Wstrząsająca, trudna, szokująca. Oto najczęstszy zestaw przymiotników, jaki znalazłam w recenzjach powieści autorstwa Lionel Shriver "Musimy porozmawiać o Kevinie". O filmie słyszałam pobieżnie, recenzje książkowego pierwowzoru swojego czasu zawojowały blogi książkowe. Wszędzie zachwyt pomieszany z szokiem. Przyznam szczerze - dość sceptycznie podchodzę do masowych peanów na cześć konkretnego tytułu. Jednak tym razem biję się w pierś - ta książka, jest jedną z, o ile nie najlepszą z tych, jakie dane było mi przeczytać w ciągu mojego życia.
Chcąc streścić fabułę wystarczy tak naprawdę jedno zdanie - matka nieletniego Kevina stara się wytłumaczyć i zrozumieć, dlaczego pewnego Czwartku jej syn zamordował kilkanaście osób. Masakry w szkołach uskuteczniane przez nastolatków nieakceptowanych przez otoczenie - to, coś co bezsprzecznie kojarzy nam się ze Stanami Zjednoczonymi (choć dzisiejsze doniesienia pokazują, że nie tylko USA ma ten problem). Autorka bez pardonu wtłacza czytelnika w trudną rolę - narracja jest pierwszoosobowa, oddaje głos Evie, matce Kevina. Poznajemy ją półtora roku po Czwartku. Listy adresowane są do jej męża Franklina. Eva dokonuje w nich oczyszczenia, spowiedzi, tłumaczenia. Poznając historię tylko z jednej perspektywy zostajemy poddani niełatwej próbie - staje przed nami pokusa wydania osądu. A w przypadku historii tej rodziny, nie będzie to takie proste ...
To jedna z tych powieści, które już z początku wywołują w czytelniku poczucie dyskomfortu. W miarę czytania - uczucie to niebezpiecznie się zwiększa. Już pierwszy rozdział jasno i dobitnie pokazuje nam, że ta historia nie będzie ani lekka, ani łatwa, ani tym bardziej przyjemna. Kevin nie jest wymarzonym i wyczekanym dzieckiem. Jest swoistą formą kompromisu pomiędzy Evą a Franklinem. Eva jest kobietą spełnioną - ma kochającego męża, ciekawą pracę, która daje jej sporą satysfakcję umysłową i finansową. Nie potrzebuje dziecka i nie ma problemu, aby się do tego otwarcie przyznać. Co w sytuacji, jeśli jej mąż tego dziecka jednak pragnie? Na dużo płytszym poziomie problem ten próbowała zbadać E. Giffin w "Dziecioodpornej". U Giffin jednak były to różowe mrzonki na tle pastelowych chmurek - L. Shriver problem potraktowała bardziej kompleksowo. Od Evy uzyskujemy relację szczerą i bezkompromisową. Kevin według niej to dziecko złe do cna, złośliwe, uparte, piekielnie inteligentne.
Po słowach, które padają z ust Evy, znów łatwo jest wyrzucić z siebie osąd, że taka kobieta nie powinna być matką. I ona nieustannie zadaje sobie pytanie: po co ludziom dzieci? Przyznaje, że Kevina nie kochała, postrzegała go jako intruza w intymnej bliskości dwojga kochających się osób. Prowadzenie takich przemyśleń w chłodnym, logicznym wywodzie, sprawia, że czułam się mocno zakłopotana. Zostałam wychowana w kulturze, w której bycie matką jest zupełnie naturalną rolą społeczną i wręcz nie akceptuje się odstępstw (vide ostatnie "ataki" na p. Marię Czubaszek czy nadal świeża sprawa Madzi z Sosnowca) - tu nie można nie kochać swojego dziecka lub w ogóle go nie chcieć. I pojawia się pierwsze, trudne pytanie, rzucone mi w twarz przez autorkę - czy miłość do dziecka zawsze jest bezwarunkowa? Czy są kobiety, które po prostu nie potrafią być matkami? I czy z punktu widzenia czysto naturalnego mają takie prawo?
To, że historię poznajemy tylko z perspektywy Evy, mogło stworzyć iluzję, że jest to relacja obiektywna. Należy sobie jednak zadać (kolejne) pytanie, czy Kevin urodził się zły, czy jego osobowość to wynik braku miłości i emocjonalnego chłodu ze strony matki? Czy - z drugiej strony - mamy jakikolwiek wpływ na osobowość i charakter dziecka? Pytania spadają lawiną - czy masakra w szkole, którą urządził Kevin to zemsta na Evie, a może była to próba zwrócenia na siebie uwagi? Kogo potępić w tej historii? Komu współczuć? Kto tutaj tak naprawdę jest winny?
Po przeczytaniu ostatniej strony, dostałam ogromną ochotę, aby przeczytać tę książkę raz jeszcze. Jak ktoś słusznie stwierdził w jednej z recenzji - za pierwszym razem czyta się ją, aby dowiedzieć się "co było później". A warto poświęcić większą uwagę przemyśleniom głównej bohaterki - są to piekielnie inteligentne, mocne słowa. Siłą pisania Lionel Shriver jest zaskoczenie - właściwie od pierwszych zdań miałam mocne przeświadczenie, JAK to się skończy, a mimo tego na końcu powieści doznałam niemałego szoku. Zastanawiam się, jak wyglądałaby ta historia opowiedziana z perspektywy Kevina. Czy można podejrzewać trzylatka o perfidię, w przypadku gdy pomalował ściany w ukochanym pokoju matki jaskrawą farbą, aby było "lepiej"? Czy rozkładanie posiłku na czynniki pierwsze i umieszczaniu kolejnych, co bardziej lepkich, elementów we włosach jest czymś dziwnym u dzieciaków? Trudno, niezwykle trudno jest dać w przypadku tej powieści jakąkolwiek odpowiedź na stawiane pytania. A co dopiero dać odpowiedź jednoznaczną...
"Musimy porozmawiać o Kevinie" nie jest lekturą na radosne, wiosenne dni. Zdaję sobie sprawę, że nie jest również lekturą dla każdego. Zachęcam jednak, aby osoby, które nie widzą świata nas otaczającego w czarno-białych barwach sięgnęły po tę, moim zdaniem, wybitną powieść. Zmierzcie się ze swoimi przekonaniami, spróbujcie wtłoczyć się w tą historię. Nie jestem w stanie oddać ogromu myśli, jaki tłoczy się w mojej głowie po przeczytaniu "Musimy porozmawiać ..." - mam tyle pytań, tyle kwestii do przemyślenia. Rzadko, która książka pozostawia w głowie taki chaos. Polecam bardzo, bardzo!
Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo VIDEOGRAF II 2008, s. 424.
Biblionetka: 5,13/6
Lubimy czytać: 8,3/10
Moja ocena: 6/6