niedziela, 4 września 2011

Człowiek, który pokochał Yngvego - Tore Renberg




Dojrzewanie to najtrudniejszy okres w naszym życiu. Zmienia się nie tylko nasze ciało, ale nasz sposób postrzegania świata. Bunt, który w nas narasta przekreśla wszystko, co do tej pory zwykliśmy uważać za dobre. Sprzeczamy się z rodzicami o błahe sprawy, wierzymy w teorie, które mają zmienić świat, słuchamy dziwnych dźwięków, pijemy jeszcze dziwniejsze rzeczy. Buntujemy się. Im bardziej jesteśmy inni od "normalnych" - tym nasze wewnętrzne "ja" czuje się lepiej. Ma to swój urok? I to jaki. Macie swoje wspomnienia z tego czasu? Bo ja tak.

Bunt Jarlego Kleppa przypada na lata 90. Gardzi on popem lat 80, uważając Duran Duran za szczyt muzycznego obciachu. Teraz słucha kapel punkowych, których teksty mówią o tym, jak zmienić świat. Jest przeciwny wszystkiemu co burżuazyjne, kapitalistyczne. Razem z kumplami z liceum grają w kapeli Mathias Rust Band - ich kawałki to wykrzyczany bunt przeciwko miejscu i czasom, w których przyszło im dorastać. Nosi się jak punk, pije, pali, ma swoją dziewczynę. Ma 17 lat. Pewnego dnia na korytarzu szkolnym zauważa Nowego. Spokojnego, pogodnego chłopaka, w dżinsach i jasnym sweterku. Z grzecznie ułożonymi włosami. Zupełne przeciwieństwo. Ciepło przechodzi przez jego ciało. Jarle zakochuje się w nieznanym "drętwiaku".

Z dnia na dzień Jarle staje się, lub przynajmniej stara się stać, chłopakiem, takim jak Yngve. Włosy z długich, nieokiełznanych piór stają się krótką, grzeczną fryzurą. Wcześniej gardził jakąkolwiek formą ćwiczeń fizycznych - teraz zapragnął grać w tenisa z Yngvem. Również pop, którego słucha Yngve - nabiera w oczach Jarlego większej wartości. Stara się zachowywać jak grzeczny chłopak. Dlaczego? Zakochał się i nie potrafi tego wytłumaczyć.

W powieści króluje muzyka, co dodatkowo wbija w klimat nastoletniości. Kiedy masz 17 lat ludzi klasyfikujesz według prostego klucza - muzyka, której słuchają. Muzyka jest wtedy kwintesencją człowieczeństwa. Kawałek godny Twego uznania musi mieć dobry tekst. Taki o którym będziesz mógł porozmawiać z najlepszym przyjacielem. Jarle przeprowadza mnóstwo dyskusji muzycznych ze swoim najlepszym kumplem Helge. Muzyka tworzy ich tożsamość. Tore Renberg naszpikował powieść odniesieniami muzycznymi, dzięki czemu nie sposób nie czuć klimatu "tamtych lat". 

Autor pokazuje proces usilnej przemiany Jarlego w człowieka, takiego jak Yngve. Prowadzi to do niemal destrukcyjnych zachowań - Jarle rani matkę, najlepszego przyjaciela, swoją dziewczynę Katrinę. Walczy pomiędzy dwiema osobowościami - Jarle przed Yngve i Jarle po Yngve. Momenty, w których stary Jarle bierze górę to, moim zdaniem, najbardziej spektakularne sceny w tej powieści. Mocne, dosadne, brutalne. Doskonale kontrastują one z momentami, w których Jarle analizuje swoje uczucie do Yngvego. Z brutalnego, zbuntowanego przeciwko niemal wszystkiemu nastolatka, przemienia się w chłopca zauważającego harmonijną budowę ciała Yngvego, zachwycającego się jego urodą. Doskonale napisane, "miękkie" fragmenty powieści.

Było to moje pierwsze spotkanie z literaturą norweską. Proza pozbawiona niepotrzebnych wypełniaczy stylistycznych, kwiecistych opisów. Oszczędna w formie, lecz przesycona emocjami. Historia o tym, jak trudny jest czas w którym budujemy swoje przyszłe "ja". O tym, jak trudno jest odnaleźć się w gąszczu idei, które kuszą nas, kiedy mamy naście lat. Trudno jest mi jednoznacznie ubrać w słowa co ujęło mnie w "Człowieku ..." najbardziej. To po prostu kawałek niezłej literatury, którą trudno jest mi porównać do czegokolwiek, co uprzednio czytałam. Polecam, zdecydowanie polecam, koniecznie z debiutancką płytą The Smiths w tle.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Akcent 2011, s. 360
Biblionetka: 4,77/6
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akcent oraz portalu Czytanieszkodzi.pl.

sobota, 3 września 2011

Koczownicy - Nenad Veličković




Tegoroczny urlop miałam okazję spędzić w niesamowitym miejscu na naszym kontynencie. Byłam na Bałkanach - przejechałam i Bośnię i Hercegowinę. Widziałam Sarajewo. Miasto robi ogromne wrażenie. Niemal na każdym kroku można (nawet jeśli nie patrzy się uważnie) ślady nie tak wcale odległej wojny. Mieszkańcy Sarajewa nie opowiadają o niej chętnie, , tłumacząc, nieco z przekorą, że i tak nie pojmiemy o co w niej chodziło. Spacerując uliczkami Starego Miasta miałam w głowie dwie rzeczy: Bono śpiewającego "Miss Sarajevo" oraz treść książki Krzysztofa Jednachowskiego, którą miałam okazję recenzować wcześniej. Wróciłam BiH oczarowana i teraz pojawi się u mnie wiele recenzji literatury bałkańskiej. 

Rozpoczęłam od "Koczowników" Nenada Veličkovića. Dlaczego? Ano dlatego, że opisuje on tę wojnę inaczej. Podobnie, jak mówili o niej Bośniacy. Nie sposób nie uśmiechać się, kiedy czytamy tak smakowicie doprawioną ironią książkę. ALE nie sposób nie stłumić tego uśmiechu, kiedy mamy świadomość tego, że pod ironią ukrywają się bardzo gorzkie słowa.

Historia jest opowiadana przez kilkunastoletnią dziewczynę - Maję. Studentka ćwiczy pisanie poprzez notowanie wydarzeń, które mają miejsce podczas oblężenia Sarajewa. Jako, że jest córką dyrektora Muzeum, w którym to ukrywają się przed ostrzałem wraz z matką, ojcem,  babcią, bratem oraz jego żoną, dwoma przyjaciółmi - Juliem i Brkićiem oraz dalmatyńczykiem - Sniffim. Wydarzenia nie są przedstawiane chronologicznie, a rozgrywają się w 1994 roku.

Postaci przedstawione w powieści są niesamowicie barwne, interesujące. Nieco przerysowane karykaturalnie - ojciec, jako dyrektor Muzeum pieczołowicie pilnuje wszystkich eksponatów, broni Muzeum przed wojskowymi, którzy zamierzają urządzić w budynku sztab. Matka, wegetarianka ze szkoły makrobiotycznej, regularnie uprawiająca jogę, która potrafi przyrządzić kawę niemal z każdej rośliny. Brat przyrodni Mai, Davor, dziennikarz radiowy, który po wyrzuceniu go z pracy próbuje uniknąć mobilizacji (ukrywa się w tym celu w Muzeum, przebrany za żołnierza-eksponat). Jest i jego żona, Sanja - ciężarna, która wykorzystuje Davora wręcz przeperfidnie, prosząc o spełnienie coraz bardziej wysublimowanych zachcianek. Mamy tutaj również babcię - Gretę, która odpowiedzi na każde pytanie szuka poprzez ułożenie miniaturowego pasjansa. Babcia jest ponadto w posiadaniu tajemniczej czarnej skrzyni, w którą bardzo chętnie zajrzałby Julio - partyzant w czasach II wojny światowej, a obecnie kolaborant do potęgi. Przehandluje i zorganizuje niemal każdy pożądany produkt. Jest w nieustannym konflikcie z Brkićiem, gdyż w młodości zakochani byli w tej samej dziewczynie. Są i postacie poboczne, jak wszędobylska i przewścibska sąsiadka, której szczytem marzeń jest elektroniczny termometr. Plejada postaci bardzo specyficznych.

Absurd goni absurd. Żołnierze rekwirują wszystkie eksponaty broni z Muzeum, celem ich wykorzystania w trakcie ataku. Matka Mai regularnie przygotowuje mięso z mąki, które w smaku przypomina starą gąbkę, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że smakuje jak sznycel. Smaczków takich jest mnóstwo. Pomiędzy tymi dość groteskowymi historiami, autor wplata gorzkie refleksje na temat samej wojny. Pomoc humanitarna w postaci paczek, które otrzymują mieszkańcy Sarajewa, wydaje się być jedynie wyciszeniem sumienia przez Zachód. No bo nie samą pomocą, skoro puszki zawierają wieprzowe - zakazane dla muzułmanina - mięso. 

Powieść przedstawia zupełnie odmienny obraz konfliktu. Bez patosu, dramatyzmu. Nie oznacza to jednak, że wojny nie ma. Jest, ale pokazana w całej absurdalności. Co wzmacnia przekaz. Zdecydowanie polecam. Nie mam pojęcia, czy to specyfika literatury Bałkanów -czytałam jedynie "Słownik chazarski", który był w podobnym klimacie. Ale jeśli tak - to bardzo "Lubię to!".

Kategoria: współczesna literatura piękna 
Wydawnictwo Czarne 2005, s. 296
Biblionetka: 4,63/6
Moja ocena: 4+/6

wtorek, 30 sierpnia 2011

Apsara - Marek R. Litmanowicz




Przyznam się bez bicia, że troszkę przeciągałam moment, w którym sięgnęłam po tę książkę. Bałam się. Jak diabli. Przerażała nie tyle liczba stron (niemal 800), lecz przedrobny druk z nikłym prześwitem pomiędzy wersami (dość niewygodne dla przeciętnego krótkowidza). Przerażał enigmatyczny opis na okładce. W dodatkowe czytelnicze rozdwojenie wprowadzały mnie bardzo skrajne opinie na temat tej książki. No, ale jako, że odważna ze mnie dziewczyna - książkę w łapki wzięłam, okładkę pogłaskałam, oswoiłam i po prostu ... zaczęłam czytać. 

Głównymi bohaterami powieści są trzej mężczyźni: Robert Stern - Amerykanin rosyjskiego pochodzenia, krytyk muzyczny, podróżujący po całym świecie, Paweł Verron - syn Polki i Argentyńczyka, światowej sławy pianista oraz Jacek Rawicz, ginekolog z Warszawy. Każdy z nich staje przed próbą, o jakiej zapewne nawet nie śnił. Robert podczas podróży na Daleki Wschód poznaje Sokantię - młodą Khmerkę, która wywraca jego poukładany, zachodni świat do góry nogami. Paweł, podczas pobytu w Iranie ratuje przed ukamienowaniem młodą arystokratkę Nayę. Jacek, dokonuje wątpliwego etycznie zabiegu usunięcia ciąży. Jest i bohater, którego można by usytuować pomiędzy pierwszym i drugim planem - Chris, Holender, oficjalnie handlarz dziełami sztuki, nieoficjalnie płatny morderca, który mści się za krzywdę wyrządzoną jego dziewczynie. Tak w ogromnym skrócie można przedstawić treść powieści. Wątków w niej zawartych jest sporo i nie sposób wymienić wszystkich.

Marek R. Litmanowicz w opowieści prowadzi nas przez wiele krajów świata - Iran, Turcję, Holandię, Stany Zjednoczone, Wietnam, Kambodżę, Tajlandię, Australię. Opisy niektórych rejonów są bardzo dokładne, innych wręcz pobieżne. Czuć, które rejony świata autor darzy sympatią. Opisy są bardzo plastyczne, niemal fotograficzne. Niekiedy opisywane są bardzo szokujące miejsca, jak jedna z wietnamskich restauracji, w której gość wybiera sobie zwierzaka, który za chwilę zostanie dla niego przyrządzony. Być może wynika to z mojej osobistej fobii, ale na mnie ten opis zrobił szczególne wrażenie (nasz bohater wybrał węża z którego uzyskano niemal wszystkie jadalne części). Opisu większości rejonów nie byłam w stanie zweryfikować, jako że w nich po prostu nie byłam. Troszkę rozczarowało (choć to za duże słowo) mnie przewodnikowe potraktowanie Turcji. No, ale - to mój konik, a sympatie pana Litmanowicza są ulokowane dużo dalej na wschód.

Dużą wagę autor przywiązuje do siły zmysłów. Po kilkuset stronach stało się to irytującym nawykiem - w opisach postaci przed moimi oczami przewędrował niemal cały asortyment perfumerii. Pan pachniał D&G, pani Kenzo i tak w kółko. Niepotrzebnie odrywało to uwagę od biegu wydarzeń. Nieustannie towarzyszą nam dźwięki - autor musi być niemałym wielbicielem muzyki klasycznym, bo ewidentnie bryluje jej znajomością. Jak na mężczyznę (w dodatku ginekologa) przystało pan Marek jest wzrokowcem. I tu - pewnie w pewnej formie jest to zarzut - opisy uciech cielesnych i pań, które ich dostarczały, tak nieznośnie przypominały mi styl Janusza L. Wiśniewskiego, że nie mogłam się pozbyć tego wrażenia długi czas. Sprawiedliwe muszę oddać, że pan Litmanowicz nie stara się wrzucać prawd objawionych, ani częstować czytelnika potworkami-aforyzmami w stylu wyżej wymienionego. Po prostu ... klimat łóżkowych harców opisywanych w powieści był bardzo JLW-style - kwieciste opisy, dużo szczegółów kobiecego ciała, celebracja, nieznośne wysublimowanie, wręcz mistrzostwo zawodnika. I finał - zapierający dech, doprawiony krzykiem obupólnego spełnienia. Softporno dla ... no właśnie, dla kogo? A może (refleksja sprzed sekundy) - panowie tak właśnie postrzegają te kwestie? ... pytanie pozostawiam otwartym. Troszkę mi to zgrzytało przy odbiorze całości.

Akcja płynie wartko, niekiedy zwalniana wspomnianymi powyżej opisami. I tu komentarz do mojego zarzutu opasłości tomu. Czyta się bardzo sprawnie, mimo nieporęczności egzemplarza i niewygodnej czcionki. Także powieść treścią obroniła się jak najbardziej. Zupełnie swobodnie autor porusza kontrowersyjne tematy takie jak aborcja, prawa kobiet w muzułmańskim świecie, sposób w jaki odbierane są kobiety z Dalekiego Wschodu przez "białych". Spora część  rozważań dotyczy też terroru Czerwonych Khmerów w Kambodży. Nie wszystkie tematy traktowane są jednakowo dbale, ale zmuszają do myślenia i zastanowienia się nad tematami. To zdecydowanie spora zaleta tej powieści.

Autor bardzo dbał o to, aby postacie były wielowymiarowe. Żadnemu z bohaterów nie można przykleić łatki "dobry", "zły". Każdy z nich popełnia błąd, ale każdy błąd ma "drugie dno" i nie można dać jednoznacznej, wartościującej odpowiedzi. To też bardzo na plus, gdyż nie ma nic bardziej denerwującego niż "papierowy" bohater. Czuć jednak, niestety dość mocno, że autor w pewnym momencie zagubił się w gąszczu i tak monstrualnej książki i uciął ją. O ile czasem jest to ciekawy zabieg, o tyle "Apsarze" raczej nie wyszedł na dobre. Niedopowiedzenia są jak najbardziej w porządku, ale powinny tworzyć logiczną całość. Ta powieść niestety kończy się niczym ucięta maczetą. I - po wtóre - niestety dość banalnie.

Podsumowując - książka ambitna, wielowymiarowa, ciekawa, sprawnie napisana. Biorąc pod uwagę, że jest to debiut - chylę czoła. Czyta się bardzo sprawnie, gdyby nie praca i inne obowiązki, pewnie pochłonęłabym ją dużo szybciej. Niepotrzebnie straszy swoją objętością, bo nie przeszkadza to w odbiorze. Mnóstwo interesujących informacji, ciekawych opisów, kwestii, które zostaną w mojej głowie. Polecam, choć zdaję sobie sprawę, że niełatwo będzie mi Was przekonać do tej książki. Troszkę szkoda, że nieco zabrakło pomysłu na wykończenie historii, ale mimo tego jestem pod sporym wrażeniem tego debiutu.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Świat Książki 2011, s. 768
Biblionetka: 4,93/6
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki. Bardzo dziękuję!

sobota, 27 sierpnia 2011

Słonecznikowa Dziewczynka - Renata Opala




Wyobraźcie sobie, że żyjecie w krainie zwanej Słonecznikowym Królestwem, w którym wiecznie świeci Słońce, kwitną piękne rośliny, a na posiłki jada się same słodkości. Zima nigdy nie nadchodzi, trwa wieczne lato. Mieszkańcy noszą imiona kwiatów i tak do Twoich najbliższych znajomych należą Bratek, Storczyk, Róża, Maczek i Śnieguliczka. Brzmi baśniowo? I tak dokładnie ma być, bo opisana kraina to miejsce w którym dzieje się akcja "Słonecznikowej Dziewczynki".

Słonecznikowa Dziewczynka to córka władców owego królestwa. Nie mogli mieć długo dzieci, lecz Królowa Słoneczna po odbyciu podróży na okoliczne wzgórza i zasięgnięciu rady od  Orła, który był wysłannikiem mądrego Słońca, poznała sposób na posiadanie potomstwa. Została jednak poddana próbie. Miała odnaleźć największe ziarenko z największego słonecznikowego ogródka. Należy w tym miejscu wyjaśnić, że mieszkańcy tej szczęśliwej krainy sadzili w swoich ogrodach tylko takie kwiaty, jakie imiona nosili członkowie danej rodziny. I tak w małżeństwie Bratka i Stokrotki tylko takie kwiatki rosły na grządkach. Wracając do zadania Królowej - wydawało się one łatwe, jednak miała ona dokonać wyboru - osoba, z której grządki słonecznik zostanie zerwany, miała po 10 dniach od urodzenia dziecka umrzeć. Nie martwcie się jednak - to początek historii. Co dalej się stało? Odsyłam zainteresowanych do historii.

"Słonecznikowa Dziewczynka" to typowa baśń. Mamy królestwo niczym z bajki, pełne bardzo "bajkowych" przyzwyczajeń, takich pączki, ciastka i inne słodkości (tylko!) podawane na wszystkie posiłki. Dla odmiany mieszkańcy Królestwa Wiecznego Smutku mogą jeść tylko owsiankę syntetyczną. Historia oparta jest na bazie kontrastów - piękne królestwo wypełnione cudownymi widokami , dobrymi uczynnymi ludźmi i stworkami oraz po drugiej strony granicy królestwo brzydkie, ciemne zamieszkałe przez ludzi, którzy są nagradzani za czynienie zła. Jednak, jak w każdej baśni, dobre uczynki powodują wymazanie tych złych, a brzydcy stają się pięknymi.

Autorka wykorzystała wiele "klasycznych" motywów baśniowych. Mamy dobrą wróżkę, znajdziemy rzucanie czaru, który zostanie zdjęty po wykonaniu określonego zadania, są dwie przeciwstawne sobie krainy, jest porwanie pięknej księżniczki dla brzydkiego księcia. Sporo w "Słonecznej Dziewczynce" subtelnego moralizowania, które nie atakuje, ale jest dość wyczuwalne. W końcu baśń to baśń. Ciekawy jest pomysł, inspirowany nurtem science-fiction, robota-władcy ROBOTRONA. Zabawne (z dzisiejszego punktu widzenia) jest gloryfikowanie owsianki, która była prawdziwym utrapieniem pokolenia lat 80. (do którego i ja należę). Kto miał okazję spożywać ten specyfik przygotowany w publicznym przedszkolu - ten rozumie niekontrolowane wzdrygnięcia na dźwięk słowa "owsianka".

Historia jest tak niezwykle sympatyczna, że pomysły autorki nie rażą swoim archaicznością (należy pamiętać, że pierwsze wydanie książki miało miejsce w 1988 r.). Przecudne ilustracje autorstwa Marty Ostrowskiej wprowadzają w tak doskonały nastrój, że nie sposób nie ulec urokowi książeczki. Historia podzielona jest na 9 rozdziałów, raczej krótkich, dynamicznych - jest to zapewne cenna uwaga dla wszystkich Rodziców, którzy czytają swoim pociechom  "na dobranoc" (książka należy do serii "Bajki zasypiajki" Wydawnictwa Skrzat). Ponadto można ze  swoim maluchem zaśpiewać piosenki królewny Mirabelki, gdyż w książce znajdziemy zapis nutowy.

Pouczająca, niezbyt długa historia ze szczęśliwym zakończeniem, pełna mądrych prawd. Piękne ilustracje i ładne wydanie. Brawa dla Wydawnictwa Skrzat za przypomnienie starej baśni, którą pewnie niektórzy pamiętają ze starego wydania Wydawnictwa Poznańskiego. Przeurocza historia z wyrazistym przekazem, w sam raz dla maluchów, które jeszcze nie chodzą do szkoły. 

Kategoria: literatura dziecięca
Wydawnictwo Skrzat 2011, s. 136
Moja ocena: 5+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat i portalu Sztukater.pl. Dziękuję!

Franek i duch drzewa - Lech Zaciura




Na wstępie przyznam się, że debiutuję dzisiaj z recenzją książki dla dzieci. Minęło sporo czasu, kiedy to ostatni raz sama sięgałam po taką literaturę, a jeszcze nie nadszedł moment, żeby takie historyjki czytać moim dzieciakom. Obaw było mnóstwo - ta podstawowa, czy nie jestem już tak bardzo skażona "dorosłym" myśleniem, że zacznę się wymądrzać i po prostu ... nie pojmę historii. Czy obawy się sprawdziły - to już pytanie do Was.

Franek to chłopczyk, który mieszka w małym miasteczku wraz z rodzicami i swoją młodszą siostrą Hanką. Pewnego dnia w ich ogrodzie zaczynają dziać się dziwne i niepokojące rzeczy. Uciekają wszystkie zwierzaki, rośliny więdną, a niegdyś piękny ogród zaczyna przypominać pustynię. Zaniepokojeni rodzice wzywają profesjonalną firmę opiekującą się ogrodami. Badania trwają, a fachowcy bezradnie rozkładają ręce. Rozwiązania problemu na własną rękę postanawia poszukać Franek. Spotyka on swoich dawnych przyjaciół - szpaka Huberta z żoną Leną i ich trzema synami, mysz Kubusia, małżeństwo żab, wiewiórkę Baśkę. Wspólnie starają się rozwikłać zagadkę, co takiego sprawia, że ogród Franka niszczeje. 
Chłopiec odkrywa przejście do magicznej krainy prowadzące przez winorośl rosnącą w jego ogrodzie. Po "drugiej stronie" okazuje się, że jego ogrodem rządzi Drzewiej - duch drzewa, który mści się wysyłając armię niebezpiecznych stworów niszczących rośliny i płoszących zwierzęta.

Historia jest bardzo przyjemna, opowiedziana ładnym, starannym językiem. Zastanawiałam się jedynie dla jakich dzieciaków przeznaczona jest opowieść, gdyż obawiam się, że te młodsze, które nie poszły jeszcze do szkoły, nie zrozumieją wielu słów, którymi autor ubarwiał opowieść. Pan Zaciura w zgrabny i prosty sposób przekazuje ciekawą i użyteczną wiedzę dotyczącą przyrody. Przekonuje nas, że nietoperze nie są strasznymi stworkami, a potrafią być bardzo sympatyczne, pomocne, a niektóre potrafią nawet śpiewać basem - jak jeden z bohaterów naszej historii. Podobnie sprawa ma się z kunami, które - nie ukrywajmy - mają słabą prasę wśród szczęśliwców posiadających własne domy. W książeczce pojawia się ekologiczne przesłanie - żyjąc w zgodzie z naturą będziesz lepszym człowiekiem. Fajnie, że udało się przekazać tę prawdę (może i oczywistą) dzieciakom.

Bohaterowie historii są zgraną paczką. Franek to chłopiec grzeczny, słuchający rodziców, ale też ciekawy świata i żądny przygód. Nigdy jednak nie spóźnia się do domu na obiad i nie niepokoi rodziców swoimi zniknięciami. Franek pomaga swoim przyjaciołom, z którymi tworzy zgraną paczkę. Myślę, że każdy rodzic chciałaby mieć takiego Franka za syna. A dzieciaki raz kolejny otrzymują jasny przekaz - można fajnie się bawić i nie narażać rodzicom.

Autor wprowadził również do historii fantastyczne stwory, które stanowią armię Drzewieja. Wydają się być straszne, gdyż czynią szkodę roślinom, ale należy przyznać, że nie sposób nie docenić kreatywności pana Zaciury. Przykładem stworków niech będą łuponie, wyglądające jak słonie, ale z trąbą zakończoną młotkiem czy wampikory, przypominające nietoperze, ale charakteryzujące się tym, że obgryzają korę z drzew. Wprowadzając te dziwne zwierzaki do historii autor pokazuje, jaką krzywdę najczęściej czyni się roślinom. Prosty sposób na przekazanie morału, ale jakże skuteczny.

Jako, że jest to książka przeznaczona dla dzieci, zdobią ją liczne ilustracje. Są tutaj zarówno kolorowe, jak i czarno-białe. Wszystkie są śliczne, ilustratorka Alicja Rybicka ma fajną kreskę. Mi osobiście bardziej podobały się te czarno-białe... ale pewnie się nie znam ... Warto podkreślić, że książka jest ładnie wydana - na kredowym papierze w twardej okładce. Strony są szyte. Książka jest poręczna, także na pewno przypadnie do gustu zarówno mamom, jak i młodym czytelnikom. Czcionka jest wygodna - duże litery, idealna odległość pomiędzy wersami - młodemu czytelnikowi książka sama się przeczyta ;)

Wesoła, humorystyczna opowieść z pozytywnym ekologicznym przekazem. Według mnie raczej dla dzieciaków rozpoczynających przygodę ze szkołą. Ładnie wydana z pięknymi ilustracjami, z wciągającą historią. Idealna dla młodych wielbicieli przyrody.

Kategoria: literatura dziecięca
Wydawnictwo Skrzat 2011, s. 200
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat oraz portalu Sztukater.pl.

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC