piątek, 10 lutego 2012

List od Arkadiusza Pacholskiego, autora "Niemry"



Poniżej zamieszczam list od Arkadiusza Pacholskiego, autora "Niemry", które jest ustosunkowaniem do mojej opinii na temat książki (tutaj do przeczytania). 

Ze swojej strony - zdania nie zmieniam. Uważam, że znajomość historii jest potrzebna i niezbędna. Zdaję sobie sprawę, że jest to mało popularne, ale czytając książki (podejmując przy tym pewien wysiłek), warto podjąć kolejny i poznać tło historyczne. Chociażby dlatego, że często literacka rzeczywistość nie odpowiada "prawdzie historycznej". Ponadto opinia zamieszczona o książce jest wynikiem moich odczuć. A każdy ma przecież pełne prawo do innej skali emocji. 

Kochane Bazgradełko!
     Dziękuję za to, że na Twoich stroniczkach znalazło się miejsce na omówienie mojej powieści. Miło mi, że bohaterowie "Niemry" zostali przez Ciebie uznani za prawdziwych - faktycznie zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby nie byli postaciami papierowymi, ilustracjami poglądów lub postaw, ale ludźmi z krwi i kości. Cieszę sie też, że w Twojej ocenie "Niemra" burzy tradycyjny biało-czarny obraz okupacji i zmusza czytelnika do postawienia sobie wielu ważnych pytań i przemyślenia wielu problemów. O to właśnie mi chodziło.
     Nie mogę jednak zgodzić sie z dobitnie wyrażonym zatrzeżeniem, że przed rozpoczęciem lektury czytelnik powinien dobrze poznać historię czasu, o którym mowa w mojej książce. Zastrzeżenie takie uważam, delikatnie mówiąc, za bardzo nieprzemyślane. Czy aby zrozumieć "Wojnę i pokój" Tołstoja trzeba znać dzieje Rosji za panowania Aleksandra I? Czy żeby zrozumieć "Na zachodzie bez zmian" Remarque'a trzeba obkuć się w historii I wojny światowej? Oczywiście, że nie! Wymowa tych książek jest jasna nawet dla tego czytelnika, który historią się nie interesuje. Tak też jest z "Niemrą". Świadczą o tym liczne opinie zamieszczone przez czytelników w internecie oraz recenzje w prasie.
     Pewnie, że czytelnik zorientowany w realiach okupacji, wytropi w mojej powieści pewne smaczki, które dla innych pozostaną niewidoczne, ale to nie znaczy, że tylko taki czytelnik może książkę w pełni zrozumieć. Zresztą po to właśnie są w niej pieczołowicie odtworzone realia tamtej rzeczywistości, żeby nawet osoba nieznająca historii poczuła się tak, jakby znalazła się w ówczesym świecie. Zatem nie jest tak, że aby zrozumieć moją powieść, trzeba najpierw poznać historię okupacji, lecz całkiem na odwrót - lektura "Niemry" ma skłonić bardziej dociekliwego czytelnika do zainteresowania się historią tamtego okresu. 
                               
                                            Pozdrawiam serdecznie!

                                                        Arkadiusz Pacholski      
P.S. Gdyby któryś z czytelników "Niemry" chciał do mnie napisać, mój adres to arkadiusz.pacholski@gmail.com

wtorek, 7 lutego 2012

Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews




Zdaję sobie sprawę, że w ciągu ostatnich tygodni napisano o tej książce tyle, że trudno będzie cokolwiek kreatywnego dodać od siebie. Większość recenzji (i proszę nie traktować tego, jako zarzut) to raczej peany na cześć "Kwiatów...". Mój romans z p. Andrews przebiegał dość burzliwie - rzuciłam się na tę książkę, po czym dość szybko mój zapał do niej ostygł. Bo mnie drażniła. Wkurzała. Ojjj, miałam ochotę rzucić nią w ścianę. Odłożyłam na parę dni. Ostatnie kilkadziesiąt stron czytałam z zapałem, jaki ostatnio objawił się u mnie przy czytaniu Picoult (nazywa się to Syndromem Muszę-Wiedzieć-Jak-To-Się-Skończy). I jaka jest moja opinia?

Historie tego pokroju to często temat filmów serwowanych przez komercyjne stacje w przerwach pomiędzy hitami ramówki (najpopularniejsza stacja w Polsce nazywała bodajże ten cykl "Historie z życia wzięte"). Szczęśliwa rodzina - kochający się rodzice oraz czwórka słodkich, idealnych dzieciaków. W dniu urodzin ojciec ginie w wypadku samochodowym, matka stadko pod pachę zabiera i postanawia wyjechać do majątku swoich rodziców. Na miejscu dzieciaki czeka mocno nieprzyjemna niespodzianka - zostają zamknięte na poddaszu. Bez prawa do światła, wyjścia. Otrzymuję listę surowych zakazów i nakazów od mocno pruderyjnej babki. Zakazy okazują się być podstawne - dzieci pochodzą bowiem ze związku bliskich krewnych. 

Dlaczego nie emanuję entuzjazmem? Przecież historia musi być chwytliwa i dobra, prawda? Być może przeszkadzał mi nieco język oraz postaci. Wzięłam poprawkę, że "Kwiaty na poddaszu" to jedynie wznowienie, a nie nowość (książka została opublikowana w 1979 roku, budząc zgorszenie, dyskusję w Stanach Zjednoczonych). Rozumiem to, ale ... nadal nie czuję się przekonana. Postaci są dość schematyczne - matka to głupiutka i próżna osóbka, która nie budzi naszego zaufania ni sympatii od samego początku historii. Babcia też została naznaczona mocno negatywnie. Dzieciaki - dwójka głównych bohaterów Chris i Cathy, czyli dwójka starszego rodzeństwa, została przedstawiona zgrabnie, ze swoistą swadą. Rozterki emocjonalne, poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo, momenty zagubienia - nie jest już tak tandetnie, jak w przypadku pozostałych bohaterów. Mocno drażnił mnie styl narracji - momentami był bardzo naiwno-prosty. Zdania poszatkowane, jakby poucinane, bez rytmu - prawdopodobnie to odstraszyło mnie od czytania.

Co stało się ze mną potem? Przestawiłam się z trybu "literatura" na tryb "czytanie". Czym różnią się one od siebie? Ano tym, że nie czepiam się, a wchodzę w historię i bezkrytycznie żyję losami postaci. Historia na przełomie lat 70. i 80. mogła szokować. Mamy tutaj do czynienia z dwoma problemami - kazirodztwem (w tym również możliwości dziedziczenia owego), jak i siłą zemsty. Autorka zabawia się czytelnikiem i pod koniec książki otrzymujemy, jako czytelnicy, klasyczny kopniak w nerkę. I powiem szczerze - mocno obawiam się sięgnąć po kolejną część cyklu. Nie boję się trudnych tematów w literaturze, ale przyłapałam się na zbyt mocnym emocjonalnym wejściu na "poddasze". I boję się tego, co może zostać opisane w kolejnych częściach. Viriginia C. Andrews nie stawia pytań wprost - ukazuje problem z kilku perspektyw i zostawia czytelnikowi miejsce na odpowiedź. Każdy z nas pewnie inaczej odniesie się do konkretnych wątków. We mnie "Kwiaty na poddaszu" pozostawiają dziwne poczucie - nie umiem określić czy potępiam czy pochwalam to, co przeczytałam na temat kazirodztwa. Jestem zawieszona pomiędzy. Co jest dla mnie mocnym zaskoczeniem. I zastanawiam się czy to nie był właśnie zabieg autorki - zamydliła mi początkowo oczy kiepskim stylem, niemal dziecięcym gadaniem od rzeczy, po czym otrzymałam solidny cios między oczy (jak to określiła Skarletka w swojej recenzji "Kwiatów"). Moja czujność została uśpiona i wystawiona na pośmiewisko? 

Czy polecam? Tak. Aczkolwiek ... bądźcie przygotowani, że Wasze odczuwanie świata może zostać lekko zachwiane. Historia jest psychologicznie trudna i okrutna. Nieludzka wręcz. Przy całej dziecięcej naiwności przejawiającej się w natłoku słów, myśli. A jednak robi wrażenie. Stara szkoła pisania? Być może.

Kategoria: współczesna literatura
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 382.
Biblionetka: 5,02/6
Lubimy czytać: 7,93/10
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

niedziela, 5 lutego 2012

1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią - część 1 (2000's)

Wszelkie listy oraz zestawienia książek "które trzeba przeczytać" budzą w nas, molach książkowych, mieszane uczucia. Z jednej strony to spora motywacja, okazja do poznania nowych kierunków w literaturze, bądź uzupełnienia "braków". Z drugiej strony jednak często listy te tworzone są z konkretnego punktu geograficznego (najczęściej bazując na literaturze anglosaskiej). List krążących po sieci jest mnóstwo - BBC, serwis książkowy Wirtualnej Polski również regularnie częstuje nas zestawieniami. Jest jednak bardzo popularna lista, wydana nawet w formie książki. O czym mowa - o "1001 książkach, które musisz przeczytać przed śmiercią". 

Miałam okazję przekartkować ją kiedyś w Empiku - niemal 1000 stron, krótkie notki informujące dlaczego dany tytuł jest ważny. I zawrotna cena. To, że książka była skazana na śmierć przez zapomnienie, było dla mnie jasne. Kto z nas wyda niemal 100 zł na książkę, która jest właściwie jedynie listą, przewodnikiem do czytania? 

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie, aby na blogu umieścić tę listę i starać się podczytywać książki z tej listy. Nie chcę traktować tego jako wyzwania, bo jak to z czytaniem "z listy" bywa, sama wiem najlepiej.  Jednak podjęłam wysiłek i na bazie znalezionej w sieci listy, przygotowałam zestawienie. Będzie ono publikowane na moim blogu w odcinkach. Dzisiaj rozpoczynam od książek wydanych po 2000 roku. 

Chętnie przyjmę wszelkie sugestie, poprawki (nie uważam się za osobę nieomylną). I oczywiście zachęcam do dyskusji - może warto uzupełnić tę listę o książki wydane w języku polskim?

 KSIĄŻKI WYDANE PO 2000 ROKU

  • 1974 – David Peace (Prószyński i S-ka 2011)
  • Adjunct: An Undigest – Peter Manson (brak polskiego wydania)
  • An Obedient Father – Akhil Sharma (brak polskiego wydania)
  • Atlas chmur – David Mitchell (Bellona 2006)
  • Austerlitz – W.G. Sebald (W.A.B. 2007)
  • Białe zęby – Zadie Smith (ZNAK 2002)
  • Blondynka – Joyce Carol Oates (Rebis 2001)
  • Co kochałem – Siri Hustvedt (Noir Sur Blanc 2006)
  • Dar Gabriela – Hanif Kureishi (Zysk i S-ka 2004)
  • Dead Air – Iain Banks (brak polskiego wydania)
  • Demon i Panna Prym – Paulo Coelho (Drzewo Babel 2002)
  • Dining on Stones – Iain Sinclair (brak polskiego wydania)
  • Drop City – T. Coraghessan Boyle (MUZA 2005) 
  • Dwaj w morzu pływacy – Jamie O’Neill (C&T 2003)
  • Dziwny przypadek psa nocną porą – Mark Haddon (Świat Książki 2004)
  • Elizabeth Costello – J.M. Coetzee (ZNAK 2004)
  • Furia – Salman Rushdie (Rebis 2002)
  • Harmonia caelestis – Péter Esterházy (Czytelnik 2007)
  • House of Leaves – Mark Z. Danielewski (brak polskiego wydania)
  • How the Dead Live – Will Self (brak polskiego wydania)
  • In the Forest – Edna O’Brien (brak polskiego wydania)
  • Islands – Dan Sleigh (brak polskiego wydania)
  • Kafka nad morzem – Haruki Murakami (Muza 2007)
  • Korekty –Jonathan Franzen (Świat Książki 2004)
  • Księga złudzeń – Paul Auster (Noir Sur Blanc 2004)
  • London Orbital – Iain Sinclair (brak polskiego wydania)
  • Ludzka skaza – Philip Roth (Czytelnik 2004)
  • Miasto boże – E.L. Doctorow (Rebis 2001)
  • Middlesex – Jeffrey Eugenides (Sonia Draga 2008)
  • Mistrz – Colm Tóibín (Rebis 2005)
  • Młodość – J.M. Coetzee (Znak 2007)
  • Morze – John Banville (Znak 2007)
  • Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro (Albatros 2005)
  • Niewiedza – Milan Kundera (PIW 2003)
  • Nowhere Man – Aleksandar Hemon (brak polskiego wydania)
  • O pięknie - Zadie Smith (ZNAK 2007)
  • Pastoralia – George Saunders (brak polskiego wydania)
  • Performerka – Don DeLillo (Noir Sur Blanc 2009)
  • Platforma – Michael Houellebecq (W.A.B. 2004)
  • Pod skórą – Michel Faber (W.A.B. 2005)
  • Podwojenie – José Saramago (Rebis 2005)
  • Pokuta – Ian McEwan (Albatros 2008)
  • Powolny człowiek - John Maxwell – Coetzee  (ZNAK 2006)
  • Schooling – Heather McGowan (brak polskiego wydania)
  • Shroud – John Banville (brak polskiego wydania)
  • Small Remedies – Shashi Deshpande (brak polskiego wydania)
  • Spisek przeciwko Ameryce – Philip Roth (Czytelnik 2007)
  • Sprawy rodzinne – Rohinton Mistry (Dialog 2006)
  • Spring Flowers, Spring Frost – Ismail Kadare (brak polskiego wydania)
  • Sobota - Ian McEwan (Albatros 2005)
  • Super-Cannes – J.G. Ballard (brak polskiego wydania)
  • Ślepy zabójca – Margaret Atwood (Zysk i S-ka 2002)
  • Święto kozła – Mario Vargos Llosa (ZNAK 2008)
  • That They May Face the Rising Sun – John McGahern (brak polskiego wydania)
  • The Colour – Rose Tremain (brak polskiego wydania)
  • The Heart of Redness – Zakes Mda (brak polskiego wydania)
  • The Lambs of London – Peter Ackroyd (brak polskiego wydania)
  • The Red Queen – Margaret Drabble (brak polskiego wydania)
  • The Story of Lucy Gault – William Trevor(brak polskiego wydania)
  • Thursbitch – Alan Garner (brak polskiego wydania)
  • Udław się – Chuck Palahniuk (Niebieska Studnia 2007)
  • Unless – Carol Shields (brak polskiego wydania)
  • Vanishing Point – David Markson (brak polskiego wydania)
  • W świetle dnia– Graham Swift (Wydawnictwo Literackie 2003)
  • Wszystkie boże dzieci tańczą – Haruki Murakami (MUZA 2007)
  • Wszystko jest iluminacją – Jonathan Safran Foer (W.A.B. 2003)
  • Zatrzymaj się – Margaret Mazzantini (MUZA 2004)
  • Złodziejka – Sarah Waters (Prószyński i S-ka 2004)
  • Życie Pi – Yann Martel (ZNAK 2003)
Co sądzicie na temat tego zestawienia? Czego brakuje, co Waszym zdaniem można by usunąć? Miejcie na uwadze fakt, że zestawienie opiera się na wydaniu "1001 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią" z 2006 roku.


Niemra - Arkadiusz Pacholski




Większość z nas, kończąca (jeszcze istniejące) licea ogólnokształcące, miała tę możliwość, aby w ostatniej klasie dość intensywnie zgłębić literaturę okupacyjną. Każdy z nas czytał wiersza K. K. Baczyńskiego, opowiadania T. Borowskiego i inne. Ogniwo spajające było jedno - polskość przeciwko nazizmowi. Przy całym (niepodlegającym rzecz jasna ocenie) okrucieństwie przekazywanych obrazów i niewątpliwej wartości historycznej, zawsze w mojej głowie pojawiało się pytanie: czy zawsze, a przede wszystkim wszędzie Polacy byli tacy niezłomni? W moim rodzinnym Poznaniu nie ma aż tylu śladów wojny, jak na przykład w Warszawie. Dlatego z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Arkadiusza Pacholskiego, która opisuje ostatnie dni okupacji Kalisza.

Primo po pierwsze i najważniejsze - nie sięgajcie po tę książkę, jeśli nie interesuje i nigdy nie interesowała Was historia. A już w szczególności, jeśli nigdy nie zgłębiliście chociaż minimalnie zawirowań, które przetaczały się przez nasz kontynent w dwudziestym wieku. Nie piszę tego dlatego, żeby Was odstraszyć - każde niedobory wiedzy można rzecz jasna nadrobić. Jednak w przypadku tak ambitnego podejścia, jakie zaproponował pan Pacholski, warto potraktować autora na poważnie i nie sięgać jako laik po "Niemrę". Wrażenie, jakie robi przygotowanie merytoryczne autora, jest w moim przypadku naprawdę spore. Dbałość o detale historyczne, imponująca wiedza na temat regionu, mocne wprowadzenie w klimat tamtego czasu. Te wszystkie elementy sprawiają, że czytając powieść wchodziłam w ten świat całą sobą. Osoby dla których historia, szczególnie ta okresu II wojny światowej jest bliska - doskonale poczują się w tej opowieści. Aby jednak nie zemdlić tymi słodkimi słowami - mocno nużące były fragmenty, w których bohaterowie działający w Armii Krajowej puszczali wodze fantazji i przewidywali przyszłość Polski. To, że robili to niezwykle trafnie mocno ujmuje realności tym wątkom. Takich wtrętów mesjanistyczno-wizjonerskich było moim zdaniem zdecydowanie za dużo i ujmują one nieco z mojej pozytywnej opinii o "Niemrze".

Primo po drugie i niemniej ważne - postaci. Uczulona na papierowość opisywanych ludzisk mocno jestem. W przypadku "Niemry" - nie mam na co narzekać. Drobiazgowo dopracowane portrety - psychologicznie, wizerunkowo, nawet językowo. To sprawia, że powieść czyta się ze sporą przyjemnością. Warto podkreślić też, że autor nie uległ pokusie wyprostowania ścieżek życiowych. Happy endu tutaj nie znajdziecie. Wpisuje się to , co prawda doskonale w losy powojennej Polski, jednak dodaje historii wyrazistych rysów. Postać tytułowej Doroty oraz profesora Łubnina - moim zdaniem świetny materiał na kluby dyskusyjne. W tej powieści nie ma bohaterów czarno-białych. Każdy jest człowiekiem, który ma swoje ciemne i jasne strony. 

Sporym atutem jest dla mnie osadzenie akcji w Kaliszu. Doświadczenia licealne wyrobiły we mnie przekonanie, że literacka okupacja to Warszawa, Kraków ... i tyle. Arkadiusz Pacholski starał się ukazać mieszankę społeczną, jaką była Wielkopolska. Różnimy się w tym aspekcie sporo od pozostałych regionów kraju. A ukazanie okupacji w nieco inny, bardziej prowincjonalny sposób (geograficznie, a nie warsztatowo) to też temat do ciekawej dyskusji.

Cóż, recenzja pisana na gorąco, zaraz po zamknięciu książki, ma swoje wady. Należy również pozostawić pewien margines błędu - wrażenia, o których teraz piszę, mogą się zatrzeć. Jednak "Niemra" to bardzo dobra książka. Przełamuje kilka stereotypów, przedstawia drobiazgowo dopracowanych bohaterów. Wzbudza mnóstwo pytań, zmusza do przemyślenia, skłania do lepszego poznania historii. Zdecydowanie polecam, acz z zastrzeżeniem gruntownego zapoznania się z faktami historycznymi.

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011, s. 568
Biblionetka: 4,75/6
Lubimy czytać: 7,33/10
Moja ocena: 4+/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

czwartek, 2 lutego 2012

44 Scotland Street - Alexander McCall Smith




Swojego czasu Alexander McCall Smith bił rekordy popularności na blogach książkowo-recenzyjnych. Na fali tej popularności i jak najbardziej przychylnych recenzji, trafił na moją magiczną listę "Chcę przeczytać". Podczytywałam tę książkę bez zbędnego pośpiechu. Wszak sam autor stworzył mi ku temu możliwość - w zamyśle "44 Scotland Street" miał być cyklem powieści w odcinkach, która miała być publikowana w gazecie codziennej. Stąd i moje mniejsze wyrzuty sumienia. Jednak w mojej głowie pojawiło się pytanie: lepiej czytać ją "na raz" czy czytać w odcinkach?

Trudno wskazać głównego bohatera - jest ich wielu, a każdą z postaci poznajemy w równej mierze. Autor stosuje ciekawy sposób narracji - swoistą mieszankę narratora pierwszoosobowego z wszechwiedzącym. Postaci zostały przedstawione z dużą dozą humoru. Każdy z bohaterów jest groteskowy na swój sposób - Pat, która organizuje sobie kolejny "gap year", zakochuje się (literalnie) bez rozumu w swoim współlokatorze, w każdej trudniejszej sytuacji dzwoni do swojego ojca - psychiatry. Bruce - zapatrzony w swoje ego, narcystyczny, nieograniczony w uwielbieniu do siebie pracownik firmy zajmującej się wyceną nieruchomości. Ich sąsiadka - Domenica, doświadczona przez życie, uważna obserwatorka - nic w kamienicy nie dzieje się bez jej wiedzy. Irena - nadambitna matka zmuszająca swojego pięcioletniego synka do nauki włoskiego i gry na saksofonie. I tak dalej, i tak dalej ... Przyznam szczerze - Edynburg w oczach Alexandra McCall Smitha wydaje się być wyjątkowo ekscentrycznym i niemal absurdalnym miejscem. 

Język jest moim zdaniem sporym atutem "44 Scotland Street". Skondensowane, krótkie rozdziały, napisane dowcipnym, lekkim językiem. Trudno jest mi odnieść się do konkretnego przykładu z literatury, ale ten styl coś mi przypomina. Może ktoś z Was podpowie, co takiego może mi przypominać. 

Fabuła nie jest skomplikowana, nie dzieje się tutaj nic wielkiego. Szczerze mówiąc - byłam przekonana, że sięgam po lekki kryminał. Mamy tutaj jednak do czynienia z wyjątkowo sprawnie i uważnie napisaną obyczajówką. Osoby mieszkające w Edynburgu na pewno znajdą mnóstwo odniesień do osób rzeczywistych. Akcja jest dynamiczna, pełno w niej nieoczekiwanych zwrotów. Każdy rozdział jest jak odcinek dobrego serialu - interesuje, wciąga, bawi, zachęca do obejrzenia (tu: przeczytania) kolejnego, jednak nie angażuje na tyle, żeby czuć się przytłoczonym. Pomyślicie, że można by określić ten typ książki "czytadłem". Otóż - nie zgodzę się. Zbyt wnikliwe potraktowanie postaci, subtelny humor na dobrym poziomie i to nieokreślone uczucie, które towarzyszyło mi przez całą lekturę. Jakbym i ja była mieszkanką 44 Scotland Street i znała mieszkańców od podszewki.

Podsumowując - doskonały pomysł na formę powieści. Przyzwoita fabuła, wyważona dawka humoru. Nie porywa, ale nie pozostawia obojętnym. Idealna na takie mroźne wieczory, jak te, których doświadczmy teraz.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA 2010, s. 302
Biblionetka: 4,01/6
Lubimy czytać: 5,89/10
Moja ocena: 4-/6

.
.
Template developed by Confluent Forms LLC