środa, 24 sierpnia 2011

Lustro czasu - Anna Piega




Jak to się dzieje, że niektórzy autorzy mają tę dobrą właściwość pisania o tym, co ważne z taką łatwością i jednocześnie przenikliwością? Jak to jest, że niektórym mimowolnie banał wypływa spod pióra (czyt. klawiatury), a inni te same uczucia potrafią opisać łagodniej, mniej patetycznie, przez co unikają przerysowania? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale po lekturze "Lustra czasu" Anny Piegi wiem jedno - autorkę należy zdecydowanie zaliczyć do drugiej grupy.

Otrzymujemy od niej historię dwudziestoparoletniej wschodzącej gwiazdy estrady. Postaci tajemniczej, introwertycznej, kochającej śpiewać, nienawidzącej całej artystycznej oprawy. Zespół, którego jest wokalistką przygotowuje się do wydania pierwszej płyty, a już są rozchwytywani przez kolorowe magazyny i dziennikarski światek. Jaka jest Daria jako główna bohaterka tej historii? No cóż, nieco drażniąca, nieco intrygująca. Trudno określić ją jednym przymiotem - jest postacią bardzo złożoną. Wydaje się być ukształtowaną mentalnie kobietą, jednak kiedy los stawia na jej drodze niewygodne fakty przyjmuje pozę małej, nadąsanej dziewczynki.

Sporym atutem powieści jest tło, nazwę je roboczo "historycznym". Autorka stworzyła fikcyjny obraz polskiej sceny muzycznej lat 70. Daria poszukuje wśród artystów tego okresu nie tylko inspiracji muzycznych, ale przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: "Kim ona jest?". Historie przytaczane przez zapomniane gwiazdy, próby przedstawienia klimatu "tamtych czasów" wypadły wyjątkowo korzystnie. Nawet przy fikcyjnych nazwiskach jesteśmy w stanie wczuć się w to, co działo się ówcześnie. 

Narracja jest prowadzona spokojnie. Co prawda, akcja niekiedy posuwa się wręcz w błyskawicznym tempie do przodu, jednak nie powoduje to uczucia chaosu czytelniczego. Wszystko jest poukładane, logiczne, nie ma większych zgrzytów, co pozwala wierzyć, że autorka wyjątkowo solidnie przygotowała powieść. 

Przychylam się do spostrzeżenia Skarletki, że stylem przypomina troszkę prozę Krystyny Siesickiej. Narrator, fabuła, sposób rozwiązania "intrygi" - pachnie z daleka dobrą powieścią epoki socjalizmu. I - proszę się nie krzywić - nie jest to przytyk. Bardzo cenię sobie taki styl pisania. Powieści nabierają wtedy ludzkiego wymiaru.

Jestem ponadto pełna podziwu dla autorki, że nie przekroczyła cienkiej granicy nieznośnego banału. Przy takiej historii było do tego bardzo blisko. Udało się przedstawić historię w taki sposób, że ani nie jesteśmy częstowani nieznośnymi slogano-aforyzmami, ani nie czujemy ignorancji autora. Dobrze wyważone proporcje. 


Książkę szczerze polecam. Przede wszystkim za fabułę. Może i klasycznie, może i nieco archaicznie, ale z wielką klasą. Po drugie za postaci. Wielowymiarowe, nieprzerysowane, niepapierowe. Po trzecie za muzykę w tle. Po kolejne - za zmuszenie do myślenia. Jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji? Czy prawda jest zawsze dobra i potrzebna? Czy kłamstwo zawsze jest złem? Jeśli macie ochotę zmierzyć się z takimi pytaniami - polecam gorąco książkę "Lustro czasu".


Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011, s. 384
Biblionetka: 5,33/6
Lubimy czytać: 4/5
Moja ocena: 5/6


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Pokolenie zimy - Wasilij Aksionow




O tym, że od dawna interesuję się Rosją, jej historią, ludźmi, językiem warto w tym miejscu wspomnieć. Gdyby nie rusofilstwo (powoli, powoli w odwrocie) - nie natrafiłabym na tę książkę. Miałam też taki czas w mojej karierze studenckiej, kiedy to życiorys Stalina był obiektem moich wzmożonych zainteresowań. Nie mylić z fascynacją. Kiedy pobieżnie przejrzałam opis książki, wiedziałam, że przypadnie mi do gustu. Nie obyło się jednak bez potknięć ...

Historia rodziny Gradowów - chirurga Borysa, jego żony Mary oraz ich dzieci - Cyryla, Nikity i Niny. Opowieść rozpoczyna się w połowie lat 20., a kończy pod koniec lat 30. Co to oznacza z punktu historycznego - przypominać (mam nadzieję!) nie muszę. Represje dotykają tę znakomitą rodzinę. Poznajemy tutaj również takie postaci jak Ławrientij Beria, Lew Trocki, jest i Józef W. Stalin. Nie brakuje opisów brutalnych przesłuchań, mocnych słów, przekleństw - budują one atmosferę książki. Ówcześni mieszkańcy Moskwy, zamieszkujący wielopiętrowe budynki, budzą się na dźwięk wznoszącej windy. Można być aresztowanym dosłownie za wszystko. Kuriozalnym przypadkiem jest osoba wesołego taksówkarza, na którego doniósł współtowarzysz biesiady, na której to spierali się który z przywódców Związku Radzieckiego jest bardziej przystojny.

Pisałam o potknięciach. Miałam problem z panem Aksionowem. Nie mogłam się przebić przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Dużo faktów historycznych, pseudo-socjalistycznego bełkotu, wiele postaci wprowadzonych jedna za drugą - zapanował we mnie totalny mętlik. Poradziłam sobie - krótka powtórka z historii, proste a jakże ułatwiające życie odręcznie rozrysowane drzewko genealogiczne, odrobina samodyscypliny, samoskarcenie za leniwe czytelnictwo i ... poszło jak z płatka. Im dalej w książkę, tym historia bardziej się rozwija i czytanie jest samą przyjemnością. Pseudo-socjalistyczny bełkot pomaga zbudować klimat ówczesnej Moskwy. Wprowadza nas, dość brutalnie, w realia początkowych lat Związku Radzieckiego.

Sporą zaletą powieści są postaci. Z krwi i kości. Rosyjskie do cna. Uwielbiam (powtórzę: uwielbiam) sposób w jaki Rosjanie opisują siebie samych. Lekka autoironia, mocny rys psychologiczny i wielowymiarowość postaci - tak piszą chyba tylko Rosjanie. I to jest przeogromna siła "Pokolenia zimy". A sposób w jaki Wasilij Aksionow opisał Stalina - w całej swojej przekomiczności - mistrzostwo. Przypominają mi się w tym momencie słowa Tiziano Terzaniego : "jak to możliwe, że przez tyle lat Zachód obawiał się tego kraju?".

Powieść nie mija się z prawdą historyczną (o ile możemy mówić o czymś takim w przypadku obszaru zwanego dzisiaj Rosją), gdzieniegdzie fakty są z lekka naginane, ale z grubsza nic nie zgrzyta. Jednak - bez powtórki faktów trudniej będzie przebrnąć przez tę historię. Dużo nazwisk, postaci prawdziwe mieszają się z fikcyjnymi, i tak jak pisałam wcześniej - trudno jest się w tym początkowo połapać.

Książkę polecam przeogromnie. Dla rusofilów i nierusofilów. Dla tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o tym niesamowitym kraju. Dla tych, którzy chcą zrozumieć dlaczego tak sztuczny twór jak socjalizm przetrwał tyle lat i dlaczego wytworzył tak specyficzny sposób bycia Rosjan.   Historia momentami brutalna, ale zdecydowania warta przeczytania. Chociaż zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego.

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Amber 1999, s. 320
Biblionetka: 5,10/6
Moja ocena: 5+/6

niedziela, 21 sierpnia 2011

Babskie gadanie - Izabela Pietrzyk





O tym, że wielokrotnie przepraszałam za uprzedzenia dotyczące literatury tak zwanej kobiecej, przypominać raczej nie muszę. Nie należy ona do moich ulubionych, ale zdarzają się takie chwile, kiedy ze sporym entuzjazmem sięgam po tego typu książki. Żeby odpocząć, zrelaksować się, pośmiać ... Powodów może być wiele. Po opisie z okładki "Babskiego gadania" spodziewałam się ckliwej historii - moje oczekiwania podsyca dodatkowy slogan umieszczony pod tytułem: "Fajnie jest mieć prawdziwą miłość i prawdziwe brylanty, ale czy warto dla nich być tą trzecią?". Niejednokrotnie też podkreślałam, że niemal zawsze daje książkom szansę do końca. Co prawda nie zdarzyło mi się zaskoczyć w ostatnim rozdziale na tyle, żeby z oceny "ajj niefajna" przejść do "to jest objawienie!", ale dzisiaj po raz pierwszy mogę z czystym sumieniem potwierdzić, że książkom należy dawać szansę. Ale o tym za chwilę...

O czym historia? O romansie, a i owszem. Tanim do bólu. Z żonatym facetem, z wymykaniem się na ukradzione rodzinie minuty. Z niespokojnymi telefonami. Z czekaniem. Z całą tandetną romansową oprawką (tandetną - w ujęciu serialowo-romansowym, bez urazy dla nikogo!). To część tej historii. A druga część - to właśnie owo, tytułowe, babskie gadanie. Przyjaciółki, jeszcze z czasów liceum, gdy się nie widzą, to do siebie piszą. I to piszą całkiem fajnie. Są okrutne w swoich osądach i przytykach (okrutne w bardzo pozytywnym rozumieniu rzecz jasna). Dzielą się ze sobą wszystkimi wzlotami, upadkami, radościami i smutkami - wszystkim tym, co współczesnej babce życie przynosi. Gościnnie, w ich występach na forum internetowym, bierze udział kolega - Jacek. 

Najbardziej zabawne fragmenty to oczywiście dyskusje "Dziewczynek". Wielowątkowe dyskusje, bezskładne, zabawne, prowadzone z iście babską swadą - to zdecydowanie mocna część tej powieści. Na swoje nieszczęście książkę zaczęłam czytać w pociągu, także jestem przekonana, że pasażerki z mojego przedziału po trzygodzinnej wspólnej podróży są pewne, że co jak co, ale ja normalna nie jestem. Parskałam, kwiczałam, tłumiłam śmiech. Czuć, oj czuć, że pani Izabela to humanistka z krwi i kości. Bardzo, ale to bardzo fajny język - lekki, przyjemny, garściami czerpane zabawne powiedzonka, powstałe w oparciu o nasze cudowne, polskie tło. 

Wątek romansowy być musiał. Czemu? Odpowiedź w epilogu. Jak napisałam wcześniej - toporny był niestety, ale ... i tu uwaga o doczytywaniu książek do końca ... dajcie tej książce szansę. Przy wiedzy, którą mieć będziecie po przeczytaniu CAŁEJ książki - wszystko stanie się dla Was jasne. Mnie, w czytelniczym ujęciu, fakt ten ukontentował.

Bardzo ujęły mnie psie fragmenty w "Babskim gadaniu". Jestem zdeklarowaną dog-person, psy uwielbiam, a im większy i mniej poradny (jak ten, którego dumną właścicielką jestem) tym bardziej kudłacza kocham. Nasza główna bohaterka, Iza, w posiadaniu wielkiego i tchórzliwego (zestaw fobii ten sam: petardy, odkurzacz) owczarka jest i czuć w każdym słowie opisu, że futrzaka Sambą zwanego kocha.  I mam szczerą nadzieję, że Samba nie jest wytworem wyobraźni autorki.

Podsumowując - przy nastawieniu na babską, plażowo-letnią literaturę - nie zawiedziecie się. Ani odkrywcza, ani porywająca, ale daje pozytywnego kopa i bawi. A to cenna właściwość literatury. Rzadko zdarza mi się śmiać przy książce, a w przypadku tej "momentów" miałam sporo. I oby każda z nas miała takie "Dziewczynki" przy boku.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011, s. 592
Biblionetka: 4,17/6
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Dziękuję!

sobota, 20 sierpnia 2011

Książki, które kąsają ...

W ramach ogłoszeń - 17 sierpnia Bazgradełku stuknęły 3 lata :) Początki były kulawe, nadal się rozwijamy (ja i mój blog), ale nadal mam ogromną frajdę z pisania i bardzo mnie cieszy, że czyta mnie tyle osób. Z tej okazji sama sobie i mojej przestrzeni blogowej składam życzenia siły do dalszego czytania i jeszcze większej frajdy z pisania dla Was :)

A teraz do rzeczy. Przeczytałam wczoraj w sieci bardzo interesujący artykuł "Ranking książek najbardziej nieprzeczytanych" (Polityka). Artykuł troszkę podbudował, ale skłonił do przemyśleń. Skąd u większości wstręt do niektórych powieści, które okrzyknięte zostały arcydziełami? Czy wynika to z faktu, że brakuje nam wiedzy i oczytania, aby docenić kunszt autora? A to z kolei skłania do pytania dlaczego do kanonu trafiają "dzieła", których większość albo nie przeczyta, a jak już w mękach przebrnie to i tak nie zrozumie.

Mój ranking nieprzeczytanych otwiera oczywiście "Ulisses". Podejścia były trzy. Ostatnie 4 lata temu. Nie byłam w stanie dobrnąć do setnej strony. A moim osławionym zwyczajem jest doczytywać książki do końca (kuriozalny przypadek - III klasa szkoły podstawowej, "Historia ogrodów zoologicznych" wypożyczona ze szkolnej biblioteki. Nudne do bólu, ale doczytałam). Niedoczytaniem poczęstowałam również "Starą baśń". Podejścia również sztuk trzy. Z panem Kraszewskim się ostatnio przeprosiłam - "Chata za wsią" bardzo zasmakowała i to bardzo dobrze  rokuje na nasze przyszłe stosunki czytelnicze z JIK. Szekspira też nie czytałam. Za "moich czasów" w LO obowiązywał "Makbet" - chyba jedyna lektura szkolna, którą sobie podarowałam. Z prostej przyczyny - nie lubię czytać dramatów. Szekspira znam na tyle, na ile moja erudycja tego wymaga, ale nie przeczytałam niczego, co wyszło spod jego pióra. Wstyd? Pewnie tak. Nie przeczytałam Pisma Świętego. Pewnie nie jestem jakimś niechlubnym wyjątkiem. Z polskiego podwórka poddałam się przy "Chłopach" Reymonta. 

W "Rankingu ..." Jerzy Pilch opowiada o Kole Prawdziwych Znawców Literatury - aby dostąpić zaszczytu członkowstwa należało udowodnić, że nie przeczytało się przynajmniej pięciu ważnych książek z kanonu. Skłoniło mnie to z kolei do pytania o ów kanon. W sieci krąży mnóstwo rankingów - 100 BBC, 1000 książek, które należy przeczytać przed śmiercią etc. Każdy jeden wpędza mnie w kompleksy. Czytam dużo, ale nadal braki są ogromne. A im więcej czytam, tym więcej chcę przeczytać i coraz więcej książek mnie interesuje. Stosy kupowanych książek rosną w tempie zastraszającym. Machina sama się napędza. Niejednokrotnie dopada mnie myśl o tym, że życia mi nie starczy na to, co chciałabym przeczytać. Chociażby na to, co uśmiecha się do mnie z moich własnych półek. 

A Wy? Jakich książek z kanonu nie przeczytaliście? Dlaczego omijamy to, co otrzymało naklejkę "(arcy)dzieła"? I skąd to wewnętrzne poczucie, że pewne książki trzeba przeczytać. I czy naprawdę wstydem jest to, że nie przeczytało się chociażby 100 BBC? Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania.


środa, 17 sierpnia 2011

Ostatni lot nad Kongo - Wojciech Scelina




Kolonializm - impreza zafundowana przez państwa rozwinięte gospodarczo tym, którym z wielu przyczyn nie mogło to być dane. W praktyce - zupełna eksploracja bogactw naturalnych oraz ludzi. Polityka doprowadzała do jeszcze większego zacofania kolonii, dyskryminacji autochtonów. W wyniku dyskusji na arenie międzynarodowej po II wojnie światowej rozpoczął się (powolny) proces dekolonizacji. To by było tyle, w ogromnym skrócie, jeśli chodzi o punkt spojrzenia stricte politologiczny. Do tej pory taki właśnie był mój pogląd na kwestię kolonizacji - czysto historyczny, gołe daty, fakty. Podróż w głąb duszy osoby, która trafia do jednej z kolonii należącej do jego rodzinnego kraju, możemy odbyć dzięki powieści Wojciecha Sceliny "Ostatni lot nad Kongo".

Kongo to państwo położone w środkowej Afryce. Wojciech Scelina opisuje kraj jako nieprzebytą dżunglę, pełną dzikiego zwierza. Dość stereotypowo, jednak opisy przyrody w przypadku "Ostaniego lotu..." mają inne zadanie. Wprowadzają one w klimat opowieści, budują napięcie. 

"Ostatni lot ..." to historia młodego Belga, Nathana, który w poszukiwaniu przygody oraz celem zapomnienia przykrych wydarzeń, wyrusza na przygodę do belgijskiej kolonii, Kongo. Miejsce do którego przybywa znacznie różni się od tego, które opisywał mu jego wuj, który to zaszczepił mu pociąg do przygody. Kongo to miejsce w którym biały człowiek wyzyskuje czarnoskórego i w którym ujawniają się jego najgorsze instynkty. Zniesmaczony takim obrotem sprawy Nathan postanawia udać się w głąb lądu, gdyż wydaje mu się, że tam właśnie spotka prawdziwe, pełne przygód Kongo. 

Powieść tą można właściwie nazwać powiastką filozoficzną. Lwia część historii to wywody Nathana lub jego przyjaciela, rozterki moralne, które nimi targają. Miejsce, w którym się znaleźli stawia przed nimi trudne zadania, niejednokrotnie przerastające ich możliwości - fizyczne i mentalne. Autor zadbał o gawędziarski styl prowadzenia narracji, przeplatany fragmentami dziennika przyjaciela Nathana - Harry'ego. Natłok myśli i mnogość poruszanych wątków z jednej strony oddaje proces "myślenia" u ludzi - nasze przemyślenia niejednokrotnie kłębią się w naszej głowie, a jedną myśl goni kilkanaście innych. Z drugiej strony bardzo obciąża to narrację i sprawia, że trudno jest odnaleźć się w tym gąszczu przemyśleń. Na spory plus zasługuje próba prowadzenia narracji w klimacie powieści XIX wiecznej.

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić i stwierdzić czy polecam tę powieść czy nie. Po opisie spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Niezbyt przepadam za nadmiernym filozofowaniem, a "Ostatni lot ..."o tym właśnie traktuje. Jeśli ktoś lubi taki styl narracji -książka zapewne przypadnie mu do gustu. Nie można odmówić autorowi erudycji, jednak momentami z tyłu czaszki pojawiała mi się nieznośna myśl, iż to bardzo ładne, ale jednak lanie wody. Minusik za błędy ortograficzne. 

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Novae Res 2010, s. 260
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res. Dziękuję!
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC