Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena: 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena: 2. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lutego 2015

Hiszpanka. Nowela filmowa - Łukasz Barczyk



Zapytacie - co mnie podkusiło? Ciekawość. To na pewno. Bo, że "Hiszpanka" jest zła to się nieco spodziewałam. Dostałam książkę w prezencie, jest skromnych rozmiarów - ryzykowałam  co najwyżej zmarnowanie popołudnia. Temat interesował mnie też lokalnie, jestem poznanianką, interesuję się historią i sposobem wydawania publicznych pieniędzy (film, jak i konkurs na nowelę, która miała być jego kanwą, był sponsorowany przez Marszałka Województwa Wielkopolskiego).

Jest to opowieść absolutnie dziwna, nieprawdopodobna, wręcz absurdalna. Wydawca na okładce informuje o mieszance prawdy historycznej, fikcji i mistycyzmu, sensacyjnej intrydze z udziałem spirytystów, którzy ratują mistrza Ignacego Paderewskiego przed medium na usługach armii niemieckiej. Opowiadanie zostało wybrane przez jury, które uzasadniło ten fakt oryginalnością, odwagą, ciekawą i niebanalną formą. Produkcja miała przedstawić masowemu widzowi historię Powstania Wielkopolskiego w przystępnej formie. Cel zacny, ciekawy i potrzebny. Jednak jak to w naszym pięknym kraju bywa - wyszło jak wyszło. Powstanie - piszę to jako osoba świadoma historycznie, poznanianka od pokoleń - mimo ogromnego znaczenia w dziejach regionu i Polski, było po prostu za mało romantycznym wydarzeniem. Dodawanie mu kolorytu w postaci medium, przyzywania duchów jest po prostu karykaturalne.

Trudno oceniać mi warstwę literacką nowelki, bo to przecież opowiadanie będące szkicem dla filmu. Zniechęca mnie jednak fabuła, która jest śmieszna i co najwyżej prowadzi do gromkich wybuchów śmiechu i zażenowania. Nie chcę, żeby publiczne pieniądze były wydawane na tak kiepską i nieprzemyślaną historię. Mucha-szpieg, Hindus lubujący się w polskiej literaturze, przesyłanie wirusów tytułowej hiszpanki myślami - nie czuję, żebym musiała cokolwiek dodać.

Żadna siła nie zmusi mnie do obejrzenia filmu. Powstrzymuje gorzkie słowa. Trzymajcie się od tego z daleka!

Kategoria: nowela filmowa
Wydawnictwo Media Rodzina 2015, s. 102.
Moja ocena: 2/6

niedziela, 26 stycznia 2014

Wiedeńska gra - Carla Montero



Bywam czytelniczo rozdarta - bo chciałabym poczytać coś lżejszego, szybkiego, a jak już dochodzi do tego, to się wkurzam, bo książka płytka, nieskomplikowana i zwyczajnie nie sprawia satysfakcji. Moje pierwsze podejście do Carli Montero skończyło się jedną z niewielu negatywnych opinii o "Szmaragdowej tablicy", która nadal jest totalnym bestsellerem. Nie podobała mi się ni trochę.

Z "Wiedeńską grą" było niestety podobnie. Z ogromną trudnością brnęłam przez kolejne strony, znudzona i przytłoczona informacjami o wschodniej sekcie, która próbuje zapanować nad Europą, na chwilę przed wybuchem I wojny światowej. Zapowiadało się ciekawie i dałam się złapać na okładkowy chwyt, bo szczerze spodziewałam się wartkiej sensacji osadzonej w Wiedniu na początku XX-go wieku. A było nudno i sztampowo z irytującymi erotycznymi wstawkami, które obniżały i tak dramatycznie niski poziom. Drewniane dialogi, nieumiejętnie wplecione wątki historyczne - to wszystko sprawiło, że tylko uczciwość czytelnicza zmusiła (!) mnie do ukończenia lektury.

Nie polecam, żadna siła nie zmusi mnie do przeczytania kolejnej książki tej autorki.

Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Wydawnictwo Rebis 2013, s. 384.
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis.

poniedziałek, 16 września 2013

Księga Diny - Herbjorg Wassmo



Oczekiwania wobec "Księgi Diny" miałam ogromne. Wielomiesięczne poszukiwanie książki w bibliotekach, jej zawrotne ceny na Allegro, histerycznie pochwalne opinie na blogach. Mogło być albo bardzo dobrze, albo wręcz przeciwnie. W moim przypadku okazało się niestety, że wychwalana pod niebiosa powieść kompletnie nie trafiła w mój gust.

Porównywana do "Wojny i pokoju" czy "Przeminęło z wiatrem" książka została już zaliczona do kanonu literatury. To dla mnie dość zaskakujące, bo gdyby nie sława blogowa, trudno byłoby się na nią natknąć, a co dopiero zainteresować. Historia nie jest nawet oryginalna - to dość klasyczna saga z mocno zarysowaną główną bohaterką. Dinę poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę, która niechcący powoduje nieszczęśliwy wypadek w wyniku którego ginie jej matka. To wydarzenie determinuje jej dalsze losy, jako że odrzucona przez ojca, będzie wychowywana przez las i naturę. Poczucie winy za śmierć matki powoduje, że staje się to jej obsesją i żyje w nieustannym poczuciu winy. 

Zaskakująco pozytywny jest portret charakterologiczny Diny - to zdecydowanie nietuzinkowa postać o mocnej osobowości. Wydaje się być doskonałym przykładem dla wszelkich prezentacji maturalnych dotyczących kobiet w literaturze. Jest bardzo specyficzną bohaterką, nieco dziwną i tajemniczą, zamkniętą w sobie, mająca nadprzyrodzone moce (lub po prostu problemy z psychiką). Dina bywa w swoim zachowaniu nieco psychopatyczna, budzi tym niepokój. Jest nieokrzesana i nieokiełznana, niezależna i niebywale uparta. Z takimi cechami wydaje się być jednak nieco odrealniona, biorąc pod uwagę, że fabuła została osadzona w XIX wieku - feminizm w tym wydaniu sprawia wrażenie mało prawdopodobnego. Dina w kraju silnych i brutalnych mężczyzn wydaje się być oderwana od rzeczywistości.

Miałam problemy z płynnym czytaniem tej powieści. Właściwie byle drobiazg był w stanie mnie od niej oderwać - poszarpana narracja, przeplatana dziwnymi monologami Diny, sporo opisów przyrody, dużo niepotrzebnej dłużyzny - to wszystko sprawiało, że przyjemność z czytania miałam nikłą. Gdyby nie moja (niemal maniakalna) przyzwoitość czytelnicza, przysięgam, że nie dotrwałabym do końca. Zbyt spokojne tempo, bywało, że niemiłosiernie nudne fragmenty działały niczym najmocniejsza tabletka nasenna. Powieść bardzo przypominała mi "A lasy wiecznie śpiewają", jednak o ile tam było w miarę przyzwoicie i do zniesienia, o tyle tutaj autentycznie zmuszałam się do czytania. 

Długo dojrzewałam do napisania tej opinii, zastanawiałam się czy to, że czytałam powieść bardzo długo mogło mieć wpływ na mój odbiór. Starałam się znaleźć jak najwięcej elementów, które zrobiły na mnie wrażenie czy się spodobały. Historia Diny jest jednak jedną z najbardziej kiepskich i nudnych powieści jakie czytałam kiedykolwiek. I doprawdy nie rozumiem, o co tyle szumu i skąd te horrendalne kwoty, jakie osiąga książka na aukcjach internetowych. I przyznaję rację Kotu - życie jest za krótkie na kiepskie książki. 

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo MUZA 1999, s. 640.
Moja ocena: 2+/6

czwartek, 14 marca 2013

Egzamin z oddychania - Jan Jakub Kolski




Uwielbiam filmy Jana Jakuba Kolskiego - jest coś w jego estetyce, co przemawia do mnie i odwołuje się do wyjątkowo dobrych wspomnień. Dlatego bardzo entuzjastycznie zareagowałam na możliwość przeczytania JEGO powieści. "Zmysłowa historia miłości absolutnej, ta miłość musiała się zdarzyć" - takie hasła tylko podsyciły moją chęć na tę prozę. I do tego piękna, sugestywna okładka ...

Jan Jakub Kolski powiedział kiedyś: "Seks też jest językiem rozmowy między mężczyzną a kobietą. Denerwują mnie poetyckie figury, które biorą seksualność w nawias". Mnie też denerwują, lubię fajne pogaduchy o chędożeniu. I nieco takiego klimatu spodziewałam się w "Egzaminie z oddychania". Że będzie o seksie, ale w klimacie podobnym do jego filmów. Powieść promowana była odmienianą przez wszystkie przypadki zmysłowością.  Nie ma jej jednak aż tak dużo - bohaterowie oddają się czynnościom "tak zwanym" seksualnym, jednak samo ich opisywanie, na dodatek   w dość wulgarny sposób, nastroju erotycznego nie wnosi. Miejscami nie można odmówić autorowi wrażliwości - próby odmalowania intymności są, i to całkiem udane. Jednak powieść całościowo prezentuje się mocno pretensjonalnie i irytująco.

Bo historia jest dość prosta i banalna - Sandow (aka Dżuk) pod koniec życia spowiada się z wszystkiego, co przeżył. Jako, że żywot hulaszczy wiódł, to i opowieści sporo. A pretekstem do rozliczenia się z wszystkiego jest Muszelka - kobieta jego życia. Z wyborami autora się nie dyskutuje, jednak przyznam szczerze - z imieniem bohaterki trafił dość słabo. Mało, że sugestywne, to na dodatek dziewczę zostało obdarzone wyjątkowo małym rozumkiem. A czego, jak czego ale głupiutkich ludzi nie trawię - tako w życiu, jak i w literaturze. Nie mogłam się powstrzymać od skojarzeń z Januszem L. Wiśniewskim i Jerzym Kosińskim - odniosłam wrażenie, że strumień myśli i wątków uprawiany jest przez autora w podobnym do nich stylu. Chaotycznie, urywkowo i mocno niepełnie. I momentami przyprawiający o mdłości - ile czytelnik może tak naprawdę znieść ...

Jan Jakub Kolski jest doskonałym reżyserem, jednak scenariusze filmowe rządzą się swoimi prawami. Monumentalność powieści, próba naszpikowania historii tyloma myślami przerosła autora. Kompozycja szkatułkowa jest wyjątkowo wymagającą wobec pisarza - subtelności pomiędzy wątkami, które na oczach czytelnika łączą się w całość, muszą być dopracowane. W "Egzaminie z oddychania" liczne retrospekcje wprowadzają chaos i moim zdaniem jest ich zbyt dużo. Mniej często znaczy lepiej, jak powiedziałby mistrz bon motów z Brazylii.

Drażnią mnie bohaterowie tacy jak Sandow. Z jednej strony rozemocjonowany, sensualny, przykładający szczególne znaczenie do wypowiadanych przez siebie słów, z których sam wspomniany wyżej Paulo Coelho mógłby stworzyć kalendarz aforyzmów. A z drugiej strony to bohater rzucający się na życie z wyjątkowo nadmiernym apetytem i zachłannością. Cytując Kogoś mi bliskiego - w życiu nie trzeba próbować wszystkiego. Bohater, który tak robi, wypada nieszczerze i papierowo. Przysłowiowej oliwy dolewa Muszelka ze  swoją naiwnością, infantylnością, głupotą i bezmyślnością. Bohaterowie wyraziści, ale przerysowani. Za dużo, znów za dużo ...


Czuję się nieco oszukana jako czytelnik. Spodziewałam się czegoś co najmniej solidnego, a otrzymałam strzępki myśli, szkic, próbki pomysłów. Jestem rozczarowana, bo wiem, że można pisać subtelnie, wielowątkowo i pięknie. A przyciąganie samym nazwiskiem do takich treści jest po prostu nieuczciwie. Nie polecam, sugeruję dużym łukiem omijać. I mam nadzieję, że to tylko mały wypadek przy pracy, czekając jednocześnie na kolejny doskonały film.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Wielka Litera 2012, s. 480.
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Na fejsie z moim synem - Janusz L. Wiśniewski




<Ciężkie westchnienie> 
Trudno, niezwykle trudno jest powstrzymać się od zgryźliwości, złośliwości i paskudności po przeczytaniu książki Janusza L. Wiśniewskiego. O tym, że za panem, delikatnie mówiąc, średnio przepadam, pisałam przy okazji "Bikini". Pojawiła się okazja przeczytania jego najnowszej "powieści" i pomyślałam, że może warto zmierzyć się, raz kolejny, ze swoimi uprzedzeniami. Jednak, jak to z owymi bywa, wiecie pewnie sami najlepiej - jak się je już nabyło, to niezwykle trudno jest się ich pozbyć. 

"Na fejsie z moim synem" to według okładkowego opisu rozmowa syna z matką, która pisze do niego za pośrednictwem portalu społecznościowego. Pisze nie z byle jakiego miejsca, bo z samego Piekła. Wiele się tam dzieje, skazani na wieczne potępienie nieźle się bawią, mając do dyspozycji szeroki zakres kanałów telewizyjnych, stacji radiowych oraz dostęp do Internetu - nieco zmodyfikowanego oraz cenzurowanego. I przyznam się od razu - taka wizja Piekła zapracowała na ocenę, którą wystawiłam powieści.

Irena Wiśniewska, zmarła w 1977 roku, dwukrotna rozwódka, matka dwóch nieślubnych synów, do Piekła trafiła, według niej samej (a właściwiej według jej syna) zasłużenie. Narratorem wydaje się być sama Irena Wiśniewska, jednak - nie dajmy się zwieść - to tylko przysłowiowa "przykrywka". Od pierwszego do ostatniego zdania nie mamy wątpliwości, że jest to Janusz L. Wiśniewski. "Matka" porusza wszelkie tematy - jak na osobę, która mało czym się za życia interesowała, Piekło wzbudziło w niej nie lada intelektualizm. Pisze do "Nuszki" o Bogu, wierze, przeznaczeniu, samobójstwach, miłości, poezji, sztuce, fizyce, chemii, genetyce. Tak, tak - dosłownie o wszystkim. A jak ktoś pisze o wszystkim, to najczęściej pisze o ... niczym.

Na okładce umieszczono szumne zdanie, iż jest to najbardziej osobista powieść autora "S@amotności w sieci". Prawda - jest. Jednak autor, który i w poprzednich powieściach, nie krył się ze swoimi skłonnościami do literackiego ekshibicjonizmu, tym razem postawił sobie poprzeczkę wysoko. I o zgrozo, przeskoczył ją, gdyż "Na fejsie..." to tak naprawdę nic innego jak wyrzucenie z siebie szerokim strumieniem, wszystkiego (!!!), co mu na wątrobie i innych częściach ciała leżało. Szkoda, że wykorzystał do tego swoją matkę, wkładając jej w usta słowa i sformułowania, których pewnie by się powstydziła. Czytanie tej powieści, jak napisał słusznie Artur na portalu Lubimy czytać, przypominało czytanie Pudelka czy wpisów na Facebooku niezbyt rozgarniętej znajomej czy znajomego. Pytanie jednak, kto powinien być tym faktem bardziej zażenowany - ja jako czytająca czy "pisarz", który to stworzył?

Bardzo długo brnęłam przez tę powieść - ewidentnym utrudnieniem była skrajna wielowątkowość i gadatliwość Ireny Wiśniewskiej. Będę jednak szczera - "Na fejsie ..." jest idealnym usypiaczem, a żaden z ogromnej liczby wątków tak naprawdę mnie nie zainteresował. Rzekoma rozmowa zapowiadana na okładce to jednak monolog - długi, mało ciekawy, usypiający. Przyznam, że przez całe ponad czterysta stron czekałam na odpowiedź "synusia". Nie doczekałam się, co wzmogło jedynie moje zniecierpliwienie. 

Bardzo, ale to bardzo u JLW drażni mnie wymądrzanie się na temat kobiet - jak zawsze przemyślenia te wkładane są w usta bohaterek płci żeńskiej. I znowu - uogólnianie, upraszczanie, robienie z nas - kobiet - seksualnych idiotek, zachowujących się niczym kotki podczas rui. Dorzućmy do tego popisywanie się wiedzą z zakresu chemii, fizyki, co kompletnie nic nie wnosi w powieść, nudzi, nuży. Tego typu tyrady udowadniają jedynie jak wielkim ego obdarzony jest JLW. Wpisał się on ponadto, w dość ostatnio popularny trend, rozprawiania się z krytyką swoich dzieł. JLW jest przewidujący i już w treści powieści odniósł się do ewentualnych późniejszych zarzutów. "Budujące".

Aby jednak nie przesadzić z żółcią, chciałabym również zwrócić uwagę na kilka kwestii, które spodobały mi się w powieści. O pierwszej - wizji Piekła - już wspominałam. JLW wplótł ponadto kilka ciekawych, sentymentalnych wątków, które romantykom mogą się spodobać. Jednak historie w klimacie pokazania kobiecie swojego DNA czy opowieści o Greku pijącym krew menstruacyjną swojej kochanki - to już dokładnie coś, co mnie od JLW odrzuca. Ciekawie wypadały wątki stricte rodzinne - i to jest moim zdaniem najmocniejsza strona powieści. 

Janusz L. Wiśniewski wzbudza skrajne emocje - albo się go uwielbia, albo nienawidzi. Ja raczej przypisałabym się do drugiej grupy - za dużo mnie w jego pisarstwie nie ujmuje, wręcz drażni, wkurza i zniesmacza. "Na fejsie z moim synem" to kolejny przykład grafomaństwa i raczej tandetnej literatury. Szkoda, bo tytuł niósł w sobie jakiś potencjał. A tak wyszło, moim zdaniem, jak zawsze - górnolotnie, ckliwie i nijako. I miejmy nadzieję, że "synuś" nie posłucha rady swojej matki zawartej w ostatnim zdaniu powieści:
"P.S. A jak czas, synuś, znajdziesz, to napisz kiedyś ..."

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Wielka Litera 2012, s. 448.
Biblionetka: 3,43/6
Lubimy czytać: 5,27/10
Moja ocena: 2 z malutkim plusem/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

piątek, 20 kwietnia 2012

Płatki na wietrze -Virginia C. Andews




Ostatnio jeden z blogerów przywołał rady Kurta Vonneguta w których mistrz radził początkującym pisarzom, czego nie pisać, aby potencjalni czytelnicy nie posnęli przy lekturze, tudzież nie próbowali zrobić krzywdy książce. Virginia C. Andrews prawdopodobnie nie miała okazji zapoznać się z nimi - napisała bowiem książkę zupełnie wbrew. A jaki jest efekt? Częstotliwość przewracania oczami, prychania, niekontrolowanych okrzyków oraz próby wpakowania książki do kosza, w trakcie lektury "Płatków na wietrze" przekroczyła dla mnie wszelkie dopuszczalne normy.

Naczelna zasada według Kurta Vonneguta to szanowanie czasu czytelników, którzy nie mają ani przez chwilę poczuć, że go zmarnowali. "Płatki na wietrze" to historia napędzana bardzo niezdrowymi fantazjami. Mieliście czasem koszmarny sen, w którym co większe nieprawdopodobieństwa goniły się wzajemnie? Sen musiał być najwidoczniej proroczy, bo przyśniły się Wam "Płatki na wietrze". Z całym szacunkiem do pierwszej części historii, w której i sam zarys fabuły był w miarę ciekawy, napięcie budowane i temat dość kontrowersyjny. Czytając "Płatki na wietrze" czułam jakbym przedzierała się przez rękopis nastolatki, która naoglądała się zbyt wiele "Mody na sukces" i inspirowana losami szwagrów i pasierbów swojej żony oraz syna, ojca i brata swojej matki w jednej osobie postanowiła napisać książkę. I o zgrozo zrobiła to - w ciągu tygodnia. Historia tak naiwna i toporna, że zasada pierwsza została złamana i czuję, że mój czas został zmarnowany.

Nie ma większego sensu katować zasadami Vonneguta tego, co stworzyła Virginia C. Andrews. Książka jest niemiłosiernie słaba. Główna bohaterka jest irytująco pustą idiotką, dla której nie ma żadnych granic przyzwoitości. Wielostronicowe wywody dotyczące jej zemsty za to, co zrobiła matka, babcia oraz dziadek powodują książkowstręt. Mocno zastanawiałam się, co jest silną stroną "Płatków na wietrze" - nie chciałabym klasycznie zmieszać książki z błotem.  Na pewno główna bohaterka wzbudza silne emocje. Nikt mnie ostatnio tak nie denerwował jak ona. Gdzieś w połowie historii wydawało mi się, że nie można już umieścić większej ilości bzdur - jakże się myliłam. I tu też - może nieco złośliwy - "plus" dla autorki - dało się. 

Nie streściłam fabuły, gdyż powiem szczerze - pogubiłam się kiedy, z kim i ile razy. Jedno jest pewne - nagromadziły się tu wszystkie możliwe motywy rodem z bardzo tanich i tandetnych seriali. Czuję się mocno rozczarowana, bo myślałam (ba! łudziłam się), że da się wyciągnąć z tej historii coś ciekawego, a średni poziom prezentowany w "Kwiatach na poddaszu" po prostu się podniesie. 

Książki nie polecam, osobom wrażliwym wręcz odradzam. Jeśli drażnią Cię losy Marii czy innej Milagros - omijaj ją szerokim łukiem. Rzadko (to chyba nawet pierwsza) popełniam recenzje, w których wyładowuje swoją frustrację. "Płatki na wietrze" doprowadziły mnie jednak do furii. Kolejne części sagi Dollangangerów na pewno nie zostaną przeze mnie przeczytane, a czas spędzony na "Płatkach na wietrze" uważam, za zmarnowany.

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 432.
Biblionetka: 4,49/6
Lubimy czytać: 6,53/10
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Arabska perła - Maha Gargash




Niejednokrotnie pisząc o książkach rozwijam temat "treść a okładka". Przy poprzedniej książce wydanej przez REMI biłam się w piersi - dość, nie ukrywajmy, kiczowata okładka skrywała bardzo dobrą literaturę - świeże dla nas, ludzi Zachodu, spojrzenie na islam, pozbawione dżihadowych stereotypów. Nauczona doświadczeniem, bez większego zastanowienia sięgnęłam po "Arabską perłę". I co się stało? Ano to, że niestety - jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Historia została dość obszernie przedstawiona w opisie okładkowym. Jest dość przewidywalnie, raczej szablonowo. Całą nadzieję pokładałam w buntowniczym charakterze głównej bohaterki. Nie ukrywam, że dałam też naciągnąć się na kontekst dubajski - Zjednoczone Emiraty Arabskie w połowie XX. wieku, przed naftowym rajem - kupiłam to. I co otrzymałam w zamian? Kiepską historię, napisaną chyba tylko w celu spełnienia ambicji o byciu pisarką. 

Główna bohaterka, Noora, wydaje się być osobą pozbawioną życia wewnętrznego. Niby lwia część akcji rozgrywa się w głowie bohaterki, jednak niemal w ogóle nie czuć szumnie zapowiadanej na okładce buńczuczności i odwagi Noory. Wszelkie "dary" losu przyjmuje ona z pokorą i bez przysłowiowego mrugnięcia okiem. Wszelkie relacje wydają się być płytkie i nic nieznaczące. Z jednej strony Noora wydaje się być zażenowana i zawstydzona dotknięciem ręki obcego mężczyzny, a z drugiej zdradza męża z jego pracownikiem. Być może był to zabieg odbrązowienia muzułmanek, pokazania ich intymnej strony i namiętności - efekt jest jednak wyjątkowo niezgrabny.

Pomyślałam, że może w takim wypadku dowiem się czegoś ciekawego o Zjednoczonych Emiratach Arabskich, islamie w tych stronach. Niestety błąd - zadziwiające dla mnie jest to, że islam i cały obrządek życia jest niemal nieobecny w "Arabskiej perle". Bohaterowie nie modlą się, nie pilnują zupełnie kwestii halal i haram (czyli tego, co dozwolone i zabronione). Być może autorka chciała uniknąć oczywistości, jednak powtórzę - efekt zupełnie nie został osiągnięty, gdyż w gruncie rzeczy książka ta jest kiepską romansującą powieścią bez spójnego konceptu. Nietrafione jest ponadto polskie tłumaczenie tytułu, gdyż oryginalne "The Sand Fish: Novel from Dubai", dużo lepiej oddaje "ducha" powieści. 

Książki nie polecam osobom zainteresowanym tematyką muzułmańską, nie polecam tym, którzy lubią czytać powieści z wątkiem romansowym. Ratuje ją jedynie posłowie z historią ZEA oraz krótką biografią autorki oraz wyjaśnieniem inspiracji do napisania książki. Brak pomysłu na fabułę, spłycone postaci i mdła tytułowa bohaterka - to wszystko składa się na moje rozczarowanie "Arabską perłą".

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Wydawnictwo REMI 2010, s. 408.
Biblionetka: 3,91/6
Lubimy czytać: 4,98/10
Moja ocena: 2+/6

czwartek, 1 grudnia 2011

Thor. Saga Asgard - Wolfgang Hohlbein




Z fantastyką u mnie zawsze było na bakier. Przerażały mnie opasłe tomiska, skomplikowane koneksje bohaterów, wymyślane mitologie, światy. Nie potrafiłam przekonać się zupełnie do tego gatunku literackiego. "Thor"nie dość, że potwierdził moje uprzedzenia, to spowodował u mnie niemal miesięczny książkowstręt. A tego się nie wybacza ...

Tytułowy bohater to tak naprawdę mężczyzna bez imienia, przez wielu uznany za Thora - skandynawskiego boga. Poznajemy go w wyjątkowo dramatycznym momencie - budzi się, jakby ze snu, podczas burzy śnieżnej. Nie pamięta niczego - kim jest, skąd przybył i w jakim celu znalazł się w tym właśnie miejscu. Na swojej drodze napotyka rodzinę, która została obrabowana - tak poznaje Urd. Jak widać - mimo mojego niezbyt wielkiego obeznania w fantastyce - pomysł delikatnie mówiąc nieświeży. Jednak naprawdę miałam ochotę na tę historię - mitologia w każdej formie - poproszę, dwa razy! I zaczęła się przeprawa po grudach - niemal fizycznie odczuwałam trudy podróży Thora poprzez zaśnieżone, górzyste, nieprzyjazne tereny. Niemal na każdym kroku czekały na mnie (wraz z Thorem, rzecz jasna) potyczki, walki - i mimo tego, że byłam osłabiona bądź uszkodzona (po poprzedniej bitwie), w pojedynkę i miałam jeno młot - wychodziłam zwycięsko. W pewnym momencie poczułam, że Thor jest takim Stevenem Seagalem z Północy.

Mocno drażni schematyczność - to już nie tylko niezniszczalny bohater, ale również motyw wędrówki, który jest tematem skrajnie wyczerpanym w literaturze. Hohlbein rozdmuchał niestety powieść do granic możliwości - podczas czytania rozległe opisy wszystkiego, czego się tylko dało, były nużące i męczące. Opisy bitw nieco rekompensowały złe wrażenie - były dopracowane, zachęcająco poprowadzone, jednak ... znowu to powtórzę - mocno schematyczne. Co z tego, że przed Thorem piętrzyły się przeszkody, skoro i tak wymachując swoim młoteczkiem przepędzał wszystkich gdzie pieprz rośnie. 

Głównym tematem jest poszukiwanie tożsamości przez Thora. Pomaga mu w tym Urd, kobieta, którą uratował przed Posłańcami Światła. Szybko rodzi się pomiędzy nimi nić porozumienia, a potem i uczucie. Urd to jedna z większych niespodzianek tej powieści - jej przemiana w miarę rozwoju fabuły i inne przypadłości. Mimo dość stereotypowego sposobu potraktowania tematu kobiety i uczuć - z całej tej papki da się to przetrawić.

Czego przetrawić się nie da? Dialogów. Prostych, kwadratowych, przeciąganych, przegadanych, o niczym. Zawsze zastanawiało mnie co może osłabić czytelnika bardziej - brak dialogów czy ich obecność na wyjątkowo marnym poziomie. Sporą zaletą jest jakość tłumaczenia i redakcja - praktycznie brak literówek (co przy ponad ośmiuset stronach jest nie lada wyczynem), tasiemcowe zdania można zrozumieć.  Jednym słowem - przy całym bólu, wydawca nie dał przysłowiowego ciała.

Z kwestii technicznych - książki o takiej objętości powinny być w twardej oprawie. Pomijając nieporęczność, grzbiet jest podniszczony tylko po jednym przeczytaniu. Za książkę o cenie 50 zł - troszkę nie fair wobec Czytelnika. Co więcej, mój egzemplarz był przepełniony stronami z zagnieceniem (błędy drukarskie), co naprawdę mocno drażniło i dodatkowo zniechęcało do zagłębiania się w treść. Gramatura papieru też pozostawia sporo do życzenia - przy dobrym poziomie merytorycznej redakcji, poziom stricte techniczny mocno rozczarowywuje. 

Podsumowując - książka zupełnie nie trafiła w mój gust czytelniczy. Umęczyłam się strasznie, niemal na miesiąc przestałam zupełnie czytać. "Thor" tak osłabiał mój zapał do książek, że zupełnie poważnie wystraszyłam się, czy aby czasem nie dopadł i mnie kryzys totalny w czytaniu. Nie dopadł na szczęście, ale "Thor" to lektura nie dla mnie. Jeśli lubicie fantastykę okraszoną wieloma opisami bitew, autorów o niezbyt skomplikowanej warstwie charakterologicznej (samo głoszenie wszem i wobec, że jestem tajemniczy nie wystarcza) - to książka dla Was. Mam nadzieję, że powieść "króla fantasy" jest tylko niechlubnym wyjątkiem  tego gatunku, a w przyszłości trafię na prawdziwe perełki.

Kategoria: fantastyka
Wydawnictwo TELBIT 2011, s. 830
Biblionetka: 3,38/6
Lubimy czytać: 5,89/10
Moja ocena: 2-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa TELBIT oraz portalu Sztukater.pl.

wtorek, 1 listopada 2011

Serafina i kochankowie - Krystyna Nepomucka




Niejednokrotnie zarzekałam się, że nie ma takiej książki, która byłaby w stanie mnie od siebie odstraszyć. Zawsze daję książkom szansę do końca. Po raz pierwszy (!) czytając "Serafinę i kochanków" poczułam, że gdyby nie zobowiązanie - nie dokończyłabym jej. A tak, zafundowałam sobie dwa popołudnia z Krystyną Nepomucką i jej nieszczesną Serafiną. Naczytałam się dobrych opinii o pisarstwie pani Krystyny, ale po tym, co zafundowała w tej powieści - trudno mnie będzie przekonać do czegokolwiek, co wyszło spod jej pióra.

Serafina to kilkunastoletnia dziewczyna wychowywana przez przebiegłą, chciwą ciotkę, która właściwie pełni w jej życiu rolę sutenera. Serafina para się najstarszym zawodem świata, co ciekawe pod okiem czujnej ciotki wyspecjalizowała się w zaspokajaniu najbardziej wyrafinowanych i niedorzecznych pragnień podstarzałych mężczyzn. Sytuacja ulega niebezpiecznej zmianie, kiedy Serafina podczas pobytu w Ciechocinku poznaje Alojzego. Zakochuje się w nim, a sam Alojzy staje się jej sponsorem. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że Alojzy jest żonaty, a jego żona mimo słabego zdrowia i niezbyt młodego wieku, potrafi powrócić nawet z zaświatów (!!!), aby pokarać niewiernego małżonka. 

Historia do cna banalna, przewidywalna, naiwna aż do bólu. Główna bohaterka jest postacią tak głupiutką, naiwną, pustą i próżną, że moja czytelnicza cierpliwość była wystawiana na ogromne próby. Dziewczę to rozprawia, rozmyśla właściwie tylko o nowej biżuterii, tudzież przyodziewku, lub też o tym, jak ukryć przed panem Alojzym fakt, iż dziewiczy wianek na jej głowie to czcza bujda. Każda postać przedstawiona w "Serafinie ... " jest papierowa do bólu - zła i chciwa ciotka Apolonia, która sprzedałaby ciało Serafiny za byle błyskotkę. Ciotka nie miewa "lepszych momentów" - pokrętne przypisywanie jej dbałości o przyszłość podopiecznej wydaje się nie mieć zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Tytułowa bohaterka to klasyczna utrzymanka, dla której najważniejsze są nowe błyskotki. Alojzy w tej historii to mężczyzna jakby pozbawiony mózgu. Generalnie mężczyzna w powieści Krystyny Nepomuckiej traktowany jest jako ograniczony umysłowo, nadający się jedynie do sponsorowania i obrzucania podarunkami właściciel narządu płciowego. Wiem, że panowie idealni nie są, ale ... aż tak źle to chyba też nie jest. Postaci poboczne również bardzo szablonowe i papierowe. 

Aby dopełnić tego dość absurdalnego obrazu należy nadmienić, że bohaterka doznaje duchowej przemiany. Pod wpływem pana Trąbki, jednego z jej domniemanych klientów do "masażu", Serafina zaczyna zaczytywać się w książkach traktujących o duchowej pracy nad samą sobą i pojawia się nikły cień refleksji nad własnym życiem. Wątek został jednak porzucony dość szybko przez autorkę i Serafina koniec końców pozostawia po sobie wrażenie osoby pustej i skrajnie głupiutkiej. 

Momentami styl pisania pani Nepomuckiej mocno trącił mi najpopularniejszym polskim tabloidem. Nienawistna wobec wszystkich ciotka Apolonia, skrajnie absurdalne sytuacje - wszystko, co można znaleźć niemal codziennie w kiosku za niecałe 2 złote. Jako, że na okładce "Serafiny ..." odnajdziemy takie słowa jak "skandalizująca opowieść" czy "tylko dla dorosłych" po zawartości możemy spodziewać się wiele. Książka została napisana w 1995 roku i myślę, że od tego czasu sporo się w naszej mentalności zmieniło i mało co potrafi nas zgorszyć. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż słownictwo pani Nepomuckiej ... jest delikatnie mówiąc mocno frywolne i momentami wulgarne. O ile bywa, że jest to zamierzony środek wyrazu, to w tym przypadku raczej prowadziło do zniesmaczenia. 

Mimo wielu słabych momentów, są i bardzo trafne i mądre stwierdzenia. Nie można również odmówić pani Krystynie poczucia humoru - jak na mój gust jednak jest ono dość trudne w odbiorze i momentami przyciężkawe. Wynotowałam sobie jednak piękne określenie, który wywołało we mnie parsknięcie śmiechem, a mianowicie autorka napisała o jednej z bohaterek, iż była "posiadaczką męża". Prawda, że urocze?

Podsumowując - nie podobało mi się. Naiwnie, nudno, przewidywalnie. Fabułę można by zamknąć w najwyżej połowie objętości książki. Historia przegadana, bez "motywu przewodniego". Jest groteska, jest humor, ale ... do mnie niestety to nie przemawia. Czytałam wiele dobrego o poprzednich książkach pani Nepomuckiej i żywię cichą nadzieję, że "Serafina i kochankowie" to tylko wypadek przy pracy.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Akapit-Press 2011, s. 416
Biblionetka: 3,59/6
Lubimy czytać: 6,14/10
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit-Press oraz portalu Sztukater.pl.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Zaginiony symbol - Dan Brown




No i znowu dałam się złapać w szpony Dana Browna. Jak dostałam tę książkę w prezencie od mamy - skrzywiłam się. Nie lubię, nie lubię, nie lubię. Książki, które krzyczą do mnie z okładki "bestseller" odstręczają mnie wprost niebywale. Nooo, ale postanowiłam dać szansę .... "autorowi "Kodu Leonarda da Vinci" " ...No i co?
No i chce się odpowiedzieć "g...o". Fabuła jak zawsze - naszpikowane symbolami coś i wszechwiedzący Robert Langdon. Tutaj bawimy się w rozwikłanie zagadki masonów. Jak zwykle mnóstwo rozbudowanych, przegadanych wypowiedzi spowalniających akcję, naciąganych faktów. I mniej więcej od 3/4 książki chcemy rzucać nią o ścianę i patrzeć jak się rozpada.
Jednego Danowi Brownowi nie można odebrać - merytorycznego przygotowania do pisania. Oczytał się, naprzygotował... ale dużo wszystkiego nie czyni dobrej lektury. Najgorsze i najbardziej przykre jest to, że Dan Brown ma tylu naśladowców. No i czytelników również. Ja sama dałam się teraz złapać "nowej książce". Czytałam ją w podróży - jadąc dolmuszem, a to potem lecąc samolotem ... no i wciągała mnie jak nic. Ale jest zbyt przewidywalna, sensacja to może i jest ale raczej drugiej klasy... za dużo informacji, za mało wartkiej akcji... lektura ciągnie się i ciągnie... a finał baaardzo rozczarowuje. Panie Brown, słabiutko ...

Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Wydawnictwo Albatros 2010, s. 604
Biblionetka: 4,28/6
Moja ocena: 2/6

niedziela, 6 września 2009

Szyfr Szekspira - Jennifer Lee Carrell




Ojj ale się namęczyłam z tą książką. Liczyłam, że będzie to lekka lektura w klimacie Dana Browna. Ot, jakieś wymysły, w miarę wartko poprowadzona akcja, coś lekkiego na koniec wakacji. A tu przysłowiowy kotlet mielony. Nudy, nudy, nudy.
Historia o zaginionych sztukach Szekspira. Za sprawę bierze się osławiona, młoda filolożka angielska, specjalizująca się w Szekspirze. Początek jakby napisany według poradnika "Pisz jak Dan Brown". Rozwinięcie akcji - poplątanie z pomieszaniem. Końcówka banalna aż do bólu. Mnóstwo nazwisk, dziwnych nazw, intrygi prowadzone tak ciężko, że aż głowa bolała. Plusy za formę (powieść w aktach) i za nic więcej. Nie polecam.

Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Wydawnictwo Świat Książki 2008, s. 416
Biblionetka: 3,96/6
Moja ocena: 2/6

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Wojna polsko - ruska pod flagą biało - czerwoną - Dorota Masłowska




I co ja mam tutaj napisać? No co ja powinnam napisać? Bo, że nie podobało mi się to jestem akurat pewna. A dlaczego? Drechonoszy pokroju Silnego to akurat mam pod ręką - całe osiedle nimi wypełnionie po brzegi. Wiszą w bramach, piją dziwności, palą jeszcze większe i uskuteczniają filozofię. Niektórzy mnie bawią, ale większość raczej drażni i przeraża. Ale nie o tym, nie o tym... Język - no może rynsztokowy - ale do przyjęcia. Bełkot jest, niestety momentami tak nużący, że powieki jak ołowiem przemalowane. Być może nie jestem na tyle rozgarnięta, żeby pojać co autorka na myśli miała. Ale to nie dla mnie - może dlatego, że nie jestem częścią środowiska do którego kierowane jest, bądź na którym wzorowane jest to, co okazję miałam czytać. Nie polecam, nie pochwalam. Nie wiem czy jestem zła na "Masłoską", że mi nagięła cierpliwość i dałam się namówić na przeczytanie tego bełkotu, czy na siebie, że nie umiem odłożyć książki, która mnie wkurza. Bywały momenty, kiedy się uśmiechnęłam pod nosem, bo bywają momenty kiedy ten język hiponotyzuje. Ale ... wolę prościej, może płyciej, ale dla mnie czytanie to przede wszystkim rozrywka. A "Masłoska" to, jak dla mnie, twardy towar.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża 2005, s. 240
Biblionetka: 3,08/6
Lubimy czytać: 2,87/5
Moja ocena: 2/6

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC