niedziela, 1 stycznia 2012

39,9 - Monika Rakusa




Ostatnio po blogach hula zestawienie dotyczące autorów po których my - blogerzy, sięgnęliśmy pod wpływem pochlebnej recenzji w naszej książkowej blogosferze. Książka Moniki Rakusy trafiła na moje zestawienie "Chcę przeczytać" zanim pojawił się serwis Lubimy czytać.pl. Ona tam była zanim wielu z obecnych książkowych blogerów zaczęła bloga prowadzić. To jedna z pierwszych zapisanych w moim zeszyciku książek do przeczytania. Odczekała swoje, to pewne. A czy warto? Rozdartam. Jak na kobietę przystało. I chciałabym i sama nie wiem ;)

"39,9" to pamiętnik-dziennik. Czterdziestolatki. Pisany po babsku. Czasem z pietyzmem i namaszczeniem, a czasem niemalże na kolanie. Pomiędzy szybkim obiadem a wystawną kolacją. Pomiędzy byciem doskonałą a wredną jędzą. Czasami słodki aż mdli, a czasem gorzki. Nierówna ta książka. Mocno, mocno. Bo są fragmenty, którymi mogłabym wytapetować swoje ściany. A są i takie, po których zwyczajnie przesunęłam wzrok, niemalże z zażenowaniem.

Jednego nie można autorce odmówić. Językowej swady. Pięknie pisze! Bardzo w moim klimacie - dużo udziwnień, neologizmów, zabaw językiem. To zdecydowany i mocny atut "39,9". Bywają rozdziały (wpisy z dziennika), w których Monika Rakusa niemal kpi z polszczyzny - mocnym wstępem jest już pierwszy "rozdział" - napisany na jednym oddechu, bez interpunkcji, zdań. Bardzo ciekawie wychodziły autorce wszelkiej maści wyliczanki. A mistrzostwem jest dla mnie fragment dotyczący wizyty u psychoterapeuty - rozpraszający dźwięk windy został tak fenomenalnie przedstawiony, że aż samą mnie to wkurzyło!

Powieść jest mocno kobieca i ... obawiam się, że tylko kobiety będą potrafiły w pełni ją docenić. A wynikać to będzie tylko z naszej firmowej, rozchwianej kobiecości. Dużo jest fragmentów przy których pokiwamy ze zrozumieniem głową, bądź nawet rozśmiejemy się w głos (wpis pt. "Dzień powodów dla których uprawiałam seks"). Pewnie ja, jako jeszcze nie-długo czterdziestoletnia, nie pojęłam wszystkich niuansów. Ale mimo wszystko polecam. Dwudziesto-, trzydziesto- i więcej- latkom.

No to teraz łyżka dziegciu. Bo różowo niestety do końca nie jest. To debiut. Nie zawsze musi to być wada. W przypadku pani Moniki Rakusy mocno czuć. Ilość wątków, zupełnie niezbieżnych, czasami bezcelowych i niepotrzebnych, nagromadzonych na zaledwie dwustu stronach doprowadza do zagubienia. Z opisu okładkowego nastawiłam się na pamiętnik kobiety w stanie podczterdziestkowym. Tytuł bardzo fajnie to sugerował. Otrzymałam niestety papkę, którą przełknęłam chyba tylko ze względu na małą objętość. Zupełnie niepotrzebny wydał się w moim mniemaniu wątek żydowski. Mocno niespójny z resztą fabuły. Zapowiadało się bardzo fajnie, ale w moim odczuciu autorka zwyczajnie przedobrzyła. 

Podsumowując - przyzwoicie, ale bez zachwytów. Parę fajnych fragmentów wyłapanych, nie czuję abym straciła czas czytając "39,9". Potencjał czuć z daleka. Oby został dobrze wykorzystany.

Kategoria: współczesna literatura piękna
Wydawnictwo W.A.B. 2008, s. 216
Biblionetka: 3,77/6
Lubimy czytać: 4,53/10
Moja ocena: 3+/6

Wojna i więzienie - Wasilij Aksionow




Kiedy nie czytam nowości książkowych, to jak widać po moich notkach, najchętniej sięgam po literaturę okołorosyjską. Po dość entuzjastycznym podejściu do pierwszej części Moskiewskiej sagi, szybko rozpoczęłam lekturę drugiego tomu. I tak minęło pół roku ... Aksionowa podczytywałam pomiędzy różnymi innymi książkami. I traktowałam po macoszemu. Mocno. W międzyczasie popełniłam jeszcze "Jeźdźca miedzianego". Czy nasyciłam swoje rusofilstwo? Kręcę głową z dezaprobatą.

"Wojna i więzienie" to kontynuacja losów rodziny Gradowów. Akcja rozpoczyna się w 1941 roku. Niemal wszyscy męscy członkowie rodziny Gradow uczestniczą w działaniach wojennych. Kobiety czekają na nich w domach, bądź tak jak Weronika trafiają do łagrów. Nie chciałabym przytaczać wszystkich wątków, gdyż po pierwsze było ich sporo. Po drugie - książkę czytałam prawie pół roku i wiele epizodów zatarło się w mojej pamięci. Także opinię tą potraktujcie z lekkim przymrużeniem oka, gdyż będzie ona mocno impresjonistyczna ;)

Co mnie uderzyło najmocniej - "Wojnę i więzienie" kończyłam czytać już po lekturze "Jeźdźca miedzianego". Kilka wątków jest na tyle podobnych do siebie, że nie mogłam sobie przypomnieć, który należał do konkretnej powieści. Nie sposób przez to nie porównać obydwu książek. "Jeździec miedziany" P. Simmons to jednak w głównej mierze romans z elementami soft-porno i lekko podanym rysem społeczno-historycznym. Saga Aksionowa to przede wszystkim solidne odwzorowanie historyczne z lekkim rysem postaci, bardzo zgrabnie wplecionych w autentyczne wydarzenia wojenne. Aksionowa czyta się trudniej, bo i więcej trzeba pamiętać z historii (co prawda leniwym sam autor uzupełnia wiedzę poprzez rozdziały "intermedium", które stanowią zgrabną mieszankę nagłówków prasowych z całego świata), jednak - lektura ta sprawia więcej satysfakcji. Imponuje przygotowanie merytoryczne autora, gdyż jest on twórcą współczesnym.

W "Wojnie i więzieniu" pojawiają się również wątki polskie, co nieco szokuje biorąc pod uwagę rok powstania książki (początek lat 90.). Być może wpływ na to miał życiorys autora (emigrował do Stanów Zjednoczonych). Dość jasno jest tutaj powiedziane, że żołnierze radzieccy z założonymi rękoma czekali, aż Warszawa wykrwawi się w powstaniu (scena z synem marszałka Gradowowa, Borysem - trzecim pokoleniem rodziny w sadze), jak również mowa jest o sprawie katyńskiej. Interesuje mnie, jak rosyjski czytelnik odebrał zatem tę powieść.

Poszukując informacji o autorze, często natykałam się na opinie, że moskiewska saga jest "Wojną i pokojem" XX wieku. W notce wikipedyjnej czytamy o porównaniu z "Doktorem Żywago". Niestety (moje wielokrotne narzekanie pt. "klasyki nie znamy, nowości czytamy") żadnej z powieści nie czytałam, ale poziom moskiewskiej sagi jest dla mnie na tyle zadowalający, że sama siebie zmobilizuję do nadrobienia zaległości. 

Podsumowując - polecam. Rusofilom i nierusofilom. Ciekawa powieść z Rosją Radziecką w tle. Dużo mocnych, typowo rosyjskich akcentów, co dodaje lekturze smaczku. Zachęcam naprawdę gorąco. 

Kategoria: literatura współczesna zagraniczna
Wydawnictwo AMBER 1999, s. 318
Biblionetka: 5,13/6
Moja ocena: 4+/6

Bałkany - terror kultury - Ivan Čolović




Zainteresowanie obszarem Bałkanów trwa. Na Sylwestrowy, molowy wieczór wybrałam sobie jednak trudną lekturę. "Bałkany - terror kultury" to zbiór esejów autorstwa Ivana Čolovicia, urodzonego w Belgradzie. Ukończył studia na Wydziale Filologicznym, następnie robiąc doktorat z etnologii. Aktywnie występował przeciwko wojnie, był jednym z założycieli  Stowarzyszenia Niezależnych Intelektualistów Belgradzki Krąg i jego wiceprzewodniczącym oraz niezależnego Forum Pisarzy. Eseje traktują o sferze językowej obszaru dawnej Jugosławii, ze szczególnym uwzględnieniem Serbii.

Teksty są trudne i przyznam szczerze - jak na wieczór sylwestrowy, lektura mocno wymagająca skupienia, znajomości specyfiki obszaru Bałkanów oraz ... dużej wiedzy lingwistycznej. W esejach  Čolović krytykuje walkę o serbski obszar etniczny i kulturowy jako obronę Europy - terytorium cywilizacji chrześcijańskiej. Nacjonalizm serbski jest w jego ujęciu niebezpieczny nie tylko dla samej Serbii, ale i dla całej Europy. Ukazuje on jak zgubna może być obsesja na punkcie autochtoniczności. Serbowie są mocno wyczuleni na punkcie podejrzenia ich o jakiekolwiek podobieństwo z innymi narodami zamieszkującymi Bałkany. W te struny serbskiego nacjonalizmu dość intensywnie uderzano, wykorzystując wąski rejon kultury do działania na uczucia narodowo-patriotyczne społeczeństwa. 

Čolović charakteryzuje się zdrowym dystansem do środowiska, w którym przyszło mu dorastać. We wstępie krytykuje on rozpowszechniony w literaturze stereotyp Bałkanów jako obszaru niedostatku kulturowego. Čolović zaprzecza temu w każdym eseju - właśnie nadmiar zjawisk kulturowych, przesycenie tym tematem wszelkich sfer życia na półwyspie bałkańskim, doprowadziło do tragicznych wydarzeń, jakimi były wojny w latach 1991-1995, jak również konflikt w 1999 roku w Kosowie. Čolović zadaje pytanie czy kultura terroryzuje gdziekolwiek indziej poza Bałkanami? Moim zdaniem pytanie to należy pozostawić otwartym. Bałkany to specyficzny obszar, a im bardziej go poznaję, tym mniej dziwią mnie konflikty, które są tam cały czas żywe.

Książkę polecam, mimo wysokiego poziomu jaki stawia przed czytelnikiem. Warto zmierzyć się z tym tematem, bo wiele zagadnień poruszanych przez Čolovicia jest bliskich i nam. I obszar geograficzny, kulturowy, który zamieszkujemy wydaje się nie mieć przy tym większego znaczenia.

Kategoria: publicystyka literacka, eseje
Wydawnictwo Czarne 2007, s.160.
Biblionetka: 4,47/6
Lubimy czytać: 6,72/10
Moja ocena: 4/6

sobota, 31 grudnia 2011

Włochy północne. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu




Recenzowanie przewodników turystycznych w moim mniemaniu często mija się z celem. Przewodniki zaliczają się do literatury tak zwanej użytkowej.  Ich poprawność, przydatność należy sprawdzić w akcji. Trudno jest ocenić jego funkcjonalność siedząc w fotelu. Popełniając notkę o moim wypadzie do Portugalii, pokusiłam się o krótkie zrecenzowanie przewodników z którymi do wyjazdu się przygotowywałam. Potrafiłam wytknąć ich wady, docenić zalety. Co więcej -mogłam z czystym sumieniem ocenić ich przydatność w podróży (waga, wymiar etc.). Mówiąc krótko, w moim odczuciu - taka recenzja miała sens.

W przypadku przewodnika "Włochy północne. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu" nieco zamarkuję - we Włoszech co prawda byłam, jednak było to na tyle dawno temu, że nie jestem w stanie tak dokładnie przywołać wszystkich obrazów. Ani uczciwie ocenić przydatności przewodnika w trasie. 

Włochy - kraj o jednym z najbardziej charakterystycznych kształtów. Każdy z nas uczył się w szkole o włoskim bucie. Kraj kontrastów, pysznego jedzenia, muzeum na świeżym powietrzu. Kraj, którego język brzmi jak najlepsza melodia. Góry, morza, jeziora, wulkany - wszystko tu jest. Dawna potęga Basenu Morza Śródziemnego. Takich przydomków można by przywołać naprawdę mnóstwo. To, że Włochy to idealny kraj na wakacje, podróż poślubną etc. - mówić chyba nie trzeba. A teraz do rzeczy - o przewodniku.

To nie pierwszy przewodnik Wydawnictwa Bezdroża, który trafił w moje ręce. To zapewne sprawia, że czuję się z nim w rękach w miarę pewnie. Wydawnictwo może się pochwalić przydatnym i nowatorskim przykładem wykorzystania skrzydełek. Na plus - spis treści, linijka, garść bardzo podstawowych zwrotów - umieszczenie tych informacji w tym miejscu, jest naprawdę bardzo wygodne. Będę niemal zawsze utyskiwać, że przewodniki pozbawione są rozkładówek z dokładniejszą mapą kraju. Czasami chcemy tylko zerknąć, zorientować się w przestrzeni i wtedy takie rozwiązanie byłoby idealne. 

"Włochy północne" podzielone są na pięć rozdziałów. Pierwszy to propozycje tras po Włoszech (względnie północnych). Bardzo (!!!) mocno brakowało mi takich propozycji w momencie przygotowywania wyprawy do Portugalii. A tutaj - gotowa recepta. W każdych wariantach czasowych i preferencyjnych. Ostatni, piąty rozdział, dodatkowo przedstawia propozycje tras górskich. Dla każdego coś miłego. Rozdział II to typowy składnik każdego przewodnika - informacje praktyczne o kraju - waluta, czas, środki transportu, zwyczaje, noclegi, wyżywienie etc. Rozdział III to już informacje krajoznawczo-historyczne. Większość przewodników (poza Lonely Planet) wykłada się na tych rozdziałach na łopatki. Szkoda, że autorzy/redaktorzy nie zadają sobie wysiłku, aby historię kraju opisać w bardziej ciekawy sposób. Również Bezdroża popełniają ten błąd - poziom atrakcyjności części historycznej nie przewyższa niestety tej serwowanej przez klasyczny podręcznik dla szkół. A szkoda, bo historia to naprawdę pasjonująca dziedzina i można opowiedzieć w bardziej interesujący sposób. W tej części brakuje ciekawostek, anegdot. Naprawdę szkoda. 

Część właściwą przewodnika przynosi rozdział czwarty, podzielony na trzynaście części odpowiadającym kolejnym regionom Włoch oraz Rzymowi. Każdy podrozdział poprzedzony jest listą miejsc wartych odwiedzenia ("must see"). Następnie krótko zostaje scharakteryzowany dany region i następuje lista miast wartych zwiedzenia w okolicy. Szkoda, że najmniej miejsca poświęca się kluczowym informacjom takim jak: dojazd, co i gdzie warto zjeść, co można zobaczyć po drodze z dworca/lotniska. Takie informacje są najbardziej pożądane przez klasycznego użytkownika przewodnika (niestety jedyne wydawnictwo, które szanuje w pełni te potrzeby to ... Lonely Planet). Plany miast są orientacyjne, ale na pobieżne zwiedzanie miast - wystarczające. Najbardziej charakterystyczne miejsca są na nich zaznaczone, a później opisane w tekście. Wszelkie informacje praktyczne jak opłaty wstępu do obiektów, godziny otwarcia, są również zawarte. Zawsze bawią mnie dokładne opisy architektoniczne (niemal fotograficzne odtworzenie portalu jakiejś katedry z dokładnym życiorysem twórcy) - większość osób interesują jakieś historie związane z miejscem, ich znaczenie dla okolicy i mieszkańców, charakterystyczne elementy, odniesienia do kultury. Szkoda, że większość przewodnik podchodzi jednak do tych zagadnień bardzo stereotypowo.

Przewodnik jest lekki, format jest poręczny. Jest klejony, trudno stwierdzić, czy wytrzymałby trudy podróży. Wygląda jednak solidnie. Fajnie również, że ostatnie strony są miejscem na notatki (w podróży często coś notujemy, a karteluszki i paragony mają silne właściwości znikające). Mimo mojej listy wad, pewnie nie wahałabym się, aby właśnie ten przewodnik wziąć ze sobą w podróż. Polecam wszystkim, którzy zamierzają zwiedzić Włochy Północne.

Udanego podróżniczego 2012 roku!

Kategoria: przewodnik turystyczny
Wydawnictwo Bezdroża 2011, s. 536.
Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bezdroża oraz portalu Sztukater.pl 

Prawdziwki i zmyślaki - Krzysztof Daukszewicz




Za stylem humoru pana Krzysztofa Daukszewicza przepadam raczej mocno średnio. Smutny pan snujący długie monologi, które w trakcie kabaretonów są dla mnie zawsze przerwą na herbatę. Ironię lubię bardzo, sama stosuję w nadmiernych ilościach, jednak styl gawędy pana Krzysztofa wpływa na mnie bardzo negatywnie. Po cóż taki osobisty, wartościujący wstęp? Żeby uświadomić Wam, że się uprzedziłam. I jak potoczyła się moja przygoda z "Prawdziwkami i zmyślakami"? Niezbyt pozytywnie.

Ku przypomnieniu - Krzysztof Daukszewicz to polski satyryk, felietonista, tekściarz, poeta, piosenkarz i gitarzysta. Współpracował z Januszem Gajosem w kabarecie "Hotel Nitz", z kabaretem Pod Egidą, od 2005 roku jest stałym gościem "Szkła kontaktowego" na TVN24. Ma swoją rubrykę w tygodniku "Przegląd". Entuzjasta wędkowania oraz wielbiciel Mazur.

"Prawdziwki i zmyślaki" to zbiór esejów, felietonów, anegdot autorstwa Krzysztofa Daukszewicza. Niektóry z nich to prawdziwki - sytuacje zaistniałe - te wydają się być najmocniejszą stroną książki. Czuć w nich dobre pióro, ironię, cięty sarkazm. Czyta się je z przyjemnością. I nie sposób się nie zaśmiać. "Zmyślaki" to z kolei historie z palca wyssane. I tu już nie jest tak zabawnie i ciekawie, jak w przypadku prawdziwków. Historie mocno zakręcone w mroczności pana Krzysztofa, często w zbyt mocnym kontekście historycznym (transformacja, PRL). Osadzenie w takim, a nie innym czasie, to dla jednych będzie zaleta tego zbioru, dla innych wada. Zmyślaki to tak naprawdę wizytówka pana Daukszewicza - kiedykolwiek widujemy go w telewizji ubranego na czarno, z gitarą u boku - wtedy wygłasza zmyślaki. Lubię ironię, sarkazm, ale w wydaniu pana Daukszewicza absolutnie mi nie podchodzi. W związku z tym książka najzwyczajniej w świecie nie spodobała mi się.

We wstępie wydawca napisał o ironii w wydaniu pana Daukszewicza "pozbawiona nienawiści, a jej intencja to wywołanie refleksyjnego uśmiechu lub zdrowego śmiechu, nie zaś obśmianie czy wyśmianie"* . W tym miejscu zgodzę się totalnie. Sposób w jaki pan Krzysztof opisuje postrzeganą przez siebie rzeczywistość i zmyślność nikogo nie krzywdzi, ani nie szkaluje. Opisane postaci są (prawdopodobnie) zlepkiem cech różnych osobników. Czytając o tych osobach na myśl przychodzi mi gombrowiczowskie określenie gęby. Przerysowane osoby (charakterologicznie czy wizualnie) zwykłam nazywać "kreskówkowymi postaciami". Takich osobników u pana Daukszewicza na pęczki. I trzeba uczciwie przyznać, iż portretuje je wyśmienicie. To zdecydowanie mocna strona jego pióra. 

Pan Daukszewicz w "Prawdziwkach i zmyślakach" obśmiewa przede wszystkim otaczającą nas rzeczywistość. Obrywa się w głównej mierze polskiej manierze politykowania - tu autor skupił się głównie na czasach PRL-u i transformacji, ukazując w krzywym zwierciadle stereotypowy niemal obraz Polaka. Zakłamanie, religijność na pokaz, układy nad układzikami - oto Polak w całej krasie. Dodajmy do tego rozszalałe układy mafijne, wszechobecną broń, narkotyki i przemoc. Po uszach dostają ci, którzy zachłysnęli się kapitalizmem na początku lat. 90, obśmiane są nasze kontakty (a właściwie problemy z nimi) z naszymi sąsiadami: Rosjanami, Niemcami.  

Mnie niestety książka nie przypadła do gustu. Z czego to może wynikać? Odmienna estetyka humoru, wychowanie w innych warunkach politycznych, odmienna podbudowa humoralna.  Po prostu kompletnie nie trafiła w mój gust. Jeśli jednak ktoś z Was lubi poczucie humoru i estetykę pana Krzysztofa - książka zdecydowanie powinna się Wam spodobać.

Kategoria: literatura piękna - satyra
Wydawnictwo Bellona 2011, s. 176
Moja ocena: 3-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bellona oraz portalu Sztukater.pl.



* K. Daukszewicz "Prawdziwki i zmyślaki", Warszawa 2011, s. 9.
.
.
Template developed by Confluent Forms LLC