niedziela, 24 listopada 2013

To, co zostało - Jodi Picoult



Jodi Picoult zaraziła mnie siostra. Podsunęła jej powieść, polecając jako wyjątkowo wciągającą. Nie sposób nie zgodzić się z taką rekomendacją - autorka stosując dość powtarzalny schemat, sprawia, że mimo wszystko jestem w stanie wchłonąć jej powieść w jeden dzień. Jej najnowsza powieść jest zaprzeczeniem tego, jak pisała do tej pory, zaskakuje dojrzałością i wyważonym podejściem do tematu Holocaustu. 

Wątków w "To, co zostało" jest tak wiele, że trudno zdecydować się od czego zacząć. Osobą spinającą losy głównych bohaterów jest Sage. Próbując się uporać ze stratą rodziców, uczęszcza na spotkania grupy wsparcia. Tam poznaje staruszka, Josefa. Ten prosi ją o dość nietypową przysługę - oczekuje, że dziewczyna pomoże mu opuścić ten świat. I do tego momentu czułam bardzo klimat "starej" Picoult. Od teraz jednak wkraczają do fabuły retrospekcje, które nie tylko napędzają tempo powieści, ale fantastycznie ją wzbogacają. Sage dowiaduje się bowiem, że staruszek nie jest tym za kogo się podaje, w przeszłości był nazistą i jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi.

Holocaust poznajemy z dwóch perspektyw - Josefa, jako wysoko postawionego urzędnika obozu koncentracyjnego oraz Minki, Żydówki, więźniarki z Auschwitz. Relacje są poruszające i wiarygodne - autorka musiała włożyć sporo pracy w przygotowanie. Powieść porusza kilka ciekawych zagadnień - czy istnieje coś takiego jak odkupienie win, a złe postępowanie może się przedawnić? Czy człowiek żyjący na przełomie XX-go i XXI-szego wieku ma prawo oceniać i rozliczać tych, którzy brali udział w II wojnie światowej? 

Jak każda powieść Picoult, również i ta prowokuje do przemyśleń, stawia niewygodne pytania przed czytelnikami. I za to bardzo cenię tę autorkę. Bardzo wyczuwalne jest, że to jej najbardziej dojrzała powieść, bo udało się nie zastosować sprawdzonego schematu z poprzednich książek i spróbować nowych rozwiązań. Tytuł ten został wydany przez Prószyński i S-ka w ramach cyklu "Kobiety to czytają", w którym mają ukazywać się książki chętnie czytane i przedyskutowywane przez kobiety. Na stronie internetowej projektu ukazało się kilkadziesiąt pytań, które mają pomóc w przeprowadzeniu dyskusji na temat powieści. Książka ciekawa, prowokująca, doskonała na coraz zimniejsze, jesienne wieczory. Polecam!

Kategoria: literatura obyczajowa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2013, s. 560,
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

sobota, 2 listopada 2013

Oskarżona: Wiera Gran - Agata Tuszyńska



Stos przeczytanych książek czeka na wzmiankę i kilka słów na blogu. Totalna niemoc do pisania musi mieć wiele wspólnego z przesileniem jesienno-zimowym. Sporo czasu spędzam na dojazdach z pracy do domu, co sprzyja słuchaniu audioksiążek. "Oskarżona: Wiera Gran" znalazła się wśród nich nieprzypadkowo - wiele pochlebnych opinii spowodowało, że bardzo chciałam zapoznać się z reportażem Agaty Tuszyńskiej. Opowieści o żydowskiej słuchaczce słuchałam, czytając jednocześnie "Morfinę" Szczepana Twardocha - jakże odmiennego obrazu II wojny światowej. Obie lektury niełatwe, wybitne.

Osoba Wiery Gran znana jest przede wszystkim ze swojego wkładu w polską kulturę - jest to popularna piosenkarka, artystka filmowa i kabaretowa. Nie to jest jednak tematem reportażu Agaty Tuszyńskiej. Wiera Gran została po wojnie oskarżona o kolaborację z gestapo. Artystka dobrowolnie zgłosiła się na prokuraturę, aby oczyścić się z zarzutów, to jednak nie osłabiło ataków na jej osobę. Jej osobowość nie ułatwiała tej kwestii, miała ona bowiem wyjątkowo trudne relacje z innymi ludźmi.

Autorka skrupulatnie przedstawia materiały zebrane na temat artystki. Problem domniemanej kolaboracji poznajemy z wielu punktów widzenia, z dbałością o przekazanie relacji wielu świadków. Książka oparta jest w dużej mierze na wywiadach z Wierą Gran, opublikowanych materiałach (w tym autobiografii), archiwalnych dokumentach, jak również zeznaniach sądowych. To nie sprawia jednak, że byłam w stanie jednoznacznie ocenić osobę Wiery Gran. Wiele jest niedopowiedzeń, wątpliwości i niejednoznaczności - jak chociażby kwestia sierocińca, który miała prowadzić artystka. Zdania, co do jego istnienia, były bardzo podzielone. Podobnie jest w przypadku rzekomego romansu z Władysławem Szpilmanem.

Książka Agaty Tuszyńskiej wywołała spory skandal - Andrzej Szpilman, syn słynnego pianisty, sprzeciwił się zawartych w książce sugestiom, jakoby jego ojciec współpracował z gestapo i policją żydowską. Rodzina żądała wycofania książki z obiegu, a przynajmniej usunięcia obraźliwych ich zdaniem fragmentów, jak również przeprosin. 30 września 2013 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że autorka nie musi przepraszać rodziny Szpilman. Mimo tego, że zarzucano jej przytoczenie słów, które mogły narażać na szwank pamięć o słynnym pianiście, Sąd orzekł, iż materiały do książki były zebrane starannie. W uzasadnieniu wyroku podano, że autorka wielokrotnie zachowała dystans wobec słów Wiery Gran. Tym samym uznano prawo pisarza przy pisaniu biografii do przytaczania różnych, nawet kontrowersyjnych opinii. Gdyby przyjąć argumenty rodziny Szpilman, nie byłoby możliwe napisanie biografii bez urażenia kogokolwiek, a to spowodowałoby powstanie swoistej laurki. 

Lektorką audiobooka jest doskonała Elżbieta Kijowska. Jej tembr głosu świetnie pasuje do tematyki i czasu akcji książki. Jednakże słuchanie audioksiążki w przypadku reportaży nie jest moim zdaniem najlepszym pomysłem. W takich publikacjach potrzebne jest skupienie, co nie zawsze jest osiągalne, chociażby kiedy prowadzi się samochód. 

Reportaż Agaty Tuszyńskiej jest jedną z lepszych książek, jakie miałam okazję poznać w tym roku. Uwielbiam to, że pobudziła mnie ona do licznych poszukiwań, tyle faktów chciałam doczytać, znaleźć. Jest to fascynująca historia o ludzkiej zawiści, jak również o tym jak złudne może być poznanie historii czyjegoś życia z jednego tylko punktu widzenia. Polecam zarówno tym, którzy są zainteresowani losami żydowskiego getta czy postacią Wiery Gran, lecz również intryguje ich po prostu natura ludzka. Rzetelna i inspirująca relacja.

kategoria: reportaż, biografia
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Wydawnictwo Literackie 2010.
Moja ocena: 5/6

środa, 30 października 2013

Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni - Filip Springer




Kooperacja i współpraca. Szczególnie przydatna, kiedy przychodzi twórcza niemoc. Na szczęście mam na podorędziu Wujka Wojtka z Na chj mi architekt, który w swojej nieskończonej dobroci i litości postanowił nakarmić fanów Bazgradła (i swoich) nową recenzją. Książka razem czytana, intensywnie obgadana, a poniżej kilka słów o owej. Wujkowi serdeczne dzięki :)

„– I pan pisze artykuł?
– No piszę. Książkę nawet.”

To cytat z najnowszej publikacji Filipa Springera, będący fragmentem zapisu rozmowy telefonicznej autora z właścicielką jednego z nielegalnie rozwieszonych banerów. Fragment przy którym zaśmiałem się pod nosem, ponieważ moim zdaniem, ambitne założenie napisania książki tym razem się nie powiodło. Czym zatem jest „Wanna z kolumnadą”? To zbiór dziewięciu, niezbyt obszernych felietonów, które łączy temat brzydoty polskiego krajobrazu. Zadałem sobie nawet trud policzenia liczby stron z tekstem – jest ich 117, na 248, nie licząc krótkiego posłowia Andrzeja Stasiuka i spisu treści. Daje to średnią 13 stron na artykuł. Reszta jest zapełniona dość przypadkowymi zdjęciami. Jestem architektem i nie potrafię nie nawiązać do słynnej myśli Miesa van der Rohe „Less is more”. Zmniejszenie ilości zdjęć, poprzez bardziej staranną ich selekcję z pewnością zwiększyłoby ich siłę oddziaływania. Tymczasem, podano nam zdjęciowy miszmasz obrazów o podobnej treści. Na niektórych z nich nie warto zatrzymać wzroku choćby na sekundę.

„Oprócz przyjemnego dla ucha plusku fontanna oferuje też prawdziwy szoł. (...) Dłonie same układają się do oklasków. Żadna z łódzkich rzek tak nie potrafi.”

Czy zatem książka ta jest słaba? Jest przede wszystkim bardzo nierówna. Większość felietonów jest dobrze napisanych, ale są też znacznie gorsze fragmenty. Bardzo doceniam zdolność Filipa Springera do docierania do właściwych osób i zadawania im odpowiednich pytań. To właśnie wywiady i relacje z rozmów są esencją „Wanny z kolumnadą”. Umiejętności dziennikarskie autora oceniam więc wysoko, tak samo jak jego wrażliwość na estetykę otoczenia i umiejętne dobranie tematów każdej z kolejnych części.
Tam jednak, gdzie zaczynają przeważać jego własne refleksje, zaczynają się przysłowiowe schody. Springer daje się ponieść emocjom i nieraz sięga po wręcz absurdalne argumenty, by dowieść swych racji.

„Psychologiczne znaczenie kolorów wyjaśnia profesor Stanisław Popek w książce Barwy i psychika. Percepcja, ekspresja, projekcja. Gdyby na jej podstawie przeprowadzić psychoanalizę polskich bloków, wyszłoby z niej, że spora część Polaków to schizofrenicy, którzy żyją w przestrzeni zaprojektowanej przez schizofreników.”

Drażniła mnie też tendencja do skakania z tematu na temat, z miasta do miasta. Ciąg szybkich skojarzeń i myśli sprawia wrażenie, jakby materiał powstał na kolanie, a przed wydaniem zabrakło  czasu na przeredagowanie i uporządkowanie treści.

„Łapali żywe ryby i transportowali na brzeg. Tam je zabijali. Wielkie jesiotry konały na bruku.”

Prawdziwą jednak katastrofą jest rozdział poświęcony ważnemu tematowi odwrócenia się polskich miast od rzek i skanalizowania strumieni. Ta część zaczyna się od niemal lirycznego opisu czterech pór roku, wiele lat temu nad warszawskim brzegiem Wisły. Styl pełen egzaltacji, jak dla mnie wręcz grafomański, sprawia, że przez ten fragment trudno było przebrnąć.

„A potem nabrzmiewało lato.”

Czy wartą sięgnąć po „Wannę z kolumnadą”? Mnie książka wciągnęła, ponieważ porusza tematy, które są mi bardzo bliskie i bolą mnie równie mocno jak autora. W większości kwestii zgadzam się z nim w stu procentach. Jednocześnie są to zagadnienia zbyt rzadko poruszane w poważnej debacie społecznej czy politycznej i często niesłusznie  marginalizowane. Springer ukazuje ciekawe punkty widzenia oraz socjologiczny i prawny kontekst polskiej brzydoty.  Mam  jednak niesmak związany z brakiem pisarskiej staranności. Słowa  i zdjęcia Springera bardziej pasują do opiniotwórczego ilustrowanego miesięcznika niż na półki księgarni. Ich siła rażenia byłaby wtedy większa, pomimo bardzo zauważalnych działań promocyjnych wokół „Wanny z kolumnadą”.

„Ostateczny koniec lata zwiastowały klucze gęsi ciągnące wzdłuż rzeki na południowy zachód. (…) Gdy ktoś podszedł do nich zbyt blisko, podrywały się z przeraźliwym wrzaskiem i chmurą zasłaniały słońce.”


Kategoria: reportaż/ zbiór felietonów
Wydawnictwo Czarne 2013, s. 248.
Ocena: 4/6

Książkę przeczytaliśmy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.




środa, 23 października 2013

Najbardziej dysfunkcyjne rodziny w literaturze


W literaturze nie brakuje obrazu rodzin dziwnych, dramatycznych i absurdalnych. Zainspirowana Buzzfeedem przygotowałam  krótkie zestawienie najbardziej dysfunkcyjnych rodzin w literaturze.

"Anna Karenina" to apogeum dramatu rodzinnego. Dowodem niech będzie zdanie otwierające, jedno z najbardziej znanych w literaturze:
"Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób."


Można go kochać lub uznać za nadętego typka, ale jedno jest pewne -  ta rodzina została opisana przez Franzena w doskonały sposób. Dzieje upadku rodziny, przedstawione z wyjątkową dbałością o wysoką jakość prozy.

Buddenbrookowie ("Buddenbrookowie" Tomasz Mann)



A skoro o upadku rodziny mowa - Buddenbrookowie to najbardziej klasyczny z przykładów. Warto pokonać niechęć do powieści trącących myszką, bo ta jest wyjątkowo dobra.


Jak to możliwe, że matka nie kocha swojego syna? Lionel Shriver przedstawia rozdzierający serce obraz ukazujący w jak i dlaczego odpowiedź na pytanie jest twierdząca.

Willemannowie ("Morfina" Szczepan Twardoch)



Matka niczym ze złego snu, ojciec kastrat i syn kłaka wart - to z jednej strony. Z drugiej niemal do bólu konserwatywna i prawicowa polska rodzina. Te obrazy niczym nie ustępują prozie zachodniej.

Mortmainowe ("Zdobywam zamek" Dodie Smith)



Szalona rodzina zamieszkująca średniowieczny zamek. Nie mają zbyt dobrego kontaktu z rzeczywistością, ale ujmują swoim urokiem.

al-Dżawwadowie ("Opowieści starego Kairu" Nadżib Mahfuz)



Ślepe posłuszeństwo ojcu, zakłamanie w iście islamskim stylu. Doskonały sposób na zapoznanie się z muzułmańską kulturą z despotycznym ojcem w tle.


rodzina Berrych ("Hotel New Hampshire"  John Irving)



Właściwie każda z Irvingowych rodzin mogłaby znaleźć się w tym zestawieniu. "Hotel New Hampshire" to najbardziej jaskrawy przykład. 

Jaką lekturę polecacie do tego zestawienia?

Wpis inspirowany w dużej mierze artykułem z BUZZFEED.

czwartek, 10 października 2013

Morfina - Szczepan Twardoch



A gdyby tak napisać powieść w której mit Polaka-bohatera zostaje obalony? Gdzie mężczyzna zamiast walczyć, szuka dostępu do używek i kobiet? "Morfina" Szczepana Twardocha to właśnie punkt widzenia pierwszych miesięcy okupacji. Nic nie jest tu oczywiste, ani jednoznaczne. Uwodzi słowami, które rozlewają się niebezpiecznie w głowie. I zostają, niepokojąco długo. Genialna rzecz.

Uwielbiam antybohaterów - niepoukładanych, nieoczywistych, zagubionych. Takich do których czuć antypatię i którzy wszystko robią nie tak, jak oczekuje od nich czytelnik. Konstanty Willemann to bon vivant i morfinista, mężczyzna którego imię i nazwisko są zaprzeczeniem jego osobowości. Willemann oznacza bowiem z niemieckiego człowieka woli, jego imię natomiast to z łaciny ktoś "stały, niezłomny, stanowczy". Mieszczanin z arystokratycznymi pretensjami, obracający się w kręgach artystycznych zostaje zaskoczony wybuchem wojny. Mimowolnie bierze udział w pierwszych walkach, jednak szybko wraca do życia sprzed września 1939 roku i tonie w objęciach tytułowego narkotyku. Zamiast bronić ojczyzny tańczy na swoim ulubionym, obrotowym parkiecie Adrii, szuka pocieszenia w ramionach prostytutki Salome, wypróżnia się (dosłownie) po kątach. Kiedy żona każe mu zaangażować się w konspirację ("bo tak trzeba") - robi to. Jednak wszystko, jak w złośliwym scenariuszu, idzie nie tak. 

Ważną rolę w powieści odgrywają kobiety. W przeciwieństwie do słabych i bezwolnych mężczyzn to one dyktują przebieg wydarzeń. Wachlarz charakterów i osobowości jest wyjątkowo szeroki i różnorodny. Mamy bowiem żonę głównego bohatera - Helę, stereotypową Matkę Polkę, dla której największym spełnieniem byłoby zostanie wdową po żołnierzu-bohaterze. Na drugim biegunie osadzona została matka Konstantego - Katarzyna, który kładzie się cieniem na jego życiu. Niezrównoważona nimfomanka jest ostatnim wyobrażeniem, jakie można mieć o matce. Salome, kochanka Willemanna, to z kolei przedstawicielka kobiecości biologicznej. Kostek nie rozumie kobiet, zdają się być tłem dla ukazania jego słabości. Wszystkie bowiem mają mocną tożsamość, w przeciwieństwie do męskich bohaterów.

Doskonały w powieści jest język. Żywy, melodyjny, soczysty. Autor odrobił lekcję z polszczyzny międzywojnia, która brzmiała inaczej niż ta współczesna. Przygotowywał się czytając przedwojenne poradniki, gazety i nie sposób nie zauważyć tego podczas lektury. Języki uwodzi i wciąga. Ciekawym zabiegiem jest ponadto dwugłos narracyjny - znamy bowiem myśli Konstantego i nieokreślonej postaci, która równie dobrze może być jego matką, morfiną, psyche czy czymkolwiek innym. Autor pozostawia czytelnika bez odpowiedzi na pytanie kim jest głos w głowie Kostka.

Wbrew oczekiwaniom nie jest to również powieść o wojnie. Bohaterowie są tutaj ahistoryczni. Zastanawia mnie, jak wielu było takich jak Konstanty, dla których okupacja stała się jedynie przeszkodą w łatwym dostępie do dobrej zabawy? Twardoch ironicznie traktuje tych, którym wydaje się, że robią coś dobrego dla Polski. Mamy bowiem asa wywiadu, który nie pamięta, jaki pseudonim wymyślił dla swojego agenta lub upojonych konspirantów, którzy włóczą się po ulicach Budapesztu. Jak się okazuje początek wojny nie dla wszystkich był czasem honoru.

"Morfinę" polecam ogromnie. To kawał dobrej literatury z wyrazistymi bohaterami. Jest to powieść nieco kontrowersyjna, przedstawia bowiem czas okupacji z innej, antybohaterskiej perspektywy. Imponuje przygotowanie autora i poziom detalu świata przedstawionego, jak również umiejętność operowania językiem i dostosowaniem go do ówczesnych standardów. Dobra rzecz, słusznie nagradzana.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Literackie 2012, s. 584.
Moja ocena: 5/6

niedziela, 29 września 2013

Dzień miodu - Annia Ciezadlo



Piękne okładki bywają zwodnicze. Zapowiadają interesującą treść, przygotowują na określone emocje, budują nastrój. Do tego smakowity tytuł i gotowe wyobrażenie o książce jest już w mojej głowie. Bardzo chcę ją przeczytać, długo namyślam się, wreszcie postanawiam kupić. Decyduję się na wersję ebookową. Bo taniej. Nie mogę przekartkować, powąchać, potrzymać w dłoni. Napięcie sięga więc zenitu. Zaczynam czytać, strona po stronie. I nastrój podniecenia opada. Książka nie jest nawet w połowie tak dobra, jak się spodziewałam. Ba, obietnica z okładki zostaje spełniona tak przewrotnie, że aż żal mi czasu, który roztrwoniłam na "Dzień miodu".

Reportaż Annie Cieziadlo to historia jej pobytu w Bagdadzie i Bejrucie. Annie wychodzi za mąż za Libańczyka i podąża z nim w rodzinne strony. Stres spowodowany zmianą środowiska odreagowuje gotowaniem i uczeniem się niuansów kuchni bliskowschodniej. W międzyczasie przeżywa oblężenia, ataki, walki zbrojne, będące wynikiem konfliktu Hezbollahu z Izraelem. Autorka nie szczędzi czytelnikowi detali polityczno-historycznych, jednak bez subtelnego wprowadzenia w temat, odbiór tej treści jest bardzo utrudniony. Moja wiedza na temat krajów arabskich jest spora i lubuje się w książkach o tej tematyce, jednak "Dzień miodu" przytłoczył mnie ogromem (moim zdaniem) niepotrzebnych szczegółów.

Annie drobiazgowo przytacza fakty historyczno-polityczne, co powoduje z kolei szybkie znużenie. Książkę ratują nieco smakowite opisy arabskich potraw, ale i tutaj poziom szczegółowości jest tak duży, że trudno odnaleźć się w gąszczu informacji. Za plus należy jednak poczytać stosunek suchych faktów do emocji, na korzyść tych drugich, gdyż to sprawia, że łatwiej przebić się przez treść. Autorka przedstawia wielu bohaterów - zwykłych mieszkańców regionu, co sprawia, że historia otrzymuje prawdziwe ludzkie oblicze. Mam jednak poczucie, że "Dzień miodu" jest przegadany i przydługawy - kończyłam go bardziej z powodu swojej osławionej przyzwoitości czytelniczej *, niż z chęci poznania ciągu dalszego.

Wyjątkową popularność książki w Stanach Zjednoczonych można tłumaczyć poziomem tamtejszego zaangażowania w region Bliskiego Wschodu. W wielu opiniach na Goodreads można wyczytać zaskoczenie poziomem życia w Libanie, ciekawość poznania oblicza wojny irackiej z perspektywy bliskowschodniej. Autorka tak bardzo zdystansowała się do przedstawianych faktów, że po przeczytaniu książki nie mamy bladego pojęcia jaka jest ona sama, jaki jest jej mąż. Przeszkadzało mi to nieco, gdyż nie mogłam "zaprzyjaźnić" się z autorką. Polskie blogi literackie bardzo chwalą audiobook czytany przez Magdę Kumorek i troszkę żałuję, że wybrałam wersję papierowo-ebookową - być może lektorka ożywia tę opowieść.

Bardzo rozczarowała mnie Annie Ciezadlo i nie umiem ukryć swojego rozgoryczenia "Dniem miodu". Rzecz jasna polecam bardziej niż większość historyjek z szalonym Arabem w tle. Zbyt słaba na dobry reportaż o Bliskim Wschodzie i jednocześnie zbyt profesjonalna na "opowieść o jedzeniu i miłości".

* Wszystkie książki kończę. Wszystkie!

kategoria: literatura faktu
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 496.
Moja ocena: 3,5/6

wtorek, 24 września 2013

Tydzień Zakazanych Książek


Źródło: http://sweetlibrarian.com

Uwielbiam wszelkie zestawienia książek - tych, które warto przeczytać, posortowane według tematów, zagadnień czy motywów. Nie jest zatem zaskoczeniem, że akcja Tygodnia Zakazanych Książek jest dla mnie nie lada atrakcją.

Tradycja wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych i ma związek z pierwszą poprawką do Konstytucji traktującej o wolności słowa. Głównym przesłaniem jest świętowanie wolności czytania. Banned Book Week to świetna okazja do nadrobienia zaległości w klasyce, poznania interesujących faktów na temat niektórych powieści. W Polsce akcja koordynowana jest przez portal Bibliosfera. Przygotowywana jest lista bibliotek biorących udział, materiały marketingowe oraz lista książek. Niektóre biblioteki tworzą nawet z tej okazji specjalnie udekorowane i odgrodzone od czytelników działy - jak wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej. 

Żródło: http://vtgoodideas.files.wordpress.com/


Akcje promujące czytelnictwo uwielbiam, a ta jest wyjątkowo przemyślana i merytorycznie przygotowana. Pierwsza edycja odbyła się z inicjatywy Judith Krug w 1982 roku, przy współudziale Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich. Od tego czasu wydarzenie nabrało impetu i obecnie przygotowywane jest z rozmachem. Ma spowodować nie tylko zapoznanie się z listą "zakazanych lektur", lecz również zwiększyć świadomość Amerykanów na temat pierwszej poprawki do Konstytucji, zwrócić uwagę na siłę literatury i ukazać jak niebezpieczne jest ograniczanie dostępności do informacji i słowa pisanego. Na świecie wydarzenie jest wspierane przez Amnesty International.

Źródło: http://www.blogcitylights.com

Dla polskiego czytelnika listę zakazanych lektur przygotował portal Bibliosfera. Na Wikipedii również odnajdziecie pełen wykaz książek zakazanych przez władze.

Na liście znalazły się również powieści zrecenzowane przeze mnie na blogu, chociażby "Grona gniewu" Johna Steinbecka - zakazana w wielu miejscach w USA, w tym w Kalifornii. Powieść równocześnie krytykowana i palona przez część społeczeństwa, stała się jednocześnie hitem sprzedaży, bo kolejki do jej wypożyczenia były wyjątkowo długie (chociażby 62 osoby oczekujące w East St. Louis). Autor w 1962 roku otrzymał Nagrodę Nobla i wielu twierdzi, że właśnie "Grona gniewu" w znacznym stopniu przyczyniły się do werdyktu. Również "Rok 1984" Georga Orwella był zakazywany za treść komunistyczną  i odniesienia o charakterze seksualnym. Co ciekawe, nie przeszkodziło to, aby w 1950 roku trafiła na indeks ksiąg zakazanych w ZSRR. 


piątek, 20 września 2013

O tym jak uczyć się języków obcych w przyjemny i łatwy sposób


Blogowanie ma swoje niezaprzeczalne zalety. Często można bowiem spróbować czegoś na co w innej sytuacji nie mielibyśmy czasu, bądź funduszy. Kiedy więc zaproponowano mi zapoznanie się z ofertą wydawnictwa Colorful Media, pomyślałam, że to dobra okazja, aby wreszcie poradzić sobie z wyrzutem sumienia, jakim jest moja znajomość języków obcych.

Zawsze lubiłam uczyć się nowych słówek i poświęcać czas dla nauki języka. Moi nauczyciele twierdzili, że miałam (a może nadal mam?) niemały talent i wyczucie językowe. Dorosłe życie weryfikuje niejedno, a języki obce, jeśli nie są niezbędne w pracy, schodzą na boczny tor. Dlatego oferta poczytania lekkich artykułów w języku obcym trafiła w moje serce i przypomniała, jak fajnie działa na mój mózg nauka.

Nie będę się mądrzyć na temat techniki nauczania. Moje umiejętności lingwistyczne zawsze opierały się na czytaniu i mówieniu. W dużej ilości. Jeśli też tak lubicie - polecam magazyny rzeczonego wydawnictwa. Z racji moich zainteresowań wybrałam czasopisma dotyczące języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego.


Business English Magazine to lżejsza wersja "The Economist". Pamiętam, jak w poprzedniej pracy musiałam raz na tydzień przedzierać się przez kolejne artykuły. Skomplikowane związki frazeologiczne i słownictwo rodem z najgorszych ekonomicznych koszmarów sprawiały, że mój mózg parował. Oferta Colorful Media kierowana do zainteresowanych angielskim biznesowym jest dużo przyjemniejsza. Co prawda odstrasza cena (19,50/dwumiesięcznik), ale "business" w tytule daje po temu podstawy. Bieżące tematy, nie tylko ekonomiczno-gospodarcze, ale również dotyczące technologii, psychologii biznesu czy lifestyle'u sprawiają, że różnorodność jest na tyle duża, że nie nudzi. Ciekawym, mam nadzieję, że nie jednorazowym dodatkiem jest książeczka z propozycjami small talków - ciekawe, zebrane w jednym miejscu propozycje to świetna ściąga, którą na pewno niejednokrotnie wykorzystam.


Wybrałam również kilka numerów Deutsch Aktuell, Français Présent oraz Остановка Россия. To co odróżnia te magazyny od poprzednio wspomnianego to zdecydowanie lżejsza tematyka - zupełnie lifestyle'owa, podróżnicza, kulinarna. Te trzy tytuły mogą być doskonałą pomocą dla nauczycieli, jak i uczących się języków - są to dużo przyjemniejsze i naturalne testy, niż te które przeważnie odnajdziemy w podręcznikach do nauki języka. Aktualne tematy, mnóstwo ciekawostek, żywy język. Sporą pomocą dla uczących się są recenzje książek, filmów i albumów, a również przepisy kulinarne.



Artykuły są napisane na tyle prosto, że osoba na poziomie średnim przy lekkiej gimnastyce umysłu poradzi sobie, a wszyscy z lepszą znajomością języka będą mieli czystą przyjemność z czytania. Za plus poczytuję wiele związków frazeologicznych, których próżno szukać w podręcznikach do nauki. Znacznie wzbogaca to język, jak również sprawia, że jego znajomość nie jest oderwana od rzeczywistości. Słowniczki pojęć umieszczone pod każdym artykułem porządkują wiedzę, pozwalają na łatwy dostęp, porządkują i utrwalają słownictwo. Większość artykułów można również odsłuchać w formacie mp3 na stronie internetowej magazynu.  



Odstrasza jednak stosunek ceny do objętości magazynów - to raptem 30-40 stron za 10 zł. W dobie dostępności artykułów w internecie wydaje się być zbyt wygórowana. Z drugiej strony magazyny są koordynowane merytorycznie przez filologów.

Bardzo polecam taką formą utrwalania języka obcego. Warto poświęcić paręnaście minut dziennie na przeczytanie ciekawego artykułu, wynotowanie nowych słówek i zapamiętanie ich. Polecam!

Czasopisma przeczytałam dzięki uprzejmości Colorful Media.

poniedziałek, 16 września 2013

Księga Diny - Herbjorg Wassmo



Oczekiwania wobec "Księgi Diny" miałam ogromne. Wielomiesięczne poszukiwanie książki w bibliotekach, jej zawrotne ceny na Allegro, histerycznie pochwalne opinie na blogach. Mogło być albo bardzo dobrze, albo wręcz przeciwnie. W moim przypadku okazało się niestety, że wychwalana pod niebiosa powieść kompletnie nie trafiła w mój gust.

Porównywana do "Wojny i pokoju" czy "Przeminęło z wiatrem" książka została już zaliczona do kanonu literatury. To dla mnie dość zaskakujące, bo gdyby nie sława blogowa, trudno byłoby się na nią natknąć, a co dopiero zainteresować. Historia nie jest nawet oryginalna - to dość klasyczna saga z mocno zarysowaną główną bohaterką. Dinę poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę, która niechcący powoduje nieszczęśliwy wypadek w wyniku którego ginie jej matka. To wydarzenie determinuje jej dalsze losy, jako że odrzucona przez ojca, będzie wychowywana przez las i naturę. Poczucie winy za śmierć matki powoduje, że staje się to jej obsesją i żyje w nieustannym poczuciu winy. 

Zaskakująco pozytywny jest portret charakterologiczny Diny - to zdecydowanie nietuzinkowa postać o mocnej osobowości. Wydaje się być doskonałym przykładem dla wszelkich prezentacji maturalnych dotyczących kobiet w literaturze. Jest bardzo specyficzną bohaterką, nieco dziwną i tajemniczą, zamkniętą w sobie, mająca nadprzyrodzone moce (lub po prostu problemy z psychiką). Dina bywa w swoim zachowaniu nieco psychopatyczna, budzi tym niepokój. Jest nieokrzesana i nieokiełznana, niezależna i niebywale uparta. Z takimi cechami wydaje się być jednak nieco odrealniona, biorąc pod uwagę, że fabuła została osadzona w XIX wieku - feminizm w tym wydaniu sprawia wrażenie mało prawdopodobnego. Dina w kraju silnych i brutalnych mężczyzn wydaje się być oderwana od rzeczywistości.

Miałam problemy z płynnym czytaniem tej powieści. Właściwie byle drobiazg był w stanie mnie od niej oderwać - poszarpana narracja, przeplatana dziwnymi monologami Diny, sporo opisów przyrody, dużo niepotrzebnej dłużyzny - to wszystko sprawiało, że przyjemność z czytania miałam nikłą. Gdyby nie moja (niemal maniakalna) przyzwoitość czytelnicza, przysięgam, że nie dotrwałabym do końca. Zbyt spokojne tempo, bywało, że niemiłosiernie nudne fragmenty działały niczym najmocniejsza tabletka nasenna. Powieść bardzo przypominała mi "A lasy wiecznie śpiewają", jednak o ile tam było w miarę przyzwoicie i do zniesienia, o tyle tutaj autentycznie zmuszałam się do czytania. 

Długo dojrzewałam do napisania tej opinii, zastanawiałam się czy to, że czytałam powieść bardzo długo mogło mieć wpływ na mój odbiór. Starałam się znaleźć jak najwięcej elementów, które zrobiły na mnie wrażenie czy się spodobały. Historia Diny jest jednak jedną z najbardziej kiepskich i nudnych powieści jakie czytałam kiedykolwiek. I doprawdy nie rozumiem, o co tyle szumu i skąd te horrendalne kwoty, jakie osiąga książka na aukcjach internetowych. I przyznaję rację Kotu - życie jest za krótkie na kiepskie książki. 

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo MUZA 1999, s. 640.
Moja ocena: 2+/6

poniedziałek, 9 września 2013

Dziennik pisany później - Andrzej Stasiuk




Stasiuka czytać zaczęłam stosunkowo niedawno. "Grochów" zrobił wrażenie, osiadł w głowie i tam pozostał. Słuchanie jego słów czytanych przez Mirosława Bakę towarzyszyło mi ostatnio podczas dojazdów do pracy. Za oknem późny sierpień, ciepło bardziej jesienne, ruch na ulicach iście bałkański, wszędzie dookoła nerwowość, pośpiech, niecierpliwość. I zdanie sączone jedno po drugim. I coraz smutniej, inaczej, gorzej na duszy ...

"Dziennik pisany później" już od dwóch tygodni nie mógł doczekać się paru słów na blogu. Zamieszaniu winien niejaki Kot, który słuchał audiobooka równolegle i w głowie zamieszał. Myśli poukładałam w zgrabne zdania i nagle Kot mówi inaczej, na opak, wytrąca z toru, którym wcześniej zmierzałam. A że Kocie zdanie szanuję to musiałam na nowo Stasiuka odebrać, przetrawić. 

Zanim poznamy myśli autora dotyczące ojczyzny, wyruszamy z nim na Bałkany. Chorwacja, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra opisywane są sugestywnie, plastycznie, dosadnie. Gęsto tutaj od śmieci, brudu, bylejakości, zmęczonych i ospałych ludzi. Rozgoryczenie czy pijacki majak? Trudno nie ulec wrażeniu, że autor doprawia używkami widzianą rzeczywistość i z tego powodu obraz zniekształca się i zakrzywia. Mocne myśli na temat słowiańskich braci na Bałkanach przenoszone są na grunt polski. Lektor strudzonym głosem czyta zdanie po zdaniu, niemal cedząc je przez zęby. Polska z bałkańskiego dystansu zaskakuje, niepokoi, boli podobieństwem. 

"Dziennik pisany później" wpędza w depresję, złe myśli, wywołuje nieprzyjemne skojarzenia. A mimo to zgadzam się w dużej mierze z takim właśnie przedstawieniem świata. Sama na Bałkanach poszukiwałam regionów mniej turystycznych, zaskakujących surowością i nieokiełznaniem, a czasem nawet prymitywnością. I mój kraj staje się czasem "tym krajem", za który mi wstyd, z którym mi źle i nie po drodze. Odniosłam jednak, po namyśle i Kocich sugestiach, wrażenie, że niektóre opisy u Stasiuka wydają się być przesadzone, przesycone negatywnymi emocjami, których trudno szukać w naturze. Ot, taka Czarnogóra to kraj piękny i daleko mu do Albanii, w której czuć orientalny smrodek i nieporządek. A u Stasiuka są niemal jak bliźniaki, skrajnie podobnie, równie brudne i zaniedbane. 

Dziennik Stasiuka to kolejna wariacja na temat przemijania, i podróży. Lubię w jego pisaniu pochylanie się nad tym, co niedoskonałe, inne, nieidealne, czasem żadne. To, co innych drażni, mnie ujmuje w jego pisaniu - niemal maniakalna skłonność do metaforyzowania, fala słów, która niekiedy natrętnie przypomina utyskiwanie. Uparte odwiedzanie ciągle tych samych miejsc powodowane tęsknotą za stałością skutkuje narastającą irytacją. Bo miejsca się zmieniają, a ludzie pozostają tacy sami. 

Stasiuk nie szczędzi gorzkich słów Polsce - Licheniowi, Poznaniowi, Zgorzelcowi. Wszędzie źle, niedobrze, nijak. Przytłoczyły mnie te słowa, zmartwiły. Ale skłoniły do refleksji. Nie umiem jednoznacznie Stasiuka skrytykować i pochwalić. Rozłam przez Kota spowodowany trwa. Bo "Dziennik pisany później" podobał się, ale i zaniepokoił, zirytował. Nie obyło się bez smutnych myśli i niechcianych refleksji. Lubię tę szorstkość i surowość, uwypuklanie skaz i niedoskonałości. I polecam mimo wszystko. 

Kategoria: współczesna literatura polska
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Wydawnictwo Czarne 2010
Moja ocena: 5/6


sobota, 31 sierpnia 2013

O książek TARGaniu i robieniu akcji książkowych


przyTARGaj KSIĄŻKI to już niemała inicjatywa, której jestem współzałożycielką. Wszystko zaczęło się w czerwcu 2011 roku, kiedy to z przyjaciółką Anetą postanowiłyśmy powymieniać się książkami. Jako, że swoje gusta już znałyśmy - zaprosiłyśmy do zabawy zupełnie obcych ludzi. Wydarzenie rozpromowałyśmy na Facebooku i w lokalnych mediach. Do ogródka niewielkiej kawiarenki, położonej przy uliczce dochodzącej do poznańskiego Starego Rynku, zawitało ponad 100 osób. Uznałyśmy to za niebywały sukces i postanowiłyśmy włożyć jeszcze więcej energii w kolejną edycję.



Miejsca związane z literaturą uwielbiam, dlatego wybór miejsca na kolejną edycję nie był wielkim problemem. Jestem totalną fanką Jeżycjady i urządzenie akcji książkowej w kawiarni zaadaptowanej w kamienicy przy słynnej ulicy Roosevelta w Poznaniu okazał się strzałem w dziesiątkę. Na rejestrację i otrzymanie biletu wstępu na imprezę trzeba było czekać parędziesiąt minut. A, że był to koniec listopada to było to niemałe poświęcenie. Kolejna edycja i kolejny sukces.



Kolejne trzy edycje odbyły się już w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Miejscu - moim zdaniem - najlepszym na jakiekolwiek wydarzenie kulturalne w moim mieście. Tłumy ludzi, nieprzebrane stosy książek - liczby idące w tysiące. I spora satysfakcja. Przygotować i przeprowadzić akcję wcale nie jest tak trudno. Największą przyjemność sprawia fakt, że jest ogromna liczba ludzi, którzy przyklaskują idei i biorą czynny udział w akcji.



Rok 2013 to nowy rozdział w historii Czytelniska. Zdecydowałyśmy się bowiem na urządzenie TARGania w plenerze. W maju impreza odbyła się w ulubionym miejscu spacerowym poznaniaków, mianowicie na Cytadeli. A tydzień temu, 25 sierpnia książki były TARGane przed Centrum Kultury Zamek na (niegdyś) najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta - Święty Marcin. Po dwóch latach organizowania akcji, siedmiu edycjach mogę powiedzieć - poznaniacy kochają książki. I warto dla nich robić eventy z literaturą w tle.



Nie uważam, że to co robię jest czymś wielkim i niepowtarzalnym. Pomysł w dużej mierze opiera się na idei bookcrossingu, został udoskonalony o kilka rozwiązań mających ułatwić życie i organizatorom i uczestnikom. I totalnie miłe i uskrzydlające jest słyszeć za każdym razem, że akcja jest fajna i potrzebna. Niedzielne popołudnie zakończyliśmy z wynikiem 350 nazwisk zarejestrowanych na liście i niemal czterema tysiącami książek, które (dosłownie) nie mieściły się na stołach. I patrząc na te uśmiechnięte twarze, zapamiętale przeglądające książki, na ludzi, którzy niemal biją się chcąc wywalczyć konkretny tytuł, pokuszę się o stwierdzenie, że Polacy czytają. Tylko nie krzyczą o tym na prawo i lewo. Nie mam pojęcia, jak przygotowywane są statystyki czytelnictwa w naszym kraju, ale obserwuję, niemal na własnej skórze, że jest coraz lepiej. I nie ma co dramatyzować. Wystarczy dać ludziom pretekst do mówienia o tym. 




Więcej zdjęć możecie obejrzeć TUTAJ.

przyTARGaj książki podczas Niedzieli na Świętym Marcinie odbyło się przy ścisłej współpracy z Centrum Kultury Zamek. Pomagali nam portal Tablica.pl, portal książkowy Booklikes, kawiarnia rowerowa Bike Cafe oraz księgarnia Bookowski. Ogromnie podziękowania kieruję na ręce moich dzielnych pomocników, którzy towarzyszą mi od początku idei TARGania - bez nich ta impreza kompletnie by się nie udała. 

A kiedy kolejna edycja? Na pewno nie długo i na pewno będzie o tym głośno.

Informacji o projekcie szukajcie na stronie internetowej i naszym fanpage'u na FB

piątek, 30 sierpnia 2013

Sekrety uczuć - Barbara O'Neal



Poczułam nieodpartą potrzebę przeczytania czegoś lekkiego, kobiecego. Barbara O'Neal wydaje się być zawsze dobrą receptą na taką ochotę. Lato chyli się ku końcowi, wieczory coraz dłuższe i chłodniejsze, a "Sekrety uczuć" polecane są jako towarzysz kubka gorącej czekolady. Nie trzeba było mnie długo namawiać, tym bardziej, że przytrafił się dzień do przeleżenia pod kocem i zajęcia się sobą. Powieść pochłonęłam niczym tartę z Kawiarni Stu Śniadań.

Obyczajówka, jak to obyczajówka fabułą nie zaskakuje. Tessa, przewodniczka pieszych wycieczek, znalazła się w wyjątkowo trudnym okresie życia. Jedna z uczestniczek jej wyprawy ginie, ona sama również ulega poważnemu wypadkowi. Jako antidotum na zły czas wybiera Los Landrones - mieścinę w Nowym Meksyku słynącą z doskonałego jedzenia i knajpek serwujących wyśmienite potrawy. Tessa ma za zadanie przygotować program pobytu dla klientów biura, dla którego pracuje. Miejsce jest dla niej tym bardziej interesujące, gdyż spędziła tam dzieciństwo, mieszkając w hippisowskiej komunie. Na miejscu poznaje przystojnego Vince'a ... no i wiadomo, co się może dalej wydarzyć.

Historia wciąga jak diabli. Mimo, że jest dość naiwna, prosta i przewidywalna to czytanie sprawia przyjemność, ma się ochotę przerzucać kolejne strony. Powieść została napisana i przetłumaczona solidnie, nie ma zgrzytów językowych i nie jest do końca banalnie. Miałabym jedynie zastrzeżenia co do opracowania charakteru głównej postaci - nie przekonuje, wydaje się dość mdła i nieokreślona, rekompensują to jednak osoby z drugiego planu, które zdecydowanie dodają kolorytu powieści. Fabuła w gruncie rzeczy jest również mało skomplikowana, ale to tylko dodaje uroku historii. Została w końcu napisana pod leniwe popołudnia na werandzie. Ciekawy jest wątek komuny hippisowskiej, szkoda, że nie został bardziej rozbudowany.

Prozę Barbary O'Neal lubię jednak przede wszystkim za to, że dużo w niej jedzenia i zwierzaków. Jako, że ludziom nielubiącym jeść nie ufam za grosz, autorka nie miała u mnie pod górkę. Kotu śmiał się co prawda, że przepisy umieszczane na końcu niemal każdego rozdziału zapełniają książkę i przez to wydaje się, że przeczytało się więcej, ja jednak  upieram się, że jest w tym coś fajnego, że można odnaleźć sensowne propozycje śniadaniowe w środku całkiem niezłej powieści. Z całym impetem przyklaskuję idei Kawiarni Stu Śniadań, którą autora opisała w "Sekretach uczuć". Jestem totalną fanką śniadań, są one zdecydowanie moim ulubionym posiłkiem w ciągu dnia, a koncepcja knajpki, która serwuje ich ogromną liczbę (słownie sto rodzajów!) totalnie przypadła mi do serca (czyt. żołądka). Samo stworzenie na potrzeby powieści miasteczka, w którym żarełko gra główną rolę jest fajne i pobudzające nie tylko wyobraźnię, ale i ślinanki. 

Jeśli szukacie fajnej, lekkiej, kobiecej i apetycznej lektury polecam z czystym sumieniem Barbarę O'Neal. "Sekrety uczuć" nie są być może tak udaną powieścią, jak "Recepta na miłość", jednak nadal jest przyzwoicie, solidnie i wciągająco. To dobry pomysł na prezent książkowy dla mamy, teściowej, babci, siostry czy ciotki. Literatura kobieca na dobrym poziomie.

Kategoria: powieść obyczajowa
Wydawnictwo Literackie 2013, s. 464.
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

środa, 28 sierpnia 2013

Za kogo ty się uważasz? - Alice Munro




Są tacy autorzy, którzy prześladują mnie od bardzo dawna. Nęcą, kuszą, w oczy się rzucają. I nigdy nie jest do nich po drodze. Do czasu. Jak już uda się im poświęcić nieco czasu - wdzierają się brutalnie. I nie pozwolą o sobie zapomnieć. Myśli zostają w głowie, rozpychają się gwałtownie. I bolą. Właśnie to zrobiła ze mną Alice Munro.

Kanadyjka, która od wielu lat jest typowana na laureatkę Nagrody Nobla, słynie z tworzenia doskonałych opowiadań. Moją uwagę przyciągnęła między innymi swoim uwielbieniem do L.M. Montgomery, w szczególności do (również mojej) ulubionej "Emilki ze Srebrnego Nowiu", którą to Munro uważa(ła) za najlepszą powieść kanadyjską. Autorka słynie z dbałości o szczegóły, dopracowywania swoich powieści ("Za kogo ty się uważasz" na własny koszt sprowadziła z drukarni celem naniesienia poprawek), a ostatnio większość portali kulturalnych podawało informację, iż zdecydowała się zarzucić pisanie. To wszystko spotęgowało moje oczekiwania do maksimum. 

Przyznam szczerze - zostałam oszukana. Okładką i formą. Tą pierwszą, bo książkę krótko po wydaniu w pierwszym odruchu odrzuciłam i potraktowałam jak czytadło marnej jakości. Dałam jej jednak szansę i wtedy zwodziła mnie formą, bo do końca przesłuchiwania audiobooka nie zorientowałam się, że powieść składa się tak naprawdę z krótkich opowiadań, luźno powiązanych ze sobą postacią głównej bohaterki. Czy to już powieść stylizowana na zbiór historyjek czy odwrotnie? Już sama nie wiem, ale jedno jest pewne - Alice Munro wbija w fotel swoją prozą. 

Mianownikiem opowiadań jest Rose. Spotykamy ją jako małą dziewczynkę, poznając później na wyrywki jej dalsze losy. Charakterystykę bohaterki składamy z odłamków jej portretu, pełnych skazy i niedoskonałości. Skrawków jest wiele, są niekompletne, niechronologiczne. Raz jest molestowaną dziewczynką, innym razem żoną w wyrafinowany sposób zdradzającą męża. Różne momenty życia stanowią tło dla jej niezrównoważonego charakteru i chwiejnej osobowości. Wyczuwamy jej naiwność, niedojrzałość, krzywdę. Odczuwamy współczucie, gniew, zdenerwowanie, czasem nawet wściekłość. Stałe i konsekwentne jest marzenie Rose o miłości - dąży do niego zapamiętale, zachłannie. Ciągle jest niepewna siebie i ludzi wokół niej. I za kogo my ją uważamy?

Proza Alice Munro jest doskonała. Niedbałość o chronologię akcji skutkuje poczuciem bezsilności wobec Rose, przytłaczają jej perypetie i toksyczność relacji. Jest duszno i nieco depresyjnie. Szczegółowa charakterystyka postaci, w tym plastyczność tych drugoplanowych stanowi o maestrii Munro. Wybitny zmysł obserwatorski przejawia się drobiazgowym przedstawieniem tła, okoliczności, przestrzeni w której przebywają bohaterowie, a to tworzy świetny klimat. Niemal do końca nadal nie wiemy zbyt wiele o samej Rose, zbyt mało, aby ją ocenić. Mam totalny sentyment do niedoskonałych bohaterów literackich, pełnych skazy. I taka właśnie jest ona - dziewczyny z Hanratty. 

Podczas słuchania dopadła mnie myśl, ile tracę wybierając audiobooka. Jednak po zakończeniu nie mam takich wątpliwości. Książka Munro obroni się w każdej formie. Jest totalna, dopracowana, ale i wymagająca. Zostawia po sobie uczucie przytłoczenia, jak dobry, mocny film, który nie chce uciec z głowy. Uwielbiam takie uczucie, kiedy strzępy powieści krążą w myślach. Wystarczył jeden audiobook w świetnej interpretacji Anny Gajewskiej, abym oszalała na punkcie Alice Munro. Polecam totalnie!

kategoria: współczesna literatura
Nagranie na podstawie edycji książkowej, W.A.B. 2013
Moja ocena: 5+/6

piątek, 23 sierpnia 2013

Zdobywam zamek - Dodie Smith



Jestem zbyt cwaną czytelniczką, aby dać się omamić okładką. Ba, nie dam się złapać na porównania do wielkich nazwisk, którymi wydawcy dość hojnie częstują. Jest jednak taka autorka, do której odwołanie zawsze poruszy moje serce. Jest nią Lucy Maud Montgomery, w której to zaczytywałam się kilka(naście) lat temu. Dałam się skusić na książkę młodzieżową, i co najważniejsze -   wypadło lepiej niż się spodziewałam.

Dodie Smith to pisarka, która może być kojarzona przede wszystkim jako autorka "101 dalmatyńczyków". Zaskakujące dla mnie było, że "Zdobywam zamek" to klasyka literatury anglosaskiej, a sama książka zdobyła miejsce w pierwszej setce listy Big Read, przygotowanej przez BBC. O książce usłyszałam raptem kilka tygodni temu, i tym bardziej szokujące jest to, że poszukując informacji o powieści można natknąć się na rekomendacje J.K. Rowling czy Christophera Isherwooda. Aż dziw bierze, że dopiero w tym roku zdecydowano się przełożyć książkę na nasz język. Wcześniej była ona kompletnie nieznana. Szkoda!

"Zdobywam zamek" to historia kilkunastoletniej Cassandry, wywodzącej się z dość ekscentrycznej rodziny. Ojciec, autor poczytnej powieści, cierpiący na niemoc twórczą, tyranizuje domowników swoimi fanaberiami pisarskimi. Cassandra, jedna z córek i jednocześnie narratorka, prowadzi pamiętnik, który ma jej służyć jako ćwiczenie warsztatu pisarskiego. I właśnie przez pryzmat jej dziennika poznajemy historię rodziny. Należy przy tym uznać jej niebywały  talent gawędziarski , bo jesteśmy prowadzeni poprzez opowieść zabawną, dojrzałą i ciekawą. Nie sposób, pisząc o tej powieści, nie pomyśleć o Jane Austen i jej prozie. Sama Dodie Smith podpowiada nam takie skojarzenie, tworząc portret sióstr pochodzących z ubogiej rodziny i opisując ich próby pozyskania zamożnych małżonków. I uwierzcie mi, nie wypada to jak nieudolny pastisz. 

Co najbardziej uderza i ujmuje w tej książce? Szczerość, poczucie humoru, a także przeświadczenie o dojrzałości, jakże charakterystyczne dla nastolatek. To, co zaskakuje w największym stopniu, to jednak fakt, iż powieść klasyfikowana jako literatura młodzieżowa, nie sprawia takiego wrażenia podczas lektury. Czyta się ją doskonale, jest słodko-gorzko, czasem smutno, a niekiedy zabawnie, zawsze jednak interesująco. Całość utrzymana jest w bardzo przyjemnym klimacie i nie sposób oderwać się słów Cassandry czy odmówić sobie kolejnej chwili z rodziną Mortmaine'ów. Interesująco wypada też charakterystyka głównej postaci, która na początku historii wydaje się być głupiutkim podlotkiem, a u końca mamy do czynienia z rozsądną, młodą kobietą.

Powieść Dodie Smith skłoniła mnie do refleksji - z czystym sumieniem poleciłabym książkę mamie, siostrze, ciotce, obawiam się jednak, że nie umiałabym jej podsunąć kilkunastoletniej kuzynce. Przy zalewie wampirzych i innych paranormalnych bohaterów, historia zwykłej dziewczyny opisującej losy swojej rodziny może się nie obronić, a nawet może zanudzić. Dzisiejsze nastolatki nie czytują już mojej ukochanego cyklu o  Ani czy Emilce autorstwa wspomnianej już L.M. Montgomery. Liryczne, nieco naiwne, lecz przede wszystkim proste powieści pokrywają się kurzem i odstraszają. I to spostrzeżenie mnie martwi, bo ja sama już dawno nie czułam się tak swojsko i  (niech stracę!) młodzieńczo, jak przy czytaniu powieści "Zdobywam zamek". To jest właśnie to niedookreślone coś, co uwielbiam w starych filmach i książkach - niewinność, czysta i niezdominowana cielesnością kobiecość, inteligencja, prostota i dbałość o szczegóły - wartości obecne bardzo retro w literaturze, szczególnie tej kierowanej do bardzo młodych kobiet. Ogromna szkoda, że teraz nie pisze się już w taki sposób. Ale ukłon w stronę osób, które wygrzebują takie perełki i je wydają. 

Uniwersalna opowieść, aktualna zarówno w latach 30., jak i dzisiaj. Świeża, interesująca i bystra bohaterka, prosta historia opowiedziana nieskomplikowanymi słowami. I właśnie to tworzy niesamowity klimat, który uwodzi, wciąga i nie pozwala się oderwać. Polecam bardzo - zarówno nastolatkom, jak i starszym siostrom i mamom. Fajnie jest wrócić do klimatów, jakie czytałam naście lat temu. 

Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydawnictwo Świat Książki 2013, s. 352.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Turystyka książkowa


Bibliofilu, wyobraź sobie takie miejsce, w którym książki grają główną rolę. W całym miasteczku przez okrągły rok. Brzmi jak marzenie lub sen? A takie miejsca istnieją i są skupione w International Organisation of Book Towns. 

źródło: www.hay-on-wye.co.uk

Idea narodziła się w Hay-on-Wye w Walii za sprawą Richarda Booth. Przypadek był o tyle zabawny, że Richard obwołał się Królem Hay-on-Wye i powołał mikrokrólestwo książek. Ściągał je z niemalże zewsząd z przeznaczeniem na przemiał lub do sprzedaży w antykwariacie. Za jego przykładem mieszkańcy wioski zaczęli specjalizować się w sprzedaży książek, założyli antykwariaty. Dzisiaj Hay-on-Wye to światowa stolica bukinistów oferująca ponad 1,2 miliona książek, które można zakupić w 40 księgarniach, kawiarnie literackie, introligatornie oraz imprezy związane z książkami i czytelnictwem. Największym wydarzeniem jest coroczny międzynarodowy festiwal Hay Festival of Literature & Arts. 

źródło: http://www.bootsandpaws.co.uk

Pięć europejskich miast: Bredevoort (Holandia), Fjaerland (Norwegia), Hay-on-Wye (Walia), Montolieu (Francja) i Redu (Belgia) stworzyły projekt, którego finałem jest stowarzyszenie miast książek. Projekt został wsparty przez Unię Europejską. Organizacja zrzesza obecnie trzynaście miast z całego świata. Co dwa lata w kolejnych miejscowościach odbywa się festiwal Book Towns.

Bredevoort, źródło: http://karu02.wordpress.com/2010/08/11/buecherstadt-bredevoort/

Montolieu, źródło: http://lamusewritersandartistsretreat.blogspot.com/2009/05/montolieu-and-booktowns.html


Ciekawym aspektem idei miasteczek książkowych jest fakt, że są one ściśle ukierunkowane na ten rodzaj promocji - nie rozwija się w nich praktycznie żadna inna gałąź przemysłu, są położone na peryferyjnych obszarach wiejskich. To niezmiernie interesujące i inspirujące, że książki mogą stać się alternatywnym źródłem dochodu, ożywić lokalną społeczność, stworzyć atrakcyjną destynację dla turystów książkowych.

Hay Festival, źródło: telegraph.co.uk

Ten rodzaj turystyki kulturowej narodził się w 2003 roku w Harrisburgu, stan Pensylwania, gdzie pisarz i wykładowca Larry Portzline rozpoczął cykl wycieczek do okolicznych miast, których celem były niezależne księgarnie. Idea spotkała się z bardzo ciepłym odzewem, angażując szkoły, biblioteki, kluby dyskusyjne i organizacje. Co więcej, sprzedawcy książek zaczęli przykładać większą wagę do atrakcyjności swoich lokali, aby stały się czymś więcej niż tylko miejscem, w którym można kupić książki. Bibliofile podkreślali, że najważniejsze dla nich stało się bycie częścią większej społeczności, ruchu, który mógł coś zmienić.

Księgarnie przyciągały na wiele sposobów. Goście That Bookstore w Blytheville, Arkansas mogli usiąść na drewnianych krzesłach podpisanych przez znanych autorów, księgarnia Strand na Manhattanie oferuje ponad trzydzieści rodzajów papierowych toreb na książkowe zakupy. Elliot Bay Book w Seattle zaprasza codziennie na wspólne czytanie, Powell's City of Books w Portland jest totalnym labiryntem wypełnionym po brzegi książkami, że sama koordynatorka marketingowa twierdzi, że niemożliwe jest opuszczenie sklepu z mniej niż dziesięcioma książkami. 

That Bookstore, źródło: http://bargainhuntingwithlaurie.blogspot.com/search/label/THAT%20BOOKSTORE%20IN%20BLYTHEVILLE#.UhX-iNJFCE4

Znacie takie miejsca w naszym kraju? Co polecacie? Jakie miasteczko mogłoby stać się polskim miastem książek. 
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC