poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Motyl - Lisa Genova




Choroba Alzheimera to jedna z tych, które przerażają mnie w najwyższym stopniu. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji w której nie poznaję osób, które kocham, nie pamiętam jak się ubrać, czym jest przedmiot, który przede mną leży. Czuję się osobą aktywną umysłowo - i w dużej mierze to jak myślę sprawia, że jestem kim jestem. Podobnie było z główną bohaterką powieści "Motyl".

Alice Howland to kobieta, która zdecydowanie za największy swój atut uważa mózg. Jest aktywna, niezależna, inteligentna. Kończy 50 lat, jest szanowanym wykładowcą, specjalistką od lingwistyki na jednym z bardziej prestiżowym uniwersytetów w USA. Problemy z koncentracją i pamięcią początkowo przypisuje menopauzie. Częstotliwość z jaką się jej przydarzały zaniepokoiła ją. Diagnoza jest jednoznaczna - choroba Alzheimera. Potwierdzają ją dodatkowo badania genetyczne. Niemalże z dnia na dzień jest zmuszona zrezygnować z kariery naukowca, odsunąć się od wszystkiego, co wcześniej stanowiło kwintesencję jej życia.

"Motyl" to choroba widziana oczami samej chorej. Rozdziały pomyślane zostały jako kolejne miesiące. Codzienne sytuacje, którym ulega Alice przeplatają się z obrazami wytworzonymi w jej mózgu. Język Lisy Genovy jest emocjonalny, sugestywny. Nie sposób nie utożsamiać się z Alice, nie przeżywać jej lęków, obaw i radości. Spore wrażenie robi sposób w jaki autorka ukazała postęp choroby. Kolejne "kamienie milowe" wgryzają się w wyobraźnię tak mocno, że momentami nie sposób czytać dalej - trzeba, choć na chwilę odłożyć książkę na bok, aby ochłonąć.

Główna bohaterka w pewnym fragmencie powieści stwierdza, że jeśli postawiono by ją przed wyborem rak czy Alzheimer bez wahania wybrałaby to pierwsze. Mogłaby walczyć, poddać się chemioterapii. W pracy, wśród znajomych postrzegano by ją jako osobę silną, niepoddającą się przeciwnościom losu. W przypadku Alzheimera nie ma możliwości aktywnej walki, jedyne wyjście to poddanie się i czekania na to, co przyjdzie za tydzień, miesiąc. I walczenie ze stereotypem osoby obłąkanej, szalonej, niezrównoważonej. To mocne stwierdzenie. Takich nie brakuje w "Motylu".

Imponuje przygotowanie, doświadczenie i wiedza, jakimi dysponuje Lisa Genova. Jest ona z wykształcenia neurobiologiem, w swojej rodzinie zetknęła się z chorobą Alzheimera - znała temat od podszewki. Jednak wiedza to jedno, a umiejętność dobrego jej przekazania to osobna kwestia. Książkę czyta się jednym tchem. Mimo trudnej tematyki, mocnych, przeładowanych emocjami obrazów - nie sposób oderwać się od niej na dłużej. 

Filmów czy książek poruszających tę tematykę niestety brakuje. Oprócz fachowych broszur, które stają się przewodnikami dla rodzin, opiekunów, jak i samych chorych, brakuje historii, które przemawiały obrazem. Wyjątkowe w "Motylu" jest to, że historia opowiedziana jest z perspektywy osoby chorej, a nie jej opiekuna. Sama autorka porusza tę kwestię w powieści - kiedy Alice szuka grupy wsparcia dla samej siebie natrafia na mur. Owszem, istnieją grupy wsparcia, jednak tylko dla opiekunów. Wraz z osobami, które tak jak ona, są dotknięte chorobą we wczesnym stadium, tworzy taką grupę.

"Motyla" polecam szczególnie. Po pierwsze dlatego, że to kawał bardzo dobrej literatury. Zmuszającej do myślenia, zastanowienia się, spojrzenia dookoła siebie. Po drugie dlatego, że dotyka problemu choroby, która może dotknąć każdego z nas. I to nie tylko w wieku podeszłym, ale również, jak miało to miejsce z bohaterką książki, w wieku, w którym ostatnią myślą jest ta o chorobie. Autorka podjęła się trudnego zadania - granica pomiędzy tanim dramatyzmem a prawdą była niezwykle cienka. Wyszła z tego zadania obronną ręką. Książka wzrusza, otwiera oczy na problem. Po prostu trzeba ją przeczytać.

kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Papierowy Księżyc 2011, s. 368
Biblionetka: 4,70/6
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc oraz portalu Lubimy czytać.pl. Dziękuję!

niedziela, 14 sierpnia 2011

Dobranoc, panie Lenin! - Tiziano Terzani




O Tiziano Terzanim usłyszałam całkiem niedawno. Rzecz jasna w kontekście porównań z Ryszardem Kapuścińskim. RK uwielbiam - postanowiłam spróbować z brodatym Włochem. Jako, że tematyka "Dobranoc, panie Lenin!" również oscyluje wokół moich prywatnych zainteresowań - ZSRR, moment upadku komunizmu pokazany od środka. Powiem szczerze - książkę potraktowałam jako przesmakowity kąsek i troszkę świadomie odsuwałam moment jej przeczytania - lubię czekać na to, co sprawia przyjemność. Jak najdłużej się da. Książkę przeczytałam. I co? I oficjalnie stwierdzam - Tiziano Terzani jest fenomenalnym reporterem. 

"Dobranoc ..." to dziennik prowadzony przez Terzaniego w momencie jego podróży po Azji Środkowej - rozpoczyna on swoją wędrówkę 16 sierpnia 1991 roku w Chabarowsku i przez następny miesiąc przemierza kolejno chińsko-radziecką granicę, Syberię, Kazachstan, Kirgizję, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenię, Azerbejdżan, Gruzję oraz Armenię, aby podróż swą zakończyć w Moskwie, w Mauzoleum Lenina. Terzani opisuję swoją wyprawę dzień po dniu. Jego pióro jest lekkie, skrzy się od dobrego gatunkowo poczucia humoru przyprawionego ironią. Skupia się na ludziach i historii miejsc w których dane mu było przebywać. Wnioski, które wysnuwa są trafne. Być może fakt pochodzenia pozwalał mu spojrzeć na komunistyczny, upadający światek.

Terzani wielokrotnie opisuje absurdy życia codziennego w ZSRR. Groteskowe rozmieszczenie fabryk produkujących artykuły pierwszej potrzeby, który przestaje działać w momencie ogłaszania niepodległości przez kolejne republiki Związku Radzieckiego. W Gruzji brakuje żarówek, gdyż były one produkowane w Armenii, z kolei Armenia nie ma dostępu do ropy naftowej, która znajduje się w sąsiednim Azerbejdżanie, ale z przyczyn politycznych nie może jej zakupić. Na terenie całego byłego ZSRR brakuje prozaicznej rzeczy, jaką jest mydło do golenia. 

Autor zwraca uwagę na kontrast jaki maluje się pomiędzy zwykłymi obywatelami a tymi przedstawionymi na pomnikach, których nie brakuje w każdym mieście. Przodownicy pracy, prężni młodzieńcy to osoby uśmiechnięte, szczęśliwe, pełne energii, spoglądające z cokołów czy też płaskorzeźb na budynkach. Pod cokołami można było zauważyć twarze smutne, zaniedbane, pełne narastającej rezygnacji. Codzienność komunizmu to zdaniem Terzaniego oczekiwanie: na autobus, na otwarcie sklepów, na dostawę towaru. Oczekiwanie mieszkańcy mają we krwi i wykazują się w tym wyjątkową cierpliwością. Terzani zwraca też uwagę na sztuczność i brutalność procesu wcielania w ZSRR terenów takich jak Uzbekistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. Dotknął też problemu rodzących się radykalizmów na tle islamskich w republikach Azji Środkowej. 

Terzaniego wydarzenia zmieniające historię spotykają podczas rejsu po rzece Amur - granicznej pomiędzy ZSRR a ChRL. Przemierzając kolejne republiki dochodzi on do wniosku, że rewolucja na "prowincji" to przede wszystkim burzenie pomników - głównie Lenina oraz lokalnych przywódców komunistycznych. Poza tym nic się nie zmienia - partia komunistyczna zmienia swoją nazwę, ale członkowie pozostają ci sami. Co najwyżej zamykano muzea, gdyż należało je "zreorganizować". "Przez całe lata przekazywaliśmy same kłamstwa i niełatwo jest zacząć opowiadać prawdę. Potrzebujemy czasu, żeby się do tego przyzwyczaić."*

Książka pisana jest fenomenalnym językiem - kolejne rozdziały czyta się jednym tchem. Dobry warsztat reporterski to jedno. Drugie to mnóstwo ciekawostek historycznych zgrabnie wplecionych w tekst. Znajdziecie tutaj legendę o czadorze, historię starożytnych perskich miast. Historie kolejnych narodów podane w bardzo lekki, ale nie uproszczony sposób. Postaci, które Terzani spotyka na swojej drodze są wyjątkowo dobrymi komentatorami wydarzeń, którym przyszło im świadkować. Niech za dowód wyjątkowego kunsztu dziennikarskiego posłuży niniejszy przykład - Terzani opowiada o rzezi Ormian na dwóch stronach. Czytałam o tym sporo, ale nikt nie ujął sedna tematu w tak zwięzły, sugestywny i emocjonalny sposób. Zainteresowanych odsyłam do lektury.

Kto dobrnął do tego miejsca wie, że lekturę zdecydowanie polecam. Lubię literaturę reporterską, ale zdarzają się lepsi i gorsi przedstawiciele tego gatunku. Terzani jest mistrzem. Zacieram ręce na fakt, że sporo jego książek można już przeczytać po polsku. Polecam każdemu zainteresowanemu tematyką ZSRR. Kogo interesuje islam w zupełnie niearabskim wydaniu - po "Dobranoc..." marsz! Kogo interesuje historia tych terenów - jak wyżej. Świetny język, interesujące historie, worek ciekawostek historycznych, a wszystko na najwyższym poziomie. Zdecydowanie i wręcz nachalnie polecam!


* T. Terzani, "Dobranoc, panie Lenin!", Poznań 2011, s. 260. 

kategoria: literatura faktu - zbiór reportaży
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011, s. 576
Biblionetka: 5,5/6
Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka. Dziękuję!

czwartek, 11 sierpnia 2011

Chata za wsią - Józef Ignacy Kraszewski




Józef Ignacy Kraszewski - człowiek-instytucja w historii polskiej literatury. Autor ponad 600 tomów. I teraz wstydliwe wyznanie - "Chata za wsią" to moje pierwsze, sukcesem zakończone spotkanie z JIK. Moje poprzednie podejścia (do "Starej baśni") kończyły się w okolicach setnej strony i poddawałam się. Zdopingowana pozytywnymi opiniami blogowiczów na temat jego twórczości, jak również nieznośnie nęcona wszechobecnością jego powieści - podjęłam wyzwanie. I nie bolało - jak to zwykle w moim przypadku bywa - uprzedzenia zostały odegnane.

"Chata za wsią" to historia małżeństwa Cygana Tumrego i córki chłopa - Motruny. Historia niezwykle tragiczna, gdyż związek został obłożony klątwą ojca. I to klątwą wyjątkowo skuteczną, gdyż losy ich były wyjątkowo smutne i fatalne. W fabułę (tradycyjnie już) wgłębiać się nie zamierzam - znaczna część historii została streszczona w okładkowym opisie. Postaram się jednak dodatkowo zachęcić do zbliżenia z klasyką.

Dlaczego po "Chatę za wsią" sięgnąć warto? Chociażby dla barwnej plejady bohaterów. Pomijając główną parę - Tumrego i Motruny ciekawym przypadkiem jest postać ojca chłopki - Lepiuka. Mimo tego, że sam był pochodzenia romskiego nie zgadzał się na zamążpójście córki. Zacietrzewienie doprowadziło go do śmierci, a groźba/prośba (w zależności od punktu siedzenia) wyrażona przed zejściem z tego świata spełniła się co do joty. Barwną postacią - femme fatale tej powieści - jest Aza - Cyganka pochodząca z tego samego taboru co Tumry. Postać tragiczna z wielu względów i jakby stworzona do wypracowań szkolnych (nie rozumiem dlaczego "Chata za wsią" nie jest w kanonie dla liceów...). Wodziła ona za nos okolicznego dziedzica - Adama, mężczyznę słabego zdrowia i niewiele mocniejszej woli. Kusiła również przywódcę swojego taboru - Aprasza. Do zguby doprowadziła i samego Tumrego. Postać wielowymiarowa, ciekawa. 

"Chata za wsią" to nie tylko bohaterowie, ale również opis wsi podolskiej. Biednej wsi. Zapomnijcie o podkoloryzowanym, obrazkowym wizerunku chłopstwa. J.I. Kraszewski opisał biedę materialną - obraz chatki Tumrego za wsią i nędzy spoglądającej z każdego kąta. Powieściopisarz doskonale scharakteryzował również biedę mentalną - Lepiuk, mimo swojego romskiego pochodzenia, zabrania córce małżeństwa z Cyganem. Kiedy ona jednak decyduje się na ten krok, dosięga ją przekleństwo ojca i mimo "błogosławieństwa" dziedzica, cała wieś - łącznie z jej braćmi odwraca się od niej. Zawziętość tak wielka, że można pokusić się o nazwanie tego zjawiska terminem "wykluczenia społecznego". Autor jest tak konsekwentny w naturalistycznym opisie, że dopiero kolejne pokolenie - córka Tumrego i Motruny, Marysia może liczyć na poprawę losu.

Ciekawie opisuje Kraszewski stosunki pomiędzy Romami a chłopstwem. Mimo upływu niemal dwustu lat niewiele się w tej kwestii zmieniło. Temat w literaturze trudny, ale wart zbadania. Autor zgrabnie wplata słownictwo romskie w tekst, co nadaje kolorytu i wprowadza w klimat powieści. Początkowo trudno jest się przebić przez gwarę chłopstwa z Podola z połowy XIX wieku, co utrudniają dodatkowe opisy przyrody i okolicy. Jednak przy odrobinie dobrej woli bardzo łatwo jest wbić się w powieść, gdyż historia sama w sobie jest niezwykle ciekawa. A i daje do myślenia...

Polecam przede wszystkim ze względu na uniwersalność. Minęło sporo lat, wydarzenia opisane były być może inspirowane autentyczną historią, ale nic nie straciły na aktualności. Zarówno jeśli weźmiemy pod lupę Romów, jak i jakąkolwiek inną mniejszość etniczną. Nadal staramy się być jak najbardziej hermetyczni w swoich grupach społecznych i niechętnie akceptujemy inność pod swoim dachem. Kraszewski zgrabnie wplata prawdy życiowe w tekst, co dodatkowo nadaje wartości powieści. Dorzućcie do tego barwne postaci, żywy język i powstaje wyjątkowa powieść, która przełamała mój stereotyp Kraszewskiego jako nudziarza. Historia może i bajką trąca, bo zakończenie jak na bajkę przystało być musi dobre, ale niesie w sobie przekaz o tym jak niszczycielska może być siła uczucia, jak zatwardziali mogą być ludzie w gniewie. 

Kategoria: klasyka literatury polskiej
Wydawnictwo MG 2010, s. 348
Biblionetka: 4,58/6
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG oraz portalu Sztukater.pl. Dziękuję!

Niedziela nad Sekwaną - Susan Vreeland




Czy zastanawiało Was kiedykolwiek jak powstaje obraz? Co stanowi natchnienie dla artysty? Jak to, co zamierza przedstawić na płótnie układa się w jego głowie? Jako historyczka sztuki * wiem, że w sztuce nie ma miejsca na przypadek. Każdy przedmiot i osoba mają swoje miejsce, każde ułożenie dłoni, ciała, przedmiotu etc. tworzy odpowiednią linię. Nie tylko temat, osoby czy przedmioty stanowią o wartości dzieła. Znacząca jest również kompozycja. A o tym, że nie jest to takie proste opowiada "Niedziela nad Sekwaną".


Mówiąc o impresjonizmie myślimy od razu o Monecie i jego "Wschodzie słońca". Impresjonizm to uchwycenie ulotnej chwili, takiej która trwa przez mgnienie oka i jest niemal mirażem, bo za chwilę już tego obrazu nie ma. Jest subtelny, subiektywny. Jednym z przedstawicieli tego nurtu w malarstwie był August Renoir. Jednym z jego najbardziej znanych dzieł jest "Śniadanie wioślarzy namalowane na przełomie 1880/1881 roku.


Obraz przedstawia grupę przyjaciół podczas śniadania na terenie restauracji w podparyskiej restauracji "Fournaise" położonej nieopodal mostu w Chatou przy wyspie na Sekwanie. Miejsce to było ówcześnie popularne w środowisku artystycznym, aktorskim i intelektualnym. 


Autorka w ciekawy sposób przedstawiła proces tworzenia obrazu przez A. Renoir. Płótno tworzone spontanicznie to trudne zadanie dla malarza - każdy obraz wymaga wstępnych szkiców, aby dobrze oddać kompozycję. Renoir podjął się zadania niebywale trudnego - postanowił malować "na czysto". Jak opisuje Susan Vreeland niejednokrotnie zmuszony był dokonywać poprawek - zmieniać położenie postaci, odległość między nimi. Starała się przedstawić jak największą liczbę postaci na jednym obrazie. Od dawien dawna krąży przesąd, że kiedy wokół jednego stołu zbierze się 13 osób nie wróży to niczego dobrego. A w przypadku tego płótna nieznośnie tyle to właśnie postaci zbierało się co niedzielę do pozowania. A był to tylko jeden z problemów Renoir.


"Niedziela ..." to dobry portret paryskiego społeczeństwa mieszczańskiego końca XIX w. Mamy tu malarzy, aktorki, szwaczkę, bogatych mieszczan - pełen przekrój. Moim zdaniem do najlepszych fragmentów powieści należą te, które opisują nocne życie ówczesnego Paryża - jak chociażby brawurowa historia zdobycia funduszy na obraz Renoir przez jego przyjaciółkę Angele czy też barwne opisy kabaretów u podnóża Montmartre.


Jest i w "Niedzieli ..." to, co Tygrysy lubią najbardziej, a mianowicie opisy kulinarne - smakowite śniadania przygotowywane przez rodzinę Fournaise w ich restauracji na tarasie której Renoir malował "Śniadanie wioślarzy". Zgrabnie wplecione ciekawostki historyczne, fakty z życia malarza, realistyczne opisy bohemy artystycznej - to zdecydowane i niezaprzeczalne zalety tej powieści. Dodatkowo w klimat wprowadzają nas liczne wtrącenie francuskich słówek świadomie nieprzełożonych przez tłumaczkę.


Powieść może nie spodobać się każdemu - jest specyficzna w taki sam sposób, w jaki specyficzne jest malarstwo impresjonistów. Akcja nie płynie wartko, nie ma tu zwrotów, upadków ni brawury - jest ona taka jak proces malowania obrazu - spokojna, płynąca wolno. "Niedziela nad Sekwaną" to kilka tygodni wyciętych z życiorysu Renoir, które to ukazują go w momencie tworzenia jednego ze swoich bardziej znanych dzieł. I powieść ta to impresja, rzut oka na jego życie. 





Kategoria: literatura współczesna zagraniczna

Wydawnictwo Bukowy Las 2011, s. 584



Moja ocena: 4/6


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las. 

Ahatanhel - Natalka Śniadanko




Kiedy zaczynam czytać książkę napisaną przez kogoś z postsowieckich obszarów niemal zawsze zacieram łapencje. Tak się jakoś przyjemnie składa, że co chwycę - to w mój absurdalny gust trafia i się podoba. Bardzo, ale to bardzo rozumiem klimat socjologiczny "komuny" i czuję go całą sobą. Czy Natalka Śniadanko zrobiła mi krzywdę i rozczarowała oczekiwania? Po trzykroć nie!

"Ahantanhel" to historia rozgrywająca się w Tygrysowicach. Mieście, które aspiruje do miana kulturalnego centrum Ukrainy. Stolicy wszechprowincji. A czymże jest owa prowincja w naszym rozumieniu? Idąc za Ciocią Wiki - obszar zamieszkany z dala od stolicy regionu, a sam termin prowincjonalizmu stosowany jest lekceważąco jako podkreślenie zacofania cywilizacyjnego i kulturalnego danego regionu. I Tygrysowice w ujęciu N. Śniadanko są zupełnym zaprzeczeniem tej definicji. Tu się trendy dyktuje - nic to, że mieścina niewielka, lecz opiniodajne czasopisma posiada. I w takim to periodyku - "KOL-2" pracuje główna bohaterka - Lichosława Galiczanko. 

Pierwszym moim skojarzeniem - po pobieżnym zapoznaniu się z opisem na okładce, zdjęciem autorki i notą biograficzną było przypięcie jej łatki "ukraińskiej" Masłowskiej. Nic bardziej mylnego - owszem może i składniki są podobne, ale historia moim zdaniem dużo zgrabniejsza, bardziej strawna i dająca większą satysfakcję.

W fabułę wdawać się nie zamierzam - ni to kryminał, ni to obyczajówka. Raczej esej, który pod przykrywką absurdalnej historii doprawionej ironicznym językiem wyśmiewa współczesnych mieszkańców Ukrainy Zachodniej. "Ahatanhel" jest jednak bardziej uniwersalny w swoim zasięgu geograficznym - historię równie dobrze można by umiejscowić w Polsce i w każdym innym zakątku świata. Bo Tygrysowice nie są chyba niechlubnym wyjątkiem, gdzie wszystko ma swoją cenę, prawda?

Szczególnie pozytywne wrażenie zrobiły na mnie opisy pracy w gazecie "KOL-2". Już samo wprowadzenie w klimat -  rys ideologiczny dziennika, geneza tytułu to wyjątkowo smakowite opisy. A praca w najbardziej opiniodajnym czasopismie w Galicji? No cóż - łatwy chleb to nie jest. Po pierwsze - do końca nie wiadomo dla kogo pracujesz. Właściciel gazety, zwany chlubnie Inwestorem, nie jest znany żadnemu pracownikowi ni z nazwiska, ni z twarzy. Idąc dalej - siedziba znajduje się na 6. piętrze budynku Instytutu Naukowego i nie jest oznaczone w  żaden sposób. Trafienie za pierwszym razem do właściwego pomieszczenia równe jest szansie trafienia w Toto-Lotka bądź przedostaniu się do Narnii przez szafę we własnym pokoju. Po kolejne - praca w najbardziej poczytnym (o jedynie 10-krotnie zawyżonym nakładzie - "jedynie" gdyż konkurencja zawyża nakład przynajmniej 50-krotnie) to głównie praca dla idei, gdyż Inwestor nie zwykł płacić w ogólnie przyjętym cyklu miesięcznym. Zdarza się, że zapłaci po 3-4 miesiącach. A zdarza się, że zapłaci w naturze - na przykład w cukrze.I wtedy to biedna redakcja musi się nieźle napocić, aby to cukier ów spieniężyć. Literówki i błędy merytoryczne to chleb powszedni - jaka płaca ... Przysłany z Holandii szkoleniowiec dziwi się wynalazkowi marketingu barterowego (wróżka gazecie horoskop sprawi i reklamę w zamian kilka stron  dalej otrzyma). I tak dalej ... i tak dalej...

A czymże jest tytułowy (i okładkowy nawet) Ahatanhel? A jest to szczur domowy Lichosławy. O rudym futerku. I szczur wprowadza niemałe zamieszanie w naszą historię. Jest on "judaszem" na świat dla naszej głównej bohaterki. Co i dlaczego - odsyłam do powieści.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może przypaść do gustu taka forma pisarstwa. Mi Natalka Śniadanko zapewniła niemałą rozrywkę i zmusiła do myślenia, jak to tak naprawdę jest z tą naszą tak zwaną cywilizacją. Bo czy czasami nie ocieramy się w mediach o taką formę absurdu jaką zaserwowała autorka. Doskonały język, rewelacyjne tłumaczenie, dużo ironii, dużo absurdu. Nie mogę nie polecić. Zasłużona bardzo dobra ocena. 

Kategoria: współczesna literatura zagraniczna
Wydawnictwo Czarne 2008, s. 480
Biblionetka: 4,14/6
Lubimy czytać: 3,71/5
Moja ocena: 5+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne oraz portalu Sztukater.pl. Dziękuję!

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC