Ostatnio jeden z blogerów przywołał rady Kurta Vonneguta w których mistrz radził początkującym pisarzom, czego nie pisać, aby potencjalni czytelnicy nie posnęli przy lekturze, tudzież nie próbowali zrobić krzywdy książce. Virginia C. Andrews prawdopodobnie nie miała okazji zapoznać się z nimi - napisała bowiem książkę zupełnie wbrew. A jaki jest efekt? Częstotliwość przewracania oczami, prychania, niekontrolowanych okrzyków oraz próby wpakowania książki do kosza, w trakcie lektury "Płatków na wietrze" przekroczyła dla mnie wszelkie dopuszczalne normy.
Naczelna zasada według Kurta Vonneguta to szanowanie czasu czytelników, którzy nie mają ani przez chwilę poczuć, że go zmarnowali. "Płatki na wietrze" to historia napędzana bardzo niezdrowymi fantazjami. Mieliście czasem koszmarny sen, w którym co większe nieprawdopodobieństwa goniły się wzajemnie? Sen musiał być najwidoczniej proroczy, bo przyśniły się Wam "Płatki na wietrze". Z całym szacunkiem do pierwszej części historii, w której i sam zarys fabuły był w miarę ciekawy, napięcie budowane i temat dość kontrowersyjny. Czytając "Płatki na wietrze" czułam jakbym przedzierała się przez rękopis nastolatki, która naoglądała się zbyt wiele "Mody na sukces" i inspirowana losami szwagrów i pasierbów swojej żony oraz syna, ojca i brata swojej matki w jednej osobie postanowiła napisać książkę. I o zgrozo zrobiła to - w ciągu tygodnia. Historia tak naiwna i toporna, że zasada pierwsza została złamana i czuję, że mój czas został zmarnowany.
Nie ma większego sensu katować zasadami Vonneguta tego, co stworzyła Virginia C. Andrews. Książka jest niemiłosiernie słaba. Główna bohaterka jest irytująco pustą idiotką, dla której nie ma żadnych granic przyzwoitości. Wielostronicowe wywody dotyczące jej zemsty za to, co zrobiła matka, babcia oraz dziadek powodują książkowstręt. Mocno zastanawiałam się, co jest silną stroną "Płatków na wietrze" - nie chciałabym klasycznie zmieszać książki z błotem. Na pewno główna bohaterka wzbudza silne emocje. Nikt mnie ostatnio tak nie denerwował jak ona. Gdzieś w połowie historii wydawało mi się, że nie można już umieścić większej ilości bzdur - jakże się myliłam. I tu też - może nieco złośliwy - "plus" dla autorki - dało się.
Nie streściłam fabuły, gdyż powiem szczerze - pogubiłam się kiedy, z kim i ile razy. Jedno jest pewne - nagromadziły się tu wszystkie możliwe motywy rodem z bardzo tanich i tandetnych seriali. Czuję się mocno rozczarowana, bo myślałam (ba! łudziłam się), że da się wyciągnąć z tej historii coś ciekawego, a średni poziom prezentowany w "Kwiatach na poddaszu" po prostu się podniesie.
Książki nie polecam, osobom wrażliwym wręcz odradzam. Jeśli drażnią Cię losy Marii czy innej Milagros - omijaj ją szerokim łukiem. Rzadko (to chyba nawet pierwsza) popełniam recenzje, w których wyładowuje swoją frustrację. "Płatki na wietrze" doprowadziły mnie jednak do furii. Kolejne części sagi Dollangangerów na pewno nie zostaną przeze mnie przeczytane, a czas spędzony na "Płatkach na wietrze" uważam, za zmarnowany.
Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 432.
Biblionetka: 4,49/6
Lubimy czytać: 6,53/10
Moja ocena: 2/6
Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.