wtorek, 3 kwietnia 2012

1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią część 4 (70. XX-go wieku)




Po przerwie, wracamy z kolejną częścią zestawienia 1001 książek, które według Petera Boxalla należy przeczytać przed śmiercią. 
Dzisiaj cofamy się w czasie do lat 70. XX-go wieku. 

Pozostałe części zestawienia do obejrzenia TUTAJ.



Lata 70.


















Shikasta – Doris Lessing (brak polskiego wydania)
Zakręt rzeki – V.S. Naipaul (Noir Sur Blanc 2002)
Córka Burgera - Nadine Gordimer (Sonia Draga 2008)
Opiekuńcze oblężenie – Heinrich Böll (Czytelnik 1986)
Jeśli zimową nocą podróżny – Italo Calvino (PIW 1998)
Autostopem przez galaktykę – Douglas Adams (Albatros 2005)
Betonowy ogród – Ian McEwan (Znak 2008)
Świat według Garpa  – John Irving (Prószyński I S-ka 2001)
Życie, instrukcja obsługi. Powieści – Georges Perec (Ha!art 2009)
Morze, morze – Iris Murdoch (PIW 1986)


















Singapurskie kleszcze – J.G. Farrell (Czytelnik 1990)
Yes – Thomas Bernhard (brak polskiego wydania)
Panna w ogrodzie – A.S. Byatt (Prószyński i S-ka 2003)
W sercu kraju – J.M. Coetzee (ZNAK 2004)
The Passion of New Eve – Angela Carter (brak polskiego wydania)
Delta Wenus – Anaïs Nin (Zysk I S-ka 1997)
Lśnienie – Stephen King (Prószyński I S-ka 2007)
Dispatches – Michael Herr (brak polskiego wydania)
Petals of Blood – Ngugi Wa Thiong’o (brak polskiego wydania)
Pieśń Salomonowa – Toni Morrison (Czytelnik 1980)
















Godzina gwiazdy – Clarice Lispector (Wyd. Literackie 1987)
Godzina prawdziwych odczuć/Leworęczna kobieta – Peter Handke (Czytelnik 1980)
Ratner’s Star – Don DeLillo (brak polskiego wydania)
The Public Burning – Robert Coover (brak polskiego wydania)
Wywiad z wampirem – Anne Rice (Rebis 2007)
Żywe wraki – Newton Thornburg (C&T 2009)
Amateurs – Donald Barthelme (brak polskiego wydania)
Wzorce dzieciństwa – Christa Wolf (Czytelnik 1981)
Jesień patriarchy – Gabriel García Márquez (Muza 2008)
W, or the Memory of Childhood – Georges Perec (brak polskiego wydania)

















A Dance to the Music of Time – Anthony Powell (brak polskiego wydania)
Grimus – Salman Rushdie (Rebis 2000)
The Dead Father – Donald Barthelme (brak polskiego wydania)
Los utracony – Imre Kertész (W.A.B. 2002)
Willard and His Bowling Trophies – Richard Brautigan (brak polskiego wydania)
Wieżowiec – J.G. Ballard (Książnica 2006)
Dar Humboldta – Saul Bellow (Czytelnik 2011)
Martwe dzieci – Martin Amis (Rebis 2000)
Korekta – Thomas Bernhard (brak polskiego wydania)
Ragtime – E.L. Doctorow (PIW 1984)
















The Fan Man – William Kotzwinkle (brak polskiego wydania)
Ciemny kraj – J.M. Coetzee (ZNAK 2009)
Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc I do czego może doprowadzić– Heinrich Böll (Kolekcja Gazety Wyborczej – XX wiek – 2004)
Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg – John Le Carré (Amber 2000)
Śniadanie mistrzów – Kurt Vonnegut, Jr. (Zysk i S-ka 2004)
Strach przed lataniem – Erica Jong (Zysk i S-ka 1998)
A Question of Power – Bessie Head (brak polskiego wydania)
Oblężenie Krisznapuru – J.G. Farrell (Czytelnik 1979)
Zamek krzyżujących się losów – Italo Calvino (PIW 2000)
Kraksa– J.G. Ballard (AMBER 1996)
















Konsul honorowy – Graham Greene (Pax 1991)
Tęcza grawitacji – Thomas Pynchon (Prószyński i S-ka 2006)
Czarny książę – Iris Murdoch (Czytelnik 1977)
Sula – Toni Morrison (brak polskiego wydania)
Niewidzialne miasta – Italo Calvino (Collegium Columbinum 2005)
Pierś – Philip Roth (PIW 1989)
Lato – Tove Jansson (Nasza Księgarnia 2007)
G – John Berger (Czytelnik 1987)
Wynurzenie – Margaret Atwood (Zysk I S-ka 2004)
Przełożona w normie. Komedia geriatryczna – B.S. Johnson (Ha!Art 2012)
















W wolnym kraju – V.S. Naipaul (Książka i Wiedza 1974)
Księga Daniela – E.L. Doctorow (Rebis 1999)
Lęk I odraza w Las Vegas – Hunter S. Thompson (Niebieska Studnia 2008)
Portret grupowy z damą – Heinrich Böll (Czytelnik 1993)
The Wild Boys – William Burroughs (brak polskiego wydania)
Przypomnij się, Króliku – John Updike (Plantom Press 1993)
The Sea of Fertility – Yukio Mishima (brak polskiego wydania)
The Driver’s Seat – Muriel Spark (brak polskiego wydania)
Król olch – Michael Tournier  (Wydawnictwo Śląsk 1990)
The Bluest Eye – Toni Morrison (brak polskiego wydania)
Goalie’s Anxiety at the Penalty Kick – Peter Handke (brak polskiego wydania)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Czwarta ręka - John Irving




Wielkim zaskoczeniem to pewnie nie będzie, ale ... uwielbiam Johna Irvinga. Obawiałam się mocno swojego spotkania z "Czwartą ręką" - przyznajmy szczerze - recenzje i oceny na serwisach książkowych nie są zbyt budujące. Okazało się jednak raz kolejny, że (na szczęście) czytelniczo każdy z nas jest inny, a mnie "Czwarta ręka" spodobała się bardzo!

"Czwarta ręka" to historia Patricka Wallingforda, popularnego prezentera wiadomości w ogólnokrajowej, dość szmatławej stacji telewizyjnej. Patricka poznajemy jako młodziaka, który jako reporter zostaje wysłany do Indii, celem przygotowania wyjątkowo idiotycznego reportażu (w tej powieści nie będziemy mieć do czynienia z innymi, Irving brutalnie i bez pardonu szydzi z kanałów informacyjnych). Reporter znajduje się w porze karmienia w pobliżu klatki z lwami i jeden z nich porywa jego mikrofon i ... odgryza lewą dłoń. Wiadomość obiega szybko cały świat, a materiał filmowy dokumentujący wypadek okazuje się być najchętniej kupowaną taśmą wideo. Patrick zupełnie naturalnie staje się obiektem zainteresowania światowej sławy chirurga - Nicholasa Zajaca, który postanawia podjąć się przeszczepu ręki. Potrzebny jest tylko dawca dla Patricka. W tym momencie powieści pojawia się Doris Clausen - młoda kobieta z Green Bay, która oferuje dłoń swojego męża. Problem w tym, że w momencie składania propozycji mąż żyje. Niedługo później ginie on jednak w tajemniczych okolicznościach. W jakże ważnym dla Amerykanów dniu meczu Super Bowl, mąż Doris - Otto, przypadkowo postrzelił sam siebie. Tym samym dłoń Otto trafia do Patricka. Doris stawia jeden warunek - chce mieć prawo do nieograniczonych odwiedzin dłoni. 

Jak to u Irvinga - jazda bez trzymanki. Z motywów dla niego charakterystycznych mamy Nową Anglię oraz niespodziewaną śmierć w trakcie czynności około-seksualnych (tutaj nieświadomych, gdyż Otto wybudza się z erotycznego snu i strzela sam do siebie). Absurdów, równie dla niego charakterystycznych także nie brakuje - już same okoliczności utraty dłoni Patricka wprowadzają nas w ten klimat. Sama postać reportera jest kunsztem pisarza - Patrick oddziałuje na kobiety w wyjątkowy sposób, nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy. Kolejny absurd to motyw "podarowania" dłoni przez Doris - kiedy spotykają się na chwilę przed przeszczepem, dochodzi między nimi do zbliżenia, czego widocznym dowodem jest pojawiający się dziewięć miesięcy później Otto junior. Trwające w czasie ciąży "odwiedziny" ręki i ich późniejsze stosunki to już czysty irvingizm. Swoją drogą czułam się nieco rozczarowana - obstawiałam, że gdzie jak gdzie, ale w przypadku "odwiedzin dłoni" Irving mógł uruchomić swoją niezwykłą wyobraźnię erotyczną. Było, jak na Irvinga, mocno normalnie. 

Zgodzę się z większością opinii, że w przypadku "Czwartej ręki" zasób postaci jest mniejszy niż w innych powieściach. Nie można jednak zarzucić fuszerki - postaci są wyjątkowo dopracowane. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli przyznam się, że moją ulubioną jest postać drugoplanowa - doktora Zajaca. Dziwak, nieco upośledzony społecznie, skrupulatnie i systematycznie budujący relację ze swoim synem (irvingizm - gra w lacrosse, której celem nie są piłki ... a psie odchody, dodatkowego wymiaru dodaje fakt, iż nowofundland doktora był wyjątkowym amatorem fekaliów). Postać Patricka kompletnie realizuje scenariusz przemiany - z lekkoducha, który poznaje dogłębnie (literalnie!) większość kobiet, które spotyka na swojej drodze, zmienia się we wrażliwego mężczyznę gotowego na miłość i ojcostwo. Wątki są kompletne - żaden z nich nie zostaje urwany. Niedosytem jest jednak wykluczenie z akcji zbyt szybko postaci doktora Zajaca. Całościowo jest to zwarta historia - autor wybrał po prostu takie, a nie inne rozwiązania. 

Często u Irvinga pojawiają się również motywy innych książek. Tutaj mamy do czynienia przede wszystkim z klasyką dziecięcą - doktor Zajac czyta swojemu synowi "Stuarta Malutkiego", jak również "Pajęczynę Charlotty", które okazują się być wyjątkowo ważnymi lekturami dla większości bohaterów "Czwartej ręki". Duże znaczenie ma również "Angielski pacjent" M. Ondaatje. Przy okazji tego wątku Irving zwraca uwagę na niezmiernie ważny aspekt: "Znów poczuł się jak idiota. Próbował zgarnąć dla siebie książkę, którą (...) uwielbiała, i film, który (...) wiązał się z bolesnymi wspomnieniami. Ale książki, a czasami filmy, mają bardziej osobisty format - można cenić dane dzieło, nie sposób jednak zadowalająco wyjaśnić, dlaczego je kochamy. Dobre powieści i filmy nie przypominają wiadomości (...) są bowiem czymś więcej niż tylko "towarami". Składa się na nie cała gama naszych własnych nastrojów, towarzyszących lekturze bądź odbiorowi filmu. Dlatego, jak przekonał się, nie można przyswoić sobie cudzego uwielbienia dla filmowego czy literackiego utworu przez proste naśladownictwo." *

John Irving porusza w powieści temat - my, ludzie, często działamy bez sensu i podejmujemy niewłaściwe decyzje. Czasem, o czym pisał już Schlink w "Lektorze" podejmujemy decyzję, których później nie realizujemy. Irving podkreśla również, że najbardziej szkodzimy sami sobie. Mimo tego, że powieść jest nieco nierówna - początkowe rozdziały wciągają dużo bardziej niż późniejsze. Zakończenie nie jest strzałem w nerkę, jak to bywało w poprzednich powieściach Irvinga, które czytałam. Posiada jednak sporą dawkę doskonałego humoru, jest powieścią kompletną i jest irvingowską w pełnym tego słowa znaczeniu. Polecam gorąco!

* J. Irving "Czwarta ręka", Warszawa 2002, s. 308.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Prószyński i S-ka 2002, s. 336.
Biblionetka: 3,93/6
Lubimy czytać: 5,88/10
Moja ocena: 5/6

czwartek, 29 marca 2012

Daj mi! - Irina Dienieżkina




Wiosenne zmęczenio-przemęczenie nie oszczędziło i mojej osoby - 174 stronicową Irinę Dienieżkinę czytałam cztery dni (będąc obiektywną -  wieczory). Nie mam siły na czytanie - wiem, że nie tylko mnie to dopadło, większość blogerów i blogerek narzeka na sił brak, spadki statystyk i inne straszności. Chciałabym czytać jak najwięcej - jednak organizm oraz dodatkowe zobowiązania robią swoje. Koniec jednak narzekania - bierzemy się do pracy.

Książka Iriny Dienieżkiny już z okładki straszy - "Rosyjska Masłowska pisze o "pokoleniu pepsi, MTV i telefonów komórkowych". W porównaniu z dość sugestywną okładką i dość nachalnym nawiązaniu do mojego ukochanego Pielewina - przyznam szczerze odstraszało. Książka widniała jednak od bardzo dawna na liście "do przeczytania", natrafiłam na nią w bibliotece - no to wzięłam, co robić. List nie tworzy się bez przyczyny, prawda? 

Aby nie trzymać Was dłużej w napięciu powiem od razu - książka spodobała mi się. Nawet bardziej niż początkowo przypuszczałam. Wyjaśnijmy sobie od razu pewne mocne nadużycie - z Masłowską to Dienieżkina za dużo wspólnego nie ma. Podobieństwa kończą się na podobnym wieku debiutu literackiego oraz tła społecznego opisywanego w ich powieściach. Masłowska posługuje się językiem absurdu, groteski oraz swoistym bluzgiem inspirowanym subkulturą dresiarzy, marketingowców i innych. Tego, że "Wojna polsko-ruska" nie podbiła mojego serca, nie ukrywałam. Stąd i mój początkowy dystans do Dienieżkinej - jak się okazało niesłuszny. Irina pisze zupełnie inaczej - pisze po prostu. O tym, co boli każdego (!) nastolatka, który czuje się zawieszony pomiędzy byciem dzieciakiem a dorosłością. I miota się w tej międzyprzestrzeni. Irina Dienieżkina w prosty, lecz mocno sugestywny sposób opisuje ból przedzierania się przez samego siebie, rozczarowania swoim nie do końca dorosłym "ja", rozczarowania drugim człowiekiem - rodzicem, nauczycielem, wykładowcą, przyjacielem. 

Dużo w "Daj mi!" agresji, narkotycznych zwidów i alkoholicznych majaków, potu, krwi, łez i spermy *. Pomiędzy tymi, dość trudnymi obrazami, przebija się jedno - pragnienie kochania i bycia kochanym. W tym względzie każdy z nas jest upośledzony - nikt nie jest wolny od tej potrzeby, a żaden z nas nie potrafi okazać tego, co czuje w najodpowiedniejszy i najpełniejszy sposób. Wraz z wiekiem zmieniamy się, przystosowujemy się - nigdy nie kochamy, tak jak za pierwszym razem. I "Daj mi!" pachnie mocno czasem liceum, pierwszymi latami studiów, kiedy nie było ważne JAK i GDZIE spędzamy czas, ale z KIM go spędzamy. I przeważnie działo się to mimo wszystko i wszystkim. Przyznam szczerze - mocno brakuje mi tego w "dorosłym życiu". Czytając kolejne opowiadania odnajdywałam w bohaterach Iriny wiele osób, które znałam kiedyś, również samą siebie. Kto z nas przez to nie przechodził - nikt nie potrafił zrozumieć naszego skomplikowanego, nastoletniego świata, trudno było nam przystosować się do wszystkiego co "dorosłe", "poważne". Objawiało się to buntem, siłowaniem się z normalnością i zwykłością. Tylu walczyło i walczy o bycie "odmiennym". 

Każde z jedenastu opowiadań Dienieżkiny jest nieco inne, i co nie będzie wielkim odkryciem - są one nierówne. Niektóre z nich wręcz trącają turpizmem i narkotycznymi wizjami, jak chociażby "Wasia". Mnie najbardziej przypadło do gustu opowiadanie "Postscriptum" - do przeczytania tutaj. Jest ono w swojej kondensacji tak totalne i mocne, że czułam się, jakbym wypiła wódkę po rosyjsku. W szklance i jednym chaustem. Trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to literatura wybitna, ale na pewno bardziej strawna niż pisarstwo Doroty Masłowskiej. I Irina potrafi przywalić między oczy. Mocno i z zaskoczenia.

Zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego będzie to spotkanie udane. Polecam jednak gorąco - pewnie gdybym przeczytała tę książką 10 lat temu uczucia wobec niej byłyby dużo silniejsze. Zostałam jednak odesłana mentalnie podczas czterech wiosennych wieczorów w świat bycia pokręconym nastolatkiem, poszukiwania akceptacji dla bycia, takim jakim pragnie się być. Czy rosyjska samodestrukcja nastolatków różni się czymkolwiek od polskiej czy jakiejkolwiek innej? Nie wydaje mi się - bez względu na pochodzenie przeżywamy ten czas podobnie. Warto sobie o tym przypomnieć, aby nie zatracić się w swojej dorosłej idealności.


Kategoria: literatura współczesna, opowiadania
Wydawnictwo Świat Książki 2004, s. 176.
Biblionetka: 3,74/6 
Lubimy czytać: 4,69/10
Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 27 marca 2012

Tajemnice kawy - Sara Magdalena Woźny




Kawa, kawa, kawa ... kto z nas nie zaczyna dnia od filiżanki (bądź kubka!) tego aromatycznego napoju. Uważana za jedną używek, niejednego uratowała w czasie sesji, przy natłoku pracy. A niektórzy nie wyobrażają sobie bez niej śniadania. Stała się na tyle ważnym elementem naszej kultury (globalnie), że dla niektórych jest pasją, zawodem, a nawet sposobem na życie. Do takich osób należy zdecydowanie autorka książki "Tajemnice kawy" Sara M. Woźny, która od niemal dziesięciolecia jest, jaka sama o sobie pisze, zaabsorbowana światem kawy. Owocem tego zafascynowania jest właśnie owa książka.

Autorka stara się wprowadzić czytelnika w świat kawy bardzo kompleksowo. I to chyba najlepszy przymiotnik, który opisuję tę książkę. Zostaniemy przeprowadzeni przez proces uprawy kawy - od rodzajów plantacji, poprzez metodę obróbki zbiorów, palenie, pakowanie oraz przechowywanie ziaren. Następnie zostaniemy wprowadzeni w arkana przyrządzania tego napoju - jak mielić, przyrządzać i jak prawidłowo degustować kawę. Nie zabraknie przepisów kawowych - od tych "klasycznych" jak espresso, cappuccino czy macchiato na kurczaku w sosie kawowym skończywszy. Autorka deklaruje, iż interesują ją zależności pomiędzy sposobem odżywiania a zdrowiem, naturalne jest więc, iż nie zabrakło tutaj rozdziału pod tytułem "Kawa a zdrowie". 

Należy podkreślić, iż przygotowanie takiej książki musiało być nie lada wyzwaniem. Podkreślę raz jeszcze - każdy temat został potraktowany kompleksowo i mocno profesjonalnie. I ta profesjonalność, przyznam szczerze, mocno mnie peszyła. Kawoszem jestem raczej umiarkowanym - z niegdysiejszych sześciu kubków kawy ograniczam się teraz do dwóch dziennie. I to jeszcze w mocno nieszlachetnej formie, bo słodzonej i to jeszcze zabielanej mlekiem. Autorka, która zajmuje się światem kawy na pewno nieamatorsko sugeruje rozwiązania mocno profesjonalne, a co za tym niestety idzie dla zwykłego kawosza niemal nieosiągalne. To prawda, że coraz częściej możemy spotkać w kafeteriach baristów, którzy przygotują doskonały napój, ale większość z nas pewnie nie przywiązuje aż tak dużej wagi do jakości napoju, który pijemy.

Mocną stroną książki są zdecydowanie (dla mnie) walory estetyczne i historyczne. Zacznijmy od tych drugich - ujął mnie podrozdział, który traktował o historii kawiarni typu wiedeńskiego i ich karierze w mieście Breslau. Zapragnęłam, aby ktoś odtworzył takie miejsca. Teraz. mamy do czynienia z zupełnie innym klimatem pijania kawy i traktowania czasu z nią spędzanego.  Estetyka książki - na bardzo wysokim poziomie - kredowy papier, zdjęcia, grafiki, wykresy, kalendaria - ogrom pracy, który robi wrażenie.

W tej szczegółowej pracy zabrakło mi jednak dokładniejszego potraktowania tematu kawy po turecku. A temat to niezwykle ciekawy i wart uwagi. Autorka wspomniała, co prawda, że "kawa powinna być czarna jak piekło, mocna jak śmierć i słodka jak miłość" *, ale szkoda, że samej specyfiki tureckiej kahve nie potraktowała bardziej kompleksowo. Warto nadmienić, że dla Turków dużo ważniejszym napojem jest herbata, jednak od XV wieku przez wiele stuleci to właśnie kawa była na pierwszym miejscu. Sprowadzano ją do Anatolii z krajów arabskich - herbata święci triumfy dopiero od połowy XIX wieku. Pomimo sprzeciwu islamskich duchownych, którzy znaleźli w Koranie ustęp świadczący na niekorzyść kawy, w imperium osmańskim kawa była najpopularniejszym napojem, traktowanym jako namiastka zakazanego przez religię alkoholu. To właśnie Turcy sprowadzili kawę do Europy i nauczyli mieszkańców kontynentu sztuki picia tego napoju. Turecka kawa może być bardzo słodka (çok şekerli), półsłodka (orta şekerli) lub bez cukru (sade). Bardzo drobno zmielone ziarna wsypuje się do specjalnego naczynia z wydłużoną rączką (cezve) napełnionego wcześniej wrzątkiem, dodaje się cukier i stawia na ogniu. Po doprowadzeniu do ponownego wrzenia wlewa się bez odcedzania do małych czarek. Prawdziwa kawa po turecku powinna zagotować się trzy razy. Warto pamiętać, aby pić ją w odpowiednim nastroju (keyif) - wtedy szybko przywraca ona siły. Keyif to umiejętność odprężenia się, cieszenia drobiazgami - coś bardzo ważnego i zauważalnego w Turcji. Ciekawostką jest, że w tureckich knajpkach, restauracjach i lokantach (rodzinne knajpko-restauracje z marnym wyglądem i przepysznym jedzeniem) podaje się kawę rozpuszczalną, oznaczoną w menu jako neska, z dodatkiem mleka i cukru - dosłownie zalewa się zwykłą kawę rozpuszczalną (i co ciekawe nie będzie to kawa marki Nescafe, bo ta jest w Turcji bardzo droga) ze słoika wodą, dodaje mleko i cukier w kostkach. W naszych polskich knajpkach - chyba dzisiaj nie do pomyślenia. A Turcy traktują temat mocno luźno i konwenansami raczej się nie przejmują. Inną ciekawostką jest wpływ kawy na słownictwo w Turcji. Słowo określające śniadanie (kahvaltı) oznacza dokładnie "przed kawą", kolor brązowy po turecku to kahverengi co znaczy ni mniej ni więcej "kolor kawy". Określenie "filiżanka" może mieć też turecki rodowód, gdyż w Anatolii nazywa się to naczynie fincan (czyt. findżan). Również w zwyczajach kawa zajmuje ważne miejsce  - podczas zalotów rodzina przyszłego pana młodego odwiedza rodzinę panny młodej, aby poprosić o zgodę i błogosławieństwo małżeństwa. Podczas spotkania, przyszła małżonka musi przygotować i zaserwować turecką kawę gościom. Do kawy swojego oblubieńca zamiast cukru sypie ona sól, aby ocenić jego charakter - jeśli wypije on osoloną kawę bez skrzywienia - oznacza to, że jest on godnym (a przede wszystkim cierpliwym!) kandydatem na męża. Inne źródła (moje własne prywatne) twierdzą, że podanie wszystkim gościom posolonej kawy traktowane jest podobnie jak nasza polska czarna polewka **. 

Ponadto w Turcji narodził się zwyczaj wróżenia z fusów (kahve falı) - po wypiciu kawy (którą należy pić tylko z jednej strony filiżanki) należy filiżankę odwrócić do góry dnem i postawić na spodku, kilkukrotnie obrócić przeciwnie do kierunku wskazówek zegara i pozwolić jej ostygnąć. Podobno położenie monety na filiżance ma zapewnić pozytywne odczytanie losu. Filiżanka jest podzielona na dwie poziome części - kształty w dolnej połowie odpowiadają za przeszłość, w górnej - przyszłość. Prawa strona filiżanki to przeważnie wszystko, co dobre i pozytywne - lewa zwiastuje nieszczęścia, wrogów i choroby. Wróżenie z fusów jest popularne w Turcji, wiele kawiarni zatrudnia profesjonalnych "czytaczy kawy", a i sporym powodzeniem cieszy się amatorskie odczytywanie przyszłości w gronie przyjaciół. ***

Podsumowując - książkę polecam szczególnie kawoszom i osobom pracującym w branży. Za prywatę mocno przepraszam - nie mogłam nie podzielić tureckim aspektem kawowania, to jest silniejsze ode mnie - postaram się prywatę opanować. 

* S. M. Woźny "Tajemnice kawy", Poznań 2011, s. 161.
**, *** akapity oparte na doświadczeniach i wiedzy własnej :)

Kategoria: literatura popularnonaukowa
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011, s. 264.
Biblionetka: 4,5/6
Lubimy czytać: 6,69/10
Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

piątek, 23 marca 2012

Modlitwa za Owena - John Irving




Kursor miga już od dobrych kilkudziesięciu minut. To, że książek Johna Irvinga nie da się streścić, nie jest niczym zaskakującym. To, że trudno mi po tym, co przeczytałam, w parunastu zdaniach oddać ogrom emocji, który mnie opanował, też żadną nowością nie jest. Podobało mi się. Paskudnie! Ale dotarło to do mnie dopiero po ostatnim zdaniu. Bo w trakcie czytania nieco się na historię o Owenie Meanym wkurzałam. 

"Modlitwa za Owena" to historia Owena Meany opowiedziana ustami jego najlepszego przyjaciela Johna Wheelwrighta, która snuta jest dwoma torami - jeden z nich to teraźniejszość, rok 1987. John pracuje jako nauczyciel angielskiego w prywatnej szkole dla dziewcząt w Toronto. Druga część historii opowiadana jest retrospektywnie - od lat 50., kiedy to John i Owen mają po 11 lat, i trwa aż do 8 lipca 1968 roku. Data to znamienna dla powieści - żeby jednak nie psuć zabawy i przyjemności z czytania, nie zdradzę rzecz jasna z czym się wiąże. John i Owen mieszkają w Gravesend, New Hampshire. Już pierwsze zdanie wrzuca nas w klimat emocji, który będzie towarzyszyć przez całą lekturą: "Do końca życia będę pamiętał chłopca o ochrypłym głosie - nie dlatego, że miał taki właśnie głos, ani dlatego, że był najmniejszy w klasie, ani nawet dlatego, że przyczynił się do śmierci mojej matki, ale z tego powodu, iż dzięki niemu wierzę w Boga" *. Ich dzieciństwo i nastoletniość teoretycznie nie wyróżniają się niczym specjalnym. No właśnie - teoretycznie, bo już samo nazwisko autora na okładce gwarantuje surrealizm, patologie i całą feerię dziwności wszelakich.

Sam Irving twierdzi, że "Modlitwa za Owena" to hołd oddany "Blaszanemu bębenkowi" G. Grassa. Głównych bohaterów obu powieści wiele łączy - Owen i Oskar Matzerath są niskiego wzrostu i mają "uszkodzone" głosy. Każdy z nich mógłby pochwalić się nadnaturalnymi umiejętnościami - Oskar postanowił nie rosnąć od trzeciego roku życia, Owen natomiast przewidywał przyszłość, w tym swoją śmierć. Podobieństw jest więcej - wojna jako tło wydarzeń czy niezwykła inteligencja bohaterów. "Blaszany bębenek" czytałam lata temu, świeżo po maturze i pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobił na mnie. Z "Modlitwą ..." będzie podobnie - czytając nieraz musiałam przerwać, bo natłok polityczno-religijnych wynurzeń autora mnie po prostu irytował. Jednak, wiem to doskonale, wiele fragmentów, postaci (w tym Owena) będę długo pamiętać. 

Każda książka Irvinga jest inna, zawiera jednak stałe elementy - tu znowu mamy Nową Anglię i Kanadę. Znowu mamy relację ojcowsko-synowską oraz mimowolne morderstwo. Seks u Irvinga ma w sobie coś przykrego i smutnego. W przypadku "Modlitwy ..." nie mamy zbyt wiele do czynienia z tym tematem - poza narzekaniem narratora, Johna, na bycie prawiczkiem w wieku niemal pięćdziesięciu lat. Tak naprawdę jednak jest to, według mnie, książka o wierze - zarówno w mistycznym i religijnym znaczeniu, jak również tej w przeznaczenie. Owen uważał, że to Bóg kierował jego życiem. Czynności, które wykonywał, słowa, które wypowiadał - wszystko miał swój sens. Gdyby się uprzeć, można by odnaleźć w fabule wiele odniesień do poczuwania się mesjaszem. To wszystko jednak nabiera ogromnego sensu i składa się w jedną całość po przeczytaniu powieści. 

Co mi przeszkadzało? Mocne upolitycznienie - zarówno w kwestii wątku wojny w Wietnamie, jak polityki Reagana. Nie potrafiłam również odnaleźć się w niuansach odłamów kościoła protestanckiego na kontynencie amerykańskim. Morały prawione o religii, wierze, wkładane w usta głównego bohatera raczej średnio do mnie przemawiały. Irving zadaje jednak czytelnikowi bardzo ważne pytania - czy jest i jaka jest różnica pomiędzy religią a wiarą? Czy naszym życiem zawsze rządzi przypadek, czy może istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Tym, co mocno chwyta moje ironiczne serce, jest oczywiście poczucie humoru Johna Irvinga, które moje skromnym zdaniem, jest niebywale wręcz znakomite.

Polecam książkę gorąco. Zarówno tym, którzy nie mieli do czynienia wcześniej z tym pisarzem, a szczególnie tym, którzy do tej pory czytywali tylko powieści o Ameryce pokazywanej z nieco hollywodzkim zacięciem. U Irvinga jest inaczej, jest może nieco prowincjonalniej, ale ... groteskowość takiej Ameryki mocno do mnie przemawia. 

* J. Irving, "Modlitwa za Owena", Warszawa 2003, s. 9.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2003, s. 632.
Biblionetka: 4,91/6
Lubimy czytać: 7,41/10
Moja ocena: 5/6
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC