sobota, 8 grudnia 2012

81:1. Opowieści z Wysp Owczych - Marcin Michalski, Maciej Wasielewski


Wszystko, co wydaje Czarne łykam bez zastrzeżeń. Nie mam pojęcia, co takiego ma w sobie to wydawnictwo, ale nawet nie muszę doprecyzować tematyki danej książki - ja po prostu wiem, że jeśli Czarne, to trafi w moje gusta. Przynajmniej w jakimś stopniu. A jeśli reportaż - to procent usatysfakcjonowania czytelnika (mnie czyli) będzie wysoki. 

Moje serce i dusza są wschodnie. Dlatego sporo na moim blogu tego, co arabskie, tureckie, orientalne. Jednak moja dusza i głowa zawsze łakną spokoju. Pod tym względem miejsce, które obrali sobie autorzy reportażu "81:1. Opowieści z Wysp Owczych", wydaje się być wręcz stworzone dla mnie. Archipelag o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic, stanowiący terytorium zależne od Danii. Tubylcy posługują się językiem farerskim, w którym jest około dwieście pięćdziesiąt wyrazów na określenie deszczu. Lepiej opisany jest tylko wiatr - dotyczy go niemal trzysta pięćdziesiąt słówek w języku, którym posługują się mieszkańcy Wysp Owczych. Sto kilkanaście miejscowości, największa Thorshavn to raptem kilkanaście tysięcy mieszkańców. Wszyscy się znają. Klimat surowy, ludzie raczej introwertywni, ale mimo to serdeczni. Spokój, cisza, przestrzeń, natura. Tak dla mnie brzmi definicja raju. 

Autorzy reportażu żyli tak, jak typowi Farerczycy. Pracowali w przetwórni ryb, starając się zwiedzać w międzyczasie jak najwięcej. A zwiedzać w klasycznym, turystycznym wydaniu nie za bardzo jest co. Natura zadbała jednak, aby Wyspy Owcze zachwycały swoim surowym, naturalnym, nieskalanym przez człowieka pięknem. Górzysta powierzchnia, klifowe wybrzeże, mało przyjazny klimat, a do tego dość niefortunne położenie na mapie Europy powodują, że hordy turystów pewnie nigdy tu nie dotrą. Marcina Michalskiego i Macieja Wasielewskiego zainteresowała sama natura Farerczyków, co stanowi znaczną część reportażu. 

Sposób w jaki snuta jest opowieść jest dość specyficzny. Reguła to  brak owych - raz mamy do czynienia z niemal klasycznym ujęciem reportażowym, w innym przypadku to luźne myśli, strzępy notatek, urywki rozmów. W pierwszym odbiorze pachnie chaosem z daleka, ale po przeczytaniu całej książki, stwierdzam, że tworzy to jej klimat. Popełniłam błąd czytając ją szybko, rozdział po rozdziale - to kompletnie złe podejście do tego tytułu. Powoli, smakując, przetrawiając - tak należy czytać o Wyspach Owczych. Jak wszystkie opowieści o charakterze reportażowym są lepsze i gorsze fragmenty - mój ulubiony to zdecydowanie opowieść o Agnieszce, Polce mieszkającej od lat na Wyspach. Każda historia to człowiek bądź miejsce. Często autorzy stosują technikę wyliczania, która dodatkowo wbija w farerski świat.

Miejsce lekceważone przez wielu, niedoceniane przez rzesze, ma w sobie magię. Czas płynie tam inaczej, globalizacja nie odcisnęła niszczycielskiego piętna. I tam dotarł Internet, telefonia komórkowa, Facebook czy inne oznaki tak zwanej cywilizacji, nadal jednak Farerowie żyją jako mała, znająca się doskonale społeczność. 

Polecam z kilku względów. Po pierwsze i oczywiste - to kompendium wiedzy o Wyspach Owczych - chaotyczne, drobiazgowe, ale jednak kompletne. Po drugie, to świetna opowieść o ludziach, którzy żyją inaczej, wolniej, spokojniej. Mocno budująca jest myśl, że dobrobyt może iść w parze z brakiem wyścigu szczurów i przemocy. Po kolejne - czytając "81:1" zdałam sobie sprawę ile problemów cywilizacyjno-społecznych tworzymy sobie sami. Wyspy Owcze trafiają na listę poważnych planów podróżniczych, a reportaż o nich pewnie długo pozostanie w pamięci. 

Kategoria: reportaż
Wydawnictwo Czarne 2011, s. 328.
Biblionetka: 4,93/6
Lubimy czytać: 7,48/10
Moja ocena: 5-/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC