Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika - Jerzy Stypułkowski




Jako blogerka ze sporym stażem powinnam nauczyć się wreszcie jednej ważnej prawdy. Recenzowanie powieści przesłanej osobiście przez autora zawsze kończy się źle, szczególnie, kiedy kompletnie nie przypadła do gustu. Nieelegancko jest napisać mało pochlebnie o książce, którą zaproponował sam piszący, lepiej zareklamować ją w wcale zgrabnych słowach. Fatalnie wobec siebie jest napisać o niej dobrze, w końcu ktoś czytuje tego bloga i ma szacunek wobec moich opinii i czasami pewnie się nimi właśnie kieruje. I znowu to się wydarzyło i znowu stanęłam oko w oko z sytuacją powyższą.

"Skandynawska wieża Babel" sprawia, że sama mam - jak ów urzędnik z pierwszych stron powieści - popełnić samobójstwo. Czytam mniej niż kiedyś, dlatego do szału doprowadza mnie, kiedy do moich rąk trafia tak nudna i monotonna książka, jak powieść Jerzego Stypułkowskiego. Byłoby za prosto obrzucić ją błotem, bo nie jest ona do cna słaba. Do rzeczy.

O czym jest - mówi okładka i kilkanaście pochlebczych opinii w internecie. O urzędnikach w Szwecji - stereotypowych, do bólu przewidywalnych i dokładnie takich, jakich można się spodziewać po pracownikach machiny skandynawskiej polityki dobrobytu. Być może taka jest rzeczywistość, jednak świat przedstawiony przez narratora (autora?) jest na tyle gorzki i jednostronny, że nie sposób temu wierzyć. Punkt widzenia podwładnego, w jego osądzie dyskryminowanego i mobbingowanego, jest ekstremalnie krytyczny wobec otoczenia i równie bezrefleksyjny wobec siebie. Po zapoznaniu się z blurbem, miałam wrażenie, że przeczytam coś świeżego, ciekawego, słowa, które otworzą mnie na nowe doświadczenie. Autor nieudolnie nawiązuje do "Procesu" Franza Kafki, stylizując bohatera i jego otoczenie na odpowiedników rodem z surrealistycznej powieści. Oryginał jest przesycony grozą, absurdem i oniryzem, u Jerzego Stypułkowskiego natomiast nawiązanie nie udaje się, powieść jest monotonna, schematyczna. Wielokrotne powtarzanie tych samych motywów z nieznacznymi modyfikacjami, irytuje zamiast intrygować czytelnika.

Nie można odmówić autorowi zdolności językowych, czucia słowa pisanego. Jego sposób pisania jest plastyczny, autor częstuje czytelnika poprawną, literacką polszczyzną. Moim zdaniem, szkoda marnować taki potencjał na pisanie o niczym, przesycone jadem i frustracją skierowaną przeciwko swoim doświadczeniom życiowym. Tematyka, której autor się podjął, byłaby lepszym materiałem na mocny esej niż opasłą powieść, której formy i wagi nie udźwignął. W slangu blogerskim istnieje pojęcie "trudnej literatury, której nie można polecić każdemu", mogłabym napisać również, że nie jest to powieść dla wielbicieli wartkiej akcji. Moim zarzutem nie jest to, że jest to książka bez przesłania, bo mogłabym wymienić kilka tytułów doskonałych powieści pozornie o niczym. Powieść Jerzego Stypułkowskiego niestety do nich nie należy. 

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Novaeres 2013, s. 530.
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości autora i wydawnictwa Novaeres.

sobota, 22 grudnia 2012

Gentlemani - Klas Östergren

źródło zdjęcia : dododesign.pl

Niejednokrotnie przynudzam i powtarzam, że czytanie klasyki robi dobrze. Nie tylko dlatego, że samo tarzanie się w słowie uznanym przez wielu za wybitne, podnosi literackie ego. Również z innego powodu, niż dopełnianie kolejnej listy "xx książek, które musisz/powinieneś przeczytać przed śmiercią/30-tką" etc. Czytanie klasyki powoduje, że widzisz i rozumiesz więcej, a opowiastka przez którą przedzierasz się z mozołem przez niemal miesiąc, nie jest dla Ciebie, historyjką o dziwnych facetach, którzy nie potrafią dorosnąć. Stanowi literacką zagadkę, której odkrywanie sprawia Ci ogromną satysfakcję. Sarkastyczne "mniam"! Cóż - nigdy nie ukrywałam, że braki w klasyce mam, a przy okazji "Gentlemanów" K. Ostergrena okazało się, że są nie tylko wielkie, ale wręcz mogą mi one mocno utrudnić czytelniczą egzystencję.

Miałam przeogromną chęć na tę powieść. Jednak popełniłam niemałą czytelniczą zbrodnię. Jest to ten typ książki, którą powinno czytać się w dużych dawkach. A ja czkałam po kilka stron dziennie i tak oto, kiedy wreszcie zaczęła się podobać - skończyła się. Ten argument podnosił niejeden recenzent, także nie jestem na szczęście osamotniona w swoich odczuciach. Ale po kolei i do brzegu!

"Gentlemani" ukazali się ponad trzydzieści lat temu i w Szwecji powieść urosła do miana klasyki. Główny bohater to Klas Ostergren, który - jak sam twierdzi - tworzy pomnik braci Morgan, dwóch facetów, których poznał przypadkowo, a doprowadzili go do skrajnego punktu w życiu. Brzmi intrygująco? Dokładnie tak mi się wydawało, jednak mimo dość wartkiej akcji, kryminału w skandynawskim rozumieniu tyle, co kot napłakał. Skąd moje utyskiwanie we wstępie wpisu na niedociągnięcia me w klasyce? Ano stąd, że główny bohater ma zamiar napisać pastisz "Czerwonego pokoju" A. Strindberga. I jak się okazuje "Gentlemani" czerpią garściami z klasycznej dla skandynawskiej kultury powieści. Pluję w brodę swą - zamierzam nadrobić braki. A taka mądra teraz jestem dzięki posłowiu Jana Balbierza - pan mi wszystko pięknie wyłuszczył, w podłogę wdeptując i moją nieco już udomowioną ignorancję, unaoczniając w pełnej krasie.

Powieść podzielona jest na części i tak na przykład historię braci Morgan, Henry'ego i Leo, poznajemy dzięki licznym retrospekcjom. Przyznam szczerze, że dla mnie były to zdecydowanie najciekawsze fragmenty powieści. Henry i jego bujny życiorys, rozmach z jakim oddawał się sprawom, niejednokrotnie beznadziejnym - uwielbiam takich bohaterów. Postaci ciekawe, kreślone z rozwagą, nigdy przypadkowe - takie perełki nawet ja doceniam. Znaczna część pięknie składa się w całość u końca powieści, mimo, że mało co jest tutaj powiedziane wprost. Ponadto mocno podobał mi się sposób przedstawienia kolorytu lat powojennych - z perspektywy szwedzkiej wyglądało to niezmiernie ciekawie. 

Czytanie "Gentlemanów" sprawiło mi niemałą trudność - zajęło mi to sporo czasu, nie mogłam wgryźć się fabułę, miałam szczerą ochotę testować jakość widocznego na grzbiecie książki szycia (rozpadnie się? nie rozpadnie?). Stwierdzam jednak, że mimo trudnego pożycia z Ostergrenem sięgnę po tę powieść na pewno jeszcze raz. Przyczyn jest kilka - zdecydowanie (moim zdaniem!) jest to ten typ literatury do której należy się przygotować - z tła historycznego, społecznego i kulturowego. Po kolejne - czytając odcinkowo i w sporych odstępach czasowych, wiele niuansów i subtelnych splotów akcji (prawdopodobnie) mi umknęło. A to, co wyłapałam, zaintrygowało mnie na tyle, że mam ochotę przeżyć to raz kolejny. Po trzecie - no chyba przespałam zakończenie i to nie daje mi spokoju!

Trudno jest mi jednoznacznie określić mój stosunek do tej powieści. Zostałam bezczelnie zaintrygowana, zachęcona do swoistej zabawy, a nieco to zaproszenie przespałam. Dlatego zamierzam się zrehabilitować, a Wam polecam czytanie Ostergrena w jak największych dawkach. Bo to dobra rzecz. Tylko mnie nieco przerosła.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo DodoEditor 2011, s. 502.
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa DodoEditor.

sobota, 8 grudnia 2012

81:1. Opowieści z Wysp Owczych - Marcin Michalski, Maciej Wasielewski


Wszystko, co wydaje Czarne łykam bez zastrzeżeń. Nie mam pojęcia, co takiego ma w sobie to wydawnictwo, ale nawet nie muszę doprecyzować tematyki danej książki - ja po prostu wiem, że jeśli Czarne, to trafi w moje gusta. Przynajmniej w jakimś stopniu. A jeśli reportaż - to procent usatysfakcjonowania czytelnika (mnie czyli) będzie wysoki. 

Moje serce i dusza są wschodnie. Dlatego sporo na moim blogu tego, co arabskie, tureckie, orientalne. Jednak moja dusza i głowa zawsze łakną spokoju. Pod tym względem miejsce, które obrali sobie autorzy reportażu "81:1. Opowieści z Wysp Owczych", wydaje się być wręcz stworzone dla mnie. Archipelag o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic, stanowiący terytorium zależne od Danii. Tubylcy posługują się językiem farerskim, w którym jest około dwieście pięćdziesiąt wyrazów na określenie deszczu. Lepiej opisany jest tylko wiatr - dotyczy go niemal trzysta pięćdziesiąt słówek w języku, którym posługują się mieszkańcy Wysp Owczych. Sto kilkanaście miejscowości, największa Thorshavn to raptem kilkanaście tysięcy mieszkańców. Wszyscy się znają. Klimat surowy, ludzie raczej introwertywni, ale mimo to serdeczni. Spokój, cisza, przestrzeń, natura. Tak dla mnie brzmi definicja raju. 

Autorzy reportażu żyli tak, jak typowi Farerczycy. Pracowali w przetwórni ryb, starając się zwiedzać w międzyczasie jak najwięcej. A zwiedzać w klasycznym, turystycznym wydaniu nie za bardzo jest co. Natura zadbała jednak, aby Wyspy Owcze zachwycały swoim surowym, naturalnym, nieskalanym przez człowieka pięknem. Górzysta powierzchnia, klifowe wybrzeże, mało przyjazny klimat, a do tego dość niefortunne położenie na mapie Europy powodują, że hordy turystów pewnie nigdy tu nie dotrą. Marcina Michalskiego i Macieja Wasielewskiego zainteresowała sama natura Farerczyków, co stanowi znaczną część reportażu. 

Sposób w jaki snuta jest opowieść jest dość specyficzny. Reguła to  brak owych - raz mamy do czynienia z niemal klasycznym ujęciem reportażowym, w innym przypadku to luźne myśli, strzępy notatek, urywki rozmów. W pierwszym odbiorze pachnie chaosem z daleka, ale po przeczytaniu całej książki, stwierdzam, że tworzy to jej klimat. Popełniłam błąd czytając ją szybko, rozdział po rozdziale - to kompletnie złe podejście do tego tytułu. Powoli, smakując, przetrawiając - tak należy czytać o Wyspach Owczych. Jak wszystkie opowieści o charakterze reportażowym są lepsze i gorsze fragmenty - mój ulubiony to zdecydowanie opowieść o Agnieszce, Polce mieszkającej od lat na Wyspach. Każda historia to człowiek bądź miejsce. Często autorzy stosują technikę wyliczania, która dodatkowo wbija w farerski świat.

Miejsce lekceważone przez wielu, niedoceniane przez rzesze, ma w sobie magię. Czas płynie tam inaczej, globalizacja nie odcisnęła niszczycielskiego piętna. I tam dotarł Internet, telefonia komórkowa, Facebook czy inne oznaki tak zwanej cywilizacji, nadal jednak Farerowie żyją jako mała, znająca się doskonale społeczność. 

Polecam z kilku względów. Po pierwsze i oczywiste - to kompendium wiedzy o Wyspach Owczych - chaotyczne, drobiazgowe, ale jednak kompletne. Po drugie, to świetna opowieść o ludziach, którzy żyją inaczej, wolniej, spokojniej. Mocno budująca jest myśl, że dobrobyt może iść w parze z brakiem wyścigu szczurów i przemocy. Po kolejne - czytając "81:1" zdałam sobie sprawę ile problemów cywilizacyjno-społecznych tworzymy sobie sami. Wyspy Owcze trafiają na listę poważnych planów podróżniczych, a reportaż o nich pewnie długo pozostanie w pamięci. 

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Czarne 2011, s. 328.
Biblionetka: 4,93/6
Lubimy czytać: 7,48/10
Moja ocena: 5-/6

czwartek, 8 listopada 2012

A lasy wiecznie śpiewają, Dziedzictwo na Björndal - Trygve Gulbranssen




Nie oceniajcie książki po okładce. Niejednokrotnie podnosiłam to hasło, jednak wydawcy stale zakładają na mnie sidła i testują czytelniczą czujność. Przyznam się bez bicia, gdyby nie polecanka Padmy, za nic w świecie (serio, przenigdy!) nie zwróciłabym uwagi na tę powieść. Okładka krzyczy z daleka - "romans dziedzica z nobliwą panną okraszony wieloma dość naiwnymi opisami". Przetrząsając biblioteczne półki, poszukując czegoś niekoniecznie nowego, koniecznie godnego uwagi natrafiłam na "A lasy wiecznie śpiewają" i dałam jej szansę. I tak oto zawędrowałam do mroźnej, skutej lodem dziewiętnastowiecznej Norwegii.

Powieść została napisana w latach 30. XX-go wieku, co mnie, jako osobie czytającej ostatnio niemal same nowości, sprawiło niemały kłopot. Napisana w starym (lecz dobrym!) stylu, w którym sporo uwagi poświęca się formie, a zdania są piękne, kwieciste i długie. Niemało jest opisów surowej norweskiej przyrody, autor soczyście opisuje emocje i uczucia postaci. Bohaterowie to ponadto ludzie szlachetni, odważni, niezłomni, silni. Mężczyźni polują, dbają o gospodarstwo, kobiety są mądre, wspomagają swoich mężów z ukrycia, są ich wsparciem. Niemniej jednak potrzebowałam dużo więcej stron niż zazwyczaj, aby wgryźć się w fabułę. I troszkę mnie to norweskie zimno wymęczyło. 

A sama historia napisana z rozmachem i jednoczesną prostotą. Bardzo przypomina mi w klimacie sagę o Ludziach Lodu (rzecz jasna pozbawioną co pikantniejszych fragmentów - tutaj jest bardzo po bożemu) - i tutaj poznajemy dzieje rodziny na przestrzeni lat. Czyta się może nieco trudniej niż powieści M. Sandemo, jednak odniosłam wrażenie, że Gulbranssen więcej uwagi poświęcił emocjom i życiu wewnętrznemu bohaterów. Całościowo powieść jest głębsza i mniej serialowa niż "Ludzie Lodu", sporo ukazuje ze zwyczajów panujących w XIX wieku na dalekiej Północy. Natura ludzka nie uległa aż tak wielkiej zmianie - i wtedy mocno w cenie była gra pozorów, układność i tak zwana "grzeczność". Autor sprawnie opisuje życie towarzyskie, jakie prowadzono na początku XIX wieku w Skandynawii. Ciekawe to i warte uwagi.

Zachwytu jednak, jak widać powyżej, nie uświadczyłam. Zabrakło mi jakiegoś tąpnięcia w akcji, bomby fabularnej czy jak to tam nazwać. Przez ponad pięćset stron życie rodziny  na Bjorndal toczyło się raczej sielankowo - bogacili się, podejmowali mądre decyzje, byli szlachetni. I tak dalej, i tak dalej. To bardzo dobra powieść, idealna nadająca się chociażby do klubów dyskusyjnych. Jednak przyzwyczajony do czytelniczych trzęsień ziemi mól książkowy poczuł się z lekka niedopieszczony. I kręci nosem. 

P.S. Osobom, które na Lubimy czytać zdradzają najważniejsze wątki pourywam kończyny pewnego dnia. Przyrzekam!

Kategoria: klasyka literatury pięknej
Wydawnictwo Rebis 1994, s. 548.
Biblionetka: cz. I - 4,85/6, cz. II - 4,82/6
Lubimy czytać: cz. I - 7,45/10, cz. II - 7/10
Moja ocena: 4+/6

czwartek, 22 grudnia 2011

Skandynawia. Wojna z trollami - Tony Griffiths




Niejednokrotnie czuję się mocno oszukana przez opisy okładkowe. Mogłabym napisać spory artykuł w którym wyliczyłabym główne grzechy osób przygotowujących streszczenie zawartości książki. Bądźmy szczerzy - niektórzy robią to świetnie, inni gorzej. Bywa tak, że świetny opis sygnuje słabą książkę. Częściej jednak opisy preparowane są na podstawie pierwszego i ostatniego rozdziału książki. Śmiem wysunąć przypuszczenie, że gdyby osoba przygotowująca opis na okładkę "Skandynawii" przebrnęła przez całość - nie byłby on nawet w połowie tak entuzjastyczny.

Tytuł oraz wyżej wspomniana zajawka nastroiły mnie na ciekawą i rozwijającą lekturę w klimacie popularnonaukowym. Zgrabnie, lekko, może troszkę zabawnie - na pewno interesująco. Tak miało być. Niestety, nie dajcie się zwieść, "Skandynawia ..." to podręcznik historii. A historię, jak wiadomo można serwować na dwa, zupełnie skrajne sposoby.

Tony Griffiths podjął się trudnego zadania, jakim jest próba udowodnienia, że Skandynawów łączy coś więcej niż tylko bliskość geograficzna. Tak przynajmniej odczytałam hipotezę tej pracy. Przyznam się szczerze - niemal cały czas miałam wrażenie, że czytam pracę magisterską średniej jakości studenta. Jedyne, co mnie wybijało z tego trybu myślenia - to brak przypisów, bo gdyby takowe się pojawiły - miałabym pewność stuprocentową. Autor referuje historię Danii, Norwegii i Finlandii (Islandii, którą uważa się również za państwo skandynawskie, poświęca niecałe dwie strony) w dość suchy i jałowy sposób - wyliczanie faktu za faktem, traktowanie każdego z państwa osobno, bez próby ujęcia wspólnych punktów, odniesień. Podtytuł książki głosi "Historia, kultura, artyści. Od czasów Napoleona do Stiega Larssona". Zastanawiam się, czy ten podtytuł to pomysł polskiego wydawcy? Nie chodzi o dość tani chwyt, jakim jest niewątpliwie nazwisko ultrapopularnego szwedzkiego pisarza, ale umieszczenie słów "kultura, artyści" jest sporym nadużyciem. Historia (co rozumiem i jest zupełnie naturalne w takim wywodzie) zajmuje około osiemdziesięciu procent książki, jednak próby poruszenia kwestii kulturowych kończą się fiaskiem. A szkoda, bo to właśnie miało stanowić o oryginalności tego opracowania.

Dość tej krytyki, przejdźmy do zalet "Skandynawii ...". Dla osób zainteresowanych historią tego regionu Europy powinna to być lektura niemal obowiązkowa. W zwięzły, w przysłowiowej "pigułce" podawane są fakty historyczne. Mam wrażenie, że autorowi dużo łatwiej pisało się o XX wieku, bo rozdziały dotyczące tego okresu są ciekawe, sprawnie napisane i można w nich znaleźć ciekawostki. Skoro o nich mowa - dla mnie, osoby zainteresowanej historią, stanowią sporą wartość. Szczerze mówiąc, liczyłam na więcej, autor jednak nie rozpieszcza nas ich ilością. Gdybym chciała jakiekolwiek zacytować to pewnie zdradziłabym te najciekawsze, zatem powstrzymam się. Jako dyplomowana politolożka, chciałam jednak zauważyć, że autor wyjątkowo interesująco pisze o skandynawskich politykach (znowu dwudziestowiecznych) i te fragmenty najbardziej przypadły mi do gustu.

Podsumowując - zdecydowanie niełatwa lektura. Wymaga sporego skupienia i znajomości wielu faktów historycznych. Osoba, która jest kompletnym laikiem w kwestii historii tego regionu, nie skorzysta za bardzo z lektury. Myślę, że czas podręczników historycznych, w których fakty, daty i nazwiska wyrzucane są niczym naboje z karabinu, już minął. Mam pewien problem ze "Skandynawią ...", bo w moim odczuciu laik w temacie zmęczy się szybko jej lekturą, natomiast ekspert umrze z nudów. Spodziewałam się wartkiego, ciekawego eseju, w którym autor podejmie temat wpływu kultury i ludzi tego regionu na historię. A mamy wykład o historii, na dobrym, ale jednak mało brawurowym poziomie, z doczepionymi jakby na siłę wstawkami kulturowymi. Szkoda, bo temat wart jest pogłębionej analizy. 

Kategoria: literatura popularnonaukowa - historia
Wydawnictwo AMF 2011, s. 374
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać: 7/10
Moja ocena: 3+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa AMF oraz portalu Sztukater.pl

środa, 26 października 2011

Rozkaz - Leena Lander




Ostatnio mam okazję coraz częściej wędrować po czytelniczej mapie Europy. O ile skandynawska literatura jest bardzo popularna, o tyle fińskie dreszczowce już pewnie mniej. Co prawda nie tak całkiem dawno miałam przyjemność podzielić się opinią co do "Milczenia", którego akcja miała miejsce w Finlandii. "Rozkaz" potwierdza moje pierwsze wrażenie - jest to "coś" w pisaniu o tych rejonach. Jeszcze nie do końca wiem "co", ale już teraz mogę wstępnie założyć - "to jest dobre".

Fabuła jest dość sztampowa - mamy rok 1918, przez Finlandię przetacza się wojna domowa. Mieszkańcy kraju dzielą się na politycznie białych i czerwonych. W tej zawierusze Miina zostaje oddelegowana w ręce Aaro, który ma przetransportować "czerwoną" więźniarkę do Ruukkijoki. Tam Miina ma zostać poddana śledztwu, które z dużym prawdopodobieństwem zakończy się dla niej wyrokiem kary śmierci. Podczas transportu łódką dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń, w wyniku których Miina oraz Aaro na osiem dni lądują na niezamieszkanej wysepce. Kiedy zostają odnalezieni żadne z nich nie chce powiedzieć co takiego wydarzyło się w tym miejscu i czasie. 

Na szczególną uwagę zasługuje narracja (albo dobre tłumaczenie). Dbałość o język, prostotę formułowanych myśli i głębię przekazu  - to naprawdę spore atuty "Rozkazu". Bardzo uderza swoisty kontrast - rzecz dzieje się w wyjątkowo brutalnych i okrutnych okolicznościach, a bohaterowie, których naszkicowała Leena Lander, charakteryzują się niemałą wrażliwością i samoświadomością. Mamy tutaj Emila Hallenberga, który w wyniku zawirowań historycznych zamienia gabinet pisarza na placówkę, w której sądzi "zbrodniarzy". Jest to człowiek o niedookreślonej tożsamości, czerpiący dewiacyjną satysfakcję z obserwowania  rodzącego się związku pomiędzy Aaro a Miiną. Jest i jego żona - klasyczna femme fatale, nieco niezrównoważona psychicznie. I wreszcie Miina - kobieta o głęboko pokaleczonej duszy i wyjątkowo twardym charakterze oraz Aaro - człowiek niezwykłego honoru, lecz słabej sile przebicia. 

Wydarzenia przedstawiane są z grubsza chronologicznie. Wiele faktów układa się w całość dopiero  po przeczytaniu całej powieści. Niektóre wątki pozostają nierozwiązane i niejasne, a czytelnik sam może spróbować odpowiedzieć na pytanie "dlaczego?". Klimat wprowadzony przez autorkę doskonale oddaje specyfikę miejsca, w którym one się dzieją. Dawny zakład dla obłąkanych, przekształcony w więzienie, położony gdzieś nad Morzem Bałtyckim. Przejmujące zimno, wiatr - Skandynawia w pełnej krasie. 

Dodatkowego smaczku dodają fragmenty naukowych rozpraw na temat wilków, wplatane pomiędzy kolejne rozdziały historii. Stanowią one niejako komentarz czy nawet tło do portretów psychologicznych przedstawionych w powieści. W każdym z bohaterów tkwi pewien pierwiastek zwierzęcości, który przedstawiony w chłodnej naukowej analizie, dla której pretekstem są wilki, nabiera szczególnego znaczenia dla całości powieści. Leena Lander zgrabnie i nienachalnie wplata w tekst prawdy życiowe - parokrotnie podczas lektury musiałam na chwilę odłożyć książkę, aby słowa dojrzały w mojej głowie.

Rozwój wydarzeń, rozwiązanie intrygi jest zaskakujące. Rozczaruje się jednak ten, który niesiony falą popularności skandynawskich kryminałów sięgnie po tę książkę. Nie jest to kryminał, trudno nawet zaklasyfikować tę powieść do "dreszczowca". To w gruncie rzeczy przypowieść o ludziach i ich niejednokrotnie zezwierzęconej naturze. I to zezwierzęconej bez negatywnych konotacji.

Czytanie "Rozkazu" sprawiło mi niemałą trudność. Powieść jest ponura i niejednokrotnie trudno jest przebrnąć przez kolejne strony. Według mnie łatwiej czytać ją na "raty", niż próbować uporać się z nią w jeden wieczór. Czy warto? Tak. Po początkowych trudnościach z wbiciem się w fabułę, można docenić piękny język, jakim operuje autorka oraz głębię przekazu. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może być z nią po drodze, a i mojego czytelnicze serce nie do końca zostało podbite. 

Kategoria: literatura piękna współczesna
Wydawnictwo Kojro 2006, s. 312
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać:  6,4/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kojro oraz portalu Sztukater.pl.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC