Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2015

Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety - Mark Helprin





Powoli i sukcesywnie nadrabiam zaległości z recenzowaniem książek, które przeczytałam w ubiegłym roku. Niektóre lektury zacierają się w pamięci i pewnie nigdy nie zostaną opisane. Są jednak takie powieści, które zaczepiają się w głowie mocniej i nie sposób ich z niej wyrzucić. Taka właśnie jest historia opowiedziana przez Marka Helprina -  "Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety".

Jest w tej powieści coś amerykańskiego - zarówno z tej Północnej, jak i Południowej. Są zdania, wątki fabularne przywołujące takie nazwiska jak Mario Vargas Llosa, Francis S. Fitzgerald, Joseph Heller, John Irving. Dla czytelnika poruszającego się w tym kręgu (czyli mnie!) to połączenie idealne. Trudno wyjaśnić mi krótko na czym polega ten fenomen, gdyż jest to małe nieokreślone "coś", co sprawia, że czujesz się jakbyś czytał starą i dobrze znaną historię. A mimo wszystko jest ona zupełnie odmienna od tego, co znałeś do tej pory.

Nie będę pisać o kawie i nie dlatego, że zdaniem głównego bohatera jest zła. Przeczytajcie i dowiedzcie się dlaczego. Wspomnę mimochodem o najbardziej zuchwałym napadzie na bank w historii literatury. O bohaterze, którego trudno polubić, jak i znienawidzić. O jego trudno wytłumaczalnych wyborach życiowych. 

Powieść Helprina jest sarkastyczna, barwna i przewrotna. Oscar Progresso zdaje się żyć z całych sił, jak i pomimo wszystkiemu. Przedstawianie jego losów achronologicznie początkowo wydaje się być chaotyczne, jednak finalnie jest to całkiem zgrabna  i inteligentna układanka. Klimat powieści zawdzięczamy również doskonałemu tłumaczeniu na język polski autorstwa Macieja Płazy. Żywy język, świetne dialogi, charakter postaci ukazany w ich słowach - to istny majstersztyk!

Wskrzeszam klub dyskusyjny w Poznaniu, dlatego takie powieści cieszą mnie podwójnie. Tutaj jest o czym rozmawiać, jest się nawet o co pokłócić. Polecam bardzo!


Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo Otwarte 2014, s. 560
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego.


poniedziałek, 1 września 2014

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy - Swietłana Aleksijewicz



Nie jest łatwo kolejny raz czytać o wojnie. Wydaje się, że tyle o niej opowiedziano, napisano, a jednak za każdym kolejnym razem siła rażenia słowem jest ogromna. A kiedy do głosu dopuszczamy Swietłanę Aleksijewicz waga relacji wydaje się być wręcz niewyobrażalna.

Jej "Czarnobylska modlitwa" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Białoruska dziennikarka i pisarka, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, słynie z tego, że interesują ją trudne, mocne tematy. Relacja po katastrofie reaktora jądrowego nie kończy się na tygodniach po wydarzeniu, reporterka snuje opowieść lata później. I to wcale nie sprawia, że słowa wybrzmiewają i tracą swój wydźwięk. Podobnie jest w przypadku "Ostatnich świadków".

Wielka Wojna Ojczyźniana to określenie, które niewiele mówi tym, którzy mieszkają na zachodnim brzegu Buga. Owszem historia tych wydarzeń jest nam znana, jednak z zupełnie innej perspektywy. Okupacja hitlerowska na Białorusi była równie tragiczna, co udowadnia Aleksijewicz wydobywając trudne wspomnienia z pamięci dzieci. Zwykli ludzie opowiadają po latach o tych dniach, a trafiające w sedno pytania reporterki, sprawiają, że rozmówcy są wyjątkowo interesujący. To wizja wojny, jakiej trudno szukać w polskiej literaturze okupacyjnej - bez walk, męstwa, ruchu oporu. Wszystko widziane dzięcymi oczami i opisane ich słowami. Są oni bohaterami nieoczywistymi, niezauważalnymi, siłę ich przekazu stanowi intensywność relacji, gdzie każdy, niemal jednogłośnie, podkreśla bestialstwo tych chwil.

Reporterka przybliża niemal apokaliptyczny obraz konfliktu zbrojnego przedstawiony w pojedynczych aktach. Taka lektura skłania do refleksji nad człowieczeństwem, sensem zła, okrucieństwem człowieka. Można użyć wielu banałów, aby spróbować scharakteryzować reporterstwo Aleksijewicz, ale jej książki po prostu trzeba przeczytać. Siła jej słów jest ogromna, trudna i często niemożliwa do zniesienia. Ale nikt nie pisze w taki sposób jak ona i dlatego warto. Po raz kolejny totalny zachwyt i nieumiejętność ubrania w piękne epitety, jak bardzo porusza mnie jej pisanie.

Kategoria: reportaż
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Czarne 2013.
Moja ocena: 5+/6

piątek, 21 lutego 2014

Młode lwy - Irvin Shaw




Ostatnio mam spore trudności z pisaniem o książkach. Wynika to po części z tego, że czytam dramatycznie mało. A to z kolei jest efektem zaangażowania w pracę i życie prywatne. Czuję się zbyt samolubnie, kiedy mam sięgnąć po książkę i pobyć chwilę sama ze słowami. Zanim wylejecie na mnie wiadro pomyj i zarzucicie stosem doskonałych rad, chciałabym wtrącić się i powiedzieć, że taka sytuacja ma jedną zaletę. Kiedy chwytam się za napisanie zaległej od dawna recenzji to czuję niezmierną ochotę na czytanie. I kocham tę tęsknotę. 

"Młode lwy" to lektura z Kociej rekomendacji. Przenigdy bym po nią nie sięgnęła, ale para czytających ludzi ma to fajnego w sobie, że nawet jeśli ich preferencje są bardzo odmienne, to potrafią podsunąć sobie coś ciekawego. I tako Kot czyni, jak i ja jemu. Nazwisko Shaw gdzieś tam się po głowie i innych częściach ciała obijało, nawet książki gdzieś na półkach maminych stoją. Jednak do rzeczy - wciągająca i interesująca, wielowątkowa opowieść o II wojnie światowej. Z perspektywy o której wiemy (za) mało. Klimatycznie podobna do Hemingwayowskiego spojrzenia. Dopracowana fabuła, interesujące postacie. Lubię, kiedy powieść ma więcej niż jednego głównego bohatera i można podyskutować, którego bardziej się lubi, a którego darzy mniejszą sympatią. Tutaj bohaterów jest trzech, każdy kompletnie inny, budzący odmienne emocje. Solidny kawałek literatury. Nie ma sensu streszczać - za dużo się dzieje. Gwarantuję, że jeśli lubicie klasyczne powieści z linearnym postępem akcji i solidnym warsztatem autora - nie zawiedziecie się.

Miałam i mam fajną refleksję związaną z tą powieścią - jesteśmy zarzucani przez wydawców nowościami, kolorowymi okładkami. I ja daję się na to łapać. A wiele powieści, niesamowicie wartościowych czeka na swoją uwagę. Cierpliwie, pod grubą warstwą kurzu, często owinięta szarym papierem na zapomnianej półce bibliotecznej. "Młode lwy" przypomniały mi jakie to fantastyczne uczucie przeczytać taką właśnie książkę. Polecam, właśnie w takiej otoczce.

Kategoria: literatura współczesna
Wydawnictwo MUZA 2008, s. 816
Moja ocena: 5/6

niedziela, 24 listopada 2013

To, co zostało - Jodi Picoult



Jodi Picoult zaraziła mnie siostra. Podsunęła jej powieść, polecając jako wyjątkowo wciągającą. Nie sposób nie zgodzić się z taką rekomendacją - autorka stosując dość powtarzalny schemat, sprawia, że mimo wszystko jestem w stanie wchłonąć jej powieść w jeden dzień. Jej najnowsza powieść jest zaprzeczeniem tego, jak pisała do tej pory, zaskakuje dojrzałością i wyważonym podejściem do tematu Holocaustu. 

Wątków w "To, co zostało" jest tak wiele, że trudno zdecydować się od czego zacząć. Osobą spinającą losy głównych bohaterów jest Sage. Próbując się uporać ze stratą rodziców, uczęszcza na spotkania grupy wsparcia. Tam poznaje staruszka, Josefa. Ten prosi ją o dość nietypową przysługę - oczekuje, że dziewczyna pomoże mu opuścić ten świat. I do tego momentu czułam bardzo klimat "starej" Picoult. Od teraz jednak wkraczają do fabuły retrospekcje, które nie tylko napędzają tempo powieści, ale fantastycznie ją wzbogacają. Sage dowiaduje się bowiem, że staruszek nie jest tym za kogo się podaje, w przeszłości był nazistą i jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy ludzi.

Holocaust poznajemy z dwóch perspektyw - Josefa, jako wysoko postawionego urzędnika obozu koncentracyjnego oraz Minki, Żydówki, więźniarki z Auschwitz. Relacje są poruszające i wiarygodne - autorka musiała włożyć sporo pracy w przygotowanie. Powieść porusza kilka ciekawych zagadnień - czy istnieje coś takiego jak odkupienie win, a złe postępowanie może się przedawnić? Czy człowiek żyjący na przełomie XX-go i XXI-szego wieku ma prawo oceniać i rozliczać tych, którzy brali udział w II wojnie światowej? 

Jak każda powieść Picoult, również i ta prowokuje do przemyśleń, stawia niewygodne pytania przed czytelnikami. I za to bardzo cenię tę autorkę. Bardzo wyczuwalne jest, że to jej najbardziej dojrzała powieść, bo udało się nie zastosować sprawdzonego schematu z poprzednich książek i spróbować nowych rozwiązań. Tytuł ten został wydany przez Prószyński i S-ka w ramach cyklu "Kobiety to czytają", w którym mają ukazywać się książki chętnie czytane i przedyskutowywane przez kobiety. Na stronie internetowej projektu ukazało się kilkadziesiąt pytań, które mają pomóc w przeprowadzeniu dyskusji na temat powieści. Książka ciekawa, prowokująca, doskonała na coraz zimniejsze, jesienne wieczory. Polecam!

Kategoria: literatura obyczajowa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2013, s. 560,
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

sobota, 2 listopada 2013

Oskarżona: Wiera Gran - Agata Tuszyńska



Stos przeczytanych książek czeka na wzmiankę i kilka słów na blogu. Totalna niemoc do pisania musi mieć wiele wspólnego z przesileniem jesienno-zimowym. Sporo czasu spędzam na dojazdach z pracy do domu, co sprzyja słuchaniu audioksiążek. "Oskarżona: Wiera Gran" znalazła się wśród nich nieprzypadkowo - wiele pochlebnych opinii spowodowało, że bardzo chciałam zapoznać się z reportażem Agaty Tuszyńskiej. Opowieści o żydowskiej słuchaczce słuchałam, czytając jednocześnie "Morfinę" Szczepana Twardocha - jakże odmiennego obrazu II wojny światowej. Obie lektury niełatwe, wybitne.

Osoba Wiery Gran znana jest przede wszystkim ze swojego wkładu w polską kulturę - jest to popularna piosenkarka, artystka filmowa i kabaretowa. Nie to jest jednak tematem reportażu Agaty Tuszyńskiej. Wiera Gran została po wojnie oskarżona o kolaborację z gestapo. Artystka dobrowolnie zgłosiła się na prokuraturę, aby oczyścić się z zarzutów, to jednak nie osłabiło ataków na jej osobę. Jej osobowość nie ułatwiała tej kwestii, miała ona bowiem wyjątkowo trudne relacje z innymi ludźmi.

Autorka skrupulatnie przedstawia materiały zebrane na temat artystki. Problem domniemanej kolaboracji poznajemy z wielu punktów widzenia, z dbałością o przekazanie relacji wielu świadków. Książka oparta jest w dużej mierze na wywiadach z Wierą Gran, opublikowanych materiałach (w tym autobiografii), archiwalnych dokumentach, jak również zeznaniach sądowych. To nie sprawia jednak, że byłam w stanie jednoznacznie ocenić osobę Wiery Gran. Wiele jest niedopowiedzeń, wątpliwości i niejednoznaczności - jak chociażby kwestia sierocińca, który miała prowadzić artystka. Zdania, co do jego istnienia, były bardzo podzielone. Podobnie jest w przypadku rzekomego romansu z Władysławem Szpilmanem.

Książka Agaty Tuszyńskiej wywołała spory skandal - Andrzej Szpilman, syn słynnego pianisty, sprzeciwił się zawartych w książce sugestiom, jakoby jego ojciec współpracował z gestapo i policją żydowską. Rodzina żądała wycofania książki z obiegu, a przynajmniej usunięcia obraźliwych ich zdaniem fragmentów, jak również przeprosin. 30 września 2013 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że autorka nie musi przepraszać rodziny Szpilman. Mimo tego, że zarzucano jej przytoczenie słów, które mogły narażać na szwank pamięć o słynnym pianiście, Sąd orzekł, iż materiały do książki były zebrane starannie. W uzasadnieniu wyroku podano, że autorka wielokrotnie zachowała dystans wobec słów Wiery Gran. Tym samym uznano prawo pisarza przy pisaniu biografii do przytaczania różnych, nawet kontrowersyjnych opinii. Gdyby przyjąć argumenty rodziny Szpilman, nie byłoby możliwe napisanie biografii bez urażenia kogokolwiek, a to spowodowałoby powstanie swoistej laurki. 

Lektorką audiobooka jest doskonała Elżbieta Kijowska. Jej tembr głosu świetnie pasuje do tematyki i czasu akcji książki. Jednakże słuchanie audioksiążki w przypadku reportaży nie jest moim zdaniem najlepszym pomysłem. W takich publikacjach potrzebne jest skupienie, co nie zawsze jest osiągalne, chociażby kiedy prowadzi się samochód. 

Reportaż Agaty Tuszyńskiej jest jedną z lepszych książek, jakie miałam okazję poznać w tym roku. Uwielbiam to, że pobudziła mnie ona do licznych poszukiwań, tyle faktów chciałam doczytać, znaleźć. Jest to fascynująca historia o ludzkiej zawiści, jak również o tym jak złudne może być poznanie historii czyjegoś życia z jednego tylko punktu widzenia. Polecam zarówno tym, którzy są zainteresowani losami żydowskiego getta czy postacią Wiery Gran, lecz również intryguje ich po prostu natura ludzka. Rzetelna i inspirująca relacja.

kategoria: reportaż, biografia
Nagranie na podstawie edycji książkowej, Wydawnictwo Literackie 2010.
Moja ocena: 5/6

piątek, 14 czerwca 2013

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) - Pavol Rankov



Nie będzie wielkim zaskoczeniem wyznanie, że moja znajomość literatury słowackiej była do tej pory żadna. Ba, jestem nawet niejako ignorantką w tej dziedzinie - gdybym miała wymienić przynajmniej jednego słowackiego pisarza, poległabym sromotnie. Pociesza mnie to, że pewnie większość z Was tak ma. Okazało się, że odkrywanie literatury sąsiadów może być świetną lekcją - historii, tolerancji, jak również emocji.

"Zdarzyło się pierwszego września" to opowieść o czwórce przyjaciół - Petra, Jana, Gabriela oraz Marii. Ich losy śledzimy przez trzydzieści lat, poznając jako kilkunastolatków w przededniu aneksji Słowacji przez Węgrów aż do wydarzeń 1968 roku. Przygraniczne miasteczko Levice , gdzie mieszkają Słowacy, Żydzi oraz Węgrzy to niemal modelowy przykład współistnienia tych, z pozoru nieprzystających, elementów. Dziecięca zabawa w wyścig o względy koleżanki okazuje się mieć ogromne znaczenie i wpływ na ich dalsze życie. Coroczne zawody pływackie organizowane na terenie miejscowego basenu stają się pretekstem do spotkań, rozstrzygnięć, ale i wzajemnych oskarżeń. To ciekawy motyw, który spina i nadaje bieg powieści. 

Zaskakujące dla mnie było zmierzenie się z dobrze znanymi realiami historycznymi, tym razem pokazanymi z odmiennej perspektywy. Nigdy nie zastanawiałam się jak II wojna światowa przebiegała chociażby u najbliższych sąsiadów. Polski punkt widzenia jest dość boleśnie odczuwalny w szkole, literatura należy do gatunkowo ciężkich, takich o których trudno zapomnieć i wyrzucić z głowy. Pavol Rankov nie wygładza historii, nie bagatelizuje jej, przedstawia ją ze swoistym spokojem i dystansem. Losy czwórki przyjaciół to raczej chłodna i mało emocjonalna relacja. Przyczyną może być fakt, że nie jest to historia pokolenia autora i łatwiej być dalej od tych wydarzeń. Stąd może i szerokie zastosowanie ironii, lekkiej groteskowości i unikanie "nadęcia dziejowego", którego nie brakuje w naszej (polskiej) literaturze. 

Tłem wydarzeń jest wielka historia - trwa II wojna światowa, później tworzona jest państwowość czechosłowacka, następuje Praska Wiosna, a po niej krwawa Operacja Dunaj. W takich okolicznościach niesamowite jest, że autor uniknął przerysowania i losy bohaterów nie wydają się być sztuczne. "Zdarzyło się pierwszego września" to tak naprawdę historia Europy Środkowej w  pigułce, ukazana przez pryzmat niewielkiej miejscowości na pograniczu słowacko-węgierskim i jej mieszkańców. Losy gmatwają się, prowadzą przez podzielony przez aliantów Berlin, a także Izrael czy Budapeszt. Klimat jest niepowtarzalny, wręcz nie można nasycić się tą powieścią.

"Zdarzyło się ..." to świetna proza. Trudno mi porównać z jakimkolwiek innym tytułem. Świetni, pełnokrwiści bohaterowie, wartka akcja. Fabuła nie została podkoloryzowana, a małe wydarzenia, z pozoru błahe i marginalne stają się kluczowe dla całości. Zdecydowanie jedna z lepszych książek jakie ostatnio czytałam - jest tak inna i tak fajna, że trudno mi nawet o niej pisać bez emocji. Polecam bezsprzecznie i każdemu!

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Słowackie Klimaty 2013, s. 468.
Moja ocena: 5+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Słowackie Klimaty.

środa, 1 maja 2013

Marek Edelman. Życie. Do końca - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko




"Fenomen Marka Edelmana bodaj najtrafniej opisał Jacek Kuroń, (...) - O Marku Edelmanie można wygłosić dwa, wydawałoby się sprzeczne, sądy. Ale oba są prawdziwe. Bo z jednej strony Marek jest człowiekiem nadzwyczaj zaangażowanym we współczesność. Chodzi zarówno o jego praktykę lekarską, jak o działania społeczne. Z drugiej - wciąż jest dowódcą powstania w getcie warszawskim. To powstanie dla niego trwa." *

Po otrzymaniu propozycji zrecenzowania biografii Marka Edelmana  długo wahałam się z odpowiedzią. Z jednej strony to ogromne wyróżnienie ze strony Fundacji Świat Ma Sens i Wydawnictwa Agora, a z drugiej to ogromna odpowiedzialność i wyzwanie. Moja głęboka ciekawość historii dwudziestego wieku, poparta wcale niezłą wiedzą w temacie, to może być za mało. Ocenianie biografii takiego Człowieka wręcz nie przystoi. Dlatego ta opinia będzie pewnie emocjonalna i w znikomym stopniu konkretna. Bo chyba nie można inaczej. Przynajmniej ja nie umiem.

Przy okazji dzielenia się emocjami po przeczytaniu "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej wspominałam, że nie godzi oceniać się czyichś wspomnień. Podobnie było w przypadku zbioru przemówień i wystąpień prof. Władysława Bartoszewskiego. Trudno powstrzymać się od przywołania tych tytułów przy omawianiu biografii Marka Edelmana. Większość z nas kojarzy go jako bohatera powstania w getcie warszawskim lub z reportażu Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem". Postać wybitna, zaangażowana totalnie w wydarzenia, których świadkiem przyszło mu być. Człowiek bezkompromisowy, wierny swoim zasadom, wierzący przede wszystkim w życie. Do cna przyzwoity. 

Biografia jest rozszerzeniem poprzedniego wydania, którą mimo sporej objętości (ponad siedemset stron) czyta się znakomicie. Nikt tutaj nie sili się na wydumany styl i wyborne słownictwo. Historia poprzedniego wydania jest ciekawa i odsyłam do zapoznania się z nią zainteresowanych (obszernie wyjaśnione w posłowiu). Proste, rzetelne wprowadzenia w życiorys są doskonale puentowane przez samego Marka Edelmana. O wydarzeniach których był świadkiem opowiada bez patosu. Robił to, co było trzeba. Nie sposób nie zgodzić się ze słowami Jacka Kuronia, które zacytowałam we wstępie - cały czas walczył. Z nazistami, antysemitami, komunistami, ignorantami. Zawsze w zgodzie ze swoim sumieniem i po właściwej stronie. "Kiedyś zapytaliśmy Edelmana "Co zrobić, gdy w życiu jest ciężko?" Odpowiedział: - Nie zwracać na to uwagi. Iść dalej. Jeżeli wiesz, co jest dobre, a co złe, to po prostu idziesz swoją drogą. (...) I trzeba mieć dużo zaufania do ludzi, do tych, z którymi idziesz tą samą drogą. To jest zasadnicza rzecz. Jak nie masz zaufania, to znaczy - jesteś sam ..." **

Najistotniejsze było to, że czułam się zmuszona do refleksji. Niektóre opinie wygłaszane przez Doktora nie były wygodne dla mnie jako Polki, katoliczki czy po prostu osoby żyjącej w innym świecie. Czułam się nieco zobowiązana do "przetrawienia" słów, które właśnie przeczytałam. Bardzo mało biografii działa w ten sposób na mnie. Mimo, że lektura przebiegała sprawnie, nie była łatwa. Co więcej, książka inspiruje do dalszych poszukiwań, doczytania pewnych informacji. "Zdążyć przed Panem Bogiem" zdecydowanie wymaga odświeżenia i konfrontacji z moim obecnym stanem wiedzy i umysłu. Szczególnie po tym, co przekazał Marek Edelman.

Biografię wydano przy okazji obchodów 70. rocznicy powstania w getcie warszawskim. Jako osoba głęboko zainteresowana historią XX-go wieku uważam, że nadal mówi się i wiemy za mało o tym wydarzeniu. Warto przy okazji zajrzeć na serwis poświęcony obchodom rocznicy i nieco poszerzyć swój stan wiedzy. "Marek Edelman. Życie. Do końca" to dobry pomysł na lekturę otwierającą. 

Trudno jest mi napisać coś mocniej sensownego. Jestem poruszona postacią Doktora, jego siłą charakteru. To nie tylko opowieść o powstaniu w getcie warszawskim, to historia o byciu przyzwoitym. Niezależnie od warunków politycznych. To przekaz o życiu w zgodzie z własnym sumieniem, kompletnie uniwersalny i zawsze aktualny. Polecam szczerze i gorąco.


* W. Bereś, K. Burnetko, Marek Edelman. Życie. Do końca.
** tamże

kategoria: biografia
Wydawnictwo Agora S.A. 2013, s. 752
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora S.A. oraz Fundacji Świat ma Sens.

poniedziałek, 3 września 2012

Wrześniowe dziewczynki - Maureen Lee




O tak! Kocham sagi! Kocham historie rodzin wielopokoleniowych, z wszystkimi smutkami, troskami, radościami, które temu towarzyszą. "Wrześniowe dziewczynki" kusiły mnie od dawna - linia stylistyczna okładki (piękna!), którą przyjęło wydawnictwo (w nawiązaniu do oryginałów angielskich) tak bardzo kusiła swoim dyskretnym, urokiem w klimacie retro, że miałam ogromną ochotę na spróbowanie pisarstwa Maureen Lee. Upolować jej powieść w bibliotece, to nie lada wyzwanie. Przychodzą jednak takie dni, kiedy książka sama znajdzie Ciebie.

Maureen Lee jest autorką niemal dwudziestu sag, zatem trafiłam chyba na jedną ze swoich ulubionych pisarek. Urodziła się i wychowywała w okolicach Liverpoolu, jako dziecko przeżyła bombardowanie tej części Anglii. Pisała od zawsze - rozpoczynała od krótkich historii, które później stały się kanwą dla pisanych z rozmachem powieści. Głównym tłem dla niemal wszystkich jej utworów jest II wojna światowa i wpisane w nią dzieje poszczególnych rodzin na przestrzeni lat. Podobnie jest w przypadku "Wrześniowych dziewczynek" - poznajemy dwie rodziny w kluczowych dla nich momentach. Brenna i Colm Carffrey przybywają do Liverpoolu za namową brata Colma - miał przygotować dla nich mieszkanie, chcieli rozpocząć nowe, odmienne od irlandzkiej biedy życie. Niestety - Paddy nie zjawia się w umówionym miejscu, rodzina musi więc poszukać mieszkania na własną rękę. Cały kłopot w tym, że Brenna jest w dziewiątym miesiącu ciąży, a ich dwaj synowie są na tyle mali, że z trudem znoszą podróż. Brenna przysiada w pewnym momencie poczuła skurcze i przysiadła na schodach przypadkowego domu. Ta chwila okazała się być znamienna dla dwóch rodzin. Brenna zostaje przygarnięta przez gosposię pracującą w domu, u którego progu się znalazła. Tego samego wieczoru pod tym samym dachem rodzą się dwie dziewczynki - Cara i Sybil. I tak oto losy rodziny Carrefrey i Allardyce połączyły się ze sobą - jak się później okazało - nierozerwalnie.


Niejednokrotnie zwracam uwagę, że trudno jest w literaturze napisać o czymś nowym - wszystkie elementy już wcześniej gdzieś występowały. Sztuką jest jednak połączyć je w taki sposób, aby primo - tworzyły zgrabną całość, secondo - zaciekawiły czytelnika. Maureen Lee wplątała swoich bohaterów w niemałe kłopoty - mamy wojnę, pijaństwo, hazard, zdrady, romanse, kalectwo. Nagromadzenie tylu nieszczęść może sugerować banał i naiwność fabuły. Nie jest to powieść wybitna, jednak M. Lee pisze w tak zgrabny, chwytający za serce sposób, że nie sposób oderwać się od jej powieści. W niedzielne południe usiadłam w fotelu, aby "chwilkę poczytać" i ocknęłam się kilka godzin później, zamykając przeczytaną książkę. Wiem doskonale, że nie jest to arcydzieło literackie, a raczej czytadło dla pań. Nie można jednak odmówić M. Lee świetnego pióra, interesujących postaci i zwrotów akcji.


Lubię sagi, lubię wchodzić w jakąś literacką rodzinę, poznawać ją, zżywać się z siostrami, braćmi etc. Maureen Lee pisze ciepło, przedstawia historię z punktu widzenia kobiety - dlatego tyle tu emocji czy wzruszeń. Bohaterowie są niemal żywi - tytułowe wrześniowe dziewczynki stworzone na zasadzie kontrastu, ich matki - Brenna i Eleanor, początkowo nieznoszące swojego towarzystwa, później stają się przyjaciółkami. Mężczyźni, którzy nie są idealni, gubią się, popełniają błędy. Okładka zapowiada cukierkową opowieść - nic bardziej mylnego. Nieszczęście ścieli się tu gęsto, ale wszystko nosi znamiona realizmu. Wszystko zapakowane w realia II wojny światowej w takich miejscach jak Liverpool czy Malta. Jaki jest finał - straciłam głowę dla tej powieści. Czyta się ją z podobnym zapałem z jakim zdarzało mi się słuchać starych opowieści o swojej rodzinie. Moją ukochaną postacią jest Nancy - ciepła kobieta, zaradna, niepozwalająca sobie na chwile słabości, ratująca każdego, kto wpadł w opresję. Doskonały portret!


Od bardzo dawna nie zostałam tak totalnie pochłonięta przez lekturę, że musiałam doczytać, zanim poszłam spać. Niemal nigdy nie zdarzyło mi się zapłakać nad książką - ostatnie strony "Wrześniowych dziewczynek" przeryczałam. No babsko ze mnie. Straszliwie fajna książka, doskonała zarówno na urlop, jak i jesienne popołudnie. Na pewno sięgnę po kolejne powieści Maureen Lee - pokochałam jej styl pisania, sposób tworzenia postaci i pomysły na fabułę. Jeśli szukacie powieści w której się zatracicie - "Wrześniowe dziewczynki" są idealne dla Was!


Kategoria: literatura współczesna zagraniczna

Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 472.
Biblionetka: 4,61/6
Lubimy czytać: 6,85/10
Moja ocena: 5+/6

piątek, 3 sierpnia 2012

Faber - Iwona Partyka




Od pewnego czasu dość sceptycznie podchodzę do debiutów polskich autorów. Mówi się w ostatnio, że w naszym kraju więcej osób pisze książki, niż je czyta. W związku z tym bywa niestety różnie z jakością, oryginalnością, a co za tym idzie z  samym całokształtem. Ponadto, niełatwo jest napisać coś świeżego, oryginalnego i innego, kiedy tyle powieści zapełnia półki bibliotek czy księgarni. Z niemałym lękiem rozpoczęłam "Fabera" Iwony Partyki, mając w głowie te wszystkie obawy. Jestem świeżo po lekturze i ... już od bardzo dawna nie poczułam się tak omotana przez powieść. Jednak - po kolei i do rzeczy!

Tytułowy Faber to marynarz wspominający swoje życie. Bogate życie. Zaadaptował do mieszkania pozostałości statku, samotność osładza mu pies, a właściwie suka - wierna towarzyszka, równie niedoskonała jak on. Żyjąc na granicy morza i lądu przywołuje z pamięci burzliwe życie - rejsy po morzach i oceanach, obóz koncentracyjny, romans z dużo starszą kobietą, pobyt w domu pomocy społecznej - wydaje się zmierzać ku końcowi. Poznaje jednak spora młodszą od siebie dziewczynę, która wydaje się być nim zauroczona. 

Na okładce przeczytamy rekomendację Marka Wawrzkiewicza, prezesa Związku Literatów Polskich, który punktuje konstrukcję szufladkową powieści czy przyrównuje ją do iberoamerykańskiego stylu pisania. Teoretyk literatury ni specjalista ze mnie żaden - jednak jako czytelniczka stwierdzam, że dawno nie czytałam tak frapującej, zmuszającej do skupienia i refleksji powieści. Będąc szczerą - w "Faberze" nie znalazłam niczego oryginalnego, ani nowatorskiego. To tak naprawdę mieszanka tego, co już wcześniej pojawiało się w literaturze. Autorka stworzyła jednak z tych elementów obraz świeży, ciekawy i niesamowicie wciągający. Powieść uwodzi kolejnymi stronami, nie pozostawia obojętnym. Nie jest to jednak typ powieści, który "połkniemy" w jeden wieczór. W przypadku "Fabera" słowom należy pozwolić dojrzeć w głowie.

Książka jest przesycona emocjami - paradoksalnie, bo tytułowy bohater wydaje się być oschły, sam twierdzi, iż ma oczy bez łez. Czytając powieść zostałam wrzucona w stan pewnego zawieszenia pomiędzy smutkiem, nostalgią i dobrymi wspomnieniami. Wyjaśniam, co takiego mam na myśli -  bohater odkopuje z odmętów pamięci swoje dzieciństwo i wczesną młodość - pierwsze doświadczenia erotyczne, romans z namiętną wdową Rose, pierwszą pracę. Takie wspomnienia są słodko-gorzkie - z jednej strony przywodzą chwile, które już nigdy nie wrócą, a z drugiej sprawiają, że czujemy się pełniejsi jako ludzie mając takie doświadczenia. Mało która powieść była w stanie wprowadzić mnie w taki stan. I stąd moje zawieszenie - jak się okazuje dość trudne do określenia.

Fragmenty dotyczące młodości Fabera, jego miłostek i romansów przypominały mi nieco "Blaszany bębenek" Gunthera Grassa. Skojarzenie mogło nasunąć mi się mimowolnie, jako, że akcja powieści toczy się pomiędzy Helem a Trójmiastem. Wątki pojawiają się achronologicznie, należy więc być czytelnikiem uważnym. Niemal do ostatniego zdania nie byłam pewna, czy dobrze odczytałam losy postaci. Zawieszenie, niedopowiedzenie i niepewność - to towarzyszyło mi w trakcie całej lektury. Język, którym posługuje się autorka, jest nieco w starodawnym stylu - wrażenie takie powoduje szyk zdania, specyficzne słownictwo. To w łatwy sposób pozwoliło mi przenieść w czasy, o których pisała. Tak już się dzisiaj nie pisze i to tak naprawdę jeden z większych komplementów, jaki mogę "zarzucić" Iwonie Partyce - poprawna, dbała, stara i piękna polszczyzna.

Postaci - zdecydowanie z krwi i kości. Sam Faber to, jak twierdzi autorka, wariacja na temat osoby zaobserwowanej w przeszłości. Jego losy to zapewne zlepek wielu historii zasłyszanych gdzieś i kiedyś. Nie powoduje to jednak efektu sztuczności czy nadęcia. Ciekawie zostały opracowane również postacie poboczne - moją faworytką jest wdowa Rose. Namiętna, świadoma swojej kobiecości, dbająca o siebie i swój los, wdająca się w płomienny romans z kilkunastolatkiem, staje się dla niego inspiracją i przewodniczką. Doskonała postać!

"Faber" to powieść, która zwyciężyła w konkursie portalu e-pisarz.org. Zwycięstwo, jak się szczęśliwie okazało, nieprzypadkowe. Powieść powstawała ponad cztery lata, co skutkuje dopracowaniem i dbałością o szczegóły. Jest to debiutancka powieść Iwony Partyki, absolwentki anglistyki, obecnie pracującej nad doktoratem. Rodowita Gdynianka, nadal mocno związana z Trójmiastem.

Szczerze i z całego serca kibicuje autorce i mam nadzieję, że "Faber" podbije i Wasze czytelnicze serca. Jestem przekonana, iż wrócę do tej powieści, bo pojawiło mi się w głowie kilka pytań, ponadto chcę jeszcze raz przeżyć losy bohaterów. "Faber" to powieść napisana bez nadmiernego patosu, z dobrym wyczuciem emocjonalnym. Jeśli lubicie język nieco zalatujący myszką (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu!), oddający ducha lat 20. i 30. XX-go wieku - powieść zdecydowanie przypadnie Wam do gustu. Ze swojej strony gorąco polecam!

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Adam Marszałek 2012, s. 268.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości p. Iwony Partyki, czyli autorki. Bardzo dziękuję!

piątek, 18 maja 2012

Pozwólcie nam krzyczeć - Stanisława Fleszarowa-Muskat




I tym razem nie obędzie się bez wyznania - czuję się przytłoczona nowościami książkowymi. Każdy kolejny tydzień wprawia mnie w rosnący niepokój. Nie jestem w stanie nadążyć za kolejnymi świeżynkami, debiutami. Przy krzykliwych, kolorowych, bardzo zachęcających okładkach rzeczonych nowości, książka wydana w 1971 roku, na niezbyt dobrym papierze, wydrukowana niemiłosiernie drobną czcionką, nie miała prawa się obronić. Chyba, że autorką jest Stanisława Fleszarowa-Muskat do której pałam niesłabnącą od lat sympatią.

Jeśli pierwszy raz słyszycie jej nazwisko - odwołuję się do Waszego molowego rozsądku. Jest mnóstwo "must read'ów", ale pisarstwo pani Fleszarowej-Muskat jest czymś, czego absolutnie nie powinniście pomijać w Waszych wyborach czytelniczych. Nieżyjąca od 1989 roku autorka napisała ponad siedemset utworów wszelakiej maści - powieści, słuchowisk, dramatów, poezji czy publicystyki. Najbardziej znana jest jednak ze swojej prozy, opowiadającej o losach zwykłych ludzi, uwikłanych w różne zawiłości. Stanisławę Fleszarową-Muskat poznałam dzięki mojej mamie, która podsunęła mi jej cykl "Milionerzy". Było to sporo lat temu, gdyż byłam wtedy młodym i nieopierzonym dziewczęciem, które książki pochłaniało podczas drogi do szkoły. Niemało wody w Warcie od tego czasu upłynęło, ale nie zmieniło się jedno - nadal jestem pełna podziwu, sympatii i swoistego uwielbienia dla pióra tej autorki.

"Pozwólcie nam krzyczeć" jest jednym z jej pierwszych utworów, który został napisany w 1957 roku. Opowiada o losach Magdaleny, córki znanego i cenionego warszawskiego chirurga, która w wyniku łapanki trafia do Bawarii. Tam, jako przymusowy pracownik, styka się z Niemcami, cudzoziemcami, tak jak ona zesłanymi na prace, a także rodakami. Nie sposób streścić w tym miejscu chociażby części wątków - dzieje się sporo. Powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat mają to do siebie, że pochłania się je niemal jednym tchem. Nie wydają się być fałszywe, ani skażone "słuszną" polityką, mimo, że autorka działała przez wiele lat w PZPR. 

Jest to jedna z tych powieści, która przełamuje schemat myślenia o wojnie. Zupełnie naturalnie literatura polska skupiała się na tym, co nasi rodacy przeżyli w trakcie okupacji hitlerowskiej. U Fleszarowej-Muskat to często poruszany temat, jednak trzeba jej oddać jedno - patosu u niej nie znajdziemy. Wojna pokazywana jest z perspektywy losów zjadaczy chleba, codziennych, błahych spraw. Ważne słowa padają, ale nie czujemy w nich ani tonu sztuczności - wczytując się w losy bohaterów, odnosimy wrażenie, że pewne kwestie musiały zostać wypowiedziane. Fleszarowa-Muskat opisuje również Niemców, których mało w polskiej literaturze - odcinających się od propagandy hitlerowskiej, pomagających Polakom i innym jeńcom. Nie mamy jednak do czynienia z lukrowaną papką - są i Niemcy chytrzy, mściwi i kompletnie zapatrzeni w Fuhrera. 

Moim zdaniem najsilniejszą stroną powieści są bohaterowie drugoplanowi. Magdalena nieco drażniła naiwnością i infantylnością. Sprawiała wrażenie dziewczyny kompletnie nieprzygotowanej na to, co ją spotkało - a mimo tego jej życie, jak na przymusowego pracownika w Rzeszy, sprawiało wrażenie wygodnego. Klimat powieści tworzą jednak bohaterowie poboczni - chociażby cudzoziemcy z hotelu, w którym mieszka Magdalena.  Francuz - Dominique, który staje się sumieniem głównej bohaterki, czy Philomena - Belgijka, z wykształcenia pianistka, niezwykle cierpiąca z tytułu odcięcia jej od ukochanego instrumentu.  Niemcy, zamieszkujący wioskę - właściciel fabryki, w której pracuje Magdalena - Ernst Waldemar, który odgrywa niemałą rolę w losach bohaterki, czy jej oddana przyjaciółka - Erna. Wzruszające są wątki poboczne - chociażby historia niemieckiego stomatologa, który w wyniku małżeństwa z kobietą pochodzenia żydowskiego, zostaje oddelegowany do "podkrakowskiej wioski - Auschwitz - w której rodziny żydowskie będą mogły spokojnie żyć". To, jak wielka była nieświadomość Niemców na temat tego, co dzieje się w Polsce, Stanisława Fleszarowa-Muskat przedstawia w tak łagodny i nienachalny sposób, że wierzcie mi - za serce i gardło chwyta niebywale. 

"Pozwólcie nam krzyczeć" to doskonała powieść obyczajowa, pisana językiem i stylem, jakiego darmo szukać we współczesnych utworach. Jeśli lubicie dobrą książkę, która w delikatny sposób skłania do myślenia, wypełnioną pełnokrwistymi bohaterami - zdecydowanie sięgnijcie po powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat. "Pozwólcie nam krzyczeć" może być pierwszą z tych, które wciągną Was w jej pisarstwo. Zdecydowanie i gorąco - polecam!

Kategoria: literatura współczesna polska
Wydawnictwo Morskie 1971, s. 428
Biblionetka: 5,01/6
Lubimy czytać: 7,52/10
Moja ocena: 5/6

Książka była omawiana podczas majowego spotkania poznańskiego Klubu z Kawą nad Książką. Spotykamy się raz w miesiącu w przemiłym gronie i dyskutujemy o wybranej lekturze. Jeśli chcesz do nas dołączyć - napisz: anna.kubacka@miastoslow.pl . Jeśli nie jesteś z Poznania - nic straconego, być może w Twoim mieście znajduje się oddział Klubu z Kawą nad Książką - sprawdź na www.miastoslow.pl 

piątek, 27 kwietnia 2012

Angielski pacjent - Michael Ondaatje





"Angielskiego pacjenta" czytałam sporo lat temu. Pamiętałam zarys historii, jednak nie mogłam przypomnieć sobie szczegółów. Film oglądałam również kilka dobrych lat temu. Skąd pomysł na odświeżenie sobie tej powieści? Zainspirował mnie sam John Irving i jego odwołania do powieści Ondaatje w "Czwartej ręce". I tak oto powróciłam do powieści, którą kilkanaście lat temu, jako nastolatka przeczytałam. I jakie wrażenia? Jak się, ku mojemu zaskoczeniu, okazało - niezmienione. I nadal jak najbardziej pozytywne.

"Angielski pacjent" to historia czterech osób, których los styka w toskańskiej willi San Girolamo. Tytułowym bohaterem jest hrabia Almasy - szpieg? bohater? ciężko poparzony w wyniku katastrofy samolotu, którym podróżował z kochanką Katherine i jej mężem. Opiekuje się nim Hana, młoda Kanadyjka, pielęgniarka. W willi mieszkają ponadto Caravaggio - szpieg, złodziej, który jest ponadto długoletnim przyjacielem ojca Hany oraz Kip - Hindus, który służy w brytyjskiej armii jako saper. 

Historia wydaje się być mocno chaotyczna, a wszystko przez liczne retrospekcje oraz nielinearną narrację. Wątki są mocno poszatkowane i pomieszane, co utrudnia odbiór. Nie jest to również typ powieści, którą można wchłonąć w jedno popołudnie. Zdecydowanie należy dawkować sobie lekturę i pozwalać jej dojrzeć w głowie. Głównymi tematami są wojna, miłość oraz przeszłość bohaterów, co łączy się dość jednoznacznie z dwoma pierwszymi.

Almasy nie może, lub nie chce przypomnieć sobie swojego imienia. Jego tożsamość odkrywa Caravaggio, który podczas wojny szpiegował samego hrabiego. Mimo, że nie przyznaje się do swojego pochodzenia, doskonale pamięta wydarzenia z przeszłości. Opowiada kluczową historię, czyli wątek miłosny pomiędzy nim a żoną jego współpracownika - Katherine. Sporo w tej opowieści emocji, subtelności, intymności. "Zawsze łaknęła słów, uwielbiała je, żywiła się nimi. Słowa rozjaśniały jej świat, ukazywały przyczyny i rozmiary. Ja natomiast uważałem, że słowa wzniecają emocje, tak jak patyk mąci wodę".

Ważny aspekt łączy Almasy'ego z innym mieszkańcem toskańskiej willi - Kipem. Hindus, służący dla Commonwealthu, jest w równym stopniu odnarodowiony jak Almasy. Żaden z nich nie czuje związku z miejscem, w którym się urodzili - są obywatelami świata. Dla Almasy'ego ojczyzną jest pustynia, którą badał całe życie. Odrzucenie jakiejkolwiek narodowości objawia się u Almasy'ego tym, że nie uważa za zło pomagania chociażby nazistom. Przeprowadzając jednego ze współpracowników feldmarszałka Rommla stwierdził, że był to po prostu inny człowiek.

Kolejną kluczową postacią dla powieści jest Hana - dwudziestojednoletnia pielęgniarka, ofiarnie opiekująca się Almasym. Odmówiła opuszczenia willi, w której uprzednio stacjonował szpital polowy, aby stan "angielskiego pacjenta" nie pogorszył się. Jest rozdarta pomiędzy młodością a dojrzałością, wymuszoną przez wojnę. Podejmuje trudne tematy, opiekuje się chorym, zakochuje się, ale nadal z chęcią praktykuje dziecięce zwyczaje, takie jak chociażby gra w klasy. Almasy'ego traktuje niemal jak świętego - zakochuje się w nim w zupełnie nieerotyczny sposób.

Ostatnio wyszukuję również w powieściach odniesień do innych książek. W "Angielskim pacjencie" mamy nawiązania chociażby do "Anny Kareniny" L. Tołstoja oraz bardzo liczne do "Dziejów" Herodota. Bohaterowie nie ruszają się nigdzie bez swoich ukochanych lektur, cytują je dowolnie i naturalnie, w odniesieniu do niemal każdej sytuacji. "Dzieje" Herodota, które również i dla mnie są jedna z ważniejszych lektur (chociaż z tym tomiskiem trudno jest się gdziekolwiek ruszyć ;) )są bardzo szeroko przytaczane przez Almasy'ego. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się takie odczytywanie lektur na nowo i inspirowanie się nimi w treści powieści. 

Powieść nadal bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Nie straciła nic ze swojego czaru dla mnie. To piękna historia o miłości, pełna drobiazgów, w których można odnaleźć i swoje wspomnienia miłosne. Niech zachętą będzie jeden z najpiękniejszych stwierdzeń, które wyczytałam w książce, a które czuję mocno: " - Chcę, żebyś to wiedziała: Jeszcze za tobą nie tęsknię. - Zatęsknisz.".

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Książnica 2006, s. 248.
Biblionetka: 3,81/6
Lubimy czytać: 5,71/10
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 19 marca 2012

Lektor - Bernhard Schlink




Stosiki, których dokumentacja fotograficzna, jeszcze jakiś czas temu pojawiała się na moim blogu, przypominają mi, jak niezmiernie rzadko sięgam po książki z własnej półki. Pomijając fakt, że jest to temat do głębokiego przemyślenia (oraz gruntownego rachunku sumienia), jedynie niezmiernie ważna okazja zmusza mnie do przeczytania książki z prywatnej biblioteczki. Najczęściej okazja taka przydarza się raz w miesiącu na okoliczność Klubu z Kawą nad Książką. W marcu na warsztat wzięliśmy "Lektora" B. Schlinka i jeszcze przed dyskusją umieszczam na blogu moje przemyślenia dotyczące książki. A spotkanie już jutro, 20 marca o 19:30 w Cafe Szpilka. 

"Lektor" to kolejna książka, przy której sama sobie krzywdę poczyniłam, uprzednio obejrzawszy film. Na całe moje szczęście - "Lektora" oglądałam na tyle dawno temu, że wydawało mi się, że w pamięci pozostały jedynie strzępy wrażeń. Okazało się jednak, iż emocje związane z historią na tyle mocno zagnieździły się w mojej głowie, że po dosłownie kilkunastu stronach powróciły. Z pełną mocą. W przypadku tej opowieści, inaczej się chyba nie da.

Opis okładkowy mocno spłaszcza tę historię. Pewnego dnia 15-letni Michael na środku ulicy wymiotuje - pomaga mu kobieta - Hanna. Zabiera go do mieszkania, doprowadza do przysłowiowego porządku, odprowadza do domu. Okazuje się, że chłopak zachorował na żółtaczkę. Kiedy tylko polepszyło mu się, matka nakazuje mu, aby za swoje kieszonkowe kupił kwiaty i podziękował kobiecie, która mu pomogła. Michael udaje się do mieszkania Hanny ... i tak rozpoczyna się ich dość nietypowy romans. On ma kilkanaście, ona ponad trzydzieści lat.  On pochodzi z inteligenckiej, mieszczańskiej rodziny - ona jest konduktorką w tramwaju. Podczas swoich miłosnych seansów uprawiają nie tylko miłość, ale również czytanie na głos. Spędzają wspólnie niemal każde popołudnie, wyjeżdżają poza miasto. Historia niemal sielankowa. Pewnego dnia jednak Hanna znika z miasta. Michael spotyka ją kilka lat później. Jest wtedy studentem wydziału prawa i bierze udział w seminarium zajmującym się procesem zbrodniarzy nazistowskich - podczas jednego z posiedzeń wśród oskarżonych rozpoznaje Hannę. Podczas II wojny światowej była strażniczką SS w więzieniu w Auschwitz. 

"Lektor" jest napisany bardzo oszczędnym, jednak klarownym językiem. Narratorem jest sam Michael - szczerze, bezceremonialnie i bez ozdobników opowiada swoją historię. Niemal każdy rozdział rozpoczyna się od kluczowego, niejednokrotnie mocnego zdania. Rozdziały są krótkie, historia, której wysłuchujemy mocno poszatkowana. Z opisu Michaela dowiadujemy się, jak mocno powtarzalne były jego spotkania z Hanną. Miały miejsce niemal w tym samym czasie - powodem była zmianowość pracy Hanny, ich przebieg również był taki sam. Michael machinalnie odtwarza czynność po czynności, które wykonywali. Stroną dominującą była Hanna - Michael, jako młodziak, uczył się od niej wszystkiego. W tym miejscu, którego fabuła stanowi pierwszą część opowieści, zadajemy sobie pytanie co każde z nich miało z tych spotkań? Dlaczego Hanna wybrała młodego, niemal dzieciaka? Do takich niewygodnych pytań Bernhard Schlink zmusi nas jeszcze nie raz.

Drugą część "Lektora" rozgrywa się już podczas procesu. Michael jest już studentem, ma przedsmak tego, co będzie czekać jego życie prywatne i w przyszłości - ból, jaki sprawiła mu Hanna odchodząc, wytworzył w nim postawę cyniczną i arogancką. Podczas procesu Michael odkrywa, że Hanna jest analfabetką. Warto wspomnieć, że nawet przed wojną, Niemcy były państwem o najmniejszym odsetku ludzi niepotrafiących czytać ani pisać. Podczas kolejnych przesłuchań wychodzą na jaw kolejne mocno niewygodne kwestie dotyczące Hanny - była strażniczką w obozie w Auschwitz, bezpośrednio przyczyniła się od śmierci wielu kobiet, które spłonęły żywcem podczas bombardowania w okolicach Krakowa. Kobieta, która ocalała z pożogi, wyjawia, że Hanna miała swoje ulubienice - dziewczyny sprawiające wrażenie najsłabszych, które wyłuskiwała z tłumu i zabierała wieczorami do swojego pokoju. Tam kazała im czytać na głos. Po pewnym czasie odsyłała je na pewną śmierć. Michael postawił siebie w jednym szeregu z tymi dziewczętami - również był lektorem Hanny, porzuconym po pewnym czasie. Schlinkowi zarzucano, że w tym przypadku zmusza jakby czytelnika do identyfikacji ze zbrodniarzami, nadaje im samym "ludzką twarz". W "Lektorze" padają ponadto pytania (z ust Hanny) o to, jakby zachował się każdy inny człowiek, który znalazłby się na jej miejscu. Czy wykonałby rozkaz? Przeciwstawiłby się? "A pan, co by pan zrobił?" *

Słowem-kluczem dla historii jest również "wstyd". Michael nie przyznał się niemal nikomu do charakteru znajomości z Hanną. Wstydził się? Według niego zdradził ją, bo wyparcie się kogoś to niespektakularny wariant zdrady. Większy wstyd dopadł jednak Hannę, która za cenę swojej wolności, przyjęcia pełnej odpowiedzialności za czyny, którym nie była w pełni winna, nie przyznała się do tego, że nie umie czytać ani pisać. Wstyd przed kompromitacją był tak wielki, że "zamiast nieszkodliwego zdemaskowania swojego analfabetyzmu wybrała potworną kompromitację, kompromitację zbrodniarki" **. Analfabetyzm Hanny, ma zdaniem krytyków, symbolizować ignorancję, ślepotę, która pozwalała zwykłym ludziom popełniać zbrodnie ("moralny analfabetyzm" III Rzeszy).

"Lektor" to również pretekst do próby rozliczenia się międzypokoleniowego. Po II wojnie światowej Niemcy zostali postawieni w swoistym rozkroku. Młodsze pokolenia odcinały się od czynów swoich ojców, ferując oskarżenia i wyroki. "Lektor" staje się w tym kontekście powieścią paraboliczną, próbą rozliczenia się pokolenia powojennego z narodowym socjalizmem, nazizmem i Holocaustem. W równej mierze chwalony, co krytykowany Schlink, stał się w latach 90. najbardziej poczytnym niemieckim autorem od czasów G. Grassa. Postacie Hanny i Michaela tworzą swoisty mikrokosmos, który zdaniem krytyków miał ukazywać zderzenia nowej i starej generacji, ból przez który przechodzi Michael ma być bólem całego pokolenia. Jakkolwiek interpretacja taka może być mocno na wyrost - o tyle, dość znacząca jest w historii postać ojca Michaela - z wykształcenia profesora filozofii, który za wykłady o B. Spinozie został przez nazistów odsunięty od nauczania. 

Powieść przepełniona jest wieloma dojrzałymi przemyśleniami, swoistej filozofii. Schlink stawia trudne pytania czytelnikowi, a czytanie "Lektora" w pewnym momencie prowadzi do dyskomfortu psychicznego. Czy kochanie zbrodniarki czyni z Michaela człowieka, który nigdy nie zazna szczęścia? Czy szczęściem może być tylko, to co trwa wiecznie i nie skończyło się źle? Czy Hanna brutalnie wykorzystała psychicznie młodego chłopaka czyniąc go niezdolnym do zdrowych emocji w przyszłości? 

Lektura tej powieści nie należy do najłatwiejszych - ze względów emocjonalnych. Zamykając przeczytaną książkę nie poczujemy catharsis. Wręcz przeciwnie - mnóstwo pytań będzie się kłębić w głowie, wwiercać. Chociażby dlatego - bardzo polecam!

* B. Schlink "Lektor", Warszawa 2009, s. 86. 
** tamże, s. 102.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo MUZA 2009, s. 166.
Biblionetka: 4,73/6
Lubimy czytać: 6,78/10
Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 5 lutego 2012

Niemra - Arkadiusz Pacholski




Większość z nas, kończąca (jeszcze istniejące) licea ogólnokształcące, miała tę możliwość, aby w ostatniej klasie dość intensywnie zgłębić literaturę okupacyjną. Każdy z nas czytał wiersza K. K. Baczyńskiego, opowiadania T. Borowskiego i inne. Ogniwo spajające było jedno - polskość przeciwko nazizmowi. Przy całym (niepodlegającym rzecz jasna ocenie) okrucieństwie przekazywanych obrazów i niewątpliwej wartości historycznej, zawsze w mojej głowie pojawiało się pytanie: czy zawsze, a przede wszystkim wszędzie Polacy byli tacy niezłomni? W moim rodzinnym Poznaniu nie ma aż tylu śladów wojny, jak na przykład w Warszawie. Dlatego z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Arkadiusza Pacholskiego, która opisuje ostatnie dni okupacji Kalisza.

Primo po pierwsze i najważniejsze - nie sięgajcie po tę książkę, jeśli nie interesuje i nigdy nie interesowała Was historia. A już w szczególności, jeśli nigdy nie zgłębiliście chociaż minimalnie zawirowań, które przetaczały się przez nasz kontynent w dwudziestym wieku. Nie piszę tego dlatego, żeby Was odstraszyć - każde niedobory wiedzy można rzecz jasna nadrobić. Jednak w przypadku tak ambitnego podejścia, jakie zaproponował pan Pacholski, warto potraktować autora na poważnie i nie sięgać jako laik po "Niemrę". Wrażenie, jakie robi przygotowanie merytoryczne autora, jest w moim przypadku naprawdę spore. Dbałość o detale historyczne, imponująca wiedza na temat regionu, mocne wprowadzenie w klimat tamtego czasu. Te wszystkie elementy sprawiają, że czytając powieść wchodziłam w ten świat całą sobą. Osoby dla których historia, szczególnie ta okresu II wojny światowej jest bliska - doskonale poczują się w tej opowieści. Aby jednak nie zemdlić tymi słodkimi słowami - mocno nużące były fragmenty, w których bohaterowie działający w Armii Krajowej puszczali wodze fantazji i przewidywali przyszłość Polski. To, że robili to niezwykle trafnie mocno ujmuje realności tym wątkom. Takich wtrętów mesjanistyczno-wizjonerskich było moim zdaniem zdecydowanie za dużo i ujmują one nieco z mojej pozytywnej opinii o "Niemrze".

Primo po drugie i niemniej ważne - postaci. Uczulona na papierowość opisywanych ludzisk mocno jestem. W przypadku "Niemry" - nie mam na co narzekać. Drobiazgowo dopracowane portrety - psychologicznie, wizerunkowo, nawet językowo. To sprawia, że powieść czyta się ze sporą przyjemnością. Warto podkreślić też, że autor nie uległ pokusie wyprostowania ścieżek życiowych. Happy endu tutaj nie znajdziecie. Wpisuje się to , co prawda doskonale w losy powojennej Polski, jednak dodaje historii wyrazistych rysów. Postać tytułowej Doroty oraz profesora Łubnina - moim zdaniem świetny materiał na kluby dyskusyjne. W tej powieści nie ma bohaterów czarno-białych. Każdy jest człowiekiem, który ma swoje ciemne i jasne strony. 

Sporym atutem jest dla mnie osadzenie akcji w Kaliszu. Doświadczenia licealne wyrobiły we mnie przekonanie, że literacka okupacja to Warszawa, Kraków ... i tyle. Arkadiusz Pacholski starał się ukazać mieszankę społeczną, jaką była Wielkopolska. Różnimy się w tym aspekcie sporo od pozostałych regionów kraju. A ukazanie okupacji w nieco inny, bardziej prowincjonalny sposób (geograficznie, a nie warsztatowo) to też temat do ciekawej dyskusji.

Cóż, recenzja pisana na gorąco, zaraz po zamknięciu książki, ma swoje wady. Należy również pozostawić pewien margines błędu - wrażenia, o których teraz piszę, mogą się zatrzeć. Jednak "Niemra" to bardzo dobra książka. Przełamuje kilka stereotypów, przedstawia drobiazgowo dopracowanych bohaterów. Wzbudza mnóstwo pytań, zmusza do przemyślenia, skłania do lepszego poznania historii. Zdecydowanie polecam, acz z zastrzeżeniem gruntownego zapoznania się z faktami historycznymi.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011, s. 568
Biblionetka: 4,75/6
Lubimy czytać: 7,33/10
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

niedziela, 1 stycznia 2012

Wojna i więzienie - Wasilij Aksionow




Kiedy nie czytam nowości książkowych, to jak widać po moich notkach, najchętniej sięgam po literaturę okołorosyjską. Po dość entuzjastycznym podejściu do pierwszej części Moskiewskiej sagi, szybko rozpoczęłam lekturę drugiego tomu. I tak minęło pół roku ... Aksionowa podczytywałam pomiędzy różnymi innymi książkami. I traktowałam po macoszemu. Mocno. W międzyczasie popełniłam jeszcze "Jeźdźca miedzianego". Czy nasyciłam swoje rusofilstwo? Kręcę głową z dezaprobatą.

"Wojna i więzienie" to kontynuacja losów rodziny Gradowów. Akcja rozpoczyna się w 1941 roku. Niemal wszyscy męscy członkowie rodziny Gradow uczestniczą w działaniach wojennych. Kobiety czekają na nich w domach, bądź tak jak Weronika trafiają do łagrów. Nie chciałabym przytaczać wszystkich wątków, gdyż po pierwsze było ich sporo. Po drugie - książkę czytałam prawie pół roku i wiele epizodów zatarło się w mojej pamięci. Także opinię tą potraktujcie z lekkim przymrużeniem oka, gdyż będzie ona mocno impresjonistyczna ;)

Co mnie uderzyło najmocniej - "Wojnę i więzienie" kończyłam czytać już po lekturze "Jeźdźca miedzianego". Kilka wątków jest na tyle podobnych do siebie, że nie mogłam sobie przypomnieć, który należał do konkretnej powieści. Nie sposób przez to nie porównać obydwu książek. "Jeździec miedziany" P. Simmons to jednak w głównej mierze romans z elementami soft-porno i lekko podanym rysem społeczno-historycznym. Saga Aksionowa to przede wszystkim solidne odwzorowanie historyczne z lekkim rysem postaci, bardzo zgrabnie wplecionych w autentyczne wydarzenia wojenne. Aksionowa czyta się trudniej, bo i więcej trzeba pamiętać z historii (co prawda leniwym sam autor uzupełnia wiedzę poprzez rozdziały "intermedium", które stanowią zgrabną mieszankę nagłówków prasowych z całego świata), jednak - lektura ta sprawia więcej satysfakcji. Imponuje przygotowanie merytoryczne autora, gdyż jest on twórcą współczesnym.

W "Wojnie i więzieniu" pojawiają się również wątki polskie, co nieco szokuje biorąc pod uwagę rok powstania książki (początek lat 90.). Być może wpływ na to miał życiorys autora (emigrował do Stanów Zjednoczonych). Dość jasno jest tutaj powiedziane, że żołnierze radzieccy z założonymi rękoma czekali, aż Warszawa wykrwawi się w powstaniu (scena z synem marszałka Gradowowa, Borysem - trzecim pokoleniem rodziny w sadze), jak również mowa jest o sprawie katyńskiej. Interesuje mnie, jak rosyjski czytelnik odebrał zatem tę powieść.

Poszukując informacji o autorze, często natykałam się na opinie, że moskiewska saga jest "Wojną i pokojem" XX wieku. W notce wikipedyjnej czytamy o porównaniu z "Doktorem Żywago". Niestety (moje wielokrotne narzekanie pt. "klasyki nie znamy, nowości czytamy") żadnej z powieści nie czytałam, ale poziom moskiewskiej sagi jest dla mnie na tyle zadowalający, że sama siebie zmobilizuję do nadrobienia zaległości. 

Podsumowując - polecam. Rusofilom i nierusofilom. Ciekawa powieść z Rosją Radziecką w tle. Dużo mocnych, typowo rosyjskich akcentów, co dodaje lekturze smaczku. Zachęcam naprawdę gorąco. 

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo AMBER 1999, s. 318
Biblionetka: 5,13/6
Moja ocena: 4+/6

czwartek, 29 grudnia 2011

Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste - Władysław Bartoszewski




Osoba profesora Władysława Bartoszewskiego zawsze stawała przed moimi oczami ilekroć przywoływałam określenie "autorytet". Szczery, odważny, inteligentny, doświadczony. Teraz do tego zestawu dołączę kolejne słowo. Przyzwoity. Słowo idealnie oddające ducha Profesora. 

Władysław Bartoszewski urodził się w 1922 roku w Warszawie. Był jednym z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz (przybył tzw. drugim transportem warszawskim), działał w strukturach Armii Krajowej, jak również Polskiego Państwa Podziemnego, był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. W okresie PRL-u wielokrotnie więziony i internowany przez władze komunistyczne za tzw. działalność szpiegowską. Po 1989 roku był również czynnym uczestnikiem życia politycznego - dwukrotnie pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych, był senatorem IV kadencji, a w rządzie Donalda Tuska pełnił funkcję sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.   Autor wielu publikacji historycznych dotyczących głównie lat 1939-1945 i okupacji niemieckiej. Streszczając jego bogate życie, doświadczenie polityczne i społeczne oraz dokonania w tych paru zdaniach dokonałam niemal zbrodniczego uogólnienia - zainteresowanych odsyłam do publikacji - zarówno jego autorstwa, jak i tych poświęconych jego osobie.

"Warto być przyzwoitym" to publikacja składająca się z trzech części, opatrzona wstępem, będącym rysem biograficznym autorstwa Andrzeja Friszke - członka Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Pierwsza część to przedruk wydanego na niemieckim rynku szkicu pamiętnika W. Bartoszewskiego pt. "Warto być przyzwoitym". Publikacja została wydana dla czytelnika niemieckiego, niezaznajomionego z tematyką hitlerowskiej i stalinowskiej okupacji na ziemiach polskich. Napisany świetnym językiem esej, bez patosu i wszechobecnej polskiej martyrologii opisuje losy Profesora. Polskie Państwo Podziemne, życie w okupowanej Warszawie, przetrwanie w obozie KL Auschwitz, więzienie przez komunistyczne władze PRL - oto tematy tej publikacji. Po przydługawym i niemal groteskowo pompatycznym wstępie Andrzeja Friszke, skromna, wartka i świetnie napisana opowieść profesora Bartoszewskiego, niemal zachwyca. Mimo tego, że tematyka jest skrajnie trudna. Mimo tego, że o okupacji hitlerowskiej i obozach koncentracyjnych każdy z nas przeczytał wiele. Temat wydaje się być w całym swoim okrucieństwie niewyczerpany. 

Dla profesora Bartoszewskiego bycie przyzwoitym jest równe byciu uczciwym. Nigdy nie podpisał lojalki, nie donosił, za co spędził niemało lat w więzieniu. O duchu Polaków mówi w następujący sposób: "Bo ani funkcjonariusze partyjni, ani generałowie nie mogą trwale zepchnąć trzydziestosześciomilionowego narodu w wewnętrzną emigrację, a tym bardziej w rezygnację". * I o tym właśnie traktuje druga część książki. Znajdziemy w niej uzupełnione przedruki z wykładów, jakie profesor prowadził w latach 70. na terenie naszego kraju. Odczyty miały miejsce w prywatnych mieszkaniach, kościołach, salkach katechetycznych. Tematyka oscyluje wokół Polskiego Państwa Podziemnego, fenomenu znaku Polski Walczącej , tajnej prasy i tajnego nauczania za okupacji hitlerowskiej. Sporą część profesor Bartoszewski  poświęca tematyce stosunków polsko-żydowskich. Erudycja, mnogość nazwisk, nazw, dat bardzo imponuje. Być może jest to naturalnym wynikiem uczestniczenia w tych wydarzeniach, bądź efektem przedwojennego szkolnictwa, kiedy to pamięć ucznia była rozwijana w sposób wręcz niebywały. Mimo wszystko - jestem pełna podziwu i szacunku dla tak ogromnej wiedzy historycznej.

Trzecia część "Warto być przyzwoitym" to w dużej mierze przemówienia Profesora wygłaszane dla niemieckiej publiki. Sporo energii i wysiłku w swoim życiu zawodowym i publicznym profesor Bartoszewski poświęcał pojednaniu polsko-niemieckiemu. Wiele miejsca w jego publikacjach zajmuje problem (nie)tolerancji. 

"Warto być przyzwoitym" to lektura niełatwa. I na pewno nie dla każdego. O ile część pierwsza jest napisana łatwym językiem, niemal jak opowieść, o tyle "część historyczna" jest trudniejsza w odbiorze. Bez chociażby minimalnej wiedzy można utonąć w gąszczu nazwisk, dat, organizacji etc. Jednak dla osób, które interesują się dwudziestowieczną historią naszego kraju to lektura obowiązkowa. Kto może i ma naturalne prawo do opowiedzenia i przekazania swojego punktu widzenia niż osoba czynnie (!!!) biorąca udział w tych wydarzeniach? Nie jest to jednak lektura do wchłonięcia "na raz". Należy ją sobie dawkować, doczytywać, wracać do odpowiednich fragmentów. Dla osób uchodzących za erudytów i inteligentów - absolutny must have!

Kategoria: historia, zbiór esejów
Wydawnictwo "W drodze" 2005, s. 440.
Biblionetka: 4,78/6
Lubimy czytać:  7,18/10
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa "W drodze" oraz portalu Sztukater.pl

* W. Bartoszewski "Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste", Poznań 2005, s. 52.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC