Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2013

Marek Edelman. Życie. Do końca - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko




"Fenomen Marka Edelmana bodaj najtrafniej opisał Jacek Kuroń, (...) - O Marku Edelmanie można wygłosić dwa, wydawałoby się sprzeczne, sądy. Ale oba są prawdziwe. Bo z jednej strony Marek jest człowiekiem nadzwyczaj zaangażowanym we współczesność. Chodzi zarówno o jego praktykę lekarską, jak o działania społeczne. Z drugiej - wciąż jest dowódcą powstania w getcie warszawskim. To powstanie dla niego trwa." *

Po otrzymaniu propozycji zrecenzowania biografii Marka Edelmana  długo wahałam się z odpowiedzią. Z jednej strony to ogromne wyróżnienie ze strony Fundacji Świat Ma Sens i Wydawnictwa Agora, a z drugiej to ogromna odpowiedzialność i wyzwanie. Moja głęboka ciekawość historii dwudziestego wieku, poparta wcale niezłą wiedzą w temacie, to może być za mało. Ocenianie biografii takiego Człowieka wręcz nie przystoi. Dlatego ta opinia będzie pewnie emocjonalna i w znikomym stopniu konkretna. Bo chyba nie można inaczej. Przynajmniej ja nie umiem.

Przy okazji dzielenia się emocjami po przeczytaniu "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej wspominałam, że nie godzi oceniać się czyichś wspomnień. Podobnie było w przypadku zbioru przemówień i wystąpień prof. Władysława Bartoszewskiego. Trudno powstrzymać się od przywołania tych tytułów przy omawianiu biografii Marka Edelmana. Większość z nas kojarzy go jako bohatera powstania w getcie warszawskim lub z reportażu Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem". Postać wybitna, zaangażowana totalnie w wydarzenia, których świadkiem przyszło mu być. Człowiek bezkompromisowy, wierny swoim zasadom, wierzący przede wszystkim w życie. Do cna przyzwoity. 

Biografia jest rozszerzeniem poprzedniego wydania, którą mimo sporej objętości (ponad siedemset stron) czyta się znakomicie. Nikt tutaj nie sili się na wydumany styl i wyborne słownictwo. Historia poprzedniego wydania jest ciekawa i odsyłam do zapoznania się z nią zainteresowanych (obszernie wyjaśnione w posłowiu). Proste, rzetelne wprowadzenia w życiorys są doskonale puentowane przez samego Marka Edelmana. O wydarzeniach których był świadkiem opowiada bez patosu. Robił to, co było trzeba. Nie sposób nie zgodzić się ze słowami Jacka Kuronia, które zacytowałam we wstępie - cały czas walczył. Z nazistami, antysemitami, komunistami, ignorantami. Zawsze w zgodzie ze swoim sumieniem i po właściwej stronie. "Kiedyś zapytaliśmy Edelmana "Co zrobić, gdy w życiu jest ciężko?" Odpowiedział: - Nie zwracać na to uwagi. Iść dalej. Jeżeli wiesz, co jest dobre, a co złe, to po prostu idziesz swoją drogą. (...) I trzeba mieć dużo zaufania do ludzi, do tych, z którymi idziesz tą samą drogą. To jest zasadnicza rzecz. Jak nie masz zaufania, to znaczy - jesteś sam ..." **

Najistotniejsze było to, że czułam się zmuszona do refleksji. Niektóre opinie wygłaszane przez Doktora nie były wygodne dla mnie jako Polki, katoliczki czy po prostu osoby żyjącej w innym świecie. Czułam się nieco zobowiązana do "przetrawienia" słów, które właśnie przeczytałam. Bardzo mało biografii działa w ten sposób na mnie. Mimo, że lektura przebiegała sprawnie, nie była łatwa. Co więcej, książka inspiruje do dalszych poszukiwań, doczytania pewnych informacji. "Zdążyć przed Panem Bogiem" zdecydowanie wymaga odświeżenia i konfrontacji z moim obecnym stanem wiedzy i umysłu. Szczególnie po tym, co przekazał Marek Edelman.

Biografię wydano przy okazji obchodów 70. rocznicy powstania w getcie warszawskim. Jako osoba głęboko zainteresowana historią XX-go wieku uważam, że nadal mówi się i wiemy za mało o tym wydarzeniu. Warto przy okazji zajrzeć na serwis poświęcony obchodom rocznicy i nieco poszerzyć swój stan wiedzy. "Marek Edelman. Życie. Do końca" to dobry pomysł na lekturę otwierającą. 

Trudno jest mi napisać coś mocniej sensownego. Jestem poruszona postacią Doktora, jego siłą charakteru. To nie tylko opowieść o powstaniu w getcie warszawskim, to historia o byciu przyzwoitym. Niezależnie od warunków politycznych. To przekaz o życiu w zgodzie z własnym sumieniem, kompletnie uniwersalny i zawsze aktualny. Polecam szczerze i gorąco.


* W. Bereś, K. Burnetko, Marek Edelman. Życie. Do końca.
** tamże

kategoria: biografia
Wydawnictwo Agora S.A. 2013, s. 752
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora S.A. oraz Fundacji Świat ma Sens.

sobota, 9 marca 2013

Second Hand - Joanna Fabicka



Bywa, że wyjątkowo trudno jest ubrać w słowa ogrom myśli kłębiących się w głowie po przeczytaniu książki. Czasami tych słów po prostu brak, a niekiedy to nic więcej jak chaos niemożliwy do opanowania. Nie mam pewności czy w przypadku powieści Joanny Fabickiej nie połączyły się w mojej głowie te dwa odczucia. Bo do końca nie wiem czy się podobało. I zupełnie nie mam pojęcia dlaczego "Second Hand" zrobił na mnie TAKIE wrażenie. 

Na powieść napaliłam się nieziemsko. Nie tylko dlatego, że rekomendują ją na okładce słowa Marcina Dorocińskiego ;) Polska B, niedoskonali bohaterowie, złamane życiorysy, wszechobecna beznadzieja - mam w sobie tyle dziwności, że takie tematy kręcą mnie jak mało co. Lubię czytać o tym, że inni też mają w sobie coś niezbyt standardowego i poznawać pogmatwanie ludzkich dusz. Odkryciem literackim w tym nurcie była dla mnie Joanna Bator - powtarzam to do znudzenia, jednak zupełnie poważnie uważam jej powieść za najlepszą rzecz, jaka spotkała mnie w moim świadomym książkowym życiu. Stety niestety mocno wyczuwalna jest fascynacja tą autorką u Joanny Fabickiej. O ile Dorota Masłowska w swojej powieści "Kochanie zabiłam naszej koty" poruszała się podobnym szlakiem, o tyle wykleiła ten świat emocjami i obrazami według swojego pomysłu, nie dopuszczając do jawnych odniesień do Bator. Joanna Fabicka czerpie garściami z "wałbrzyskich" klimatów i nie jestem do końca pewna, czy zachowany został dystans pomiędzy inspiracją a naśladownictwem.

"Second Hand" został osadzony w przestrzeni nostalgicznej, niedoskonałej i prowincjonalnej. Wieś Podlewo już samą nazwą wprowadza czytających na odpowiednie tory - zapomnijcie o marzeniach, magii i spełnieniu. Tutaj zastaniecie stłamszenie, przygnębienie, banał. Bohaterowie? Wklejeni w tę rzeczywistość - niespełnieni, niedopasowani, przegrani. Bohaterkami silniejszymi są - podobnie jak u Bator - kobiety. To one podejmują decyzje, powodują działanie, w przeciwieństwie do mężczyzn - słabych, zagubionych, nieobecnych.  Wszechobecny jest tutaj fatalizm, skazanie na porażkę. W świecie z drugiej ręki nie ma dobrych zakończeń - wszędzie zdrada, rozgoryczenie, rozczarowanie, bądź śmierć. 

Sama autorka mówi o swoich bohaterach, że chrzęszczą w zębach, kiedy się ich rozgryza. Są w swojej niedoskonałości perfekcyjni, jednak z pojawiającym się w wielu recenzjach określeniem "prawdziwi ludzi" nie mogę się zgodzić. Są prawdziwi w literackim odniesieniu, jednak w przełożeniu na realny świat pobrzmiewaliby fałszywymi nutami. Ich losy są nieco jak kosze z ciuchami w second handach, w których wszystko jest splątane, wypełnione niechcianymi elementami, upaprane niekoniecznie pozytywnymi emocjami. Słowem-kluczem dla współczesnej literatury polskiej jest oniryczność. I tak jest również w Podlewie. I tutaj atmosfera jest duszna, pełna niedowierzania, zawieszenia pomiędzy złym snem a równie niepokojącą jawą. 

Joanna Fabicka doskonale operuje słowem. Mimo wszechobecnego smutku, język powieści jest namiętny, barwny, niepokojący, pełen witalności, naturalistyczny i żywy, choć niejednokrotnie niebezpiecznie bliski banału. Bohaterowie są przesyceni tęsknotą za lepszym życiem, emocjami, które nigdy nie będą ich udziałem i pragnieniami, których nigdy nie zostaną zaspokojone. Ten nastrój oczekiwania pomieszanego z niespełnieniem towarzyszył mi  ciągle podczas czytania. Być może należałoby przeczytać powieść "na raz", aby wchłonąć jednym haustem te emocje. W moim przypadku czytanie na raty i wyjście z podlewskiego świata skończyło się przybiciem i przeświadczeniem, że i mój świat może być równie niedoskonały, niespełniony i pełen smutku.

"Second Hand" to kawał solidnej i dopracowanej literatury. Podczytując jednocześnie "Egzamin z oddychania" Jana Jakuba Kolskiego mocno odczuwam przepaść między autorami  - na korzyść Joanny Fabickiej. Powieść smutna, pełna bohaterów przeklętych będzie doskonała dla wielbicieli kina europejskiego (stąd i pewne odwołanie do Almodovara na okładce).  Poziom rozkoszowania się emocjami i skrzywieniami ludzkiej natury podobny. Polecam, aczkolwiek odpieram argument autorki - optymizmu tu jak na lekarstwo. 

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo W.A.B. 2013, s. 304.
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. oraz Grupy Wydawniczej Foksal.

czwartek, 25 października 2012

Piaskowa Góra - Joanna Bator




Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Joannie Bator i jej powieści "Piaskowa Góra". Trwało spotkanie autorskie z Olgą Rudnicką, które miałam zaszczyt i przyjemność prowadzić. Szybko przemieniło się ono w sympatyczną pogawędkę o wszystkim, w tym o literaturze. Dyskusja dryfowała wokół tematu "siły słów" i jeden z uczestników przywołał nazwisko "Bator" i wyrzucił z siebie kilka, nic mi niemówiących, tytułów. Zachwyt, który towarzyszył tej wypowiedzi, zapamiętałam sobie bardzo dobrze. Dzisiaj, kiedy jestem już po lekturze "Piaskowej Góry" mogę podpisać się wszelkimi kończynami pod tym, co mówił sympatyczny uczestnik spotkania. Powieść genialna, doskonała, totalna. 

Tytułowa Piaskowa Góra to dzielnica Wałbrzycha. Jakie miasto jest - niektórzy pewnie widzieli. Przez Joannę Bator przedstawione z jednej strony jako miasto upadłe, przecież blokowisko z żadnej perspektywy nie brzmi zachęcająco. Autorka stosuje jednak na tyle plastyczny opis, aby w niektórych fragmentach Piaskowa Góra jawiła się niczym miejsce wyjęte z wyjątkowo kolorowych i fantastycznych snów. Na osiedlu mieszka małżeństwo - Jadzia i Stefan Chmura. Mają córkę Dominikę. On - górnik, ona - urzędniczka. Dziecko jakieś nie takie, włosy niezbyt idealne i w głowie fiksum dyrdum. Jadzia do Wałbrzycha przyjechała ze wsi spod Skierniewic, Stefan to dziecko wysiedleńców spod Grodna. Mamy lata głębokiego PRL-u, kiedy to szczytem marzeń jest M3 w bloku z wielkiej płyty, kryształowa bomboniera z czekoladowymi cukierkami, kafelki w łazience, no i jak się poszczęści, to może i mały fiat w losowaniu padnie. I tak oto, skrawek po skraweczku dowiadujemy się niemal wszystkiego ...

Warstwa językowa i narracyjna to absolutna maestria. Fabuła wije się w odmętach pamięci narratorów, którzy na zmianę relacjonują losy rodzin Maślak i Chmura. Poszarpane, chaotyczne strzępki opowieści z licznymi dopowiedzeniami i retrospekcjami - tak właśnie działa ludzki umysł i w taki sam sposób została poprowadzona narracja. Sama autorka w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej powiedziała, że samo życie również nie jest linearne i trudno się z tym nie zgodzić. Język każdej postaci jest spersonalizowany - raz mądry i przemyślany, kiedy mówi inteligent, prostacki, dosadny, niedbały, kiedy historia wychodzi z ust Jadzi Chmury. Całościowo - język soczysty, kompletny, plastyczny, niesamowity, totalny i mogłabym tak wymieniać przymiotniki jeszcze długo. Powieść jest -  mówiąc krótko - doskonała. Przemyślana od początku do końca, angażująca, odrywająca od codzienności. Trudno jest mi wyrazić to, co czułam czytając ją - nie brak tutaj rozwiązań banalnych, oczywistych. Ludzkich! Całość tworzy jednak totalnie magiczne wrażenie, bez gloryfikowania PRLu, z całą dawką naturalizmu, brzydoty i bylejakości. Na bazgradełkowym fanpage'u napisałam kilka dni temu "Tak sytej (o! to dobre słowo), naturalistycznej, a jednocześnie magicznej, rozpasanej i doskonałej powieści nie czytałam chyba nigdy ... ". Obawiam się, że chyba nigdy nie przeczytam równie dobrej.

Bohaterowie są żywi, pełnokrwiści, charakterni. Jadzia Chmura i jej prosty światopogląd, wujek Kaziu z jakże polskim cwaniactwem i odnajdywaniem się w każdej (dosłownie) rzeczywistości. Każda postać to inna historia, wszystkie losy łączą się jednak bardzo zgrabnie w jedną, urokliwą i urzekającą całość. Kobiety u Joanny Bator są silne, mężczyźni natomiast słabi, zagubieni i zakompleksieni. To właściwie saga o kobietach, które prowadzą pospolite życie, ale każda z nich pielęgnuje przynajmniej jedno piękne Wspomnienie. 

Co ja Wam tu będę gadać (czyt. pisać) - powieść jest świetna, ma diabelnie przemyślaną konstrukcję. Swojska polskość ukazana we wszelkich odcieniach, inteligentna ironia, sprawiedliwość wobec bohaterów, którym nieobce są wzloty i upadki, marzenia oraz fobie. Sporo tu domorosłej filozofii, której często można posłuchać u panów pilnujących wiat przystankowych czy przestrzeni przedsklepowych. Doskonała proza. Po prostu doskonała. Polecam jak nigdy dotąd!

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo W.A.B. 2009, s. 448.
Biblionetka: 5,02/6
Moja ocena: 6/6 

wtorek, 10 kwietnia 2012

Baza Sokołowska; Pierwszy krok w chmurach - Marek Hłasko




W świąteczny weekend, zupełnie przypadkowo natrafiłam na artykuł Olgi Święcickiej "10 książek, których powinieneś unikać, jeśli chcesz zostać wielkim pisarzem".  Autorka przedstawia propozycję dziesięciu lektur, które jej zdaniem mogą zdominować myślenie przyszłego pisarza - "granica między inspiracją a imitacją bywa bardzo cienka". Artykuł inspirowany był podobnym eksperymentem, jaki poczyniła redakcja kanadyjskiego magazynu The Tyee. Olga Święcica, jako pierwszą z polskich propozycji wymienia opowiadania Marka Hłaski "Pierwszy krok w chmurach". Jako, że na półce od dawien dawna (czyt. od matury, czyli bardzo bardzo dawno temu) stał zbiorek dwóch jego opowiadań, idealny objętościowo na leniwe świąteczne popołudnie, postanowiłam nadrobić swoją rażącą ignorancję i doczytać. I na wstępie przyznam się do jednego - czytając opowiadania Marka Hłaski poczułam się wtłoczona w ławkę szkolną i automatycznie włączyło mi się w głowie analizowanie lektur. Zresztą ... sami przeczytacie.

Na zbiorek, mocno pachnący przeszłością (nieco tylko młodszy ode mnie, bo rocznik 1988) składają się dwa opowiadania - "Baza Sokołowska" oraz "Pierwszy krok w chmurach". W moim wydaniu odnalazłam adnotację, iż książka ta została zatwierdzona przez ówczesnego Ministra Oświaty i Wychowania jako lektura uzupełniająca dla klas pierwszych liceów i techników. Już sama ta informacja wprowadziła mnie w wiadomy klimat. Zastanawiałam się dlaczego dwa tak odmienne stylistycznie, tematycznie i ideologicznie opowiadania zostały ujęte w jeden mini-zbiór. I chyba sama sobie odpowiedziałam na to pytanie - właśnie z tego powodu. 

Pierwsze opowiadanie - "Baza Sokołowska" - zostało opublikowane w 1954 roku. Odkrywcze nie będzie, że jest to utwór skonstruowany zgodnie z zasadami panującego ówcześnie socrealizmu - bohaterowie w sporym stopniu identyfikują się z wykonywaną przez siebie pracą, oczywiście są robotnikami. Są przedstawiani jako kolektyw, a jeśli pojawiają się jednostkowo, to tylko jako część większej całości. Wiara w idee komunizmu pozwala owym bohaterom przezwyciężyć słabości, czujemy jak hartuje się stal, widzimy pot spływający po umięśnionych ciałach robotników, a wszystko dobrze się kończy. Nasi rodzice i dziadkowie doskonale mogli by nam wymienić szereg tego typu tworów. 

Rzecz dzieje się w bazie transportowej w stolicy. Głównym bohaterem opowiadania jest Michał Kosewski - Student, najmłodszy wiekiem i stażem pracownik bazy, uważany przez starszych pracowników za nieudacznika, gamonia i niezdarę. Pomiatany przez wszystkich, a doceniony przez jednego z brygadzistów, zostaje wysłany w daleką trasę. Podczas podróży samochód psuje się, ale Student na mrozie, z pełną ofiarnością naprawia auto i wraca triumfalnie do bazy. Historia banalna, jednak mocno czuć ducha socrealizmu. Praca dominuje nad wszystkim, w tym nad ludzkimi sprawami. Czujemy, że ekipa z Sokołowskiej spędza w pracy cały czas - nawet czas wolny spędzają razem, rozmawiając o pracy, o budowaniu wspólnej przyszłości. Nie brakuje akcentów agitacyjnych - jest pięknie opisane zebranie, na którym to brygadziści licytują się w przebijaniu norm do wyrobienia. Odniosłam ponadto wrażenie, że robotnicy poddawani są tutaj swoistej nobilitacji - praca ich uszlachetnia, czyni wręcz marmurowymi. Sam Marek Hłasko pracował długo jako kierowca, znał więc to środowisko nieźle. Pisanie stało się dla nim odskocznią od trudów codziennej pracy.

Zupełnie odmienne jest drugie opowiadanie - "Pierwszy krok w chmurach". Liczy ono zaledwie kilkanaście stron, a robi o wiele większe wrażenie, jest również bardziej dojrzałe literacko. Historia jest błaha - dwoje młodych, zakochanych w sobie ludzi zostaje przyłapanych na miłosnej schadzce przez trójkę osobników, którym można przykleić plakietkę "elementu". 

I tutaj warto zatrzymać się na chwilę, aby przybliżyć nieco sylwetkę Marka Hłaski i styl jego pisania. Jego bohaterowie (późniejsi, "Pierwszy krok w chmurach" to jedynie zapowiedź) to romantyczni, twardzi outsiderzy. Dla jego pokolenia tacy ludzie byli symbolem rozczarowania latami 50. Do swoich idoli Marek Hłasko zaliczał m.in. Humphrey'a Bogarta czy Fiodora Dostojewskiego, sam często był nazywany polskim Jamesem Deanem (wiele jego fotografii jest stylizowanych na ów aktora). Marek Hłasko często brał na warsztat bohaterów z nizin społecznych, opisywał wszechobecną tam beznadzieję i cynizm, pokazywał czarną, parszywą stronę życia. To właśnie TO sprawiło, że Marek Hłasko został zauważony przez czytelników i krytyków, gdyż stanowił odmianę od literatury socrealizmu - z uśmiechniętymi, umięśnionymi robotnikami. 

Mistrzowski jest opis miasta w sobotnie popołudnie - opustoszałe ulice, wyludnione parki, ale za to tętniące życiem bary i knajpy, tonące w oparach alkoholu i tytoniu. "W sobotę centrum miasta wygląda tak samo jak i w każdy inny dzień tygodnia. Jest tylko więcej pijanych" * czy " (...) w sobotę miasto traci swoją pracowitą twarz - w sobotę miasto ma pijaną mordę" **. Przyznam szczerze - słowa te od ponad pięćdziesięciu lat niemal nic nie straciły ze swojej aktualności. A wszystko to przepełnione atmosferą bylejakości, ludźmi wegetującymi w ciągu tygodnia, aby pić, siedzących sobotnim popołudniem przed swoimi domami, patrzących w pustkę.

Słowem kluczem dla tego opowiadania jest jednak "rozczarowanie". Zło, uosobione w postaciach trzech pijaczków, unicestwia tutaj wartości moralne. Marek Hłasko kompromituje nieco ciemną stronę rzeczywistości, szydzi ze złudzeń. Jednak, co ważne, ironia nie trafia w marzenia i tęsknoty - to one ocalają od wszechogarniającej czerni i zepsucia. Młodzi bohaterowie ponoszą tutaj klęskę - klęskę miłosną i wobec własnej osobowości. Natykają się na osobników kierujących się prymitywnymi instynktami, którzy są wulgarni i brutalnie przerywają akt miłosny młodych (prawdopodobnie ich "pierwszy raz"), biją chłopaka, a dziewczynę wyzywają. Uczucie młodych zostało tym samym splugawione, ośmieszone, stało się czymś brudnym i ohydnym. Tytułowy "pierwszy krok w chmurach" przynosi nic więcej ponad niesmak i gorycz.

Gieniek, jeden z trójki pijaczków, malarz pokojowy, burzy marmurowy pomnik nieskazitelnego robotnika socrealistycznego. Jest prymitywny, ograniczony umysłowo, chamski - autor ukazuje to wulgarnym językiem, zachowaniami pozbawionymi moralności. Z nudów wraz z sąsiadem i szwagrem unicestwiają to, co piękne, szlachetne i kruche. Nie kieruje nim żadna szlachetna motywacja, a za odrobinę wątpliwej "rozrywki" zdolni są do najokropniejszych rzeczy. Stracone, rozczarowane latami 50. pokolenie to para zakochanych. Brutalna rzeczywistość odebrała im nadzieję na zbudowanie własnego szczęścia oraz niewinność młodzieńczych ideałów.

Jak widzicie adnotacja o przeznaczeniu opowiadania jako lektury dla klas licealny wzbudziła we mnie głód interpretacji. Mocno żałuję, że nie mogłam poznać twórczości Marka Hłaski w liceum, gdyż wtedy pewnie byłabym bardziej podatna na "deanowskie" klimaty. Mocno polecam te dwa króciutkie opowiadania, dokładnie w takim zestawieniu. Chętnie zapoznam się z tym, co Marek Hłasko tworzył w późniejszych latach, bo szkoda, że został troszkę zakurzony w szkołach i trzeba się do niego dokopywać "po latach". A ciekawe swoją drogą, ilu tak unikalnych twórców pominęłam w swojej edukacji. 


* M. Hłasko "Baza Sokołowska. Pierwszy krok w chmurach", Katowice 1988, s. 64. 
** tamże, s. 64.


Kategoria: literatura współczesna polska - opowiadania
Krajowa Agencja Wydawnicza 1988, s. 80.
Biblionetka: 4,59/6
Lubimy czytać: 6,7/10
Moja ocena: 4,5/6

czwartek, 29 grudnia 2011

Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste - Władysław Bartoszewski




Osoba profesora Władysława Bartoszewskiego zawsze stawała przed moimi oczami ilekroć przywoływałam określenie "autorytet". Szczery, odważny, inteligentny, doświadczony. Teraz do tego zestawu dołączę kolejne słowo. Przyzwoity. Słowo idealnie oddające ducha Profesora. 

Władysław Bartoszewski urodził się w 1922 roku w Warszawie. Był jednym z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz (przybył tzw. drugim transportem warszawskim), działał w strukturach Armii Krajowej, jak również Polskiego Państwa Podziemnego, był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. W okresie PRL-u wielokrotnie więziony i internowany przez władze komunistyczne za tzw. działalność szpiegowską. Po 1989 roku był również czynnym uczestnikiem życia politycznego - dwukrotnie pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych, był senatorem IV kadencji, a w rządzie Donalda Tuska pełnił funkcję sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.   Autor wielu publikacji historycznych dotyczących głównie lat 1939-1945 i okupacji niemieckiej. Streszczając jego bogate życie, doświadczenie polityczne i społeczne oraz dokonania w tych paru zdaniach dokonałam niemal zbrodniczego uogólnienia - zainteresowanych odsyłam do publikacji - zarówno jego autorstwa, jak i tych poświęconych jego osobie.

"Warto być przyzwoitym" to publikacja składająca się z trzech części, opatrzona wstępem, będącym rysem biograficznym autorstwa Andrzeja Friszke - członka Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Pierwsza część to przedruk wydanego na niemieckim rynku szkicu pamiętnika W. Bartoszewskiego pt. "Warto być przyzwoitym". Publikacja została wydana dla czytelnika niemieckiego, niezaznajomionego z tematyką hitlerowskiej i stalinowskiej okupacji na ziemiach polskich. Napisany świetnym językiem esej, bez patosu i wszechobecnej polskiej martyrologii opisuje losy Profesora. Polskie Państwo Podziemne, życie w okupowanej Warszawie, przetrwanie w obozie KL Auschwitz, więzienie przez komunistyczne władze PRL - oto tematy tej publikacji. Po przydługawym i niemal groteskowo pompatycznym wstępie Andrzeja Friszke, skromna, wartka i świetnie napisana opowieść profesora Bartoszewskiego, niemal zachwyca. Mimo tego, że tematyka jest skrajnie trudna. Mimo tego, że o okupacji hitlerowskiej i obozach koncentracyjnych każdy z nas przeczytał wiele. Temat wydaje się być w całym swoim okrucieństwie niewyczerpany. 

Dla profesora Bartoszewskiego bycie przyzwoitym jest równe byciu uczciwym. Nigdy nie podpisał lojalki, nie donosił, za co spędził niemało lat w więzieniu. O duchu Polaków mówi w następujący sposób: "Bo ani funkcjonariusze partyjni, ani generałowie nie mogą trwale zepchnąć trzydziestosześciomilionowego narodu w wewnętrzną emigrację, a tym bardziej w rezygnację". * I o tym właśnie traktuje druga część książki. Znajdziemy w niej uzupełnione przedruki z wykładów, jakie profesor prowadził w latach 70. na terenie naszego kraju. Odczyty miały miejsce w prywatnych mieszkaniach, kościołach, salkach katechetycznych. Tematyka oscyluje wokół Polskiego Państwa Podziemnego, fenomenu znaku Polski Walczącej , tajnej prasy i tajnego nauczania za okupacji hitlerowskiej. Sporą część profesor Bartoszewski  poświęca tematyce stosunków polsko-żydowskich. Erudycja, mnogość nazwisk, nazw, dat bardzo imponuje. Być może jest to naturalnym wynikiem uczestniczenia w tych wydarzeniach, bądź efektem przedwojennego szkolnictwa, kiedy to pamięć ucznia była rozwijana w sposób wręcz niebywały. Mimo wszystko - jestem pełna podziwu i szacunku dla tak ogromnej wiedzy historycznej.

Trzecia część "Warto być przyzwoitym" to w dużej mierze przemówienia Profesora wygłaszane dla niemieckiej publiki. Sporo energii i wysiłku w swoim życiu zawodowym i publicznym profesor Bartoszewski poświęcał pojednaniu polsko-niemieckiemu. Wiele miejsca w jego publikacjach zajmuje problem (nie)tolerancji. 

"Warto być przyzwoitym" to lektura niełatwa. I na pewno nie dla każdego. O ile część pierwsza jest napisana łatwym językiem, niemal jak opowieść, o tyle "część historyczna" jest trudniejsza w odbiorze. Bez chociażby minimalnej wiedzy można utonąć w gąszczu nazwisk, dat, organizacji etc. Jednak dla osób, które interesują się dwudziestowieczną historią naszego kraju to lektura obowiązkowa. Kto może i ma naturalne prawo do opowiedzenia i przekazania swojego punktu widzenia niż osoba czynnie (!!!) biorąca udział w tych wydarzeniach? Nie jest to jednak lektura do wchłonięcia "na raz". Należy ją sobie dawkować, doczytywać, wracać do odpowiednich fragmentów. Dla osób uchodzących za erudytów i inteligentów - absolutny must have!

Kategoria: historia, zbiór esejów
Wydawnictwo "W drodze" 2005, s. 440.
Biblionetka: 4,78/6
Lubimy czytać:  7,18/10
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa "W drodze" oraz portalu Sztukater.pl

* W. Bartoszewski "Warto być przyzwoitym. Teksty osobiste i nieosobiste", Poznań 2005, s. 52.

niedziela, 24 lipca 2011

Żniwo gniewu - Lucie Di Angeli-Ilovan





Tak się jakoś złożyło, że ostatnio książki układają mi się tematycznie. Każda kolejna, którą czytam, ma w sobie cząstkę tej poprzedniej. Czytany przeze mnie uprzednio "Klejnot" był o życiu na Kresach i o dwóch silnych, nowoczesnych kobietach. Chwytając do łapki "Żniwo gniewu"spodziewałam się ciekawej historii umiejscowionej w podobnych rejonach z równie silnymi kobietami jako bohaterkami. Po przeczytaniu stwierdzam, że "Żniwo gniewu" przerosło moje oczekiwania. Pod każdym względem. Ta powieść jest po prostu świetna. 

"Żniwo gniewu" to historia dwóch kobiet - Maruszki i Kaszmiry. Siostry wychowywane w trudnych warunkach - ojciec spędzał większość czasu z kompanami w karczmie, cały ciężar wychowania dziewczynek (i dwóch chłopców) spoczywał na barkach matki, praczki i zielarki. Starsza Kaszmira jest psotnicą, młodsza Maruszka - czytuje żywoty świętych u miejscowego proboszcza. Ponieważ Kaszmira nie garnie się do nauki, matka posyła ją na służbę do rodziny Rosenbaumów. Dziewczyna ucieka stamtąd po pewnym czasie - była molestowana przez "pana". Wyjeżdża do Wilna, gdzie pracuje w restauracji jako kucharka. Poznaje Andrzeja - brutala, damskiego boksera. Po pewnym czasie wraca do rodzinnego Mołodeczna.  W tym czasie Maruszka, przekonana o tym, że winna poświęcić swoje życie Bogu i wstąpić do klasztoru, poznaje żołnierza Wojska Polskiego - Zygmunta. Długo opiera się jego zalotom. 

W przededniu wybuchu II wojny światowej Kaszmira jest żoną Żyda - komunisty (wyjątkowo zapalonego do czerwonych idei, przygotowującego płomienne przedstawienia wychwalające nieomylność myśli komunistycznej), natomiast Maruszka wychodzi za mąż za Zygmunta, który następnego dnia wyrusza na front, gdyż na Polskę napadają wojska III Rzeszy. I tak rozpoczyna się wspólna trudna droga sióstr.

Historia sióstr opowiadana jest w formie książki pisanej przez córkę Maruszki - Magdalenę. "Dopisuje" ona historię na podstawie notatek, dzienników matki, wspomagając się również opowieściami, które przekazywała jej matka za życia. Częściowo losy Maruszki i Kaszmiry poznajemy z kart powstającej powieści, przeplatanej korespondencją mailową, którą Magdalena prowadzi ze swoim rodzeństwem - Olą i Markiem. Historia jest opowiadana w miarę chronologicznie, kolejni bohaterowie wprowadzani powoli, dokładnie opisywani. Nie ma chaosu, struktura została dobrze przemyślana. Opowieść jest snuta powoli, bez zbędnego pośpiechu, dużo emocji wyziera ze stron książki. Rzadko zdarza mi się to przy czytaniu, ale - tak! uroniłam łzę ...

Losy sióstr - dramatyczne, momentami tak dramatyczne, że nie można uwierzyć, że to spotkało wielu ludzi, naszych pradziadków, dziadków ... Zdumiewająca jest dla mnie siła tych dwóch kobiet, które rzucone w wir wydarzeń, nie poddawały się - razem, konsekwentnie, z ogromną siłą dążyły do celu - spokojnego życia. Obie straciły mężów podczas wojny - Maruszka owdowiała z dwójką dzieci - maleńką Olą i niewiele starszym Markiem. Pracą własnych rąk próbowały przetrwać kolejne zawieruchy - przemarsz wojsk nazistowskich, później radzieckich. Podróżowały przez Polskę, aby dotrzeć do majątku rodzinnego męża Maruszki - Zygmunta. Wiele miesięcy wyczerpującej podróży, aby zastać majątek przejęty przez Rosjan, którzy zamierzali w budynku dawnego pałacyku otworzyć szkołę. Ostatecznie, jak wielu uchodźców ze Wschodu, siostry osiadają na Zachodzie - w Zielonej Górze.

Historia jest przepełniona wieloma wątkami, interesującymi tak bardzo, że nie chciałabym za nic psuć Wam przyjemności czytania. Język autorki jest tak ciepły i sugestywny, że trudno uwierzyć, że od 1965 roku nie mieszka ona w Polsce. Każdy wątek, historia kolejnego bohatera to opowieść przyprawiona emocjami, zapachami, doskonałą charakterystyką, fleszami (lub jak to określiła Nina Terentiew w recenzji na okładce: ulotnymi wrażeniami). To sprawia, że książkę pochłania się z ogromną przyjemnością, mimo, że wydarzenia w niej opisane są smutne, dramatyczne. Małgorzata Kalicińska zwróciła z kolei uwagę, że my-współcześni, nadużywamy takich słów jak "dramat", "tragedia" i przeczytanie "Żniwa ..." uświadomiło jej, jak zagubieni potrafimy być w swoim egoizmie i takie historie są dla nas jak kamienie milowe. Dzięki nim odnajdujemy drogę w swoim egocentryzmie i mamy siłę do walki z naszymi problemami i problemikami. 

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie w pełni wyrazić swojego entuzjazmu o tej powieści. Polecam przeogromnie - spory kawałek bardzo dobrego pisarstwa, historia z krwi i kości, oparta na wydarzeniach z rodziny autorki. I nie tylko z rodziny autorki, bo wszyscy mieszkający w zachodniej części kraju możemy odnaleźć podobne historie w naszych rodzinach. "Żniwo gniewu" to opowieść, która uświadamia jak wielka siła drzemie w kobietach. To również historia o tym, że nie każdy Niemiec był nazistą, a Rosjanin komunistą. To powieść o wierności, skomplikowanej "polskości" i o siostrzanej miłości. Piękna i wzruszająca. Gorąco polecam!

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011, s. 368
Biblionetka: 5,25/6
Moja ocena: 5+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka. Dziękuję!

czwartek, 7 kwietnia 2011

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku - Roma Ligocka




Po skończeniu takich książek zawsze mam moralny dylemat co do oceny. Bo dać pięć czy sześć gwiazdek, powiedzieć/napisać, że książka się podobała - to po prostu się nie godzi. Tematyka jest na tyle trudna, ciężka i nie do zrozumienia i pojęcia (dla nas - żyjących w wolnym kraju), że czuję całą sobą, iż sporym nietaktem jest powiedzieć, że książka taka mi się podobała. "Dziewczynka..." zrobiła na mnie spore wrażenie.
Przyznam szczerze, że nadrabiam zaległości dotyczące literatury wojennej. Moje oczytanie ogranicza się do tego, co mi w szkole podtykano. Robiło wrażenie oczywiście, ale rozkładanie na czynniki wtórne, nawet najbardziej wstrząsającej książki, osłabia jej wydźwięk. I wielka szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby włączyć do kanonu na tenże przykład "Dziewczynki ... ". Roma Ligocka w  bardzo dziecięcy sposób opisuje przeżycia związane z ukrywaniem się w czasie okupacji. Czytamy jej przeżycia z punktu widzenia kilkuletniego dziecka, które nie do końca rozumie po co otrzymuje od mamy kapsułkę z cyjankiem, ale martwi się, że nie będzie w stanie połknąć jej bez "popicia". Ciągły strach, przymus ukrywania się, ciągłe pamiętanie o tym, że nazywa się "Ligocka" a nie "Liebling" ma ogromny wpływ na jej przyszłe życie. Napisałam wcześniej, że większość z nas nie jest w stanie pojąć i zrozumieć przeżyć tych, których dzieciństwo przypadło na czasy wojny. Dla mnie dzieciństwo to dobry czas, kolorowe wspomnienia, które smakują i pachną samym dobrem. Dla "dzieci okupacji" to coś zupełnie przeciwnego.
Nie jest to jednak historia tylko o okupacji. W dalszej części książki poznajemy kulisy życia w powojennym Krakowie. Bardzo przyjemnie czytało się opis tworzącej się śmietanki artystycznej. Miałam mały problem z umiejscowieniem wydarzeń w czasie - jednak czułam, że miasto to było autentyczną wyspą na mapie PRL-u. Kolorowym ptakiem wśród szarości. Początki "Piwnicy pod Baranami", pierwsze miłostki, czasy studenckie. Próby przebicia się poprzez szarzyznę ówczesności. Moim zdaniem, część ta jest słabsza literacko niż opis wojny. Myślę, że wynika to głównie z tego, że wszystko co po wojnie wzbudzało w bohaterce mniejsze emocje, nie takie totalne i skrajne.
Zastanawia mnie również na ile to, co opisywała pani Roma to autobiografia, a na ile fikcja literacka.  Trudno jest mi się do tego odnieść, gdyż kojarzyłam ją głównie, jako kuzynkę Romana Polańskiego i felietonistkę "Pani"* (felietonów nigdy nie czytałam, mam na nie alergię, na felietony generalnie). Książkę polecam, bo warto ją przeczytać dla części "dziecięcej". To, co dalej czyta się nieźle, ale już nie tak zachłannie. Świat po wojnie staję się niewymiarowy, płaski. Być może to zabieg zamierzony. A książka pozostanie w mojej pamięci na dłuższy czas zapewne.

Kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik
Znak 2002, s. 352
Biblionetka: 5,02/6
Moja ocena: 5/6

*czy "Twojego Stylu"? bo już zgłupiałam

niedziela, 13 marca 2011

Lawendowy pył - Danuta Marcinkowska, Ewa Marcinkowska-Schmidt, Klaudyna Schmidt




No i wielkie hmmmmm na dzień dobry, bo jak tu ocenić tę książkę. Żyjemy w takim kraju, gdzie losy naszych rodzin bywają tak zawiłe, że wydaje się że samo ich opowiedzenia starczy na rewelacyjną powieść. Otóż nie. I niestety dobitnym przykładem jest "Lawendowy pył".
Historia rodziny osiadłej początkowo na Wileńszczyźnie, którą los i zawirowania historyczne rzucają na Pomorze. Wszystko brzmi ślicznie i ładnie na okładce, jednak przebrnięcie przez książkę jest bardzo trudne. Dlaczego? Po pierwsze język. Zdania kwadratowe, nieskładne, sprawiają wrażenie wręcz notatkowych. Bardzo chaotycznie prowadzona akcja, praktycznie słowotok w którym trudno się połapać. Tekst sprawia wrażenie niezredagowanego. Mnóstwo literówek, złe przeniesienia, mnóstwo błędów wynikających prawdopodobnie z tempa pisania. Czyta się topornie, mimo, że historia faktycznie sama powinna się obronić. A dziwi tym bardziej, że autorki są dziennikarkami.
Co na plus? Okładka i piękne ilustracje. Na plus też historia, mimo wszystko. No ale jednak, w gąszczu książek, które warto przeczytać, tę raczej bym odradzała. Okładka książki nie czyni. A szkoda.


Kategoria: biografia, pamiętnik
Wydawnictwo Klucze 2009, s. 525
Biblionetka : 4,10/6
Lubimy czytać: 3,34/5
Moja ocena: 3/6

niedziela, 15 lutego 2009

Powroty nad rozlewiskiem - Małgorzata Kalicińska




O ile pierwsza część cyklu, mnie jako pannę Annę podniosła na duchu, sprawiła, że mój świat był piękny, cudowny, o tyle nie za bardzo rozumiem sens pisania drugiej części w takiej formie. Przeczytałam, nawet całkiem chętnie, ale czuję się wyjątkowo niedopieszczona czytelniczo. Po prostu nie mam pojęcia co takiego mogłabym Wam teraz napisać. Druga część łamie nam obraz mamy "Gnoma" - już nie jest dobrotliwą starszą panią, jaką znamy z pierwszej części - i dobrze. Poznajemy "kulisy" "Domu ..." - dowiadujemy co takiego działo się przed. Basia bardzo gubi się w swoim życiu. Za dużo dramatów jak na jedną książkę - za dużo tanich dramatów. Rozczarowałam się bardzo "Powrotami..." i aż boje się sięgać po "Miłość nad rozlewiskiem". Na którymś z blogów, czy też na biblionetce przeczytałam, że pani Małgorzata popełniła błąd piszać prequel i kontynuację. Na razie podpisuję się pod tym, że prequel nie do końca był potrzebny. Wolałam Rozlewisko oczami Gosi. I już.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2007, s. 304
Biblionetka: 4,44/6
Moja ocena: 4/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC