środa, 2 maja 2012

Furia - Salman Rushdie




Pojęcia nie mam, czy wyznanie to będzie wstydliwe - "Furia" jest pierwszą powieścią Salmana Rushdiego, którą przeczytałam. Fakt, że sięgnęłam po niego dopiero teraz jest najlepszą ilustracją dla od dawna stawianej przeze mnie hipotezy, że do pisarzy znanych i książek z własnej półki zawsze najdalej. O ile "Furia" na mojej półce nie stała, o tyle Salman Rushdie jest jednym z bardziej znanych współczesnych pisarzy. I po lekturze jego powieści, zaczynam rozumieć dlaczego.

Malik Solanka, główny bohater "Furii" to pochodzący z Indii absolwent Cambridge, który ucieka całe życie. Jego pierwsza ucieczka miała miejsce w momencie zrezygnowania z posady wykładowcy akademickiego na rzecz świata miniaturowych lalek. Jego twór - lalka Rozumka (ang. Little Brain) to bardzo popularna postać telewizyjna rozprawiająca ze swadą o filozofii i z samymi filozofami. Kiedy Rozumka zaczyna żyć swoim - pop-życiem, rosnące rozczarowanie Malika swoim "dzieckiem" powoduje jego zatracanie się w demonach przeszłości. Pewnej nocy, kiedy staje nad śpiącymi żoną i synem z nożem w ręku, następuje kumulacja. Przerażony, tym do czego mógł doprowadzić, niemal bez słowa opuszcza rodzinę i wyrusza poszukiwać spokoju umysłu w Nowym Jorku. Miasto, które miało natchnąć go spokojem okazuje się być miastem szalejących furii. W mieście grasuje seryjny morderca, który w przebraniach postaci z kreskówek Disney'a morduje młode, zdolne, piękne i bogate dziewczyny. Jako, że Malik miewa ciemne plamy na pamięci, spowodowane maratonami alkoholowymi, zaczyna podejrzewać siebie o zbrodnie. Na jego drodze staje Mila Milo, która sama o sobie mówi, że "naprawia ludzi" (Ustami. Dosłownie) oraz Nila Mahendra - nadzwyczaj piękna Hinduska, którą obdarza miłością. Powieść kończy się kompletnie futurystycznie, odjazdowo i na haju.

Przyznam szczerze - podczas czytania miałam mętlik w głowie. Totalny i skrajny momentami. Wszystko się układa, dociera, dopasowuje. Im więcej czasu mija od skończenia lektury, tym mocniej jestem przekonana o tym, że najzwyczajniej bardzo mi się ona spodobała. Przeglądając różne opinie o pisarstwie Rushdiego, niejednokrotnie spotkałam się z opinią, że "Furia" jest jego najsłabszą powieścią. Rushdie postrzegany jest jako pisarz trudny, poważny, pretensjonalny, a "Furia" jest jego "najprostszą" powieścią. Być może. Przyznam się do jednego - dawno żadna lektura nie sprowokowała mnie do tak wielu przemyśleń. Moje myśli wędrowały tak krętymi ścieżkami, jak fabuła "Furii".

Mnóstwo tutaj odniesień do pop-kultury - filmów, seriali, celebrytów. Czuje się mocno, że Rushdie nie jest odcięty od całego pop-blichtru i w jego prozie urasta do rangi pełnoprawnego składnika kultury (co nie jest powszechne w literaturze wyższych lotów). Główny bohater zastanawia się, czy podobnie jak bohater serialu - Tony Soprano, nie udać się do psychiatry. Odpowiada sobie: "Fuck him, he was fictional". I to najlepszy przykład na specyficzne poczucie humoru, które funduje nam autor. Nie szczędzi ponadto wątków autobiograficznych - Malik Solanka jest w podobnym wieku, również pochodzenia hinduskiego (to samo miasto - Bombaj), odebrali wykształcenie na tym samym uniwersytecie, dwukrotnie żonaci, piękna i inspirująca kochanka pochodzenia hinduskiego. Krzysztof Mroziewicz z Gazety Wyborczej zarzucił, że zarówno Salman Rushdie, jak i Mario Vargas Llosa popadają w nadmierne epatowanie wątkami autobiograficznymi, jak popisują się oczytaniem i obyciem kulturalnym. Mi - szarej czytelniczce - nie przeszkadzało to, wręcz przeciwnie - znacznie ułatwiało odbiór. 

Sporo jest w "Furii" polskich wątków. Jeden z przyjaciół Solanki nosi nazwisko Wajda i jest synem polskich emigrantów. Solanka namiętnie ogląda Kieślowskiego, czytuje Miłosza, jego kochanka ma na swojej półce Herberta, a służąca nosi imię Wisława. Co do ostatniego - złośliwi twierdzą, że w ten sposób Rushdie wyładował swoją frustrację spowodowaną nieotrzymaniem Nagrody Nobla, nadając takie imię leniwej, grubej i niechlujnej służącej - Polce. 

Salman Rushdie stawia tezy, które - jak wcześniej pisałam - doprowadzały mnie do bardzo zawiłych przemyśleń. Jest prawdziwą kopalnią takich "myślonaprowadzaczy". Chociażby to: "Każde małżeństwo, które się rozpada zasiewa niepewność w tych, które nadal trwają. (...) zdawał sobie sprawę, że zainicjował reakcję łańcuchową wypowiedzianych i niewypowiedzianych pytań przy kuchennych stołach w całym mieście, w sypialniach, a także w innych miastach: Wciąż dobrze nam ze sobą? OK, jak dobrze? Jest coś, o czym mi nie mówisz? Czy obudzę się któregoś dnia, a ty powiesz coś, co uświadomi, że dzielę łóżko z kimś obcym? Jak jutro zrewiduję wczoraj, jak następny tydzień zniweluje ostatnie pięć, dziesięć, piętnaście lat? Nudzisz się? To moja wina? Masz mniej siły niż mi się wydawało? Chodzi o niego? O nią? Chodzi o seks? Dzieci? Chcesz to naprawić? Jest co naprawiać? Kochasz mnie? Wciąż mnie kochasz? O Jezu, Jezu, czy ja wciąż kocham ciebie?" *

Tytuł jest wieloznaczny. W opisie okładkowym wymienione są furie, których obraz Rushdie przedstawia w powieści. Nie należy zapominać, kim w mitologii były furie czy ich greckie siostry - erynie. Boginie zemsty, uosobienia kary, gniewu, ugłaskiwane przydomkami. John Sutherland z Guardiana przywołał ponadto znane z platońskiej teorii aktu twórczego określenie "furor poeticus". Pojęcie, utożsamiane przez niektórych badaczy z natchnieniem, mówi o szale poetyckim, niezwykłym stanie umysłu twórcy, które wiąże się z ingerencją sił nadprzyrodzonych, które umożliwia tworzenie dzieł bez znajomości zasad poetyki i reguł kreowania rzeczywistości literackiej. Furia u bohatera pojawia się znikąd, jest nieświadoma i jakby odklejona od Solanki. Nie wiedział, kiedy zwolnił swoją służącą, skrzyczał kelnera czy kochankę. Furia pojawiała się nagle, a stan przywracania normalności był długotrwały i wymagał ogromnego poświęcenia. Furia jest postrzegana przez Rushdiego bardziej jako szał, pęd - naturalny, instynktowny, niemal zwierzęcy i takie jest moje rozumienie tytułu.

Mnóstwo u niego historii w historii, niektóre wątki nie znalazły mojego zrozumienia (szczególnie te mocno uderzające w rytmy science-fiction), jednak mogę z czystym sumieniem powiedzieć - to bardzo dobra powieść. Jest to dla mnie taki typ literatury, która sprawia satysfakcję po przeczytaniu, zostawia refleksję i ślad po sobie. Mam mnóstwo przemyśleń, świeżych myśli i ... naprawdę podobało mi się. Nie było łatwo, ale warto. Polecam gorąco!

* S. Rushdie "Furia", Poznań 2002, s. 81.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Dom Wydawniczy REBIS 2002, s. 256.
Biblionetka: 4,62/6
Lubimy czytać: 6,08/10
Moja ocena: 5/6

niedziela, 29 kwietnia 2012

Na fejsie z moim synem - Janusz L. Wiśniewski




<Ciężkie westchnienie> 
Trudno, niezwykle trudno jest powstrzymać się od zgryźliwości, złośliwości i paskudności po przeczytaniu książki Janusza L. Wiśniewskiego. O tym, że za panem, delikatnie mówiąc, średnio przepadam, pisałam przy okazji "Bikini". Pojawiła się okazja przeczytania jego najnowszej "powieści" i pomyślałam, że może warto zmierzyć się, raz kolejny, ze swoimi uprzedzeniami. Jednak, jak to z owymi bywa, wiecie pewnie sami najlepiej - jak się je już nabyło, to niezwykle trudno jest się ich pozbyć. 

"Na fejsie z moim synem" to według okładkowego opisu rozmowa syna z matką, która pisze do niego za pośrednictwem portalu społecznościowego. Pisze nie z byle jakiego miejsca, bo z samego Piekła. Wiele się tam dzieje, skazani na wieczne potępienie nieźle się bawią, mając do dyspozycji szeroki zakres kanałów telewizyjnych, stacji radiowych oraz dostęp do Internetu - nieco zmodyfikowanego oraz cenzurowanego. I przyznam się od razu - taka wizja Piekła zapracowała na ocenę, którą wystawiłam powieści.

Irena Wiśniewska, zmarła w 1977 roku, dwukrotna rozwódka, matka dwóch nieślubnych synów, do Piekła trafiła, według niej samej (a właściwiej według jej syna) zasłużenie. Narratorem wydaje się być sama Irena Wiśniewska, jednak - nie dajmy się zwieść - to tylko przysłowiowa "przykrywka". Od pierwszego do ostatniego zdania nie mamy wątpliwości, że jest to Janusz L. Wiśniewski. "Matka" porusza wszelkie tematy - jak na osobę, która mało czym się za życia interesowała, Piekło wzbudziło w niej nie lada intelektualizm. Pisze do "Nuszki" o Bogu, wierze, przeznaczeniu, samobójstwach, miłości, poezji, sztuce, fizyce, chemii, genetyce. Tak, tak - dosłownie o wszystkim. A jak ktoś pisze o wszystkim, to najczęściej pisze o ... niczym.

Na okładce umieszczono szumne zdanie, iż jest to najbardziej osobista powieść autora "S@amotności w sieci". Prawda - jest. Jednak autor, który i w poprzednich powieściach, nie krył się ze swoimi skłonnościami do literackiego ekshibicjonizmu, tym razem postawił sobie poprzeczkę wysoko. I o zgrozo, przeskoczył ją, gdyż "Na fejsie..." to tak naprawdę nic innego jak wyrzucenie z siebie szerokim strumieniem, wszystkiego (!!!), co mu na wątrobie i innych częściach ciała leżało. Szkoda, że wykorzystał do tego swoją matkę, wkładając jej w usta słowa i sformułowania, których pewnie by się powstydziła. Czytanie tej powieści, jak napisał słusznie Artur na portalu Lubimy czytać, przypominało czytanie Pudelka czy wpisów na Facebooku niezbyt rozgarniętej znajomej czy znajomego. Pytanie jednak, kto powinien być tym faktem bardziej zażenowany - ja jako czytająca czy "pisarz", który to stworzył?

Bardzo długo brnęłam przez tę powieść - ewidentnym utrudnieniem była skrajna wielowątkowość i gadatliwość Ireny Wiśniewskiej. Będę jednak szczera - "Na fejsie ..." jest idealnym usypiaczem, a żaden z ogromnej liczby wątków tak naprawdę mnie nie zainteresował. Rzekoma rozmowa zapowiadana na okładce to jednak monolog - długi, mało ciekawy, usypiający. Przyznam, że przez całe ponad czterysta stron czekałam na odpowiedź "synusia". Nie doczekałam się, co wzmogło jedynie moje zniecierpliwienie. 

Bardzo, ale to bardzo u JLW drażni mnie wymądrzanie się na temat kobiet - jak zawsze przemyślenia te wkładane są w usta bohaterek płci żeńskiej. I znowu - uogólnianie, upraszczanie, robienie z nas - kobiet - seksualnych idiotek, zachowujących się niczym kotki podczas rui. Dorzućmy do tego popisywanie się wiedzą z zakresu chemii, fizyki, co kompletnie nic nie wnosi w powieść, nudzi, nuży. Tego typu tyrady udowadniają jedynie jak wielkim ego obdarzony jest JLW. Wpisał się on ponadto, w dość ostatnio popularny trend, rozprawiania się z krytyką swoich dzieł. JLW jest przewidujący i już w treści powieści odniósł się do ewentualnych późniejszych zarzutów. "Budujące".

Aby jednak nie przesadzić z żółcią, chciałabym również zwrócić uwagę na kilka kwestii, które spodobały mi się w powieści. O pierwszej - wizji Piekła - już wspominałam. JLW wplótł ponadto kilka ciekawych, sentymentalnych wątków, które romantykom mogą się spodobać. Jednak historie w klimacie pokazania kobiecie swojego DNA czy opowieści o Greku pijącym krew menstruacyjną swojej kochanki - to już dokładnie coś, co mnie od JLW odrzuca. Ciekawie wypadały wątki stricte rodzinne - i to jest moim zdaniem najmocniejsza strona powieści. 

Janusz L. Wiśniewski wzbudza skrajne emocje - albo się go uwielbia, albo nienawidzi. Ja raczej przypisałabym się do drugiej grupy - za dużo mnie w jego pisarstwie nie ujmuje, wręcz drażni, wkurza i zniesmacza. "Na fejsie z moim synem" to kolejny przykład grafomaństwa i raczej tandetnej literatury. Szkoda, bo tytuł niósł w sobie jakiś potencjał. A tak wyszło, moim zdaniem, jak zawsze - górnolotnie, ckliwie i nijako. I miejmy nadzieję, że "synuś" nie posłucha rady swojej matki zawartej w ostatnim zdaniu powieści:
"P.S. A jak czas, synuś, znajdziesz, to napisz kiedyś ..."

Kategoria: współczesna literatura polska
Wydawnictwo Wielka Litera 2012, s. 448.
Biblionetka: 3,43/6
Lubimy czytać: 5,27/10
Moja ocena: 2 z malutkim plusem/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

piątek, 27 kwietnia 2012

Angielski pacjent - Michael Ondaatje





"Angielskiego pacjenta" czytałam sporo lat temu. Pamiętałam zarys historii, jednak nie mogłam przypomnieć sobie szczegółów. Film oglądałam również kilka dobrych lat temu. Skąd pomysł na odświeżenie sobie tej powieści? Zainspirował mnie sam John Irving i jego odwołania do powieści Ondaatje w "Czwartej ręce". I tak oto powróciłam do powieści, którą kilkanaście lat temu, jako nastolatka przeczytałam. I jakie wrażenia? Jak się, ku mojemu zaskoczeniu, okazało - niezmienione. I nadal jak najbardziej pozytywne.

"Angielski pacjent" to historia czterech osób, których los styka w toskańskiej willi San Girolamo. Tytułowym bohaterem jest hrabia Almasy - szpieg? bohater? ciężko poparzony w wyniku katastrofy samolotu, którym podróżował z kochanką Katherine i jej mężem. Opiekuje się nim Hana, młoda Kanadyjka, pielęgniarka. W willi mieszkają ponadto Caravaggio - szpieg, złodziej, który jest ponadto długoletnim przyjacielem ojca Hany oraz Kip - Hindus, który służy w brytyjskiej armii jako saper. 

Historia wydaje się być mocno chaotyczna, a wszystko przez liczne retrospekcje oraz nielinearną narrację. Wątki są mocno poszatkowane i pomieszane, co utrudnia odbiór. Nie jest to również typ powieści, którą można wchłonąć w jedno popołudnie. Zdecydowanie należy dawkować sobie lekturę i pozwalać jej dojrzeć w głowie. Głównymi tematami są wojna, miłość oraz przeszłość bohaterów, co łączy się dość jednoznacznie z dwoma pierwszymi.

Almasy nie może, lub nie chce przypomnieć sobie swojego imienia. Jego tożsamość odkrywa Caravaggio, który podczas wojny szpiegował samego hrabiego. Mimo, że nie przyznaje się do swojego pochodzenia, doskonale pamięta wydarzenia z przeszłości. Opowiada kluczową historię, czyli wątek miłosny pomiędzy nim a żoną jego współpracownika - Katherine. Sporo w tej opowieści emocji, subtelności, intymności. "Zawsze łaknęła słów, uwielbiała je, żywiła się nimi. Słowa rozjaśniały jej świat, ukazywały przyczyny i rozmiary. Ja natomiast uważałem, że słowa wzniecają emocje, tak jak patyk mąci wodę".

Ważny aspekt łączy Almasy'ego z innym mieszkańcem toskańskiej willi - Kipem. Hindus, służący dla Commonwealthu, jest w równym stopniu odnarodowiony jak Almasy. Żaden z nich nie czuje związku z miejscem, w którym się urodzili - są obywatelami świata. Dla Almasy'ego ojczyzną jest pustynia, którą badał całe życie. Odrzucenie jakiejkolwiek narodowości objawia się u Almasy'ego tym, że nie uważa za zło pomagania chociażby nazistom. Przeprowadzając jednego ze współpracowników feldmarszałka Rommla stwierdził, że był to po prostu inny człowiek.

Kolejną kluczową postacią dla powieści jest Hana - dwudziestojednoletnia pielęgniarka, ofiarnie opiekująca się Almasym. Odmówiła opuszczenia willi, w której uprzednio stacjonował szpital polowy, aby stan "angielskiego pacjenta" nie pogorszył się. Jest rozdarta pomiędzy młodością a dojrzałością, wymuszoną przez wojnę. Podejmuje trudne tematy, opiekuje się chorym, zakochuje się, ale nadal z chęcią praktykuje dziecięce zwyczaje, takie jak chociażby gra w klasy. Almasy'ego traktuje niemal jak świętego - zakochuje się w nim w zupełnie nieerotyczny sposób.

Ostatnio wyszukuję również w powieściach odniesień do innych książek. W "Angielskim pacjencie" mamy nawiązania chociażby do "Anny Kareniny" L. Tołstoja oraz bardzo liczne do "Dziejów" Herodota. Bohaterowie nie ruszają się nigdzie bez swoich ukochanych lektur, cytują je dowolnie i naturalnie, w odniesieniu do niemal każdej sytuacji. "Dzieje" Herodota, które również i dla mnie są jedna z ważniejszych lektur (chociaż z tym tomiskiem trudno jest się gdziekolwiek ruszyć ;) )są bardzo szeroko przytaczane przez Almasy'ego. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się takie odczytywanie lektur na nowo i inspirowanie się nimi w treści powieści. 

Powieść nadal bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Nie straciła nic ze swojego czaru dla mnie. To piękna historia o miłości, pełna drobiazgów, w których można odnaleźć i swoje wspomnienia miłosne. Niech zachętą będzie jeden z najpiękniejszych stwierdzeń, które wyczytałam w książce, a które czuję mocno: " - Chcę, żebyś to wiedziała: Jeszcze za tobą nie tęsknię. - Zatęsknisz.".

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo Książnica 2006, s. 248.
Biblionetka: 3,81/6
Lubimy czytać: 5,71/10
Moja ocena: 5/6

środa, 25 kwietnia 2012

Notatki z wystawy - Patrick Gale




Zabawne jest w jaki sposób różne tytuły trafiają w nasze ręce. Źródeł jest całe mnóstwo - dla mnie ostatnio mocno inspirujący stał się klub dyskusyjny, w którym biorę czynny udział. Uczestnicy nadsyłają swoje propozycje na lektury i spośród nich losujemy jedną książkę. W kwietniu wybór padł na "Notatki z wystawy", książkę, której pewnie nigdy bym nie przeczytała, gdyby nie nasz klub. 


Rachel to znana malarka, cierpiąca na dwubiegunową psychozę maniakalno-depresyjną. Pewnego dnia zostaje znaleziona martwa w swojej pracowni. Paradoksalnie umiera w wyniku zawału. Cofając się w czasie poznajemy jej losy, perypetie rodziny i dowiadujemy się dlaczego tak trudno żyje się z osobą o tak dominującej osobowości jaką jest zdecydowanie Rachel.

Wątków w powieści jest tak wiele, że nawet nie będę próbowała wymieniać. Jest niemal wszystko - choroba psychiczna, talent artystyczny, homoseksualizm, próby samobójcze, zdrada, toksyczna matka, trudne dzieciństwo, religijność. Nie można jednak autorowi zarzucić przesady - każdy wątek służy historii i ją dopełnia. Niejednokrotnie balansowanie na granicy banału i groteski w trakcie czytania nieco mnie drażniło, ale finalnie okazało się to również mocną stroną powieści.

Historia jest przedstawiana z kilku punktów narracyjnych - głos otrzymuje każdy członek rodziny - Antony, Rachel oraz ich dzieci: Garfield, Morwenna, Hedley oraz Petroc przedstawiają subiektywnie wydarzenia z życia rodziny. Fakty poznajemy achronologicznie, co początkowo utrudnia odbiór powieści, ostatecznie jednak dodaje jej sporo uroku. Ciekawym zabiegiem jest ponadto poprzedzanie rozdziałów wycinkami z katalogu pośmiertnej wystawy Rachel Kelly. Początkowo opisy wprowadzają chaos w narrację, jednak im dalej w historię, tym mocniej pomagają w zrozumieniu całości.

Wszystko w rodzinie Middletonów podporządkowane było Rachel i jej talentowi. Dzieci były przyuczane do wpasowania się pomiędzy humory i pasję tworzenia matki. Egocentryczna i skupiona na sobie, nie dostrzegała czasem ich podstawowych potrzeb. Nawet w dniu ich urodzin wszystko było skoncentrowane na Rachel - prezentem dla dzieci była możliwości spędzenia dnia z nią oraz otrzymanie namalowanej w kilka minut kartki urodzinowej z komiksem. Dwójka starszych dzieci starała się zwrócić na siebie uwagę, jednak dość szybko nauczyły się, że to tylko rozwściecza matkę. Opis życia rodziny, która kompletnie dopasowuje się w cykl choroby Rachel jest bardzo sugestywny i emocjonalny. W powieści dzieje się jednak tak wiele, że trudno jest odnieść się w trakcie lektury do czegokolwiek. Mimo tego autorowi udało się wpleść równie dużo niedopowiedzeń, co - przyznam szczerze- mnie dodatkowo frustrowało. 

Trudno jest mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy książka spodobała mi się. A jeszcze trudniej na to czy poleciłabym ją komukolwiek. Wiem, że jest to ten typ powieści, o których bardzo szybko się zapomina. Dla mnie była mocno neutralna, dopiero ostatni rozdział sprawił, że zaczęłam darzyć ją letnim uczuciem. Do zachwytu jednak daleko - jest to przyzwoicie napisana powieść, bez zgrzytów i niedociągnięć. Sami przeczytajcie i oceńcie.

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Nasza Księgarnia 2009, s. 376.
Biblionetka: 4,59/6 
Moja ocena: 4/6

piątek, 20 kwietnia 2012

Płatki na wietrze -Virginia C. Andews




Ostatnio jeden z blogerów przywołał rady Kurta Vonneguta w których mistrz radził początkującym pisarzom, czego nie pisać, aby potencjalni czytelnicy nie posnęli przy lekturze, tudzież nie próbowali zrobić krzywdy książce. Virginia C. Andrews prawdopodobnie nie miała okazji zapoznać się z nimi - napisała bowiem książkę zupełnie wbrew. A jaki jest efekt? Częstotliwość przewracania oczami, prychania, niekontrolowanych okrzyków oraz próby wpakowania książki do kosza, w trakcie lektury "Płatków na wietrze" przekroczyła dla mnie wszelkie dopuszczalne normy.

Naczelna zasada według Kurta Vonneguta to szanowanie czasu czytelników, którzy nie mają ani przez chwilę poczuć, że go zmarnowali. "Płatki na wietrze" to historia napędzana bardzo niezdrowymi fantazjami. Mieliście czasem koszmarny sen, w którym co większe nieprawdopodobieństwa goniły się wzajemnie? Sen musiał być najwidoczniej proroczy, bo przyśniły się Wam "Płatki na wietrze". Z całym szacunkiem do pierwszej części historii, w której i sam zarys fabuły był w miarę ciekawy, napięcie budowane i temat dość kontrowersyjny. Czytając "Płatki na wietrze" czułam jakbym przedzierała się przez rękopis nastolatki, która naoglądała się zbyt wiele "Mody na sukces" i inspirowana losami szwagrów i pasierbów swojej żony oraz syna, ojca i brata swojej matki w jednej osobie postanowiła napisać książkę. I o zgrozo zrobiła to - w ciągu tygodnia. Historia tak naiwna i toporna, że zasada pierwsza została złamana i czuję, że mój czas został zmarnowany.

Nie ma większego sensu katować zasadami Vonneguta tego, co stworzyła Virginia C. Andrews. Książka jest niemiłosiernie słaba. Główna bohaterka jest irytująco pustą idiotką, dla której nie ma żadnych granic przyzwoitości. Wielostronicowe wywody dotyczące jej zemsty za to, co zrobiła matka, babcia oraz dziadek powodują książkowstręt. Mocno zastanawiałam się, co jest silną stroną "Płatków na wietrze" - nie chciałabym klasycznie zmieszać książki z błotem.  Na pewno główna bohaterka wzbudza silne emocje. Nikt mnie ostatnio tak nie denerwował jak ona. Gdzieś w połowie historii wydawało mi się, że nie można już umieścić większej ilości bzdur - jakże się myliłam. I tu też - może nieco złośliwy - "plus" dla autorki - dało się. 

Nie streściłam fabuły, gdyż powiem szczerze - pogubiłam się kiedy, z kim i ile razy. Jedno jest pewne - nagromadziły się tu wszystkie możliwe motywy rodem z bardzo tanich i tandetnych seriali. Czuję się mocno rozczarowana, bo myślałam (ba! łudziłam się), że da się wyciągnąć z tej historii coś ciekawego, a średni poziom prezentowany w "Kwiatach na poddaszu" po prostu się podniesie. 

Książki nie polecam, osobom wrażliwym wręcz odradzam. Jeśli drażnią Cię losy Marii czy innej Milagros - omijaj ją szerokim łukiem. Rzadko (to chyba nawet pierwsza) popełniam recenzje, w których wyładowuje swoją frustrację. "Płatki na wietrze" doprowadziły mnie jednak do furii. Kolejne części sagi Dollangangerów na pewno nie zostaną przeze mnie przeczytane, a czas spędzony na "Płatkach na wietrze" uważam, za zmarnowany.

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo Świat Książki 2012, s. 432.
Biblionetka: 4,49/6
Lubimy czytać: 6,53/10
Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC