Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

Amerykaana - Chimamanda Ngozi Adichie



Znalazłam kiedyś listę książek, które każdy powinien przeczytać przed trzydziestką. Wiem, że tych list jest mnóstwo, często propagują określony rodzaj literatury, jednak zupełnie szczerze - uwielbiam je. Polecają przeważnie ciekawe i warte przeczytania tytuły, nadają jasny kierunek czytaniu. Do 30. urodzin brakuje  mi nieco ponad dwóch miesięcy - dobry więc czas na realizowanie list lektur. I tak właśnie trafiłam na "Amerykaanę", której - obawiam się - mogłabym w innym przypadku nie wybrać na lekturę.

Zaskoczenie. Kompletne. Spodziewałam się, że książka będzie dobra, ale nie aż tak. To powieść o uprzedzeniach rasowych, o emigracji, o byciu czarną w Ameryce. Świetna proza, która mnie zaskoczyła prostotą i dojrzałością. Nie ma tutaj zabawy językiem, brylowania finezją - pozornie mało znaczące wydarzenia, codzienność to składniki, które budują doskonałą fabułę. To także interesujący portret Nigerii i Nigeryjczyków, jakże dla mnie niespodziewany, bo co my wiemy o tym kraju i jego mieszkańcach? Niemal nic. Dla takich samych jak ja ignorantów - must-read!

To również świetna lekcja o Afrykańczykach. Mamy zerową wiedzę o problemach codziennych dziewczyn z czarnego kontynentu, o tym, że mają problemy ze swoimi włosami, że będąc w tzw. zachodnim świecie nie mogą kupić kosmetyków przeznaczonych dla swojego koloru skóry. Niczego nie wiemy też o nowoczesnej Afryce, poziomie wykształcenia i stylu życia.

Świetna, świetna i po raz trzeci powtórzę - świetna! Kilkaset stron mikroobrazów składa się na spójną i mocną fabułę. Absolutnie polecam - okładka i liczne nagrody nie kłamią!

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2014, s. 766.
Moja ocena: 5,5/6

środa, 10 października 2012

Mój Egipt - Jarosław Kret




Jarosława Kreta, jak i większość z nas, kojarzyłam głównie z prognozy pogody. Sympatyczny gaduła, nieco egzaltowany, ale na pewno przykuwający uwagę - oto on w całej krasie. Potem przyszedł czas na "Moje Indie" autorstwa owego i nieco zmieniło się moje postrzeganie jego osoby. O ile jednak w kwestii Indii i całej otoczki byłam kompletnym laikiem, o tyle w przypadku kolejnej książki miałam już pewne oczekiwania ...

"Moje Indie" czytałam zanim miałam okazję poznać Cejrowskiego, czy też reportażystów opisujących swoje podróże. Ustalmy na wstępie - oczytałam się i zupełnie inaczej podchodziłam do "Mojego Egiptu". Już sama okładka pchnęła mnie w kierunku niezbyt poważnego traktowania wynurzeń Pana Pogodynka (tak to się odmienia?!?). Jeśli ktoś z Was oczekuje reportażu w klasycznym ujęciu - raczej się zawiedzie, książka podróżnicza również to nie jest, a już z samym przewodnikiem na szczęście ma bardzo mało wspólnego. "Mój Egipt" to lekko napisany pamiętnik z licznych pobytów Jarosława Kreta w kraju faraonów. Na przełomie lat 80. i 90. Jarosław Kret, jako student egiptologii UW przebywał na stypendium w Kairze. To pozwoliło mu zaobserwować kraj  z zupełnie innej, niż stricte turystycznej, perspektywy. Stąd może i mocno sentymentalne ujęcie tematu.

Z Pana Pogodynki gaduła nie z tej ziemi. Przyznam szczerze - pod koniec książki doprowadzało mnie to do szału. O ile w rozmowie jest to zapewne urocze, wciągające, o tyle liczne wtrącenia, dygresje, dopowiedzenia, post scriptum i inne liczne ozdobniki w słowie pisanym najzwyczajniej drażnią. Nie sposób jednak nie zrozumieć takiego podejścia - ogrom wiedzy, jaką autor posiada i serdeczność z jaką chce się nią podzielić z czytelnikiem są doprawdy imponujące. A to musi powodować pewien chaos. Mimo mojej szerokiej wiedzy na temat islamu i krajów z tego kręgu kulturowego, jak również sztuki starożytnej - Jarosław Kret w swojej książce sprezentował mi sporo ciekawostek, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę. Narracja nie jest prowadzona chronologicznie, książka została jednak podzielona na logiczne rozdziały, łączące w sobie z grubsza podobną tematykę. Przeczytamy więc o jedzeniu, biurokracji, Górze Synaj, czy języku arabskim. Sporo jest utyskiwań na obecny kształt turystyki egipskiej, co jest zrozumiałe dla osoby pamiętającej kraj sprzed najazdu na Hurghadę czy Sharm el-Sheihk. Momentami jednak kpienie z turystów przybiera dość wyolbrzymione formy, co niespecjalnie interesująco prezentuje się w porównaniu z całokształtem.

Jak wspominałam wcześniej - wiedzę Jarosław Kret przekazuje ogromną w formie mocno przystępnej. Mnie jednak ta książka mocno zmęczyła i właściwie sama nie wiem jak ją opisać. Z jednej strony jest mocno ciekawa - dla osób zainteresowanych Egiptem może być z powodzeniem drogowskazem do dalszych poszukiwań. Mi pozostawiła jednak pewien niedosyt. Być może ta pamiętnikarsko-gawędziarska forma nieco mnie odstraszyła. Potraktowałam jako ciekawostkę literacką i polecam raczej zachowawczo.

Kategoria: literatura podróżnicza

Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 328.
Biblionetka: 4,28/6
Lubimy czytać: 6,67/10
Moja ocena: 4/6

środa, 17 sierpnia 2011

Ostatni lot nad Kongo - Wojciech Scelina




Kolonializm - impreza zafundowana przez państwa rozwinięte gospodarczo tym, którym z wielu przyczyn nie mogło to być dane. W praktyce - zupełna eksploracja bogactw naturalnych oraz ludzi. Polityka doprowadzała do jeszcze większego zacofania kolonii, dyskryminacji autochtonów. W wyniku dyskusji na arenie międzynarodowej po II wojnie światowej rozpoczął się (powolny) proces dekolonizacji. To by było tyle, w ogromnym skrócie, jeśli chodzi o punkt spojrzenia stricte politologiczny. Do tej pory taki właśnie był mój pogląd na kwestię kolonizacji - czysto historyczny, gołe daty, fakty. Podróż w głąb duszy osoby, która trafia do jednej z kolonii należącej do jego rodzinnego kraju, możemy odbyć dzięki powieści Wojciecha Sceliny "Ostatni lot nad Kongo".

Kongo to państwo położone w środkowej Afryce. Wojciech Scelina opisuje kraj jako nieprzebytą dżunglę, pełną dzikiego zwierza. Dość stereotypowo, jednak opisy przyrody w przypadku "Ostaniego lotu..." mają inne zadanie. Wprowadzają one w klimat opowieści, budują napięcie. 

"Ostatni lot ..." to historia młodego Belga, Nathana, który w poszukiwaniu przygody oraz celem zapomnienia przykrych wydarzeń, wyrusza na przygodę do belgijskiej kolonii, Kongo. Miejsce do którego przybywa znacznie różni się od tego, które opisywał mu jego wuj, który to zaszczepił mu pociąg do przygody. Kongo to miejsce w którym biały człowiek wyzyskuje czarnoskórego i w którym ujawniają się jego najgorsze instynkty. Zniesmaczony takim obrotem sprawy Nathan postanawia udać się w głąb lądu, gdyż wydaje mu się, że tam właśnie spotka prawdziwe, pełne przygód Kongo. 

Powieść tą można właściwie nazwać powiastką filozoficzną. Lwia część historii to wywody Nathana lub jego przyjaciela, rozterki moralne, które nimi targają. Miejsce, w którym się znaleźli stawia przed nimi trudne zadania, niejednokrotnie przerastające ich możliwości - fizyczne i mentalne. Autor zadbał o gawędziarski styl prowadzenia narracji, przeplatany fragmentami dziennika przyjaciela Nathana - Harry'ego. Natłok myśli i mnogość poruszanych wątków z jednej strony oddaje proces "myślenia" u ludzi - nasze przemyślenia niejednokrotnie kłębią się w naszej głowie, a jedną myśl goni kilkanaście innych. Z drugiej strony bardzo obciąża to narrację i sprawia, że trudno jest odnaleźć się w tym gąszczu przemyśleń. Na spory plus zasługuje próba prowadzenia narracji w klimacie powieści XIX wiecznej.

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić i stwierdzić czy polecam tę powieść czy nie. Po opisie spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Niezbyt przepadam za nadmiernym filozofowaniem, a "Ostatni lot ..."o tym właśnie traktuje. Jeśli ktoś lubi taki styl narracji -książka zapewne przypadnie mu do gustu. Nie można odmówić autorowi erudycji, jednak momentami z tyłu czaszki pojawiała mi się nieznośna myśl, iż to bardzo ładne, ale jednak lanie wody. Minusik za błędy ortograficzne. 

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Novae Res 2010, s. 260
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res. Dziękuję!

sobota, 25 grudnia 2010

Ulica Rajskich Dziewic - Barbara Wood




Na fali książek o Wschodzie. Wschód, Orient - temat dla mnie nadal fascynujący, który rozgryzać będę długo długo. A szczególnie temat dla mnie fascynujący bo obrósł taką ilością stereotypów, że aż głowa boli. I ciekawy o tyle, że Egipt, Turcja, Maroko itd. to kraje tłumnie odwiedzane przez turystów z tak zwanego "Zachodu" - jaki wpływ mają turyści na to miejsce, a jakie te miejsca dla nas. Tyle tytułem prywatnego wstępu - do rzeczy.
Pierwsze skojarzenie - "Moda na sukces" lub coś w tym klimacie. Historia klanu Raszidów. Bogatego, dumnego ze swego pochodzenia, powiązanego z królewskim dworem. Bajka. Świat wokół nich wali się, ale oni trwają w swoim bogactwie. Bajka to dobre określenie, bo momentami historia mocno trąci brakiem realizmu. Czyta się świetnie - dobrze przetłumaczona, nie ma rażących błędów merytorycznych. Historia rozpoczyna się u końca II wojny światowej, w 1945 roku. Bohaterami są wszyscy członkowie rodziny - Ibrahim, jego matka Amira, jego angielska żona oraz ich córka - Yasmina.
Dlaczego bajka? Ibrahim swoją angielską żonę "przywozi" z wyprawy po Europie. Żonę po prostu wprowadza do domu i wszyscy entuzjastycznie ją przyjmują. Matka ją błogosławi i tak dalej i tak dalej. Nie orientuję się bardzo dokładnie jak to wygląda w Egipcie, ale znam sytuację z własnego doświadczenia z innego kraju muzułmańskiego - Turcji. Kobiecie, chrześcijance, baaaardzo trudno jest wejść w muzułmańską rodzinę i to rodzinę, którą "zarządza" matka. Na pewno nie odbywa się to tak łatwo i sielankowo jak w "Ulicy ... ".
Wszystko pięknie, ładnie się kończy.
A co do obrazu islamu opisanego w książce. No właśnie opisany stereotypowo - brutalny, krwawy, nieokrzesany. Kobiety odczuwają frustrację z tytułu tego, że są muzułmankami. Czy tak jest w krajach muzułmańskich? No i to jest właśnie postrzeganie Zachodu - kobiety muzułmańskie nie czują tego, są po prostu wychowane w takiej tradycji i z tego tytułu nie czują się gorsze, bo muszą nosić chusty czy kwefy. To nie jest oczywiście tak, że są bezwolne i bezmyślne - to nie jest dla ich realne ograniczenie. Dla kobiety "zachodniej", która wchodzi w taki świat jest to bolesne. Trzeba pamiętać o tym, że dla kobiet muzułmańskich, nasz świat - kobiet bez kwefów jest bardzo brutalny i gorszący.
Czułam się zaskoczona pewnym stwierdzeniem w książce - że każda kobieta muzułmańska musi być obrzezana. Autorkę nieźle tutaj poniosło - właściwie jest to tylko zwyczaj kultywowany w afrykańskim świecie islamu. Nigdzie na wschód od Egiptu nie praktykuje się tego zwyczaju. Kolejny stereotyp.
Podsumowując - moja ocena dotyczy samych wrażeń literackich, odcięłam się od tego czy to co jest w niej opisane jest możliwe, lub czy obraz Egiptu i islamu jest realistyczny. Oceniam same wrażenia czytelnicze - czytało się bardzo dobrze. Jednak merytorycznie, nie polecam książki - mąci w głowie i mało ma wspólnego z prawdziwym islamem. Ale to temat na dłuższy post.
Jeszcze jedna sprawa - osoba, która tworzyła opis na okładkę bardzo pobieżnie przeczytała książkę.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Książnica 2006, s. 424
Biblionetka:4,99/6
Moja ocena:5/6

środa, 29 września 2010

Moja Afryka - Kinga Choszcz




No i nie wiem jak zrelacjonować Wam tę książkę. Afryka to dla mnie kontynent nęcacy i z jednej strony podziwiam Kingę za jej wytrwałość, niesłabnący "lust" do spełniania marzeń, a z drugiej strony jej chaotyczność i naiwna odwaga mnie przerażały. Trudno jest mi oceniać tę książkę, bo cały czas towarzyszyła mi myśl, że Kinga tej wyprawy nie dokończyła. Gdzieś natknęłam się na informację, że afrykańska dziewczynka została ściągnęta do Polski, a następnie odesłana z powrotem do Afryki i się jakoś uprzedziłam. No uprzedziłam się, niestety. To nie to, że książka mi się nie podobała... ona po prostu nie została oszlifowana przez autora przed wydaniem... suche notatki...
Naprawdę nie wiem, co napisać Wam o tej książce. Trudno się ją czytało, ale też mam trudny czas teraz. Afryka to nie mój klimat - najbardziej podobała mi się część o muzułmańskim Maroko. Podziwiam Kingę za odwagę - moje wyprawy są zawsze zachowawcze i staram się przewidzieć wszystko. Kinga wręcz odwrotnie.
Miałam też inny problem - cały czas odnosiłam styl pisania Kingi do książki Wojciecha Cejrowskiego. No i Kinga wypadała przy tym blado. Ale cały czas miałam w głowie myśl, że Kinga nie miała najmniejszego wpływu na ostateczny kształt książki. Smutno mi po tej książce. Smutno mi w ogóle. Przepraszam za chaos myślowy i recenzjowy.

Kategoria: literatura podróżnicza
Wydawnictwo Bernardinum 2008, s. 352
Biblionetka:4,74/6
Moja ocena: 4/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC