym stopniu nasze życie codzienne. Wręcz "wzruszają" wypowiedzi muzyka z Anathemy, gdzie ekscytacja siecią jest tak spora, że mogą to zrozumieć tylko osoby, które pamiętają "czasy" przed Internetem. TUMBAO opowiada również w zabawny sposób o wrocławskich drogach - jadąc samochodem woleli słuchać kaset, gdyż płyty kompaktowe częsty na wrocławskich dziurach ... przerywały. W tym kontekście można powiedzieć, że wynalezienie formatu mp3 to prawdziwe zbawienie.

Podsumowując - ciekawa książka, pewnie nie tylko dla fanatyków muzyki. Fanów ciężkich brzmień uraduje podwójnie. Dla mnie była to troszkę podróż w czasie - przypomniałam sobie stare, dobre czasy, kiedy cięższe brzmienia były dla mnie całym światem. Parę świetnych rozmów, kilka słabszych, ale w całokształcie bardzo dobrze przygotowana książka. Troszkę martwi fakt, że nie widać jej na półkach księgarskich. Ja, jako fanka muzyki, zdecydowanie polecam!

Kategoria: literatura faktu
Wydawnictwo Narbook 2010, s. 416
Biblionetka: 4,83/6
Lubimy czytać: 5,67/10
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Narbook i portalu Sztukater.pl.


* "Wywiady bez kitu", Jelenia Góra 2010, s. 20.
** tamże, s. 120.

środa, 26 października 2011

Rozkaz - Leena Lander




Ostatnio mam okazję coraz częściej wędrować po czytelniczej mapie Europy. O ile skandynawska literatura jest bardzo popularna, o tyle fińskie dreszczowce już pewnie mniej. Co prawda nie tak całkiem dawno miałam przyjemność podzielić się opinią co do "Milczenia", którego akcja miała miejsce w Finlandii. "Rozkaz" potwierdza moje pierwsze wrażenie - jest to "coś" w pisaniu o tych rejonach. Jeszcze nie do końca wiem "co", ale już teraz mogę wstępnie założyć - "to jest dobre".

Fabuła jest dość sztampowa - mamy rok 1918, przez Finlandię przetacza się wojna domowa. Mieszkańcy kraju dzielą się na politycznie białych i czerwonych. W tej zawierusze Miina zostaje oddelegowana w ręce Aaro, który ma przetransportować "czerwoną" więźniarkę do Ruukkijoki. Tam Miina ma zostać poddana śledztwu, które z dużym prawdopodobieństwem zakończy się dla niej wyrokiem kary śmierci. Podczas transportu łódką dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń, w wyniku których Miina oraz Aaro na osiem dni lądują na niezamieszkanej wysepce. Kiedy zostają odnalezieni żadne z nich nie chce powiedzieć co takiego wydarzyło się w tym miejscu i czasie. 

Na szczególną uwagę zasługuje narracja (albo dobre tłumaczenie). Dbałość o język, prostotę formułowanych myśli i głębię przekazu  - to naprawdę spore atuty "Rozkazu". Bardzo uderza swoisty kontrast - rzecz dzieje się w wyjątkowo brutalnych i okrutnych okolicznościach, a bohaterowie, których naszkicowała Leena Lander, charakteryzują się niemałą wrażliwością i samoświadomością. Mamy tutaj Emila Hallenberga, który w wyniku zawirowań historycznych zamienia gabinet pisarza na placówkę, w której sądzi "zbrodniarzy". Jest to człowiek o niedookreślonej tożsamości, czerpiący dewiacyjną satysfakcję z obserwowania  rodzącego się związku pomiędzy Aaro a Miiną. Jest i jego żona - klasyczna femme fatale, nieco niezrównoważona psychicznie. I wreszcie Miina - kobieta o głęboko pokaleczonej duszy i wyjątkowo twardym charakterze oraz Aaro - człowiek niezwykłego honoru, lecz słabej sile przebicia. 

Wydarzenia przedstawiane są z grubsza chronologicznie. Wiele faktów układa się w całość dopiero  po przeczytaniu całej powieści. Niektóre wątki pozostają nierozwiązane i niejasne, a czytelnik sam może spróbować odpowiedzieć na pytanie "dlaczego?". Klimat wprowadzony przez autorkę doskonale oddaje specyfikę miejsca, w którym one się dzieją. Dawny zakład dla obłąkanych, przekształcony w więzienie, położony gdzieś nad Morzem Bałtyckim. Przejmujące zimno, wiatr - Skandynawia w pełnej krasie. 

Dodatkowego smaczku dodają fragmenty naukowych rozpraw na temat wilków, wplatane pomiędzy kolejne rozdziały historii. Stanowią one niejako komentarz czy nawet tło do portretów psychologicznych przedstawionych w powieści. W każdym z bohaterów tkwi pewien pierwiastek zwierzęcości, który przedstawiony w chłodnej naukowej analizie, dla której pretekstem są wilki, nabiera szczególnego znaczenia dla całości powieści. Leena Lander zgrabnie i nienachalnie wplata w tekst prawdy życiowe - parokrotnie podczas lektury musiałam na chwilę odłożyć książkę, aby słowa dojrzały w mojej głowie.

Rozwój wydarzeń, rozwiązanie intrygi jest zaskakujące. Rozczaruje się jednak ten, który niesiony falą popularności skandynawskich kryminałów sięgnie po tę książkę. Nie jest to kryminał, trudno nawet zaklasyfikować tę powieść do "dreszczowca". To w gruncie rzeczy przypowieść o ludziach i ich niejednokrotnie zezwierzęconej naturze. I to zezwierzęconej bez negatywnych konotacji.

Czytanie "Rozkazu" sprawiło mi niemałą trudność. Powieść jest ponura i niejednokrotnie trudno jest przebrnąć przez kolejne strony. Według mnie łatwiej czytać ją na "raty", niż próbować uporać się z nią w jeden wieczór. Czy warto? Tak. Po początkowych trudnościach z wbiciem się w fabułę, można docenić piękny język, jakim operuje autorka oraz głębię przekazu. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może być z nią po drodze, a i mojego czytelnicze serce nie do końca zostało podbite. 

Kategoria: literatura piękna współczesna
Wydawnictwo Kojro 2006, s. 312
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać:  6,4/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kojro oraz portalu Sztukater.pl.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC