Idealny czas wybrałam sobie na odświeżenie "Hobbita". Po pierwsze - dzisiaj przypada rocznica urodzin autora, J.R.R. Tolkiena. Po kolejne - od paru dni mamy okazję oglądać na ekranach kin interpretację/ekranizację Petera Jacksona. No i po ostatnie - fajnie jest wracać po latach do lektur z dzieciństwa i sprawdzić, czy robią na nas nadal takie samo wrażenie.
Powieść raz pierwszy czytałam, kiedy byłam uczennicą szkoły podstawowej - uwierzcie mi, były to czasy bardzo już bliskie hobbitom ;). Powieść została pomyślana jako opowiastka dla młodszych czytelników i dokładnie tak czułam się i ja czytając ją - zarówno za pierwszym razem, jak i odświeżając po latach. "Hobbit" nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, jednak rozbudził zainteresowanie fantastyką. "Władca pierścieni" - to już jedna z moich ulubionych powieści i gdyby nie "Hobbit", pewnie nigdy bym po nią nie sięgnęła. Historia wędrującej drużyny, krasnoludów próbujących odzyskać swoje prawowite królestwo, podróż pełna przygód, potyczek, spotkań z magicznymi stworzeniami. Zawsze byłam fanką baśni, dlatego Śródziemie bardzo przypadło mi do serca.
Odświeżając sobie powieść po długim czasie zauważyłam, że (ogromne niestety!) nie umiem wbić się już w naiwny sposób postrzegania świata, doszukuję się logiki, ciągu przyczynowo-skutkowego. Bardzo niedobrze, bo mimo, że powieść Tolkien od rzeczywistości wbrew pozorom aż tak bardzo oderwana nie jest, to jednak należy oczyścić umysł z "nowoczesnego", a przede wszystkim "dorosłego" postrzegania świata. Jednak baśniowość, mitologia Śródziemia, wprowadzenie w niesamowity świat wyobraźni Tolkiena - to dość oczywiste, ale moim zdaniem największe zalety tej powieści. Imponujące są drobiazgowość i perfekcjonizm z jakim Tolkien zbudował miejsce, w którym osadził akcję swoich powieści. Im więcej czytam o samym autorze, tym większe jest moje zdumienie i podziw dla jego erudycji.
Bagaż oczekiwań wobec ekranizacji Petera Jacksona miałam więc niemały. Niestety, bo byłam ostrzegana przez wielu, aby się absolutnie nie nastawiać. Nastawiłam się - że na kolana padnę, że olśni mnie i pokocham "Hobbita", że stanie się czymś więcej niż sentymentem z dzieciństwa. Tak się niestety nie stało, ale powiedzieć, że "Niezwykła podróż" jest filmem słabym to wierutne kłamstwo.
Nie będę oryginalna - uważałam, że rozbicie krótkiej powieści na trzy filmowe części, z których pierwsza trwa bez mała trzy godziny, to zbrodnia. Nie doceniłam jednak pomysłu reżysera. "Hobbit: Niezwykła podróż" nie jest, wbrew pozorom, ekranizacją, a raczej interpretacją uzupełnioną o wątki mitologiczne, o których mowa w innych powieściach Tolkiena. Być może to dość oczywiste, ale przyznam szczerze - zostałam tym zaskoczona. Pozytywnie. Szkoda jednak, że świetna fabuła została przykryta sporą warstwą efektów specjalnych. Ciekawych, imponujących, ale na mój (dość minimalistyczny w tym względzie) gust - kompletnie zbędnych. Owszem scena walki z goblinami oraz pojedynku kamiennych gigantów robią wrażenie. Jednak w opowieści Tolkiena, do której odwołuje się Jackson, nie były to wątki szczególnie eksponowane. Trzygodzinne bieganie za krasnoludami może naprawdę przyprawić widza o nie lada zmęczenie. A to dopiero początek tej wyprawy ...
O scenerii nie ma co za dużo mówić - cudowna, baśniowa, zapierająca dech w piersiach. Dobór aktorów - absolutnie doskonały. Sama bym pobiegła na koniec Endoru za Richardem Armitage grającym Thorina, króla krasnoludów, a Martin Freeman jako Bilbo Baggins jest tak prawdziwy, że zaczynam podejrzewać za innymi, że tak naprawdę jest hobbitem. Gromada krasnoludów jest kolorowa, rozrywkowa i tolkienowska do cna. Za piosenkami w powieści nie przepadam i omijam łukiem szerokim, w filmie brzmią jednak całkiem przyjemnie, a wykonanie "Over the Misty Mountain Cold" było nawet wzruszające.
Film jest majstersztykiem technicznym, jednak odnoszę wrażenie, że te właśnie aspekty przesłoniły fabułę. Powieściowy "Hobbit" to baśń, w której wygrywa się sprytem i siłą rozumu. U Jacksona trup ściele się gęsto, a doklejone wątki batalistyczne z orkami są zwyczajnie wypełniaczem, który mnie osobiście irytował. Były jednak momenty urocze, jak chociażby wprowadzenie postaci czarodzieja Radagasta Burego. Całość jednak sprawia wrażenie mrocznej, dużo bardziej mrocznej niż powieściowy pierwowzór Tolkiena. I to mnie, osobiście, rozczarowało. Naiwnie oczekiwałam takiej baśni, jaką przeczytałam - niezdarnego hobbita, który przysłowiowym psim swędem wychodzi z każdej opresji i ratuje drużynę krasnoludów. Baśni pragnęłam, a nie sensacyjnej pogoni za grupką krasnoludów przez pół tolkienowskiego świata.
Wniosek jest jeden. Iść na film i zapomnieć o książce, przeczytać książkę nie przywiązując się zbytnio do filmu. To dwa, jednak mocno niezależne twory. Peter Jackson miał prawo do takiej interpretacji, chociaż i tak wiadomo, że każdy kto przeczytał "Hobbita" wyobraził sobie to wszystko o wiele lepiej. Bo po prostu - inaczej. Zachęcam - zarówno do obejrzenia filmu, jak i przeczytania książki.
Kategoria: fantasy
Wydawnictwo AMBER 2011, s. 352.
Moja ocena: 4/6