środa, 2 grudnia 2009

Moje Indie - Jarosław Kret




Ojjj znowu miałam zawieszenie w czytaniu... Czasem dzieje się tak w naszym życiu, że zmartwienia, kłopoty i troski przytłaczają nas w takim stopniu, że sprawy, które kiedyś nas bawiły i podnosiły na duchu - już tego nie robią. Nie miałam ochoty na nic, a już tymbardziej na czytanie. Jednak - wracam do żywych i to już definitywnie. Obiecuję wszem i wobec - teraz znów będę czytać.
Ale do rzeczy. Książka pana Kreta. Pan pogodynka - od tej perspektywy go pojmowałam. I rzeczywiście - nie do końca byłam świadoma jego wykształcenia. Z dużą dozą ironii podeszłam do książki i ... niespodzianka. Primo po pierwsze - brawa dla Świata Książki - książka wydana piękne. Jakość papieru, zdjęć, układ tekstu - brawo, brawo, brawo! Primo po drugie - bardzo przemyślana struktura książki. Jestem indo-laikiem i bałam się, że pan Jarek przytłoczy mnie mnogością określeń indyjskich, i te wszyskie -putry i -lakhmy w głowie się mnie zmiksują. Otóż nie - bardzo przemyślana struktura książki, wszystkie informacje pięknie z siebie wynikają.
No a teraz treść sama - w bardzo ciekawy, ludzki sposób napisana historia o swoim zakątku na ziemi. Czyta się przemiło, czułam te wszystkie zapachy, widziałam te krajobrazy. Czułam się lepiej, fajniej... Piękne fotografie, doskonale uzupełniające treść (z fotkami czuję pewien niedosyt - więcej!więcej!). Interesujące historie - zarówno migawki z życia zwykłych Indusów, migawki z historii Indii, migawki z historii polsko-indyjskiej ( a i takie, o dziwo, są), okraszone próbami przybliżenia czytelnikowi mitologii indyjskiej. Te wszystkie elementy tworzą interesujący obraz Indii. Cóż mogę powiedzieć - podoba mi się styl pisania pana Kreta, taki kumpelsko-gawędziarski, bez zbędnego puszenia sią. Dużo autoironii. Polecam, gorąco polecam!

Kategoria: literatura podróżnicza
Wydawnictwo Świat Książki 2009, s. 296
Biblionetka: 5,17/6
Moja ocena: 5,5/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

sobota, 14 listopada 2009

Żar - Sándor Márai




Kolejne spotkanie z literaturą węgierską. Kolejny raz czuję, że coś mnie omijało... "Żar" jest książeczką - cieniutką, nieopasłą. I to nie jest zarzut. Lubię księgi opasłe - to daje złudzenie, że to, co przeczytasz wiele Ci da. Wiele treści ukaże Ci się po lekturze tłustego tomiska. Dlatego zawsze z dużą dozą wątpliwości traktowałam książeczki. I z takim nastawieniem zaczęłam czytać "Żar". Z Sándorem Márai spotykałam się już na półkach w księgarni - przyuważyłam kiedyś "Pierwszą miłość". To dopiero mini-książeczka - format notatnika, i też stron mało. Kiedy upolowałam "Żar" w bibliotece, pomyślałam, że zmierzę się z moimi stereotypami. I co? Oczywiście - zostałam pozytywnie rozczarowana.
"Żar" czyta się leniwie, powoli. Dokładnie tak, jak przebiega monolog głównego bohatera - Henryka. Opowiada on historię - o sobie, swoim przyjacielu - Konradzie i swojej żonie - Krystynie. Historię trójkąta. Tego w znaczeniu dosłownym i w znaczeniu metafizycznym. Historia trudna. Pełna goryczy, żalu, ale im dalej w treść - tym więcej nie tyle zrozumienia i akceptacji, co rezygnacji. Padają tutaj piękne słowa o miłości i przyjaźni. Ich piękno nie polega na tym, że są ubarwione, czy podrasowane. Nie są specjalnie odkrywcze. Ich piękno polega właśnie na surowości. Cała historia jest bardzo surowa. Język oszczędny. Ale wszystko się tli i tytułowo żarzy. Jestem pod wrażeniem tych słów, tej historii. Myślę, że należy głębiej wejść w węgierską literaturę - piękne historie w sobie kryje.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Czytelnik 2008, s. 168
Biblionetka: 4,90/6
Moja ocena: 5/6

sobota, 7 listopada 2009

7 kolorów tęczy - Monika Sawicka




Uprzedziłam się do tej książki. Zobaczyłam w prologu Paulo Coelho i poczułam się niedobrze. Mam alergię na Pana Aforyzma. I już. Zaczęłam czytać i ... zdębiałam.
Uprzedzam na samym początku, iż moja opinia będzie skrajnie subiektywna. Czasem jest tak, że coś trafia w nasze ręce w odpowiednim czasie i jest znakiem, drogowskazem, przepowiednią? Poczułam się strasznie dziwnie czytając tę książkę. Poczułam się jakby ktoś niedawno podejrzał moje życie i je spisał, wydał i przesłał mi. Prosząc o recenzję, o ironio!
Nie będę zdradzać szczegółów - co dotyczy, a co nie. Strzał był konkretny. Autorka bardzo mi pomogła... zrecenzować samą siebie. Za co jej w tym miejscu dziekuję.
Książka dzieli się na dwie części: książkę właściwą oraz bonus. Książka właściwa składa się na historię dwóch kobiet - które zyskują i tracą na przemian. Miłość przychodzi i odchodzi. Powraca, cofa się, po czym ucieka.  Na bonus składają się nagrodzone przez kapitułę konkursową prace.
Jak się czyta? Ja czytałam z rosnącym niepokojem... jak skończy się moja historia? Bałam się ciągu dalszego, bo niepokojąco pokrywał się on z tym co działo się w moim życiu. Ale mimo niepokoju - czyta się dobrze. Momentami drażni straszliwie metoda "kopiuj&wklej". Odpuściłam sobie czytanie listów króla Sobieskiego do Marysieńki - być może są istotne dla fabuły, ale język Janka+masakryczna czcionka, jaką były te listy przedrukowane - spasowałam. Interesujący jest podział książki na części - kolory... Jaka ja jestem? Czuję się fioletowo-zielona od pewnego czasu.... i dobrze mi z tym.
Książka prezentuje znielubiony przeze mnie mentorsko-entuzjastyczny styl P. Coelho. I pewnie bym jej nie chwyciła do ręki. ALE trafiła do mnie w odpowiednim momencie i pewne prawdy dzięki temu sobie przyswoiłam. Stąd moja ocena. I tak sobie po cichu myślę, że skoro pomogła mi przebrnąć, przez pewne trudności życiowe, pewne sprawy w głowie pozwoliła ułożyć, to autorka może sobie kupić dobre winko i wypić za zdrowie. Swoje i moje. Nie zmienia to jednak mojego nastawienia do literatury coelhistycznej, którą omijać szerokim łukiem będę. Książkę polecam tym, co na zakręcie życiowym i zwątpili w sens swoich niedorzecznych działań. Słuchać serca, iść naprzód - będzie dobrze. Za prywatę przepraszam.


Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Magia Słów 2009, s. 464
Biblionetka 4,83/6
Moja ocena: 5,5/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Magia Słów.

poniedziałek, 26 października 2009

Księga ojców - Miklós Vámos




To moje drugie, po "Chłopcach z Placu Broni", spotkanie z literaturą węgierską. Kraju nie znam, historię pobieżnie, do książki zabrałam się ochoczo. Struktura powieści została przemyślana wręcz drobiazgowo. Czyta się przeprzyjemnie, z rosnącą ochotą na kolejny rozdział. Autor zastosował bardzo interesujący zabieg - ja spotkałam się z czymś takim raz pierwszy. Poprowadził sagę rodzinną śledząc losy mężczyzn - pierworodnych z rodu. Przeważnie historie rodzinne są ubarwiane przez postaci kobiet - matek, żon. W "Księdze ojców" kobiety są postaciami ważnymi, ale jednak są tylko tłem. Powieść jest osadzona w mniej lub bardziej ważnych dla Węgier momentach w historii. Styl narracji skądś jest mi znany, nie umiem jednak przypomnieć sobie skąd.
Podsumowując - książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że wydawnictwo Albatros przetłumaczy kolejne utwory pana Vamosa. Polecam!

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Albatros 2008, s. 416
Biblionetka: 4,33/6
Moja ocena: 5/6

sobota, 10 października 2009

Gone - zniknęli. Faza pierwsza: Niepokój - Michael Grant




Witam wszystkich po długiej przerwie spowodowanej moim urlopowaniem się. Już turecki piasek ze mnie opadł, opalenizna zeszła. Czas wrócić do normalnego życia. Na urlopie, mimo ambitnych planów, nie przeczytałam nic. I odpoczynek od czytania jest nam czasem potrzebny. Ale teraz czas na powrót do normalnego życia, a więc i czytania. Zaczynamy!

I jakie wrażenia? Coś jakby znane ... może z jakiegoś filmu... a może nie pamiętam skąd. Do końca miałam wrażenie, że znam. Niestety przypomnieć sobie nie umiem...
Historia kilkorga nastolatków, z których świata, pewnego dnia znikają wszyscy dorośli. Dorośli - to osoby, które ukończyły 15 rok życia. Świat bez dorosłych wcale nie jest taki fajny i beztroski, wręcz przeciwnie. Sami muszą zatroszczyć się o jedzenie, młodszych, o zwierzaki. Ponieważ w grupie potrzebny jest lider, a książce bohater główny - pojawia się na horyzoncie Sam. Ponieważ główny bohater wroga mieć musi, z sąsiedniej wioski przybywa Caine. Caine postanawia podporządkować sobie wszystkie dzieciaki z Perdido Beach. Okazuje się, że ich świat otoczony jest tajemniczą substancją, która nie pozwala przeniknąć ani wewnątrz, ani na zewnątrz niej. Punktem kulminacyjnym historii jest dzień 15 urodzin - Sam i Caine obchodzą go tego samego dnia...
Książkę czyta się bardzo sprawnie. Nie znalazłam informacji, kto jest tłumaczem, ale dobra robota. O ile w przypadku, kultowego już "Zmierzchu", przy pierwszej części drażniły ogromnie niedoróbki tłumacza, trzeba przyznać, że przy "Gone", ten nie nawalił.
Sama historia, bardzo sc-fi, a to zupełnie nie moja bajka, interesująca, acz troszkę naiwna. Drażniła mnie ogromna ilość dialogów, bohaterowie sprawiają wrażenie, jakby cały czas mówili, a nie działali. Jednak targetem dla tej pozycji są właśnie 14-15 latkowie i myślę, że im nie będzie przeszkadzać nadmierna gadatliwość bohaterów. Cieszy mnie bardzo, że literatura młodzieżowa robi się coraz popularniejsza w Polsce. Zaczęło się od Pottera i "Zmierzchu", czas na historię dla bardziej hardcorowych dzieciaków. Bo w "Gone" dzieci chwytają za broń i starają się bronić swojego świata w bardziej drastyczny sposób.
Ogólne wrażenie, dobre. Książkę polecam, gdyż pierwszy raz miałam do czynienia z tego typu literaturą. Nie zawiodłam się. Kontynuacja już w 2010 roku. Chętnie po nią sięgnę.

Kategoria: sci-fi
Wydawnictwo Jaguar 2009, s. 528
Biblionetka: 4,88/6
Moja ocena: 4+/6

Książka przeczytana dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC