Jako, że czytam całkiem sporo, a chęci na pisanie jakby mniej , niniejszą mikro-recenzją zaprzestanę niepotrzebnej gadaniny i postaram się skondensować maksymalnie myśli o tym, co przeczytałam. Roberta Makłowicza nie sposób nie uwielbiać - chociażby za oddanie z jakim opowiada o potrawach i pochłania jedzonko wszelakie. W "Cafe Museum" przedstawia smaki środkowoeuropejskich i to zupełnie w swoim stylu. Dobra rzecz na zimowe wieczory - jako inspiracje do przyszłych letnich wojaży, jak również poszerzenie wiedzy na temat naszych bliższych i dalszych sąsiadów. Smakowicie i ciekawie, koniecznie w formie audiobooka i z pełną lodówką u boku.
Kategoria: eseje, reportaż Nagranie na podstawie edycji książkowej, Wydawnictwo Czarne 2010.
Moja ocena: 5/6
Stasiuka czytać zaczęłam stosunkowo niedawno. "Grochów" zrobił wrażenie, osiadł w głowie i tam pozostał. Słuchanie jego słów czytanych przez Mirosława Bakę towarzyszyło mi ostatnio podczas dojazdów do pracy. Za oknem późny sierpień, ciepło bardziej jesienne, ruch na ulicach iście bałkański, wszędzie dookoła nerwowość, pośpiech, niecierpliwość. I zdanie sączone jedno po drugim. I coraz smutniej, inaczej, gorzej na duszy ...
"Dziennik pisany później" już od dwóch tygodni nie mógł doczekać się paru słów na blogu. Zamieszaniu winien niejaki Kot, który słuchał audiobooka równolegle i w głowie zamieszał. Myśli poukładałam w zgrabne zdania i nagle Kot mówi inaczej, na opak, wytrąca z toru, którym wcześniej zmierzałam. A że Kocie zdanie szanuję to musiałam na nowo Stasiuka odebrać, przetrawić.
Zanim poznamy myśli autora dotyczące ojczyzny, wyruszamy z nim na Bałkany. Chorwacja, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra opisywane są sugestywnie, plastycznie, dosadnie. Gęsto tutaj od śmieci, brudu, bylejakości, zmęczonych i ospałych ludzi. Rozgoryczenie czy pijacki majak? Trudno nie ulec wrażeniu, że autor doprawia używkami widzianą rzeczywistość i z tego powodu obraz zniekształca się i zakrzywia. Mocne myśli na temat słowiańskich braci na Bałkanach przenoszone są na grunt polski. Lektor strudzonym głosem czyta zdanie po zdaniu, niemal cedząc je przez zęby. Polska z bałkańskiego dystansu zaskakuje, niepokoi, boli podobieństwem.
"Dziennik pisany później" wpędza w depresję, złe myśli, wywołuje nieprzyjemne skojarzenia. A mimo to zgadzam się w dużej mierze z takim właśnie przedstawieniem świata. Sama na Bałkanach poszukiwałam regionów mniej turystycznych, zaskakujących surowością i nieokiełznaniem, a czasem nawet prymitywnością. I mój kraj staje się czasem "tym krajem", za który mi wstyd, z którym mi źle i nie po drodze. Odniosłam jednak, po namyśle i Kocich sugestiach, wrażenie, że niektóre opisy u Stasiuka wydają się być przesadzone, przesycone negatywnymi emocjami, których trudno szukać w naturze. Ot, taka Czarnogóra to kraj piękny i daleko mu do Albanii, w której czuć orientalny smrodek i nieporządek. A u Stasiuka są niemal jak bliźniaki, skrajnie podobnie, równie brudne i zaniedbane.
Dziennik Stasiuka to kolejna wariacja na temat przemijania, i podróży. Lubię w jego pisaniu pochylanie się nad tym, co niedoskonałe, inne, nieidealne, czasem żadne. To, co innych drażni, mnie ujmuje w jego pisaniu - niemal maniakalna skłonność do metaforyzowania, fala słów, która niekiedy natrętnie przypomina utyskiwanie. Uparte odwiedzanie ciągle tych samych miejsc powodowane tęsknotą za stałością skutkuje narastającą irytacją. Bo miejsca się zmieniają, a ludzie pozostają tacy sami.
Stasiuk nie szczędzi gorzkich słów Polsce - Licheniowi, Poznaniowi, Zgorzelcowi. Wszędzie źle, niedobrze, nijak. Przytłoczyły mnie te słowa, zmartwiły. Ale skłoniły do refleksji. Nie umiem jednoznacznie Stasiuka skrytykować i pochwalić. Rozłam przez Kota spowodowany trwa. Bo "Dziennik pisany później" podobał się, ale i zaniepokoił, zirytował. Nie obyło się bez smutnych myśli i niechcianych refleksji. Lubię tę szorstkość i surowość, uwypuklanie skaz i niedoskonałości. I polecam mimo wszystko.
Kategoria: współczesna literatura polska
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Wydawnictwo Czarne 2010
Zainteresowanie obszarem Bałkanów trwa. Na Sylwestrowy, molowy wieczór wybrałam sobie jednak trudną lekturę. "Bałkany - terror kultury" to zbiór esejów autorstwa Ivana Čolovicia, urodzonego w Belgradzie. Ukończył studia na Wydziale Filologicznym, następnie robiąc doktorat z etnologii. Aktywnie występował przeciwko wojnie, był jednym z założycieli Stowarzyszenia Niezależnych Intelektualistów Belgradzki Krąg i jego wiceprzewodniczącym oraz niezależnego Forum Pisarzy. Eseje traktują o sferze językowej obszaru dawnej Jugosławii, ze szczególnym uwzględnieniem Serbii.
Teksty są trudne i przyznam szczerze - jak na wieczór sylwestrowy, lektura mocno wymagająca skupienia, znajomości specyfiki obszaru Bałkanów oraz ... dużej wiedzy lingwistycznej. W esejach
Čolović krytykuje walkę o serbski obszar etniczny i kulturowy jako obronę Europy - terytorium cywilizacji chrześcijańskiej. Nacjonalizm serbski jest w jego ujęciu niebezpieczny nie tylko dla samej Serbii, ale i dla całej Europy. Ukazuje on jak zgubna może być obsesja na punkcie autochtoniczności. Serbowie są mocno wyczuleni na punkcie podejrzenia ich o jakiekolwiek podobieństwo z innymi narodami zamieszkującymi Bałkany. W te struny serbskiego nacjonalizmu dość intensywnie uderzano, wykorzystując wąski rejon kultury do działania na uczucia narodowo-patriotyczne społeczeństwa.
Čolović charakteryzuje się zdrowym dystansem do środowiska, w którym przyszło mu dorastać. We wstępie krytykuje on rozpowszechniony w literaturze stereotyp Bałkanów jako obszaru niedostatku kulturowego. Čolović zaprzecza temu w każdym eseju - właśnie nadmiar zjawisk kulturowych, przesycenie tym tematem wszelkich sfer życia na półwyspie bałkańskim, doprowadziło do tragicznych wydarzeń, jakimi były wojny w latach 1991-1995, jak również konflikt w 1999 roku w Kosowie. Čolović zadaje pytanie czy kultura terroryzuje gdziekolwiek indziej poza Bałkanami? Moim zdaniem pytanie to należy pozostawić otwartym. Bałkany to specyficzny obszar, a im bardziej go poznaję, tym mniej dziwią mnie konflikty, które są tam cały czas żywe.
Książkę polecam, mimo wysokiego poziomu jaki stawia przed czytelnikiem. Warto zmierzyć się z tym tematem, bo wiele zagadnień poruszanych przez Čolovicia jest bliskich i nam. I obszar geograficzny, kulturowy, który zamieszkujemy wydaje się nie mieć przy tym większego znaczenia.
Obcowania z literaturą Bałkanów ciąg dalszy. O ile "Kultura kłamstwa" D. Ugresic była lekturą wymagająca, o tyle "Cyrk rodzinny" raczej mnie przerósł. Lub czytałam go w nieodpowiednim momencie. Trudno jest mi jednoznacznie ocenić moje wrażenia po lekturze. Może powinnam takiej prozie poświęcić więcej czasu? A może potrzebne jest lepsze przygotowanie literackie, aby w pełni nacieszyć się takim pisarstwem?
"Cyrk rodzinny" to trzy powieści w jednej. Na pomysł taki wpadł sam autor. Powieść otwiera zbiór opowiadań "Wczesne smutki". Sam autor określił je jako "kolorowe szkice w bloku" i takie właśnie są te opowiadania - jak dziecięce bazgroły - niczym nieograniczona plastyczna wyobraźnia buduje świat niepodobny do tego rzeczywistego, jednocześnie akcentując to, co dla bardzo wprawnego dziecięcego oka najważniejsze. To wspomnienie, niejednokrotnie poszatkowane, które wypływają w różnej konfiguracji i z różnym natężeniem. Tę część czyta się łatwo, sprawnie. Język jest niezwykle barwny, plastyczny.
Kolejna w zbiorze jest powieść "Ogród, popiół". I tu toposem jest dociekanie prawdy o ojcu. Tutaj nawet ja, niewprawnym okiem, wyczuwam z daleka Brunona Schulza. Podobne opisy - snów, wnętrz, ojca, sytuacji. I bardzo podobne podejście do rzeczywistości - doprawione niemal tragiczną groteską. Ostatnia część - "Klepsydra" przysporzyła mi najwięcej kłopotów i to właśnie na niej utknęłam najdłużej. Sam autor mówił o tym, że jest to powieść antropologiczną, mając na uwadze słownikowe znaczenie tego słowa - czyli według Danilo Kisa "Klepsydra" to powieść o człowieku w ogóle. Dużo przemyśleń filozoficznych, nawiązań do historii, literatury. Ponadto sporo odniesień do poprzednich części, co doskonale tłumaczy powstanie idei "Cyrku rodzinnego". Ugrzęzłam i to niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Męczyłam i męczyłam. O ile z poprzednich dwóch części wyniosłam sporo dobrych wrażeń, o tyle "Klepsydra" zwyczajnie mnie przerosła. Sposób narracji i klimat geograficzny powieści przypominał mi nieco "Księgę ojców" M. Vamosa, co jest naturalną konsekwencją węgierskiego pochodzenia autora. Naprawdę niezwykle trudno jest mi jednoznacznie określić, czy powieść była zła czy dobra. Mam świadomość, że przerosła mnie, mimo, że początkowo czerpałam sporo frajdy. Zabrałam się do niej z nastawieniem, że chwytam za literaturę bałkańską, a tutaj tej bałkańskości jakby mniej. Mimo wszystko polecam, gdyż językowo jest to bardzo dobra powieść, a wielbiciele Brunona Schulza znajdą wiele radości w tej prozie. Kategoria: współczesna literatura piękna Wydawnictwo Czarne 2006, s. 616 Biblionetka: 5,00/6 Lubimy czytać: 3,8/5 Moja ocena: 4+/6
Wpadłam w ciąg literatury bałkańskiej. Mam różne zobowiązania, a nie jestem w stanie powstrzymać się od czytania książek. TYCH książek. Tegoroczny urlop spędziłam na Bałkanach. Byłam w Bośni, Serbii. Nie mogę, naprawdę nie mogę, wyrzucić tych miejsc z mojej głowy. Przylgnęły do mnie. I cały czas wracam do nich i myślę, i wciąż zadaję to pytanie "po co była ta wojna?". Tamtejsi mieszkańcy kwitują takie pytania wzruszeniem ramion: "I tak nie pojmiesz". Mimo tego staram się. Staram się tak bardzo ... i nadal nie rozumiem.
Dubravkę Ugresic kojarzyłam - troszkę z "Bluszcza", troszkę z innych blogów. Tytuł tej powieści oraz jej tematyka, szczególnie po tym, o czym piszę we wstępie, sugerowały, że to lektura dla mnie. Na ten czas i tę chwilę. Nie spodziewałam się, że może to być lektura aż tak bardzo uniwersalna. I tak bardzo zmuszająca do myślenia i próby odpowiedzi na pytanie: kim jesteśmy my, my czyli ci, którzy pochodzą z tej innej, wschodniej, środkowej, postkomunistycznej, ale jednak Europy.
"Kultura kłamstwa" to zbiór esejów, poszatkowanych na krótsze podrozdziały, które są raczej luźno ze sobą powiązane. Niejednokrotnie przeplatane krótkimi, anegdotkami (co, zdaję sobie z tego sprawę, najlepszym słowem nie jest). Autorka porusza takie tematy jak wojna, demokracja, muzyka, literatura. Natarczywie pyta (samą siebie? czytelnika?) czym takim jest narodowość? I czy w jej przypadku nie jest to jakiś okrutny żart. Przez kilkadziesiąt lat była Jugosławianką. A później? Kim była? No właśnie kim? Autorka stara się znaleźć wytłumaczenie dla absurdalnej sytuacji w jakiej zostali postawieni mieszkańcy byłej Jugosławii.
D. Ugresic o wojnie pisze w podobny sposób jak N. Velickovic - ironizuje, doprawia absurdem. "Rzeczywiste ofiary były zbyt realne, by mogły być prawdziwe"*. Autorka ma wyjątkowy dar trafnego puentowania swoich wypowiedzi. Robi to w iście mistrzowski sposób - aż chce się przyklasnąć. Autorka bryluje świetnym językiem - czytanie "Kultury kłamstwa" było dla mnie jednym z najprzyjemniejszym czytelniczych doznań. Spory wpływ miało też pewnie tłumaczenie pani Doroty Cirlić. To po prostu istna językowa rozpusta. Przesmaczna.
A czy dowiedziałam się czegoś więcej o Bałkanach? Tak. Zdecydowanie tak. Fenomenalna jest część dotycząca jugo-mężczyzny. To tak naprawdę pretekst, aby opowiedzieć o kobietach i ich roli w tym, jakżeby inaczej, patriarchalnym społeczeństwie. Świetny jest również esej poświęcony narodowości. Rozjaśnia nieco obraz wojny na Bałkanach. Należy tutaj podkreślić, że autorka nie gloryfikuje żadnej ze stron konfliktu. Obrywa się tutaj i Chorwatom i Serbom. Dubravka Ugresic wielokrotnie używa słowa "wstyd" - "Obywatele kraju, którego już nie ma, giną od pocisku, noża, bomby, ale nikt jeszcze z ponad dwudziestu milionów ludzi nie umarł i nie umrze ze wstydu. Albowiem wstyd to głęboko indywidualne uczucie" **.
Czy polecam? I to jak. Prawdopodobnie jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w życiu. Doskonały język, ogromny dystans autorki do samej siebie i kultury w której wyrosła. Trafne spostrzeżenia. Zmuszanie do myślenia. "Kultura kłamstwa" to naprawdę świetny zbiór esejów. Polecam gorąco!
* D. Ugresic "Kultura kłamstwa (eseje antypolityczne)", Wyd. Czarne 2006, s. 336.
Tegoroczny urlop miałam okazję spędzić w niesamowitym miejscu na naszym kontynencie. Byłam na Bałkanach - przejechałam i Bośnię i Hercegowinę. Widziałam Sarajewo. Miasto robi ogromne wrażenie. Niemal na każdym kroku można (nawet jeśli nie patrzy się uważnie) ślady nie tak wcale odległej wojny. Mieszkańcy Sarajewa nie opowiadają o niej chętnie, , tłumacząc, nieco z przekorą, że i tak nie pojmiemy o co w niej chodziło. Spacerując uliczkami Starego Miasta miałam w głowie dwie rzeczy: Bono śpiewającego "Miss Sarajevo" oraz treść książki Krzysztofa Jednachowskiego, którą miałam okazję recenzować wcześniej. Wróciłam BiH oczarowana i teraz pojawi się u mnie wiele recenzji literatury bałkańskiej.
Rozpoczęłam od "Koczowników" Nenada Veličkovića. Dlaczego? Ano dlatego, że opisuje on tę wojnę inaczej. Podobnie, jak mówili o niej Bośniacy. Nie sposób nie uśmiechać się, kiedy czytamy tak smakowicie doprawioną ironią książkę. ALE nie sposób nie stłumić tego uśmiechu, kiedy mamy świadomość tego, że pod ironią ukrywają się bardzo gorzkie słowa.
Historia jest opowiadana przez kilkunastoletnią dziewczynę - Maję. Studentka ćwiczy pisanie poprzez notowanie wydarzeń, które mają miejsce podczas oblężenia Sarajewa. Jako, że jest córką dyrektora Muzeum, w którym to ukrywają się przed ostrzałem wraz z matką, ojcem, babcią, bratem oraz jego żoną, dwoma przyjaciółmi - Juliem i Brkićiem oraz dalmatyńczykiem - Sniffim. Wydarzenia nie są przedstawiane chronologicznie, a rozgrywają się w 1994 roku.
Postaci przedstawione w powieści są niesamowicie barwne, interesujące. Nieco przerysowane karykaturalnie - ojciec, jako dyrektor Muzeum pieczołowicie pilnuje wszystkich eksponatów, broni Muzeum przed wojskowymi, którzy zamierzają urządzić w budynku sztab. Matka, wegetarianka ze szkoły makrobiotycznej, regularnie uprawiająca jogę, która potrafi przyrządzić kawę niemal z każdej rośliny. Brat przyrodni Mai, Davor, dziennikarz radiowy, który po wyrzuceniu go z pracy próbuje uniknąć mobilizacji (ukrywa się w tym celu w Muzeum, przebrany za żołnierza-eksponat). Jest i jego żona, Sanja - ciężarna, która wykorzystuje Davora wręcz przeperfidnie, prosząc o spełnienie coraz bardziej wysublimowanych zachcianek. Mamy tutaj również babcię - Gretę, która odpowiedzi na każde pytanie szuka poprzez ułożenie miniaturowego pasjansa. Babcia jest ponadto w posiadaniu tajemniczej czarnej skrzyni, w którą bardzo chętnie zajrzałby Julio - partyzant w czasach II wojny światowej, a obecnie kolaborant do potęgi. Przehandluje i zorganizuje niemal każdy pożądany produkt. Jest w nieustannym konflikcie z Brkićiem, gdyż w młodości zakochani byli w tej samej dziewczynie. Są i postacie poboczne, jak wszędobylska i przewścibska sąsiadka, której szczytem marzeń jest elektroniczny termometr. Plejada postaci bardzo specyficznych.
Absurd goni absurd. Żołnierze rekwirują wszystkie eksponaty broni z Muzeum, celem ich wykorzystania w trakcie ataku. Matka Mai regularnie przygotowuje mięso z mąki, które w smaku przypomina starą gąbkę, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że smakuje jak sznycel. Smaczków takich jest mnóstwo. Pomiędzy tymi dość groteskowymi historiami, autor wplata gorzkie refleksje na temat samej wojny. Pomoc humanitarna w postaci paczek, które otrzymują mieszkańcy Sarajewa, wydaje się być jedynie wyciszeniem sumienia przez Zachód. No bo nie samą pomocą, skoro puszki zawierają wieprzowe - zakazane dla muzułmanina - mięso.
Powieść przedstawia zupełnie odmienny obraz konfliktu. Bez patosu, dramatyzmu. Nie oznacza to jednak, że wojny nie ma. Jest, ale pokazana w całej absurdalności. Co wzmacnia przekaz. Zdecydowanie polecam. Nie mam pojęcia, czy to specyfika literatury Bałkanów -czytałam jedynie "Słownik chazarski", który był w podobnym klimacie. Ale jeśli tak - to bardzo "Lubię to!".
Sarajewo - esencja Bałkanów. Miasto, w którym obok siebie stoją od wieków kościoły katolickie, cerkwie prawosławne, synagogi oraz meczety. Miasto, które zostało głęboko zranione w latach 90. Miasto, którego historia sięga XV w. - założone przez Turków, w okresie ich panowania było centrum administracyjno-politycznym Bośni ottomańskiej. Po II wojnie światowej miasto zostało stolicą republiki Bośni i Hercegowiny. W kwietniu 1992 r. przeprowadzono referendum (zbojkotowane przez Serbów) w wyniku którego BiH ogłosiła niepodległość (uznaną przez większość państw). Niemal natychmiast wybuchły walki. Rozpoczęło się oblężenie miasta, które trwało przez niemal trzy i pół roku. Z opanowanych przez Serbów wzgórz otaczających miasto, niemal bezustannie ostrzeliwano Sarajewo (obliczono, że dziennie spadało ok. 2500 pocisków). Niechlubną chwałą okryła się Aleja Snajperów - główna aleja miasta, która służyła za przyczółek dla stanowisk snajperskich, jedno z miejsc najbardziej naznaczonych śmiercią. Ulica prowadziła do jedynego czystego źródła wody, wzdłuż alei znajdowało się wiele wysokich budynków. Według danych zebranych w 1995 r. - życie straciło tam 225 osób, z czego 60 było dziećmi.
Po co ten wstęp historyczny? Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego konfliktu. A żeby zrozumieć książkę Krzysztofa Jednachowskiego wstęp ten jest, moim zdaniem, niezbędny.
"Wakacje w Sarajewie" to historia Julka, młodego chłopaka ze wschodniej Polski. Julek, zapalony myśliwy, czerpiący przyjemność z zabijania zwierząt otrzymuje propozycję od kolegi z wojska - ma zostać najemnikiem dla serbskich wojsk. Udaje się do Sarajewa w jednym celu - aby "bronić Europy przed szturmem muzułmanów". Na miejscu trafia do zdegenerowanego moralnie środowiska, które urządza mu pranie mózgu - staje się maszynką do zabijania. Każdy kolejny zabity muzułmanin to nacięcie na lufie jego broni. Po krótkim czasie ma już tych nacięć trzynaście.
Krótko po przyjeździe poznaje Serbkę -Rusłanę, z którą wchodzi w makabryczny zakład. Jeśli nie zabije jednym strzałem - ma sam dobić człowieka, gdyż w innym przypadku zrobi to za niego Rusłana, dobijając przy tym jego samego. Nie musiał długo czekać na taką okazję - strzelając do "celu" z tobołkiem z przodu ciała, trafił w tobołek, nie pozbawiając przy tym życia samego celu. Po zbliżeniu się okazuje się, że tobołek był noworodkiem, a kobieta do której celował nadal żyje. W tej chwili nowy punkt widzenia dochodzi do głosu. Julek trafia na drugą stronę frontu - do muzułmanów, Bośniaków. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak mu się wcześniej wydawało.
Historia przedstawiona w "Wakacjach ..." jest trudna, ciężka emocjonalnie. Czytając nie raz musiałam na chwilę odłożyć książkę, aby uspokoić kołaczące w mojej głowie pytanie "po co ta wojna??". Świat najemników jest brutalny, prosty, surowy. Przyjechali, aby zabijać. Twierdzenie, że robią to dla "chrześcijańskiej Europy" to bzdura - przyjechali zarobić. Zarobić na śmierci. I zaspokoić swoją żądzę zabijania. Człowiek to tylko kolejne nacięcie na lufie. Ludzie życie warte jest jedynie tyle, ile można zszabrować. Dyskusje o zabijaniu "muzułmańskich psów", sposób budowania dialogów - doskonale oddaje proste pojmowanie kategorii dobra i zła przez tych ludzi. Moralność nie istnieje. Jest pieniądz i broń.
Z drugiej strony mierzyłam się z opisem obleganego miasta. Ludzi przemykających chyłkiem z piwnicy do piwnicy. Bez pewności, że dotrą do kolejnej żywi i w jednym kawałku. Miasta w którym brakuje pożywienia, wody, podstawowych lekarstw. Miasta w którym stacjonujące "wojska" ONZ nie pomagają Bośniakom - należy uciekać się do kradzieży i podstępu, aby zdobyć podstawowe lekarstwa.
Postać głównego bohatera jest wielowymiarowa - Julek nie jest postacią ani dobrą ani złą. Został ukształtowany w określonym kierunku, w określonych warunkach. Mierzy się ze swoimi demonami, a kiedy spotyka na swojej drodze ludzi dobrych i prawych (słowo bardzo retro, ale najlepiej oddaje to, co czuję) odczuwa lęk i niepokój. Jednak i w jego sercu znajdzie się miejsce dla dobra. Potrzeba na to tylko czasu.
Książka mocna. Trudna. Czyta się szybko, ale zostaje w głowie. I truje myślami. Szczególnie jeśli ma się świadomość tego, co świat tzw. Zachodu zafundował Bałkanom. Tam nie ma bogactw naturalnych, ani strategicznych miejsc. Bałkany się wykrwawiały, a Zachód przyglądał się temu. I pozwolił na to, aby pojawiło się miejsce dla takiej tragedii jak Srebrenica. Książkę polecam, nie wnikając w to czy Julek istniał naprawdę, czy to czysto fikcyjna postać. To książka nie tylko o wojnie w Bośni i Hercegowinie, ale o tym jaką nasze małe polskie piekiełko potrafi ukształtować zatrutą duszę. Nawet w XXI wieku...
Za tło niech posłuży "Miss Sarajevo" - obejrzeć i wsłuchać się ...